Kochankowie nieba/Doba pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Kochankowie nieba
Data wydania 1858
Wydawnictwo Karol Baliński
Druk M. Zuern
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Karol Baliński
Tytuł orygin. Los dos amantes del cielo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DOBA PIERWSZA.

Za podniesieniem zasłony widać KRISANTA siedzącego z książką przy stole założonym księgami
KRISANTO.

O! głowo ty moja, głowo!
Z twoją władzą umysłową!
Jakżeś ciasna, ciemna, mylna,
Bezpojętna i bezsilna,
Gdy nie możesz ni troszeczki
Pojąć tej lichej książeczki,
Którą przypadkiem, bez celu,
Wyjąłem z pomiędzy wielu. —
Nad nią jedną dni już tyle
Myślę, męczę się i silę,
Próżno myślę, próżno ślęczę,
Na nic trudy i zgłębiania,
Próżno silę się i męczę,
Na nic wszystko! ani zdania!

Kiedy tak,... więc już uznaję
Całą, mych zdolności małość;
Lecz jeszcze mi pozostaje
Wola, praca i wytrwałość.
Więc choćbym miał tę książczynę
Czytać, męczyć, całe życie,
Nie ustąpię, nie pominę,
Aż zrozumiem należycie.
Lub wezwę mistrza jakiego
Sławnego z nauk, z rozsądku,
Niech objaśni mię: dla czego
Wciąż powraca do początku?
Dobrze mówię: do początku,
Boć to właśnie wyraz pierwszy
Owych tajemniczych wierszy:
Na początku było Słowo.“
Jeżeli Słowo jest mową,
Dźwiękiem głosu, czy wyrazem,
Toć już nie może zarazem
Być początkiem, w żaden sposób —
Boć mowy nie ma bez osób!...
A tu nie powiada czyja!...
I dalej tak rzecz rozwija: —
A Słowo było u Boga,
Słowo samo Bogiem było,
Wszystko z Niego się zrodziło;
Słowo było na początku,
Wszystko wyszło z tego wątku —

Bez Słowa nic się nie stało!“
Cóż za labirynt zaklęty!
I gdzie tu do wyjścia droga?
Takie głębie i zamęty,
Że ja, co już lat nie mało
Przemęczyłem, prześlęczałem
Nad księgami uczonemi,
I świeckiemi i boskiemi,
Nic a nic nie zrozumiałem!
Nic a nic, z tej książki całej
Takiej lichej, takiej małej!

(wraca do czytania)

„Na początku było słowo“....

(zatrzymuje się)

Na początku!... i na jakim?...
Czy gdy Jowisz, Neptun, Pluto,
Dzieląc świat berłem trojakiem
Władzę swoję ztąd wysnutą
Wznieśli nad świata budową?...
Ten stał się panem na niebie,
Drugi piekła wziął dla siebie,
A trzeci zagarnął morze,
A ziemię dali Cererze,
Czas oddali Saturnowi,
Ogień zaś Merkurjuszowi
Powierzyli i Wenerze?...
Nie! nie!... to nie o tej porze,
Nie o tym mowa początku; —

Boć to prosto rzecz rozsądku,
Że gdy niebo, ziemia, morze,
Ogień, wiatry już istniały,
Toć z czegoś powstać musiały!...
Był więc już wprzódy początek,
Zkąd te twory wzięły wątek.
A więc nie o tym początku
Jakimś następnym, podrzędnym,
Tutaj mowa o bezwzględnym,
Przed którym nic nie istniało,
Z którego wszystko powstało,
Wszystko zgoła, bez wyjątku.
Jest więc już inna przyczyna,
Nim się ten podział zaczyna,
Jest już wprzód inny początek,
Zkąd te twory biorą wątek....
Tak;... a tym początkiem: siła,
Która to wszystko sprawiła.
Rzecz to jaśniejsza od słońca —
Lecz ten wywód niema końca!
Bo gdy przyczyna z przyczyny,
Początek z początku płynie,
Toć u szczytu tej drabiny,
Na ostatniej jej wyżynie,
Na wierzchołku tego wątku,
U kresu tego zapasu,
Choćby go najbardziej mnożyć,
Muszę nareszcie położyć

