Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drzwi. Słychać było glosy wesołe i żarty rubaszne, na smyczach psy skowyczały i rżały radośnie konie, spoczynek przeczuwając.
To z pocztem panów-druhów swoich zjechał Maćko z Borkowic.
Król musiał przechodzić około przejezdnych. Właśnie pod naporem niecierpliwców drzwi zajazdu pękły.
— Bez gwałtu! — głosem podniesionym zawołał król.
Maćko raptownie zwrócił konia, ostrogę dał i, podnosząc buzdygan, skoczył do idącego.
— Ktoś ty? — wrzasnął.
— A król!... — odpowiedział Kazimierz spokojnie i przeszedł.
Śmiech buchnął; lecz nagle, jakby w ziemię go kto wbił, zapanowała cisza grobowa. Zrazu odpowiedź wzięto za żart jakiegoś szlachetki, trzymającego się klamki pańskiej, lecz wnet poznano głos i trwoga ogarnęła serca. A król, stukając laską dębową o kamienie, któremi droga usłana była, szedł kro-