Ostrzeżenica

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Gliński
Tytuł Ostrzeżenica
Wydawca Księgarnia św. Wojciecha
Data wydania 1920
Druk Drukarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Galeria grafik w Wikimedia Commons Galeria grafik w Wikimedia Commons
KAZIMIERZ GLIŃSKI
OSTRZEŻENICA
(OPOWIADANIE)
NAKŁADEM KSIĘGARNI ŚW. WOJCIECHA
POZNAŃ ===================== WARSZAWA

Czcionkami Drukarni św. Wojciecha.





Ku zachodowi się miało.
Słońce, jakby żal mu byto opuszczać ziemię, zakrwawiło się i ostatnie jej pożegnanie posłało. Czerwienią oblało mury Kazimierzowego zamczyska, czerwienią obramowało brzegi zębatej baszty, stojącej opodal od dworca królewskiego, czerwienią rozsypało się po skośnych załomach gór wapiennych i zapaliło ogniem fale wiślane, które, wchłonąwszy w siebie złoto i purpurę, jakby się rozkoszowały tą niezrównaną tęczą blasków — zaszumiały potężniej i z większą pychą i dumą ku dalekiemu uniosły się Bałtykowi.
Im słońce bliżej było ziemi, tem na niebie pożar chmur był większy. Przed chwilą białe, pierzaste obłoki, teraz w rumieńcu zórz stanęły. Płonęło niebo, płonęła ziemia, czarne głębie puszcz nawet, otaczające miasto i siedzibę letnią króla, poprzerzynane były pasmami promiennemi; przez gęstoliście dębów i buków rozpryskiwało się słońca ognisko krwawe, śląc pożegnanie monarsze groźnym żubrom i turom potężnym, lotnym jeleniom i łosiom o łbach gałęzistych, strasznym niedźwiedziom i sarnom szybkonogim. Konary drzew zaroiły się od wiewiórek, które przed spoczynkiem ostatni jeszcze pląs zawiodły; przerzucały się z konara na konar, z gałązki na gałązkę, wydając głosy radości, do śmiechu rozbawionych dziewcząt podobne; ostatni raz zakołowały ponad lasami krogulce i jastrzębie, zawrzeszczały wrony, goniąc stadami wielkiemi, i wszystko naraz umilkło, ucichło — gdzieś zapadło.
Słońce zaszło.
Zmierzch spływał powoli, w orzeźwiającym mroku wieczora zaczęły się wonie podnosić, niby dymy z kadzielnic kościelnych. Od lasów płynął żywiczny zapach sosen, od łąk — kwiatów i ziół. Zapachniała Wisła nawet wód swych wilgocią i mchy na skałach i krzewy na górach. Rzekłbyś, że ziemia modliła się tym zapachem, licząc pacierze na wonnych paciorach różańca.
Z zamczyska wyszedł pan i krętą drogą ku miastu się skierował: nikt mu nie towarzyszył, bo taki rozkaz był. On zaś schodził krokami powolnemi z tych gór, obrośniętych berberysem, a strój na sobie miał taki, że niktby w nim króla i pana poznać nie mógł.
Długa a wyszarzana, piaskowego koloru kapota, ujęta nad biodrami prostym, rzemiennym pasem, okrywała wyniosłą postać króla Kazimierza. Buty juchtowe miał, na głowie czapkę baranią, w prawicy kij, z dębiny wycięty, którym podpierał się, idąc.
Nie dziwili się temu strojowi, ani tej nocnej wycieczce dworzanie i panowie, przebywający stale przy osobie królewskiej. Nie tylko w Kazimierzu, ale i w Krakowie tak czynił, a na uwagę o przygodzie jakiej, o jakim zamachu na osobę monarszą, odpowiadał wręcz:
— Niemasz w Polsce całej piersi jednej, na którejbym nie usnął spokojnie.
Król w onej kapocie szlachetki prostego mieszał się nieraz pomiędzy tłum, zebrany na rynku, albo gwarzące gromady kmieci i przysłuchiwał się gadkom różnym. Ten, to i ów wywodził skargi swoje i żale, narzekał na krzywdy doznane, groził pomstą albo czekał zmiłowania bożego. Byli i tacy jednak, którzy radzili do króla iść i żałobę swoją przedstawić. Ci snać już wiedzieli, że król proszących od wrót swych nie odgania, lecz daje ucho chętnie i sprawiedliwość wymierza; ale ta łaskawość Kazimierzowa nie wszystkim jeszcze wiadomą była. Dwa roki dopiero, jak na tych górach zamczysko, a nad brzegami Wisły śpichrze królewskie stanęły; dwa roki dopiero, jak król zaczął zjeżdżać do ulubionego Kazimierza i z ludem się swoim poznawał. Ciągnęło go tu i serce, bo umiłował był Esterkę, która w bliskim Bochotnickim zameczku mieszkała.
Nie znał go więc jeszcze lud tutejszy i gdy świadomsi rzeczy, namawiali skrzywdzonego, by szedł do króla:
— A kaj nie przyjmie — odpowiadał.
— Tego nie było po ninie.
— Zawżdy to pan!
— I ojciec nasz — odpowiadano.
A król Kazimierz przysłuchiwał się mowom onym i rad był z ojcostwa swego.