Przyczynę już bez przyczyny,
Początek już bez początku,
Czas — bez czasu!...
Tu kres myśli, jej potęga
Dalej już na włos nie sięga. —
A w tej księdze z każdym krokiem
Coraz głębsza tajemnica;
Wszystko ciemnieje przed wzrokiem,
Rozum coraz mdlej przyświeca;
Pod tych zagadek nawałem
Pojęcie i sąd upada,
Co krok to nowe bezdroże; —
Oto dalej cóż powiada?!
I Słowo stało się ciałem.“ —
Słowo ciałem! — jak być może,
Żeby Słowo, co w początku
W Bogu było, Bogiem było,
Słowo co wszystko stworzyło,
Żeby mogło stać się ciałem!
Nieba! serdecznie was proszę,
Dajcie mi klucz tych tajemnic,
Niech już raz wyjdę z tych ciemnic,
Z tych męczarni, które znoszę!
O ty! bóstwo niepojęte
W swem istnieniu przedświatowem,
Niezbadane w swoim bycie!
Bogiem ty jesteś czy Słowem,
Ty, coś jest samemu sobie

Początkiem i skończonością,
Z którego wszystko poczęte,
A przedwiecznie było w Tobie,
Jeśliś jest życiem, światłością,
Daj mi światło, daj mi życie!

(Na wzniesieniu, po obu bokach KRISANTA, ukazują się jednocześnie dwie osoby, jedna w czerni z gwiazdami, draga w bieli; — on ich nie postrzega i wciąż sam z sobą rozmawia.)
GŁOS PIERWSZY.

Krisanto!

GŁOS DRUGI.

Krisanto!

KRISANTO.

Dziwne
Dwa jakieś głosy tajemne,
Czy jakieś uczucia ciemne,
A całkiem sobie przeciwne,
Twory bez duszy i ciała
Co fantazja wybujała
Sama stworzyła i roi,
Walczą z sobą w piersi mojej. —

GŁOS PIERWSZY.

Słowo o którem tu mowa,
To Jowisz, — jego to słowa

Słuchają wszyscy bogowie
W całego świata budowie.

KRISANTO.

Jowisz? więc to wyrażenie
Ma oznaczać jego tchnienie.

GŁOS DRUGI.

Słowo, co po całym globie
Święta Ewangielja głosi,
To Słowo wszystkiego w sobie
Początek i koniec nosi.

KRISANTO.

Koniec zarazem z początkiem?
Tego nie pojąć rozsądkiem.

GŁOS PIERWSZY.

On wziął na samym początku
Rządy nieba sam, najwyższe,
A reszcie bogów, w porządku
Dał władzę nad tem, co niższe.

KRISANTO.

Boć sam jeden nie mógł przecie
Zarządzać wszystkiem na świecie.

GŁOS DRUGI.

Słowo było przed istnieniem
Przed nieba, ziemi stworzeniem,
Bo samo się w sobie stało
Wprzód nim z siebie czas wydało.

GŁOS PIERWSZY.

Czcij Jowisza przed wszystkiemi,
Boga nad bogi naszemi.

GŁOS DRUGI.

Czcij Boga niepojętego,
Przedwiecznego, jedynego.

GŁOS PIERWSZY.

Jowisz chwała nieskończona!

GŁOS DRUGI.

Bóg, pan ziemi i niebiosów!

GŁOS PIERWSZY.

Drzyj przed gromem jego ciosów!

GŁOS DRUGI.

Szukaj zdroju z Jego łona!

(znikają)
KRISANTO.

O! jakże okropne ciemnie,
Jaki zamęt czuję w sobie!
Dwa jakieś duchy w tej dobie,
Zły i dobry, walczą we mnie.
Obu wprost przeciwne zdania —
Ten burzy, co tamten stawi,
Jeden mię ku wierze skłania, —
Drugi zwątpienie obudza...
Ach! jak ta walka utrudza!
I któż mię od niej wybawi!

(W głębi za sceną POLEMIO.)
POLEMIO.

Karpoforo mi nagrodzi
Te wszystkie trudy i znoje!

KRISANTO.

Jak dziwnie głos ten przychodzi
W straszne udręczenia moje,
Jak szczęśliwie trafia w porę,
W sam czas w moich wątpliwościach!
A choć całkiem przypadkowo
Zabrzmiało to wielkie imię,
To jednakże ja to słowo
Za proroctwo sobie biorę.
Bo ten Karpoforo w Rzymie
Mistrzem był, i najsławniejszym

We wszelkich umiejętnościach,
I ze wszystkich najbieglejszym,
A dziś ciężko podejrzany
O wspólnictwo z chrześcijany,
Uszedł cesarskiej pogoni,
I tu, jak mówią, się chroni,
W skalistych grotach się kryje,
Gdzie tylko dziki zwierz żyje.
On mi światła nie poskąpi,
On mi rozjaśni tę ciemnię,
Lecz póki to nie nastąpi,
Myśli straszna, co tajemnie
Dręczysz mię wciąż przez dni tyle,
Dozwól odpocząć na chwilę,
Opuść mnie, odstąp odemnie —
Niech ożyję! —

(wchodzi POLEMIO, KLAUDJUSZ i ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Mój pan sobie
Z wiatrami rozpoczął waśnie.

