Pieśni Petrarki/Canzona II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Francesco Petrarca
Tytuł Pieśni Petrarki
Data wydania 1881
Wydawnictwo nakładem tłumacza
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na commons
Indeks stron
Canzona II.

Do Jakóba Colonny, nakłaniając go do popierania na dworze francuzkim wzmiankowanego w poprzednim Sonecie przedsięwzięcia (około r. 1333).

Wyczekiwana w niebie duszo błoga,
Którą Pan wybrał służebnicą sobie,
I której ziemskich uczuć naszych szata
Nie jarzmem cięży, lecz jest ku ozdobie,
(Zkąd twej istocie lżejsza bywa droga,
Którą z padołu człowiek w niebo wzlata) —
Oto znów w pomoc łodzi twej, gdy świata
Ślepym obłędom tył podawszy, rwie się
Ku pożądańszej przystani.
Dążą wiatrowie tchem zachodnim gnani!
O! niech ją wolną dawnych pęt, poniesie
Tchnienie ich, środkiem ciemnej łez otchłani,
Gdzie swoich dość i cudzych dość boleści. —
Aż wprost przy wschodnim ją kresie,
W który swym tęschnym wzrokiem tkwi, umieści!

Może żarliwe, namaszczone modły.
Zdołały wzruszyć Miłosierną Chwałę.
Może żałości ludzkich orszak łzawy!
Choć ich zbyt mało było, czy zbyt małe.
By swą zasługą, choć o włos odwiodły
Z ich niecofniętych dróg, Przedwieczne Sprawy.
Lecz Ten, co rządzi niebem Król Łaskawy,
Z:: Świętego Miejsca, kędy tkwi u Krzyża
Spojrzy, aż w piersi ze stali
Karolowego następcy rozpali
Zemstę, choć szkoda iż jest nie dość chyża,
Bośmy jej długie łata wyglądali!
A na sam głos mocarza, gdy swej lubej
Małżonce w pomoc się zbliża,
Drży Babilonia pewna swojej zguby!

Z brzegów Garonny aż do gór, od brzega
Rodanu, Renu, aż po słone wody,
Biegną pod znaki Krzyża zbrojne tłuszcze.
I w upragnieniu niebieskiej nadgrody,

Od Pireneów, kędy się rozbiega
Szlak w Aragońskie i Hiszpańskie puszcze,
I w stronę Anglii, w koło której pluszcze
Zimny prąd znany w Gadytańskiej stronie,
Aż do miejsc, gdzie brzmi godowo
Przenajświętszego Helikonu słowo, —
Przeróżne mowy, odzieże i bronie,
Do szczytnych dzieł w miłości się przyzową.
I jakaż świętsza, chwalebniejsza sprawa.
Bądź w żon, bądź w dzieci obronie,
W słuszniejszym gniewie do obrony stawa?

Jest część padołu, której w podział dano
Sniegi i szrony niemal w wieczne gości —
Tak tam daleko od słonecznej drogi!
Tam w skąpe dzionki skrytej w mgle światłości,
Wśród której śmierć jest rzeczą pożądaną,
Lęgną się wieczne spokojności wrogi.
Lud ten, w przystępie pobożności srogiej,
Ilekroć wściekle w mroźny miecz zadzwoni,
Turki, Chaldeje, i karci
Wszystkich, od których biorą pokłon czarci,
Ponad brzegami Morza krwistej toni,
Wtedy to poznasz jak są mało warci!
Nadzy, trwożliwą, zbitą, stając zgrają!
Nie ujrzysz miecza w ich dłoni,
Gdyż ciosy swoje wiatrom powierzają!

Teraz czas starej odjąć kark ohydzie!
Czas jest, by zdradnie nam kryjąca oczy
Została także wziętą precz zasłona!
I niech nam zabrzmi w uszach dźwięk uroczy
Rycerskich słów i męztwa, który idzie
Z nieśmiertelnego łaski Apollona!
Co mowa zacznie, pismo niech dokona.
Bo gdy Amfiona, bo gdy Orfeusza
Czynów, nikt niema za dziwa,[1]
Tem mniej, że syny swe, Italia tkliwa

Boskiej nauki głosem tyle wzrusza,
Że w jej obronie wręcz się miecz dobywa.
Bowiem przy prawdzie stoi ta pramatka;
Więc żadna rycerska dusza
Nie znajdzie godniej walczyć do ostatka!

Gdyś, wiedzy skarbów nigdy dość nie syty,
Przerzucać rad szacowne dziejów karty,
Od czego wcześnie duch ci w niebie tonie,
Wiesz, że od syna wilczycy rozżartej
Aż do Augusta, któremu w zaszczyty
Tryumfujące trzykroć kwitło skronie,
Rzym stawał chętnie w cudzych krzywd obronie —
Iż zawsze krew swą niezbyt wiele ceni!
Więc i dziś czyż mu jest wina,
Że krwią szafować w mądrą myśl poczyna,
By byli pomstą winni krzywd spłaceni,
Z pomocą Maryi Chwalebnego Syna?
I czyż myślicie: że się wróg wymyka
Od śmierci wśród krwi strumieni,
Jeśli Pan wzmacnia jego przeciwnika?

Wspomnij zuchwały zamach Kserksesowy,
Kiedy chcąc zgwałcić naszych ziem krawędzie,
Mostem znieważył dumne wód kotliny —
A licznych mężów zgon ci widny będzie,
I w łzach żałoby liczne Perskie wdowy,
I krwią spławione wały Salaminy.
I nie tej chwili wspomnienie jedynej,
W której nieszczęsny najazd wytracano,
Brzmi wrogom śmierci jak najwcześniej —
Lecz i Maraton, i śmiertelne cieśni
W których Leonid z garstką tkwił wybraną,
I tyle innych które znajdziesz w pieśni.
Ztąd wielce czas jest, przed zrządzeniem Bożem
Ugiąć i myśl i kolano,
Iż tak chwalebnych spraw doczekać możem!

O pieśni moja! leć w Italskie strony!
Ich brzegów oczom moim nie zakrywa
Morze, ni góra, ni rzeka,

I tylko miłość, której światłość żywa
Sprawia, żem tyle czarem jej olśniony,
Iż męztwo moje łez się nie wyrzeka.
Leć! lecz miłosnej nie rzucaj zabawy —
Bo pod lekkiemi zasłony
Legł Amor, równie ucieszny, jak łzawy. —




Przypisy

  1. To jest tego: że pieśniami swemi zdolni byli wzruszyć skaty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Francesco Petrarca i tłumacza: Felicjan Faleński.