Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A król pochylił się i rzucił w ucho stróżowi:
— Pokłonów mi tu nie bij, a milcz — bo łozy!
Na progu plebanji stanął ksiądz Wit.
Król podszedł szybko i parę słów z księdzem zamienił.
Widok księdza uspokajająco oddziałał na kmiecia.
— Król was przysłał? — zapytał króla proboszcz.
— Król nie król — odpowiedział Kazimierz. — Ale chcę księdza dobrodzieja poprosić o nocleg dla tego człowieka i nam na chwilę osobną izbę dać. Stary to druh mój, to wżdy się godzi pogawędzić z nim trochę i w czarkę uderzyć. Spotkało go nieszczęście, z pociechą przyjść trzeba.
— Czynicie tak, jako i pan nasz najmiłościwszy: dobrem darzy, a ród kmiecy nadewszystko miłuje.
Chłop runął do stóp księdza.
— Toć to prawda, co ten szarak powiedział?... O Jezu słodki! o Panienko Najświętsza!... będzie miłosierdzie i pomsta.