Kraj był rozległy, okryty nieprzebytemi puszczami i lasami. Zdarzatło się nieraz, że jakiś panek, siadłszy na zameczku swoim, broił bezkarnie. Nim przez lasy te i przez te puszcze skarga doszła do ucha królewskiego, krzywd tyle się już nazbierało, że na odpokutowanie ich żywotaby zbrakło, a zresztą bywało, że skargę niesioną ciemne puszcze połknęły, łzy wypiła wilgoć ziemna i zanim z dalekich stron człek skrzywdzony do króla doszedł — w borze go zwierz dziki pożarł, albo krzywdziciel dognał i uśmiercił.
Trudno też było czasami możnego panka dostać i dla przykładu ukarać. Król krzywdy nagradzał, a krzywdziciela strofował, myśląc, że słowo dobre, niż kara więcej pomoże.
Tymczasem inaczej się działo i zło rosło. A zresztą, kto wiedział, szczera-li to prawda, wychodziła z ust skarżącego? czy złe słuchy o tym lub owym kłamstwem nie były? Król musiał rozważyć wszystko, w dłoni swojej dowody winy mieć, by radnych zebrać i wydać sąd.
Pomylić się łatwo i skrzywdzić na mieniu lub imieniu. Dobro zabrane oddać można, cześć wrócić — ale gdy kat szyję ukręci, głowy niewinnie uciętej już nie dasz. A i skalana raz cześć nie obmywa się łatwo, wrócone dobra zawsze oskarżeniem jakiemś patrzą. Bóg w ręce królom dał sąd, ale miłosierdzie i przebaczenie na przodku postawił. Wiedział o tem ostatni Piastów potomek i wolał przebaczać, lecz jeśli karał, karał okropnie.
Oddawna już wieści o panu Maćku Borkowic dochodziły do uszu królewskich. Ale Maćko na krzyż przysiągł, że źli ludzie obmową go krzywdzą, a skarżą przed panem, bo jeno sprawiedliwości i praw się trzyma. Mogło i tak być, boć więcej jest plew, niż ziarn na świecie, więcej krakań wronich, niż kwileń skowronkowych. I król uwierzył Maćkowi, uwierzył głośnej przysiędze jego na krzyż, wpatrzył się mu bystro w oczy i rzekł:
— Pamiętaj!
Ale złe głosy nie ustawały. Rozchodziły się wszędy echa o zbrodniach Maćkowych, jakich jeszcze nie znano w ziemi tej. Maćko nie szanował ni czci niewiast, ni praw rycerskich, ni wieku, ni płci. Łupił kupców, ciągnących z towarami przez lasy; niedających okupu więził; tratował zboża, polując na polach kmiecych; co gładsze niewiasty porywał i zdradą albo przemocą do uległości przymuszał.
Zawezwany Maćko znów stanął przed panem i znowu na krzyż Chrystusów zaprzysiągł niewinność swoją.
— Wżdy wiesz, miłościwy panie mój — prawił — iż gdzie stado wron się podniesie, tam zawsze kał poleci. Nie uchroni się przed nim ni król, ni kmieć, ni święty nawet.
A znaleźli się i tacy, co za panem Borkowicom świadczyli i skarżyli głośno na podłość ludzką.
Król wtedy rzekł krótko:
— Wierzę!...
I dał Maćkowi województwo poznańskie; aż się sam Maćko zdziwił na tę niespodziewaną łaskę królewską i przypadłszy ręki pańskiej, ucałował ją trzykrotnie.
— Do zdechu ci będę wiemy, panie! a sprawiedliwość stanie się prawem okiem mojem! — wykrzyknął.
A król znów spojrzał na niego, ale takiemi oczyma, jakby chciał do głębi duszy jego zajrzeć i na wieki utkwić w pamięci Maćka — i znowu rzucił jedno słowo tylko:
— Pamiętaj!
Ale w niem była groźba, gdyby — zapomniał.
Działo się to w tym samym Kazimierzu, dokąd Maćko zjechał, poraz drugi przez króla wezwany. Grodu tego nie znał, więc przypatrywał mu się ciekawie.
Na dzień drugi objeżdżali spichlerze, poczem Maćko miał pożegnać króla i krypą do Czerska, a stamtąd do swego województwa jechać.
— Bywaj więc, miły nam panie wojewodo! — mówił łagodnie król Kazimierz — a pomnij, że widzę przez bory i lasy!
— Królewski wzrok!... — rzekł Maćko z przekąsem lekkim.
Kazimierz brew zmarszczył.
— A cóżbym za król był — odparł poważnie — gdybym nie wiedział nic, co za lasami i borami się dzieje?
— To też mówię: królewski wzrok! — rzekł Maćko, drgając śmiechem wewnętrznym. — Wiem, miłościwy panie, że doskonale widzisz!...
— Rad jestem, wojewodo, z tego przeświadczenia twojego — król na to — bo czyniąc służby, wiesz, że je czynisz pod bacznem okiem królewskiem.
— A tak, miłościwy panie, tak! — rzucił Maćko, śmiech ledwie hamując.
Stanęli na brzegu wiślanym, przy którym ubrana w kobierce i złotogłów, czekała krypa wojewodzińska. Maćko raz jeszcze powiódł okiem dokoła, na zamek spojrzał i wzrok zatrzymując na wieży, w odosobnieniu stojącej:
— Jak się owa wieżyca zwie? — spytał.
— O-strze-że-nica — rzekł król, rzucając zgłoski powoli, ruszył głową lekko na znak pożegnania i oddalił się z dworzany swoimi.
Odbili od brzegu. Pale Wisły wartko uniosły krypę pana Borkowica.
