Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Słonko jeszcze nie zamroczyło się, jakem tu już był.
— I co?
— Strach wkopał mnie w ziemię, kiej na to królewskie budowanie spoźrałem.
— Wżdy tam nie mieszka smok!
— Strach zawżdy!
— Żali-bo nie słyszeliście, że miłym jest królowi kmieci ów ród?
— Tak mówią, ale wam powiedzieć trzeba, że mówienie od prawdy tak dalekie jest, jak wdzięczność od miłosierdzia.
Podobała się królowi ta odpowiedź, uderzył kmiecia po ramieniu i rzekł:
— Nie bójta się!... śmiało idźcie!
— Wy mówicie: idźcie?
— Wżdy słyszycie.
— A psy?
— Co zaś?... kmieć — i psów się boisz?
— Wżdy to królewskie psy, panie szlachcic, to one obiorą tak człeka, że i kosteczki jednej dla ziemi świętej nie ostanie.
— Gdzieżeście brednie takie słyszeli?