KLAUDJUSZ.

Niech wejdą wszyscy dworzanie.

POLEMIO.

Krisanto! synu! co tobie?

KRISANTO.

Jakto? ty tu byłeś panie?

POLEMIO.

Nie byłem, lecz wchodzę właśnie,
Wbiegam cały przestraszony
Twoim krzykiem — i to w chwili,
Gdy tak jestem obarczony
Ważnemi państwa sprawami.
Oto z woli Numerjana
Cesarza mego i pana,
Mam rzecz skończyć z chrześcjanami,
Co się w te góry schronili,
Których głową i podporą
I mistrzem, jest Karpoforo.
Dla tego to tyle razy
Powtarzam one wyrazy:
Karpoforo mi zapłaci
Wszystkie te trudy i znoje.
Lecz cóż znaczą krzyki twoje,
I ten smutek w twej postaci?...
Z kim gadałeś?

KRISANTO.

Z nikim panie.
Tak mię zajęło czytanie,
I przyszła mi chętka nowa
W głos mówić czytane słowa.

POLEMIO.

Ten smutek co wzrok twój chmurzy,
Porzuć synu, bo źle wróży. —

KLAUDJUSZ.

Czyż człowiek sam z sobą może
Rozmawiać tak zapalczywie,
Że aż przestrasza prawdziwie,
Jak nas przestraszył w tej porze.

KRISANTO.

Z takiem uczuciem musiałem...

POLEMIO.

Wymówka tu nic nienada. —
Źle jest kiedy życiem całem
Jedna namiętność zawłada. —
Że czas trawisz nad książkami,
To nic złego, to mię cieszy;
Lecz ten pociąg zbytkiem grzeszy,
Gdy rozrywa węzeł z nami.
Pamięć twoja o nas ginie,
Pozrywałeś związki bliźnie; —
Nicżeś nie winien rodzinie,
Ojcu, krewnym i ojczyznie?

KLAUDJUSZ.

Jak być może by młodzieniec.

Istny niebios ulubieniec,
Obdarzony szlachetnością,
Urodą i walecznością,
W najpiękniejszej życia dobie
Żył zamknięty w samym sobie,
I w odludnem pomieszkaniu
Najwonniejsze wieku chwile,
Darów tyle, skarbów tyle,
Marnotrawił na czytaniu!

POLEMIO.

Czyż nie jesteś Rzymianinem,
Czyż nie jesteś moim synem!
Patrz, z łaski Imperatora
Posiadam najwyższe względy,
Urząd nad wszystkie urzędy
Rzymskiego Gubernatora;
Czyli, bo to idzie za tem,
Rządzę dzisiaj całym światem.
Bo jako pierwszy senator,
Jako Rzymu Gubernator
Mam władzę, bo mi jest dana,
W całem państwie Numerjana.
Czyż niewezwał mię łaskawie
Z Alexandrji, zkąd pochodzę,
I zkąd blask rodu wywodzę,
Bym pospołu z nim, piastował
Ciężar berła i korony?

A kiedy przed nim się stawię,
Jak publicznie mię przyjmował,
Jaki mi hołd uczyniony!
W zapłatę trudów i męstwa,
Za zasługi, za zwycięstwa,
Pióro dzierżę i miecz nagi,
Najwyższej znaki powagi.
I na cóż ta moja chwała?
I na cóż ta świetność cała,
Ten przepych prawie bez granic?
By syn mój, dziedzic jedyny,
Wszystko to miał sobie za nic!

KRISANTO.

Panie, twoje posądzenie
Wielkim mię przejmuje smutkiem.
To moje odosobnienie
Nie jest niewdzięczności skutkiem.
Ja z natury pragnę ciszy,
A wstręt mam ku wszelkiej wrzawie,
Samotny, bez towarzyszy,
Nie nudzę się, owszem, bawię.
Pocóż każesz mi uganiać
Za tem co jak najmniej cenię?
Przestań, panie, mnie nakłaniać
Do tego co mi niemiłem;
Smutek mój przeminie z czasem,
A gdy minie, to z hałasem

Rzucę się w te świata blaski,
Po zaszczyty i po łaski,
Na które nie zasłużyłem
Żadnym własnym moim czynem,
Jeno żem jest twoim synem. —

POLEMIO.

Czyż nielepiej w życia wiośnie
Używać rozkoszy świata,
Niż marnować młode lata
Tak samotnie i żałośnie? —

ESKARPIN.