— Co to król chciał rzec? — zapytał Maćko, zwracając się do jednego z towarzyszących mu panów, a przyjaciół od serca. — Wieży-li to nazwa, czy ostrzeżenie do mnie skierowane?
— „Ostrzeżenicą“ zwie się każda wieża strażnicza, ale głos króla co innego mówił...
— Nie uląkł się Maciek, wojewoda tem mniej się ulęknie — odpowiedział Borkowic.
— Prędzej kata, niż łaski tej dla wasbym się się spodziewał.
— Przez bory i lasy widzi! — śmiał się Maciek.
Odpowiedziano mu gromkim śmiechem.
Mimo to wzrok wojewody zwracał się ciągle ku wieży onej, Ostrzeżenicą zwanej; jakaś siła niewidzialna przykuwała do niej spojrzenie Maćka, że nijak oczu oderwać nie mógł. Zdawało się, że chciał rozpoznać jej kształty wszystkie, każdy, szczerb zapamiętać, do wnętrza zajrzeć przez jedyne wielkie drzwi, u góry onej wieżycy się znajdujące. Głąb tam musiała być — i ciemność — śmierć...
Maćko drgnął... Ale gdy Ostrzeżenica mgłami poranku się okryła, poruszył hardo głową, pięść podniósł w stronę zamku królewskiego, i — pewny swej wojewódzkiej godności, rzeki z dumą:
— Nie ugryziesz mnie teraz, króliku krakowski!...
I śmiano się z łaski pańskiej, z wiary pańskiej — ale król tego nie słyszał.
Lecz znalazł się jeden panek w poczcie Maćkowym, który zwrócił się do wojewody i rzekł:
— Teraz jednak pomnieć potrzeba...
— O czem?
— O onem dwukrotnem: Pamiętaj! królewskiem.
A Maćko na to:
— Nie ułapił pana na Borkowicach, trudniej chwycić poznańskiego władykę.
Pokręcił wąsa i spojrzał na fale Wisły, która, złota od słońca, śnieżna od pian, z szumem a gwarem z pod Beskidów ku Chwalińskiemu morzu płynęła.
W rok prawie po onych nawiedzinach Maćka król schodził w przebraniu z zamku swojego ku miastu. Do uszu jego doszły nowe zbrodnie pana na Borkowicach, lecz jednocześnie i pismo od wojewody, że przybywa pokłonić się panu i sprawy zdać ze służby swojej, a że król miesiące letnie w ulubionym Kazimierzu przepędzał, do grodu tego miał przybyć „wierny i sprawiedliwy mąż“, jako sam pisał.
To dobrowolne stawienie się Maćka przed obliczem majestatu zachwiało znów wiarę króla w możność popełnionych występków.
— Albo niewinnie cierpiący, albo czelny człek — pomyślał Kazimierz i w myśli mu stanął Florjan Szary, którego mniej bolały jelita wyprute, niż ludzkie języki. Czekał przyjazdu Maćka i rozmyślając, wszedł krokiem powolnym na rynek kazimierzowski.
Dzień był sobotni, godzina spóźniona. Ponad łunami zapaliła się łuna blado-różowa — to księżyc wschodził.
Na rynku, okolonym pięknie rzeźbionemi kamienicami, pusto było. W oknach jednak niektórych domostw siedmiopłomienne drgały światełka i brzmiał śpiew smutny, który nagle się zmieniał w jakiś lamentu gwar. Był to śpiew żydów, modlitwa i płacz wygnanych zewsząd, prześladowanych wszędzie tułaczów bez ojczyzny, którym Kazimierz swoją ojczyznę dał — z przestrogą:
— Miłujcie ją, jak macierz, bo inaczej — biada wam!...
Król przechodził wzdłuż rynek i słuchał tych pieśni smutków ogromnych. Czoło rysowała mu bruzda... Lecz kto odgadnie myśli i to myśli takiego króla, jakim on był?
Przechodząc, minął jakiegoś człowieka.
Był to kmieć.
Zdaleka musiał przybyć, bo ciężko robił piersią zmęczoną i drżał, jakby go zimnica trzęsła; patrzył na zamek oczyma wystraszonemi, stawiał krok naprzód, to w tył go cofał.
Król podszedł ku niemu.
— Pochwalon! — rzekł.
— Na wieki — odpowiedział zapytany.
— A skądże to ociec boć nie tutejsi...
— Z Wielkopolski.
— Aż tu?
— Do króla.
— Piechtą?
— Jak widzicie!
— Dawnoście przyszli?
— Słonko jeszcze nie zamroczyło się, jakem tu już był.
— I co?
— Strach wkopał mnie w ziemię, kiej na to królewskie budowanie spoźrałem.
— Wżdy tam nie mieszka smok!
— Strach zawżdy!
— Żali-bo nie słyszeliście, że miłym jest królowi kmieci ów ród?
— Tak mówią, ale wam powiedzieć trzeba, że mówienie od prawdy tak dalekie jest, jak wdzięczność od miłosierdzia.
Podobała się królowi ta odpowiedź, uderzył kmiecia po ramieniu i rzekł:
— Nie bójta się!... śmiało idźcie!
— Wy mówicie: idźcie?
— Wżdy słyszycie.
— A psy?
— Co zaś?... kmieć — i psów się boisz?
— Wżdy to królewskie psy, panie szlachcic, to one obiorą tak człeka, że i kosteczki jednej dla ziemi świętej nie ostanie.
— Gdzieżeście brednie takie słyszeli?
— U nas mówią.
— U was?
— W Borkowicach...
