Strona:Kazimierz Gliński - Ostrzeżenica.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem powolnym ku stojącej w blaskach księżycowych górze zamkowej.
— Bodajś sczezł!... — zgrzytnął Maćko przez zęby i nakazał milczenie i dobre obchodzenie się z właścicielami zajazdów.
Cicho rozsiodływano konie, cicho wchodziła i wychodziła cała hałastra pana wojewody. Szeptać nawet obawiano się, jakby jakaś groza zawisła nagłe nad nimi.
A na zakręcie drogi zamkowej czerniała jeszcze sylwetka króla. Szedł krokiem równym, uderzając laską swoją o kamienie przydrożne.
Maćko patrzył na oddalający się powoli cień postaci królewskiej i nie wiedział sam, dlaczego mu serce w piersi zamarło. Odetchnął dopiero, gdy na załomie gór zniknęła postać króla Kazimierza.
Nazajutrz, z pocztem rycerzy i panów, przyjaciół i sług swoich, wybierał się Maćko z pokłonem do pana. Słońce otrzęsło się z mgły, i wielkie, złote, promienne ku błękitom szło wyżej i wyżej. Dzień był tak