Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Ku zachodowi się miało.
Słońce, jakby żal mu było opuszczać ziemię, zakrwawiło się i ostatnie jej pożegnanie posłało. Czerwienią oblało mury Kazimierzowego zamczyska, czerwienią obramowało brzegi zębatej baszty, stojącej opodal od dworca królewskiego, czerwienią rozsypało się po skośnych załomach gór wapiennych i zapaliło ogniem fale wiślane, które, wchłonąwszy w siebie złoto i purpurę, jakby się rozkoszowały tą niezrównaną tęczą blasków — zaszumiały potężniej i z większą pychą i dumą ku dalekiemu uniosły się Bałtykowi.
Im słońce bliżej było ziemi, tem na niebie pożar chmur był większy. Przed chwilą białe, pierzaste obłoki, teraz w rumieńcu zórz stanęły. Płonęło niebo, płonęła ziemia, czarne głębie puszcz nawet, otaczające miasto i siedzibę letnią króla, poprzerzynane były pas-