Najlepiej w całym tym sporze
Przypowiastką, rzecz wyłożę.
W pewnem mieście malarz lichy
Kupił mizerne domisko,
Jak gdyby na pośmiewisko,
I rad z siebie, pełen pychy,
W skok do przyjaciela wpada,
Przywodzi go i powiada:
(Przyjaciel też to był taki!)
Krótko mówiąc ladajaki.
Cóż? mówi — wszak nędzna buda?
Ale ja z nią zrobię cuda.
O! bo ja się znam na dziele!
Niechno tylko go pobielę,
A następnie pomaluję

Własną, moją ręką, wszędzie,
Po mojemu, jak pojmuję,
Zobaczysz, prześliczny będzie!
A ów śmiejąc się odrzecze:
„Będzie, mówisz? ha! nie przeczę;
Jam jednak tego pewniejszy,
Że gdybyś wprzód malowidło
Dał, a następnie bielidło,
To byłby jeszcze piękniejszy.“
Otóż takie moje zdanie,
Pozwól mu malować, panie,
A na takie malowidło
Lepiej przypadnie bielidło;
Boć i lichy malarzyna
Dobry, gdy w porę poczyna.

KRISANTO.

Więc, jak żądasz tak się stanie.
Wolę twoją tak wypełnię,
Że sam wkrótce przyznasz panie,
Iż zmieniłem się zupełnie. — (odchodzi.)

POLEMIO.

Klaudjuszu, serce mnie boli
Widzieć syna w takim stanie.
Ten smutek, to zadumanie,
Boję się, aby powoli
Nie wzrosły aż do szaleństwa.

Dwojaki łączy was związek,
Przyjaźni i pokrewieństwa,
Masz więc święty obowiązek
Wywiedzieć się o przyczynie,
Zkąd ten jego smutek płynie,
Bym mógł działać w tej potrzebie.
Z mej strony zapewniam ciebie,
Że choćby się pokazało,
Że przyczyną tego całą
Jest miłość, — co w jego porze
Pono najprędzej być może,
Nie zrazi mię to odkrycie;
Bo patrząc na jego życie,
Na ten smutek utajony,
Może byłbym ucieszony,
Wiedząc, że boleść dziecinna,
I że przyczyna nie inna....

ESKARPIN.

Pewien kapłan Apollina
Miał po bracie dwóch chłopaków,
Wielkich urwiszów, łajdaków;
A wiedząc, jak miłość zmienia
Tchem swoim wszystkie stworzenia,
Jaką im słodycz nadaje,
Rzekł im tylko, ot, dwa słowa:
Zakochajcie się hultaje!
I nic zgoła nie rzekł więcej.

Otóż, miłościwy panie,
Takie jest i moje zdanie.
A choć to rzecz niegotowa,
Postaram się najgoręcej
Uczynić twej chęci zadość,
Sprawić panu taką radość. —

POLEMIO.

Wstrzymaj się w twoim zapale,
Ja tego nie pragnę wcale,
Bo to całkiem inna sprawa,
Że się po czynie, przystawa,
A inna, chcieć by się stało.
Różnica tu jest niemałą. —

KLAUDJUSZ.

A ja przyrzekam ci, panie,
Z mej strony wszelkie staranie,
By dojść jaka jest przyczyna
Tej boleści twego syna,
A potem, wciąż z nim przebywać,
Zabawiać go i rozrywać. —

POLEMIO.

Otóż to jest, czego życzę.
A gdy z woli Numerjana
Cesarza mego i pana,
Mam iść za chrześcjanami,

Zbiegami, bezbożnikami,
W ich kryjówki tajemnicze,
Jednę ulgę biorę z sobą,
Że ty nad nim każdą dobą
Czuwać będziesz.

KLAUDJUSZ.

Nieprzerwanie,
Wciąż będę przy jego boku,
Nieodstąpię ani kroku.

POLEMIO.

Aureliuszu!

(wchodzi AURELIUSZ)
AURELJUSZ.

Jestem panie.

POLEMIO.

Czy z pewnością znasz te góry
I kryjówkę Karpofory?

AURELJUSZ.

Z pewnością zaręczyć mogę,
Że go schwytam.

POLEMIO.

A więc w drogę!
Prowadź, tylko mądrze, skrycie. —
Wszyscy, których z nim ujrzycie
Niech giną! śmierć bez litości!

Bogowie, co z wysokości
Niebieskiej, jasno widzicie
Z jak gorącą, usilnością,
Nabożeństwem i miłością
Stawam w waszej czci obronie,
Tępiąc ten bezbożny, nowy,
Straszny zakon Chrystusowy,
Niech wasze wszechmocne dłonie
Polepszą stan mego syna!
To mi nagroda jedyna.

(odchodzi.)
KLAUDJUSZ I ESKARPIN
KLAUDJUSZ.

