Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał przybyć „wierny i sprawiedliwy mąż“, jako sam pisał.
To dobrowolne stawienie się Maćka przed obliczem majestatu zachwiało znów wiarę króla w możność popełnionych występków.
— Albo niewinnie cierpiący, albo czelny człek — pomyślał Kazimierz i w myśli mu stanął Florjan Szary, którego mniej bolały jelita wyprute, niż ludzkie języki. Czekał przyjazdu Maćka i rozmyślając, wszedł krokiem powolnym na rynek kazimierzowski.
Dzień był sobotni, godzina spóźniona. Ponad łunami zapaliła się łuna blado-różowa — to księżyc wschodził.
Na rynku, okolonym pięknie rzeźbionemi kamienicami, pusto było. W oknach jednak niektórych domostw siedmiopłomienne drgały światełka i brzmiał śpiew smutny, który nagle się zmieniał w jakiś lamentu gwar. Był to śpiew żydów, modlitwa i płacz wygnanych zewsząd, prześladowanych wszędzie tułaczów bez ojczyzny, którym Kazimierz swoją ojczyznę dał — z przestrogą: