Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A kaj nie przyjmie — odpowiadał.
— Tego nie było po ninie.
— Zawżdy to pan!
— I ojciec nasz — odpowiadano.
A król Kazimierz przysłuchiwał się mowom onym i rad był z ojcostwa swego.
Kraj był rozległy, okryty nieprzebytemi puszczami i lasami. Zdarzatło się nieraz, że jakiś panek, siadłszy na zameczku swoim, broił bezkarnie. Nim przez lasy te i przez te puszcze skarga doszła do ucha królewskiego, krzywd tyle się już nazbierało, że na odpokutowanie ich żywotaby zbrakło, a zresztą bywało, że skargę niesioną ciemne puszcze połknęły, łzy wypiła wilgoć ziemna i zanim z dalekich stron człek skrzywdzony do króla doszedł — w borze go zwierz dziki pożarł, albo krzywdziciel dognał i uśmiercił.
Trudno też było czasami możnego panka dostać i dla przykładu ukarać. Król krzywdy nagradzał, a krzywdziciela strofował, myśląc, że słowo dobre, niż kara więcej pomoże.
Tymczasem inaczej się działo i zło rosło. A zresztą, kto wiedział, szczera-li to prawda,