Idźże zaraz Eskarpinie
Do Krisanta z temi słowy:
Żeby zaraz w tej godzinie
Do podróży był gotowy.
Bo go wezmę, pojedziemy,
Wesoło się zabawiemy.

ESKARPIN.

Gdzież to ma być ta zabawa?
Bo to dziś niełatwa sprawa.

KLAUDJUSZ.

Na Salaryjskim gościńcu,
Tuż za Rzymem, jest świątnica.
Co piękności ma stolica,
Wszystkie w świątyni dziedzińcu
Zbiegły się, sławne wdziękami,
Świetne rodem, przymiotami,
I tam obrały siedlisko.
Każda z nich tu pełni służby
Do chwili miłośnej drużby,
Gdy już za serca potrzebą
Idąc, inne śluby wyzna.
Jest to wdzięków zbiegowisko,
Jest to piękności ojczyzna,
Jest to wszystkich bogiń niebo
A gdy Minerwa zarazem
Pod mądrym swoim rozkazem
Ma i lasy, więc w gęstwinie,
W cudnym gaju, na ustroni,
Ołtarz ku jej czci jedynie
Ofiarne kadzidła roni.
Tamto, każdego wieczora,
Najpiękniejszych nimf gromady
Zdążają, — i jest to pora,
W której wolno jest młodzieży
Zalecać się, jak należy.
Otóż rozważywszy ściśle,
Tam go dziś wprowadzić myślę.

ESKARPIN.

Ja tej myśli nie pochwalę,
I nie potwierdzam jej wcale,
Bo to dla mnie oczywista,
Że piękności te zaklęte,
Wciąż strzeżone i zamknięte,
W których wysokim urzędzie,
Myśl, choćby najbardziej czysta,
Jeszcze niegodną ich będzie,
Nie mogą bólu ukoić,
Takich smutków uspokoić.
Więc lepiej je zaniechajmy,
A wprost do Rzymu zdążajmy,
Kędy są lepsze piękności,
Przystępne, z ciała i kości. —

KLAUDJUSZ.

Mowa niegodna człowieka!
Kochać się w takiej kobiecie,
Której przeczysta powieka
Tylko przyszłe losy waży,
Wyśledza wyroki Boże;
To mi szczęście! i na świecie
Większe szczęście być nie może!

ESKARPIN.

Ależ ja tylko mówiłem,
Że byłoby lepiej, panie

Bo to widzą nawet ślepi,
Że jest dobrze — i jest lepiej.
Znać ciemno się wyraziłem,
Przykład niech za dowód stanie.
Pytała raz matka synka:
Wybieraj chłopcze co wolisz,
Tu są jaja, a tu szynka.
„Daj szynkę matko, lecz wprzódy
Zjem jajko jeśli pozwolisz.“ —
Cóż? czy niejasne dowody?
Rzeczą jest mądrą i zdrową,
Mieć razem i to i owo. —

KLAUDJUSZ.

Jak mogły bogów wyroki
Popełnić błąd tak głęboki,
Połączyć przez związki dziwne
Skłonności tak wręcz przeciwne!

(na stronie)

Co widzę? Cintia! tak, ona!
Cintia moja ubóstwiona!
Ach! nie pragnę szczęścia więcej
Jeno czcić ją potajemnie,
Kochać ją coraz goręcej,
Chociażby nigdy wzajemnie! —

(odchodzą.)
NISIDA I CHLORA
Z ARFĄ.
NISIDA.

Niesiesz arfę?

CHLORA.

Tak jest, pani.

NISIDA.

Dajże mi ją, niechaj na niej
W tym pełnym rozkoszy gaju
W jego szmaragdowym maju,
W jego rubinów purpurze,
W którą ubrały go róże
I rozlicznej barwy kwiaty,
Ścieląc kobierzec bogaty,
Różnobarwny, różnowzory;
Niech na tym kobiercu wiosny
Spróbuję nóty miłosnej
Do piosenki, której słowa
Wczoraj Cintia napisała.

CHLORA.

Jakaż tej pieśni osnowa?
O czem mówi?

NISIDA.

Treść jej cała

Jest to słowik na jaworze,
Co sam z sobą w rozhoworze
Wyśpiewywa swoją dolę,
Miłości rozkosz i bole.

(wchodzi CINTIA z książką w ręku.)
CINTIA.

Gdy Minerwy służebnice,
Pełne wdzięków uczennice,
Wybiegły tam ku zabawie,
I rozbiegły się po łące,
Po niskiej, poziomej trawie,
Jakby róże woniejące,
I znikły całą drużyną,
Między tych gajów gęstwiną,
Które w swoim blasku nowym,
W mnóstwie wdzięków niezliczonem
Są kwiatów niebem zielonem,
Gwiazd namiotem lazurowym;
Ja tymczasem tu usiędę,
I w tej ciszy nieprzerwanej
Z Owidjusza czerpać będę
Leki na miłości rany. —

NISIDA.

