Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mami promiennemi; przez gęstoliście dębów i buków rozpryskiwało się słońca ognisko krwawe, śląc pożegnanie monarsze groźnym żubrom i turom potężnym, lotnym jeleniom i łosiom o łbach gałęzistych, strasznym niedźwiedziom i sarnom szybkonogim. Konary drzew zaroiły się od wiewiórek, które przed spoczynkiem ostatni jeszcze pląs zawiodły; przerzucały się z konara na konar, z gałązki na gałązkę, wydając głosy radości, do śmiechu rozbawionych dziewcząt podobne; ostatni raz zakołowały ponad lasami krogulce i jastrzębie, zawrzeszczały wrony, goniąc stadami wielkiemi, i wszystko naraz umilkło, ucichło — gdzieś zapadło.
Słońce zaszło.
Zmierzch spływał powoli, w orzeźwiającym mroku wieczora zaczęły się wonie podnosić, niby dymy z kadzielnic kościelnych. Od lasów płynął żywiczny zapach sosen, od łąk — kwiatów i ziół. Zapachniała Wisła nawet wód swych wilgocią i mchy na skałach i krzewy na górach. Rzekłbyś, że ziemia