Król Kazimierz drgnął lekko i, kładąc rękę na ramieniu kmiecia, odezwał się:
— Nie wierzcie gąbkom tym, tam nijakich psów niema.
— A pachołki?
— Nie wygnają, ino do pana wprowadza.
— Prawdę-li mówicie?
— Jakiem...
Tu zaciął się. bo chciał powiedzieć: jakem król! — Rzekł więc:
— Jakem uczciwy człek...
Kmieć zdjął czapkę, przeżegnał się, na zamek spojrzał, postawił krok naprzód i stanął nagle.
— Kiej nie mogę! — ozwał się z rozpaczą.
— A ze mną pójdziesz? — spytał król.
— Z wami?...
Wahał się.
Król znów położył rękę na ramieniu kmiecia i przynaglił, by szedł.
Uszli tak kroków kilka, lecz chłop raptownie wyrwał się z uścisku królewskiego, gwałtownie rzucił się w tył i zawołał:
— Nie pódę, nic pódę — nijak nie pódę!!.. Cosik tam być musi, gdy mnie odpycha tak... Nie pódę, paneczku, i do domu nie wrócę, bo tam strach jeszcze większy!
— Dokad-że się udasz? — spytał król.
A chłop zatoczył się, jak pijany:
— Do Wisły... i już!
Kazimierz chciał mu powiedzieć, kim był, ale słusznie pomyślał, że na samo wymienienie imienia królewskiego nieszczęśnik z rąk mu się wydrze i już go nie zgoni nikt, tem bardziej, że straży nic było przy boku pańskim. Uśmiechnął się więc, podszedł do niego i rzekł:
— Godnie tam opisali wam króla, godnie!
Po chwili spytał:
— I czegożeście z tak daleka aż tu przydybali?
— Gnała mnie krzywda ciężka.
— A samiście się pomścić nie mogli?
— Nijak, panie!
— Kto krzywdził?
— A on zły duch, zbój, poganin — Maćko z Borkowic!
— To już nie echo — pomyślał król — to głos skargi żyjącej, która obłędem patrzy i ku samobójstwu sięga.
— Nie lękajcie się, ociec, jeno prawdę mówcie!... A gdy się boicie przed majestatem królewskim stanąć, nie namawiam was. Opowiedzcie mnie jeno krzywdę waszą i pocieszenia czekajcie.
Kmieć spojrzał na wyszarzaną kapotę mówiącego i głową poruszył:
— Z Maćkiem nie zrobił nic król, a taki szarak, jako wy, cóżbyśta uczynili?
— Ja... widzi ociec — przy bramie królewskiej stoję. Łacno więc mnie spotkać pana i na ucho mu szepnąć: Krzywda! — a dla niego dość tego będzie.
Kmieć znowu głową poruszył.
— Ej! wy coś ta za daleko, panie odźwierny, od drzwi królewskich stoicie, gdy nie wiadomo wam, iże król Maćka wojewodą uczynił, łaską obdarzył, a on mordował, rozbijał i kradł... A toć na wojewodę poznańskiego to skarga... Strach! strach!
— Chodziły złe słuchy, lecz król nie wierzył im.
— A tera uwierzy — mnie?
— Tak, wam uwierzy.
— O Jezu, Jezu!... jaki ja nieszczęśliwy człek; jaki ja zatracony człek!... — kmieć załkał. — Z takiej dalekości, o głodzie i płakaniu aż tu przydybał i przed tem zamczyskiem stoję już godzin dwie, i coś odpędza od tych murów, strach jakiś, mara jakaś i szepce a gada: utop się lepiej!...
— Przeżegnaj się, człowiecze, bo to złe jakieś do grzechu cię namawia. A wiedz, król jest krześcijanin i katolik.
Kmieć żegnać się zaczął, a rozpacz, strach i głód tak go osłabiły, że chwiał się, jak dąb podcięty, aż król go podtrzymać musiał. Teraz z nim już wszystko, jak z dzieckiem, mógł zrobić; lecz nie do zamku wiódł, ino do księdza proboszcza, pocieszając a rozpytując. Lecz chłop tak płakał, iż słowa przemówić nie mógł. Z ust mu tylko bezładne wyrywały się wyrazy:
— Ratuj, Jezu! ratuj, Panienko Najświętsza!... A kaj ty, Magduś?... pacierz ci ułomili... Dolo moja, oj dolo!...
Jakaś straszliwa, ohydna zbrodnia siała się tam daleko za lasami, za borami...
Przybyli na probostwo i król uderzył w kołatkę, wisząca u wrót.
— Kto ci tam?.. — zapytał stróż głosem sennym.
— Odźwierny królewski! — rzekł Kazimierz.
— Rany boskie! — dał się głos słyszeć.
Wrota się otworzyły szybko, a stróż w pas kłaniać się począł, w pałąk raz wraz się zginając.
A kmieć pomyślał:
— Przed odźwiernym królewskim takie pokłony wybija, a kiejby to sam był król?... Pod stopy by mu się słał, o twardą ziemię łbem bił — a ten szlachcic mi prawił: idź!
A król pochylił się i rzucił w ucho stróżowi:
— Pokłonów mi tu nie bij, a milcz — bo łozy!
Na progu plebanji stanął ksiądz Wit.
Król podszedł szybko i parę słów z księdzem zamienił.
Widok księdza uspokajająco oddziałał na kmiecia.
— Król was przysłał? — zapytał króla proboszcz.
