Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


księdza proboszcza, pocieszając a rozpytując. Lecz chłop tak płakał, iż słowa przemówić nie mógł. Z ust mu tylko bezładne wyrywały się wyrazy:
— Ratuj, Jezu! ratuj, Panienko Najświętsza!... A kaj ty, Magduś?... pacierz ci ułomili... Dolo moja, oj dolo!...
Jakaś straszliwa, ohydna zbrodnia siała się tam daleko za lasami, za borami...
Przybyli na probostwo i król uderzył w kołatkę, wisząca u wrót.
— Kto ci tam?.. — zapytał stróż głosem sennym.
— Odźwierny królewski! — rzekł Kazimierz.
— Rany boskie! — dał się głos słyszeć.
Wrota się otworzyły szybko, a stróż w pas kłaniać się począł, w pałąk raz wraz się zginając.
A kmieć pomyślał:
— Przed odźwiernym królewskim takie pokłony wybija, a kiejby to sam był król?... Pod stopy by mu się słał, o twardą ziemię łbem bił — a ten szlachcic mi prawił: idź!