Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a pieśni, a skowytanie psów i gony. Poźrzę, a Maćko przez łan gna i pole tratuje...
Tu stłumił jęk w piersi.
— I co? — król spytał.
— Porwę się... i widzę... Jezu! Jezu!...
Płacz głos mu zdławił.
— Uwieźli — po chwili szepnął — zanim jeszcze moją została...
Z piersi mówiącego ryk wyszedł.
— Krzep się — rzekł król — bo nie skończysz powieści swojej. Wróciła do ciebie?
— Wróciła... z krzyżem złamanym... (Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niech jej świeci!...).
— Zgroza!... — zawołał król.
— Mocowała się, panie odźwierny... aż pokonali...
Za łeb się porwał i trzasnął się o ścianę.
— Nie szalej! — odezwał się Kazimierz. — Bóg jest sprawiedliwy — nie minie kara!... A Magdę drugą może znajdziesz.
— Jest tam Jaguś Kielczanka, ale to nie to, mój królu, ni wdzięku takiego, ni słodkości