— Król nie król — odpowiedział Kazimierz. — Ale chcę księdza dobrodzieja poprosić o nocleg dla tego człowieka i nam na chwilę osobną izbę dać. Stary to druh mój, to wżdy się godzi pogawędzić z nim trochę i w czarkę uderzyć. Spotkało go nieszczęście, z pociechą przyjść trzeba.
— Czynicie tak, jako i pan nasz najmiłościwszy: dobrem darzy, a ród kmiecy nadewszystko miłuje.
Chłop runął do stóp księdza.
— Toć to prawda, co ten szarak powiedział?... O Jezu słodki! o Panienko Najświętsza!... będzie miłosierdzie i pomsta.
Po ziemi się czołgał, całował stopy kapłana, a gdy go podnieśli, zwrócił się do króla i rzekł:
— Niebywały człek z was, panie odźwierny, litość macie nad sieroctwem mojem. Marna chudoba ze mnie, ale iżeś miał zmiłowanie boskie i do księdza zaprowadził, czem mogę, wynagrodzę. Weź groszniak ode mnie na piwo — to mi jedno z dobytku mojego ostało.
Ledwo ksiądz od śmiechu się wstrzymał, choć by miał w oczach, widząc kmiecia, dającego groszniak królowi, ale król go wziął, za pas schował i rzekł z powagą:
— Nie wiesz, iż więcej niż skarb mi dajesz.
Po chwili znajdowali się sami w izbie. Ksiądz wszedł raz jeden tylko, przyniósł gorzałkę, chleba bochen, szczyptę soli i kółko kiełbasy wędzonej na cynowym talerzu.
— Głodnyś — rzekł król, siadając — jedz, proszę!
Wziął czarkę.
— Na zapicie robaka!
— Po sprawiedliwości — kmieć odparł. — Aaa... królewska!
I zaczęła się uczta.
Zwierzęcy instynkt głód gościa przygłuszył rozpacz i ból. Chłop jadł za trzech, za czterech popijał, stukał czarką o czarkę króla, mówiąc:
— Poczciwy z ciebie człek, panie odźwierny, niech ci Pan Jezus dobrotliwy koronę i panowanie da!
Król oczu nie spuszczał z kmiecia, pod powiekami zakręciły mu się łzy — wtem brwi zmarszczył i szepnął w duchu:
— Borkowic!...
Kmieć szept dosłyszał:
— Królewską łaskę ma i odźwiernych w złocie a srybrze, nie tak, jak wy, wyglądających. A niema dnia, kiejby kogo na drodze nie złupił, a co u niego w piwnicach zatraceńców siedzi, to nie wiemy, czy sam król ma tyle — hej!...
— U króla więzienie puste...
Chłop syknął.
— Ułapić nie może? — spytał.
— Nie chce, bo myślał słowem dobrem złe naprawić.
— Pan Jezus nie utrafił, a cóż król ziemski!...
Otarł usta rękawem.
— A wy, panie odźwierny, nie jecie?
— Mniej głodnym od was.
— Pewnikiem wam się nie cni na dworze królewskim; pierogów, miodu i omasty wbród macie, a Maćko nie stoi nad wami.
— Jak was zwą? — król spytał.
— Czestmir z chrztu świętego, a po ojcu Gwóźdź.
— Opowiadaj o swojem nieszczęściu.
Kmieć nagle jak noc spochmurniał, a łzy stanęły mu w oczach.
— Ano, posłuchajcie, panie odźwierny — wyszeptał.
I tak zaczął:
— W Borkowicach chałupę miałem po dziadkach i pradziadkach, na poletkach rodziła pszenica i żyto, rzekłbyś, panie odźwierny, las szczyry. A niedziel kilka temu wzionem Magduś za żonę. Powiadam wam, panie odźwierny, że drugiej takiej na świecie niema...
Ukrył twarz w dłonie i załkał.
— Panie Jezu Nazareński, co z niej ten Maćko zrobił, co on z nią zrobił!...
Król czarkę podsunął.
— Ból zapij i dalej praw!
— A wy, panie odźwierny? — rzekł Czestmir, czarkę biorąc i tłumiąc łzy.
— Za prawdę słów waszych! — rzekł król.
— Oby nieprawdą były! — kmieć szepnął.
Łzy otarł i dalej tak prawił:
— Niedziel temu sześć wracałem z kościoła z Magdą... od ślubu. Na wozie jechałem, a ona przy mnie, jak tęcza, jak słonko... Kłamało nam się zboże w pas, rzekłbyś, panie odźwierny, las szczery!... Jedziemy tak, śmiejący się do siebie, o żadnej złej przygodzie nie myślący. Aż tu hałas, śmiechy, a pieśni, a skowytanie psów i gony. Poźrzę, a Maćko przez łan gna i pole tratuje...
Tu stłumił jęk w piersi.
— I co? — król spytał.
— Porwę się... i widzę... Jezu! Jezu!...
Płacz głos mu zdławił.
— Uwieźli — po chwili szepnął — zanim jeszcze moją została...
Z piersi mówiącego ryk wyszedł.
— Krzep się — rzekł król — bo nie skończysz powieści swojej. Wróciła do ciebie?
— Wróciła... z krzyżem złamanym... (Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niech jej świeci!...).
— Zgroza!... — zawołał król.
— Mocowała się, panie odźwierny... aż pokonali...
Za łeb się porwał i trzasnął się o ścianę.
— Nie szalej! — odezwał się Kazimierz. — Bóg jest sprawiedliwy — nie minie kara!... A Magdę drugą może znajdziesz.