Chloro, słuchaj, będę śpiewać.

CHLORA.

Dobrze; któżby śmiał przerywać.

NISIDA. (śpiewa).

Słowiku, co pełen lubości
Pieścisz się rozkoszą miłości,
Jakąż zazdrością przejmujesz mię!
Lecz nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałosnej
W rzewnej rozpłynie się łzie!

CINTIA.

Jakże ja ci podziękuję,
Nisido, za twoje pienie?!
Od dziś tak dumną, się czuję,
I sama wyżej się cenię.
A duma to nie jest pusta,
Jest ona uzasadniona:
Pieśń to już nie ladajaka,
Kiedy ją śpiewaczka taka,
Tak gienialne nócą usta.

NISIDA.

Tyś to gienjusz niesłychany,
Piękna Cintio! niezrównany!
I wierz mi, bo to rzecz pewna,
Że na siebie jestem gniewna,
Żem wiecznie nie zamilczała,
Żem arfy nie roztrzaskała
Raczej, niżeli daremnie
Kusić się i tak nikczemnie

Zbiorem niedołężnych dźwięków
Kazić pieśń tak pełną, wdzięków.
Lecz gdzież to zdążasz w tę stronę?

CINTIA.

Korzystając z samotności,
Chciałam tu sobie w cichości
Czytać, a w tem niespodzianie
Usłyszałam twoje granie.
Magnes to, którego siła
Aż tu mnie doprowadziła.
Lecz przez twego śpiewu wdzięki,
Jakże muszą być zaklęte,
Czarowną mocą ujęte,
I szemrzących źródeł dźwięki,
I wstrzymane tam u góry
Harmonijne ptasząt chóry!
Czy nie mogłabyś raz jeszcze
Powtórzyć twojego śpiewu?
Pozwól, niech się nim napieszczę
Śród radości i podziwu —
Jeśli to nie jest natrętnie....

NISIDA.

Owszem, owszem, bardzo chętnie.

(śpiewa).

Jak wesoło, z jaką chlubą.
Śpiewasz miłośny słowiku!

Jak się pieścisz z twoją lubą,
Rozkosznisiu, w twym gaiku.
Zazdrością przejmujesz mię!
Lece nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałosnej
W rzewnej rozpłynie się łzie.

(Wchodzi DARJA.)
DARJA.

Przestań już, przestań, Nisido!
Bo w tem miejscu takie pienie
W każdym wznieca oburzenie,
A ciebie kryje ohydą,
I godność twoją poniża,
I bogom samym ubliża.
Czem jest zazdrość? czem kochanie?
Że śmiesz o nich tutaj śpiewać,
I spokój tych miejsc przerywać.
Czyż nie wiesz, że to Dianie
Las ten dany jest w ofierze,
A bynajmniej nie Wenerze.
Czyż nie widzisz nieszczęśliwa,
Że to jest zbrodnia prawdziwa,
Obraza Minerwy chwale,
W świątyni bóstwa mądrości
Nócić hymn na cześć miłości!
Ale nie dziwię się wcale,
Pojmuję wszystko w tej dobie,
Gdy Cintię widzę przy tobie.

CINTIA.

Czemuż to tak? niech się dowiem.

DARJA.

Kiedy pytasz, to ci powiem.
Boś ty cały dzień od rana
W świeckich książkach zakopana;
Niemi żyjesz, niemi dyszesz,
Wiersze czytasz, wiersze piszesz,
Puste, czcze niemiłosiernie,
Lecz tobie miłe niezmiernie.
Cóż? może nieprawdę mówię?
Może mnie o dowód spytasz?
Więc na uczynku cię złowię —
Pokaż książkę, którą czytasz.

CINTIA.

Książka to jest naukowa,
Owidjusza to są słowa,
O lekach na ciężkie rany,
Na ból przez miłość zadany.
Niechże się Darja przekona,
Jak mylnie jest uprzedzona.
Ja czasu nie marnotrawię,
Ja uczę się, a nie bawię.
Kto lekarstwa wyszukuje,

Ten się zbroi przeciw złemu,
I bolu ten nie miłuje,
Kto chce walczyć przeciw niemu.

NISIDA.

Słowa przez Cintią rzeczone
I mnie służą za obronę.
Rozczarowania i żale
Śpiewałam, nie hymny wcale.

DARJA.

