Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


weselnym z żoną młodą a piękną... Nagle oto z zarośli puszcz nikczemnik jakiś wypada z psów zgrają i gorszymi od psów towarzyszami swoimi. Tratują zboże... nie swoje! niszczą dobytek... nie swój! Tu — koło studni — kmieć zatrzymuje hultajów... na klęczki pada i skargą do króla grozi... i dostaje obuchem w łeb. A dokoła wozu zamieszanie, gwar, krzyk przerażenia młodej żony... Zbrodnia, wołająca o pomstę do Boga!
Tu podniósł oczy na Maćka — a Maćko był blady jak trup. Na czole, jak węże stalowe, nabrzmiały mu żyły, w piersi nie było tchu, zbielałe usta trzęsły się... Ta bladość odbiła się i na twarzach towarzyszących Borkowicowi panów. Milczeli, przerażeniem zdjęci, jakby w powietrzu unosiła się śmierć.
Wtem oblicze króla złagodniało. Kazimierz podniósł rękę i, kładąc ją na ramieniu nie mogącego przyjść do siebie wojewody, mówił spokojnym głosem:
— Gdyby to tak w województwie twojem stało się, cobyś uczynił?