— Jest tam Jaguś Kielczanka, ale to nie to, mój królu, ni wdzięku takiego, ni słodkości takiej... — zajęczał i wargi do krwi przygryzł.
Król podsunął znów czarkę.
— Pij!... bo dech stracisz.
— A wy, panie odźwierny?
Król wziął czarkę i uderzając o szklenicę kmiecia, rzekł:
— Na zgubę Maćkową!...
Chłop podniósł się nagle, aż zatrzeszczała ława, na której siedział, i zawołał głosem, w którym ból drgał i pomsty pragnienie:
— Niech zczeźnie, niech zginie, niech przepadnie, niech go żywcem ziemia pokryje!...
— Amen! — rzekł król.
Było to straszne Amen, wypowiedziane ustami pana takiego.
Nastała chwila milczenia, podczas której słychać było oddechy dwóch piersi, ciężkie, nierówne, lecz groźne zarazem — aż król się odezwał:
— Dziś przyjeżdża tu Maćko z Borkowic...
Czestmir ruch zrobił, jakby uciekać chciał.
— Nie bój się; jeno bacz na to, co ci powiem. Nie wychylaj na krok z domostwa tego, niech nie wie, że jesteś tu. Rozumiesz?
— Ubije mnie!
— Pod bokiem króla?... nie!
Wziął kapelusz na stole leżący i pióro w inkauście umoczył.
— A teraz — napisz żałobę do pana.
— Kiej mnie tam pisać, panie odźwierny — rzekł kmieć.
— Napiszesz!
I podał mu pióro.
— Jak stał twój dom?
— Tak, panie.
— Połóż kreskę...
Chłop nakreślił.
— A łan gdzie był?
— Na ukos szedł, ku południowi — haj, haj!...
— Dobrze!... Daj teraz kreskę, gdzie kościół stoi, którędy gościniec do chałupy twej wiedzie, z jakiej strony Maćko gnał z psami, gdzie się zatrzymał, uderzył ciebie, z jakiego miejsca Magdę porwał, w która uniósł stronę — kreśl wszystko!
— Magduś moją przy studni porwali.
— Dobrze! to będzie studnia.
Chłop kreślił linje krzywe; kościół krzyżykiem, gościniec wężem, studnię kołem, pole nierównym kwadratem naznaczył i tak dalej, wedle wskazania królewskiego.
— A teraz słuchaj, co ci powiem. Jutro, o samem południu, pod zamek idź, stań przed oknami królewskiemi od Fary i kartelusz ten nad głową trzymaj. Król prośbę zobaczy, weźmie, przeczyta i sprawiedliwości zadość się stanie.
Kmieć patrzył na swoją bazgrotę i aż się uśmiechnął; po chwili spytał:
— To król i na takiem pisaniu zna się?
— Tak!... śpij spokojnie.
Położył pocałunek na czole bólem zoranem i wyszedł.
Zawracał na „drogę królewską“, gdy jakaś kawalkada jezdnych na rynek się wtłoczyła. Dobijano się do zajazdów i wysadzano drzwi. Słychać było glosy wesołe i żarty rubaszne, na smyczach psy skowyczały i rżały radośnie konie, spoczynek przeczuwając.
To z pocztem panów-druhów swoich zjechał Maćko z Borkowic.
Król musiał przechodzić około przejezdnych. Właśnie pod naporem niecierpliwców drzwi zajazdu pękły.
— Bez gwałtu! — głosem podniesionym zawołał król.
Maćko raptownie zwrócił konia, ostrogę dał i, podnosząc buzdygan, skoczył do idącego.
— Ktoś ty? — wrzasnął.
— A król!... — odpowiedział Kazimierz spokojnie i przeszedł.
Śmiech buchnął; lecz nagle, jakby w ziemię go kto wbił, zapanowała cisza grobowa. Zrazu odpowiedź wzięto za żart jakiegoś szlachetki, trzymającego się klamki pańskiej, lecz wnet poznano głos i trwoga ogarnęła serca. A król, stukając laską dębową o kamienie, któremi droga usłana była, szedł krokiem powolnym ku stojącej w blaskach księżycowych górze zamkowej.
— Bodajś sczezł!... — zgrzytnął Maćko przez zęby i nakazał milczenie i dobre obchodzenie się z właścicielami zajazdów.
Cicho rozsiodływano konie, cicho wchodziła i wychodziła cała hałastra pana wojewody. Szeptać nawet obawiano się, jakby jakaś groza zawisła nagłe nad nimi.
A na zakręcie drogi zamkowej czerniała jeszcze sylwetka króla. Szedł krokiem równym, uderzając laską swoją o kamienie przydrożne.
Maćko patrzył na oddalający się powoli cień postaci królewskiej i nie wiedział sam, dlaczego mu serce w piersi zamarło. Odetchnął dopiero, gdy na załomie gór zniknęła postać króla Kazimierza.
Nazajutrz, z pocztem rycerzy i panów, przyjaciół i sług swoich, wybierał się Maćko z pokłonem do pana. Słońce otrzęsło się z mgły, i wielkie, złote, promienne ku błękitom szło wyżej i wyżej. Dzień był tak piękny, powietrze tak wonne, że tylko żyć i żyćby się chciało. To też ciepło dnia i ta jego promienność uspokoiły nieco umysł Maćka po zajściu wczorajszem. Nocą tylko snują się złe mary; światłość słoneczna ich nie zna. Nic wiedział jeno pan wojewoda, jak teraz na dwór królewski ma przybyć; z hałasem trąb i gwarem swojego orszaku, czy samemu, w milczeniu pokornem, by króla przebłagać za uchybienie wczorajsze.