Leków i rozczarowania
Szukacie zarazem obie;
A to samo już odsłania,
Że ból już czujecie w sobie.
Bo kto odczarowań czeka,
Świadczy, że jest zczarowany,
A kto w lekach się zacieka,
Że cios już mu jest zadany.
Któż się troska o doktory?
Żaden zdrowy, tylko chory;
Niesłychana do tej doby
Pragnąć leków bez choroby.
Więc słusznie wam się nagania
Światowa wasza nauka,
I tej, co rozczarowania,
I tej, co to leków szuka.

CINTIA.

Zatrudnienia przypadkowe
Są to rzeczy dodatkowe;
Po za niemi się ukrywa
Cel główny i myśl prawdziwa.
Pójdźmy dalej; w całym świecie,
Czyż mi kogo wynajdziecie,
Coby całej swojej siły
Nie łożył na przedmiot miły,
Na jakiś cel ulubiony,
Ponad wszystko wyniesiony.
Ten to różny pociąg ducha
Tworzy tę różność zawodów,
Co jak ogniwa łańcucha
Tworzą treść państw i narodów.
Z tej to różnicy wypływa,
Że duch Nisidy spoczywa
Cały w śpiewie, mój w pisaniu,
A twój w onem uwielbianiu,
Z jakiem lubujesz się sobie
W własnych wdziękach, w każdej dobie.
Lepszeż to jest zatrudnienie
Nad własne doskonalenie?
Któż z nas tedy wyżej stoi?
I zkąd powód pychy twojej?
Byłże poranek na niebie,
Któryby nie zastał ciebie
Z pochyloną dumnie skronią

Po nad zwierciadlaną tonią,
Wpatrującą się ciekawie
W własnej postaci odbicie,
Oddającą sobie skrycie
Cześć taką, jak bóstwu prawie!
Teraz wróćmy do zasady,
Do początku naszej zwady.
Otóż Darjo, twoja wina
Większa od naszej nierównie,
Bo jest tu skryta przyczyna,
Która tobą rządzi głównie.
Kto się tak pilnie przygląda
Własnym wdziękom w każdej dobie,
Ten niezawodnie pożąda
Wzbudzić w kim miłość ku sobie.

DARJA.

Obwiniasz mnie nadaremnie —
Gardzę takiemi zamiary.
Tak daleko są odemnie
Miłosne myśli i mary,
I tak je nisko uważam,
Nie przez cnotę, lecz dla pychy,
Tak daleko jest, powtarzam,
Miłość od tej piersi cichej,
Że z wszystkich Jowisza trudów,
Z wszystkich jego ręki cudów,
Rzecz najbardziej niepodobna

Ta byłaby bez wątpienia,
Gdyby z miłości płomienia
Choćby tylko cząstka drobna,
Choćby w najmniejszej iskierce,
Wkraść się mogła w Darji serce.
Bo w jednem tylko zdarzeniu
Miłość rozpali to łono,
Gdy w dumy mojej pragnieniu
Zostanę zaspokojoną. —

CINTIA.

Mów jaśniej, bo nie pojmuję.

DARJA.

Gdy kto tak mię umiłuje,
Że z miłości ku mnie skona,
Wtedy dopiero zwalczona
Miłości siłę poczuję;
Ku niemu po jego zgonie
Serce to żarem rozpłonie.

NISIDA.

Wymysł dziki! niepojęty!
Jakież miłości zachęty?
I cóż mu z twojej nagrody,
Kiedy musi umrzeć wprzody?

CINTIA.

Duma to tylko szalona
Do szczytu doprowadzona,
Pycha straszna, któż nie przyzna?
Bo czyż był kiedy w przeszłości,
I czy być może mężczyzna,
Któryby umarł z miłości!

DARJA.

A więc, w takim rzeczy stanie,
Gdy prawdą, jest twoje zdanie,
Pójdę dalej moją drogą —
Nie będę kochać nikogo,
Lub tego tylko jedynie,
Kto z miłości ku mnie zginie.

CINTIA.

Z tak dumną mówić nie można,
Wszelka tu odpowiedź próżna.
A więc najlepiej zrobimy,
Gdy do swego powrócimy:
Ja, jak wprzódy do czytania —
Ty Nisido do śpiewania.
Niech gada, cóż to nam szkodzi,
Duma jej już w szał przechodzi.

NISIDA.

A więc wracajmy bez gniewu
Ty do książki ja do śpiewu.

DARJA.

A ja? cóż uczynię przecie?
Gdy wy pracować będziecie,
Chcąc dowieść, jak wzgarda wasza
Obchodzi mię i przestrasza,
Obok nad zdrojem usiędę,
I w nim przeglądać się będę.

(wchodzi KRISANTO, KLAUDJUSZ i ESKARPIN.)
NISIDA. (śpiewa).

Słowiku, co pełen lubości
Rozgłaszasz słodycze miłości,
Jakąż zazdrością przejmujesz mię!
Lecz nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałośnéj
W rzewnej rozpłynie się łzie.

