Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Król w onej kapocie szlachetki prostego mieszał się nieraz pomiędzy tłum, zebrany na rynku, albo gwarzące gromady kmieci i przysłuchiwał się gadkom różnym. Ten, to i ów wywodził skargi swoje i żale, narzekał na krzywdy doznane, groził pomstą albo czekał zmiłowania bożego. Byli i tacy jednak, którzy radzili do króla iść i żałobę swoją przedstawić. Ci snać już wiedzieli, że król proszących od wrót swych nie odgania, lecz daje ucho chętnie i sprawiedliwość wymierza; ale ta łaskawość Kazimierzowa nie wszystkim jeszcze wiadomą była. Dwa roki dopiero, jak na tych górach zamczysko, a nad brzegami Wisły śpichrze królewskie stanęły; dwa roki dopiero, jak król zaczął zjeżdżać do ulubionego Kazimierza i z ludem się swoim poznawał. Ciągnęło go tu i serce, bo umiłował był Esterkę, która w bliskim Bochotnickim zameczku mieszkała.
Nie znał go więc jeszcze lud tutejszy i gdy świadomsi rzeczy, namawiali skrzywdzonego, by szedł do króla: