Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piękny, powietrze tak wonne, że tylko żyć i żyćby się chciało. To też ciepło dnia i ta jego promienność uspokoiły nieco umysł Maćka po zajściu wczorajszem. Nocą tylko snują się złe mary; światłość słoneczna ich nie zna. Nic wiedział jeno pan wojewoda, jak teraz na dwór królewski ma przybyć; z hałasem trąb i gwarem swojego orszaku, czy samemu, w milczeniu pokornem, by króla przebłagać za uchybienie wczorajsze.
Orszak gotów był, a on się namyślał.
Nagle zwrócił się do swoich:
— W trąby i piszczałki! — zawołał. — Nie rab jedzie, lecz Maćko wojewoda.
I przy grzmocie ryczących gardeł obojów, przy szczękach i rżeniu a tętentach koni; przy gwarze rozmów z rozmysłu podniesionych i śmiechów głośnych, w dziedziniec zamku królewskiego wjechał Maćko wojewoda.
W powitalnej komnacie przyjął go król, a przyjął radośnie. Uśmiechał się dobrotliwie, za rękę wziął i pytał o zdrowie. Maćko pokręcał wąsa sumiastego, o piędź jedną zda