Orszak gotów był, a on się namyślał.
Nagle zwrócił się do swoich:
— W trąby i piszczałki! — zawołał. — Nie rab jedzie, lecz Maćko wojewoda.
I przy grzmocie ryczących gardeł obojów, przy szczękach i rżeniu a tętentach koni; przy gwarze rozmów z rozmysłu podniesionych i śmiechów głośnych, w dziedziniec zamku królewskiego wjechał Maćko wojewoda.
W powitalnej komnacie przyjął go król, a przyjął radośnie. Uśmiechał się dobrotliwie, za rękę wziął i pytał o zdrowie. Maćko pokręcał wąsa sumiastego, o piędź jedną zda się urósł, i sam nic wiedział, czy wczoraj króla spotkał, czy czasami mu się nie wyśniła całkiem przygoda ona?
— Jakże tam zdrowie wasze, panie wojewodo?
— Dobrze, miłościwy panie!
— Na długo wystarczy?
— Dolegliwości nie czujemy żadnej.
— Sto lat można ci żywota rokować?
— Sto nie sto, lecz jeszcze nieprędko kostucha mnie uchwyci.
— Użyjesz świata!
— Ba, czemu nie, gdy pierś jak wrota, a kark jak u tura bez mała.
— Rad jestem, iż niema już żadnych skarg na was.
— Któżby śmiał — dziś?
— Nie o śmiałość tu chodzi, jeno o prawość postępków waszych.
— O nich nie mówię nic, wżdy przypominam sobie słowa waszej królewskiej mości, że wzrok jego za lasy i bory sięga!
— A cóż to? — rzekł nagle król, ku oknu się zwracając. — Kmieć jakiś z karteluszem nad głową wzniesionym u murów zamczyska stoi... Kochan! — huknął, w dłoń klaszcząc, i gdy ulubieniec królewski wszedł, zwrócił się ku niemu i tak rzekł:
— Nowa skarga jakaś!... Idź, wasze, i przynieś mi tę żałobę.
Dworzanin wyszedł, a król do Maćka:
— Rad jestem, żeś przyjechał; nieprędko już opuścisz Kazimierz.
I rozmawiał wesoło z panami swoimi i otoczeniem Maćkowem, a tymczasem wszedł Kochan i śmiejąc się, podał królowi kartelusz.
Panowie na pisanie spojrzeli, zajrzał i Maćko, i jeden głośny śmiech buchnął:
— Głupie chłopisko! — wołano ze wszech stron.
— Mądry, kto taką bazgrotę przeczyta!
— Tu i Salomon skapiałby.
— Ojej — boki... — śmiała się czereda Borkowica.
Ale król z powagą na twarzy, z brwią namarszczoną patrzył na pisanie ono, jakby tam odnajdywał rzeczy straszne. Ustał więc śmiech, szmer nawet, każdy z panów ze zdziwieniem spoglądał na mieniąca się twarz króla.
A Maćko rzekł:
— Król jegomość i takie pismo odczyta.
W boki się wziął, potężne wąsy na palce motając i zezem patrząc na króla.
A król, stojąc wśród nich, tak zaczął:
— Skarga... jeno nie wiadomo, kto skarży i na kogo?
— A jak skarży, wasza królewska mość wie już napewno — rzekł Maćko.
A król, nie patrząc na obecnych, lecz pokazując im kreski dziwaczne i koła na karteluszu, tak mówił dalej:
— Tu stała skarżącego się sadyba, a na ukos, ku południowi, szło jego pole, dojrzewającem zbożem zasiane. O milę kościół... Ten wężyk — to gościniec... Ta kratka — to studnia. Z kościoła jedzie kmieć w orszaku weselnym z żoną młodą a piękną... Nagle oto z zarośli puszcz nikczemnik jakiś wypada z psów zgrają i gorszymi od psów towarzyszami swoimi. Tratują zboże... nie swoje! niszczą dobytek... nie swój! Tu — koło studni — kmieć zatrzymuje hultajów... na klęczki pada i skargą do króla grozi... i dostaje obuchem w łeb. A dokoła wozu zamieszanie, gwar, krzyk przerażenia młodej żony... Zbrodnia, wołająca o pomstę do Boga!
Tu podniósł oczy na Maćka — a Maćko był blady jak trup. Na czole, jak węże stalowe, nabrzmiały mu żyły, w piersi nie było tchu, zbielałe usta trzęsły się... Ta bladość odbiła się i na twarzach towarzyszących Borkowicowi panów. Milczeli, przerażeniem zdjęci, jakby w powietrzu unosiła się śmierć.
Wtem oblicze króla złagodniało. Kazimierz podniósł rękę i, kładąc ją na ramieniu nie mogącego przyjść do siebie wojewody, mówił spokojnym głosem:
— Gdyby to tak w województwie twojem stało się, cobyś uczynił?
Maćko nie znalazł słów odpowiedzi.
— Miły nam panie wojewodo — ciągnął król — zechciej wyręczyć nas w tej tak ciężkiej przygodzie. Tam, w drugiej izbie jest inkaust i pióro. Pójdź i napisz wyrok śmierci.
— Na kogo?! — zapytał Maćko.
— Powiedzą ci — tam!
Drzwi wskazał...
Maćko musiał spełnić rozkaz królewski — i wyszedł za wskazaniem ręki pańskiej.
Zaległa ogromna cisza. Przyboczni króla patrzyli rozszerzonemi od zdziwienia oczyma w twarz jego, nie pojmując nic; Maćkowi towarzysze zaparty oddech w piersiach mieli.
Nagle z komnaty, do której wojewoda wszedł, doleciał szmer głuchy, łoskot tępy, brzęk oręży, straszliwe mocowanie się jakieś i Maćka krzyk...
Towarzysze Borkowica trzasnęli w szable i do wyjścia się porwali, chcąc na ono wołanie rozpaczne pospieszyć, ale król krzyknął:
— Stać!...
Myśleli, że grom uderzył — stanęli.
Szmer głuchy, pasowanie się groźne, krzyk wojewody — oddalały się... ginęły... cichły...

W czerwieni szat, ze skrępowanemi w tył rękoma, przez hajduków prowadzony, szedł Maćko do Ostrzeżenicy. Z niebywałym lękiem na wieżę ona patrzył, pot zimny spływał mu z czoła, raz wraz obracał twarz, ku zamkowi zwracając bielma swych oczu. Myślał, że z pomocą mu druhowie przybędą, przecz zaklinali się nieraz na krzyż: „Nie opuścim cię, Maćku! w godzinie ostatniej na nas licz!...“
Gdzie teraz są?
Sam idzie — więzy wżerają mu się w ciało, żelazne ręce pachołków ciężą na karku pańskim...
Posępny orszak wstrzymał się z Maćkiem Borkowicem pod Ostrzeżenicą.
Do drzwi wieżowych można było jeno po przystawionej drabinie wejść, od których prowadził korytarz długości łokci siedmiu, zakończony przepaścią ciemną. Nad głębią oną stanął Maćko, a ujrzawszy starostę królewskiego, zwrócił się ku niemu i spytał:
— Na com skazan?
— Na śmierć — z głodu.
Hajducy już mieli na sznurach spuścić w głąb straszliwą wojewodę, gdy on się z całych sił oparł, a oczy przerażeniem spojrzały. W tej chwili ukośny promień słońca złotą strzałą do wnętrza murów wpadł; wbiegł wiatr ciepły, niosący zapachy kwiatów, i musnął czoło wojewody, zimnym potem oblane, ostatni promień słońca, ostatni wiatru wiew!...
— Litości... — jęknął.
Dał się słyszeć szybki szmer sznurów spuszczonych... i ciężkie ciało Maćka wojewody spadło na dno piwnicy.
Noc — ciemność — przerażenie — grób!...
Czy jeden, czy sto dni przeszło — Maćko nie wiedział... Dla niego była noc tylko, ciemna, nieprzejrzana noc...
Po chwili omdlenia, gdy przytomność wróciła, niewymowny ogarnął go strach... Cisza wszędzie i ciemność wszędzie, wszędzie ciemność i cisza.
Z potężnej piersi Maćka ryk wypadł — ale stłumiły go mury... Nie odezwało się echo żadne, głos żaden nie przerwał tego milczenia mogiły.
Uwolniony z pęt, podniósł się z ziemi i naokół zaczął szukać rękoma...
Mur... mur... bezlitośny, głuchy mur wszędzie! W jednem jeno miejscu nie było ściany — otwór jakiś ze sklepieniem u góry.
Był to podziemny kurytarz, który kołem wielkiem okrążał potężne fundamenty wieżycy i tworzył pierścień spójny, krąg bez wyjścia, zaczarowane koło wieczności.
— Może tam głąb, przepaść i śmierć!... Aby raz skończyć, aby raz skończyć... — szeptał skazaniec i krok naprzód postawił.
I szedł tak Maćko wojewoda z podniesionemi ku górze rękoma, z oczyma przerażeniem patrzącemi; i szedł tak w mrok, w ciszę, w ciemność, w wieczność!...

Po dniach czterdziestu król rozkazał wydobyć szkielet nieszczęścia, by go do Borkowic odesłać. Starosta królewski, ksiądz Wit i panów kilku, spuścili się do straszliwego podziemia. Posępnie migotał blask pochodni, szli, pochyleni do ziemi niemal, poszukując wyschłego szkieletu wojewody.
Nagle wstrzymali się, jakby gromem rażeni... Dech w piersi się zaparł, włosy dębem stanęły, groza odbiła się na wszystkich twarzach...
Maćko Borkowic żył jeszcze...
Żył — karmiąc się ciałem własnem.
Obłąkany, straszny, krwawy, zęby wściekłemi zsiniałe ciało szarpał, wysysał krew, szpik swych kości. Z zapadłej piersi wydobywał się charkot okropny, rzężenie konania — bez skonania.

∗                              ∗
Taką historię opowiada po dziś dzień lud kazimierzowski, wskazując na wieżę, „Ostrzeżenicą“ zwaną.[1]





Przypisy

  1. O spotkaniu się króla Kazimierza z kmieciem, o sposobie podania mu prośby i odczytaniu jej, słyszałem w Kazimierzu z ust włościanki Marjanny Molczakowej. Podanie mówi, że Maćko na śmierć głodową został skazany w Kazimierzu i zamknięty w istniejącej tam po dziś dzień wieży, „Ostrzeżenicą“ zwanej. Zdania historyków chwieją się. Jedni Kazimierz, inni Olsztyn wskazują, jako miejsce kaźni hardego wojewody. Historycznem jest czterdziestodniowe męczeństwo i karmienie się ciałem własnem. Maćko skonał po przyjęciu Najświętszych Sakramentów: miał sił jeszcze tyle!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Gliński.