Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— U nas mówią.
— U was?
— W Borkowicach...
Król Kazimierz drgnął lekko i, kładąc rękę na ramieniu kmiecia, odezwał się:
— Nie wierzcie gąbkom tym, tam nijakich psów niema.
— A pachołki?
— Nie wygnają, ino do pana wprowadza.
— Prawdę-li mówicie?
— Jakiem...
Tu zaciął się. bo chciał powiedzieć: jakem król! — Rzekł więc:
— Jakem uczciwy człek...
Kmieć zdjął czapkę, przeżegnał się, na zamek spojrzał, postawił krok naprzód i stanął nagle.
— Kiej nie mogę! — ozwał się z rozpaczą.
— A ze mną pójdziesz? — spytał król.
— Z wami?...
Wahał się.
Król znów położył rękę na ramieniu kmiecia i przynaglił, by szedł.