Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A cóż to? — rzekł nagle król, ku oknu się zwracając. — Kmieć jakiś z karteluszem nad głową wzniesionym u murów zamczyska stoi... Kochan! — huknął, w dłoń klaszcząc, i gdy ulubieniec królewski wszedł, zwrócił się ku niemu i tak rzekł:
— Nowa skarga jakaś!... Idź, wasze, i przynieś mi tę żałobę.
Dworzanin wyszedł, a król do Maćka:
— Rad jestem, żeś przyjechał; nieprędko już opuścisz Kazimierz.
I rozmawiał wesoło z panami swoimi i otoczeniem Maćkowem, a tymczasem wszedł Kochan i śmiejąc się, podał królowi kartelusz.
Panowie na pisanie spojrzeli, zajrzał i Maćko, i jeden głośny śmiech buchnął:
— Głupie chłopisko! — wołano ze wszech stron.
— Mądry, kto taką bazgrotę przeczyta!
— Tu i Salomon skapiałby.
— Ojej — boki... — śmiała się czereda Borkowica.