Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niem patrzącemi; i szedł tak w mrok, w ciszę, w ciemność, w wieczność!...

Po dniach czterdziestu król rozkazał wydobyć szkielet nieszczęścia, by go do Borkowic odesłać. Starosta królewski, ksiądz Wit i panów kilku, spuścili się do straszliwego podziemia. Posępnie migotał blask pochodni, szli, pochyleni do ziemi niemal, poszukując wyschłego szkieletu wojewody.
Nagle wstrzymali się, jakby gromem rażeni... Dech w piersi się zaparł, włosy dębem stanęły, groza odbiła się na wszystkich twarzach...
Maćko Borkowic żył jeszcze...
Żył — karmiąc się ciałem własnem.
Obłąkany, straszny, krwawy, zęby wściekłemi zsiniałe ciało szarpał, wysysał krew, szpik swych kości. Z zapadłej piersi wydobywał się charkot okropny, rzężenie konania — bez skonania.

∗                              ∗