Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Stać!...
Myśleli, że grom uderzył — stanęli.
Szmer głuchy, pasowanie się groźne, krzyk wojewody — oddalały się... ginęły... cichły...

W czerwieni szat, ze skrępowanemi w tył rękoma, przez hajduków prowadzony, szedł Maćko do Ostrzeżenicy. Z niebywałym lękiem na wieżę ona patrzył, pot zimny spływał mu z czoła, raz wraz obracał twarz, ku zamkowi zwracając bielma swych oczu. Myślał, że z pomocą mu druhowie przybędą, przecz zaklinali się nieraz na krzyż: „Nie opuścim cię, Maćku! w godzinie ostatniej na nas licz!...“
Gdzie teraz są?
Sam idzie — więzy wżerają mu się w ciało, żelazne ręce pachołków ciężą na karku pańskim...
Posępny orszak wstrzymał się z Maćkiem Borkowicem pod Ostrzeżenicą.
Do drzwi wieżowych można było jeno po przystawionej drabinie wejść, od których