Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uszli tak kroków kilka, lecz chłop raptownie wyrwał się z uścisku królewskiego, gwałtownie rzucił się w tył i zawołał:
— Nie pódę, nic pódę — nijak nie pódę!!.. Cosik tam być musi, gdy mnie odpycha tak... Nie pódę, paneczku, i do domu nie wrócę, bo tam strach jeszcze większy!
— Dokad-że się udasz? — spytał król.
A chłop zatoczył się, jak pijany:
— Do Wisły... i już!
Kazimierz chciał mu powiedzieć, kim był, ale słusznie pomyślał, że na samo wymienienie imienia królewskiego nieszczęśnik z rąk mu się wydrze i już go nie zgoni nikt, tem bardziej, że straży nic było przy boku pańskim. Uśmiechnął się więc, podszedł do niego i rzekł:
— Godnie tam opisali wam króla, godnie!
Po chwili spytał:
— I czegożeście z tak daleka aż tu przydybali?
— Gnała mnie krzywda ciężka.
— A samiście się pomścić nie mogli?