KLAUDJUSZ (do KRISANTA).

I cóż? czyż cię nie zachwyca
Ta prześliczna okolica?

KRISANTO.

Ach! któryż artysta, który,
Sprosta tym cudom natury!
Ze wstydem to ci wyznaję,
Pierwszy raz zwiedzam te gaje.

KLAUDJUSZ.

Ten las u świątyni progów,
Toć to ziemski Olimp bogów.

KRISANTO.

Albo ta łąka zielona
Pod tym lasem rozciągniona,
Albo to miejsce w dolinie,
Gdzie jakieś nimfy, boginie,
Których dźwięk taki uroczy
Zabrał nam serca i oczy.
Jedna wiersze czytająca,
Druga pieśni śpiewająca,
A trzecia wdzięcznie schylona
Bez myśli, a zamyślona,
Dawała do zrozumienia,
Że kobieta mieć nie może
Nic lepszego do czynienia.
Jak być piękną w każdej porze.

ESKARPIN.

I prawda! — ja w życiu całem
Równie pięknej nie spotkałem.

KLAUDJUSZ (do KRISANTA).

A gdyby też, ot, w tej dobie,
Była ci rzecz dozwolona
Wybrać którą z tego grona,
To którąbyś wybrał sobie?

KRISANTO.

Niewiem; bo tych dziewcząt troje
Zabrało pod władzę swoję

Trzy wielkie siły, przez które,
Jak gdyby przez czar uroczy,
Despotycznie biorą górę,
Więżą myśl i słuch i oczy.
Tej śpiew słodycz w serce wlewa,
Ta co czyta myśl porywa,
Ta milczy ufna w swej sile.
Lecz jej piękność mówi tyle!
A więc rozważywszy ściśle,
Żadnej ubliżać nie myślę.
U tej wielbię wdzięków siłę,
U tej głosu dźwięki miłe,
U tej dowcip i natchnienie —
Jak należy wszystkie cenię;
Lecz gdyby wyrokiem nieba
Wybierać było potrzeba,
Nie dbając co ludzie rzekną,
Wybrałbym...

KLAUDJUSZ.

Którąż?

KRISANTO.

Tę... piękną.

ESKARPIN.

Doskonale! doskonale!
Taki wybór i ja chwalę.

Bo choć sztuka ma znaczenie,
Choć naukę wielce cenię,
Najważniejszą, cnotą przecie
Jest zawsze: piękność w kobiecie.
I dowiodę tego łatwo.
Kłócił się lis z kuropatwą.
Lis przechwalał się z mądrości,
A kuropatwa z piękności.
„Tyś tak głupia kuropatwo,
Że każdy łowi cię łatwo.“
Na co ta lisowi rzecze:
„Mądrości tobie nie przeczę,
I że w porównaniu z tobą
Nie mądrą jestem osobą.
A jednakże u każdego
Prawdziwego myśliwego,
Co się dobrze zna na cenie,
Większe niż ty mam znaczenie.“

NISIDA.

Chloro, weź arfę, bo słyszę
Jakiś szelest za drzewami,
Rzućmy prędzej to zacisze,
Ktoś tu skrył się za krzakami,
Wstyd mi, ci ludzie tam stali
I skrycie podsłuchiwali.

(odchodzi.)
CINTIA (do siebie).

Klaudiusza z dala poznałam,
Lecz udam, że nie widziałam,
Pójdę niby zamyślona,
Cała w książce zatopiona,
Dumać w samotnej ustroni.
Czy też on za mną pogoni?
Jeżeli nic nie wybawia
Z bolu, który miłość sprawia,
To na cóż zda się czytanie
Owych lekarstw na kochanie?

(odchodzi.)
DARJA.

A ja tu zostanę sobie,
Nie nudno mi w tej zaciszy,
Bo mi wszędzie, w każdej dobie,
Piękność moja towarzyszy.

KLAUDJUSZ.

Krisanto, wybór twój razem
Zasmuca mnie i raduje;
Okazałeś tym wyrazem,
Że ci się nie podobała
Ta, która wiersze czytała,
I to mnie smutkiem przejmuje;
A gdybyś był ją pochwalił,
I wybrał z tych dziewcząt grona,

Byłbyś mnie gniewem zapalił,
Jad zazdrości wlał do łona. —
Gdy więc żal przez cię wzbudzony
Tak jest z wdzięcznością złączony,
Łączmyż razem nasze losy,
Niech nas wiodą serca głosy.
Ja biegnę za bóstwem mojem,
Ty uderz do twojej damy,
Co jeszcze duma nad zdrojem,
A potem tu się spotkamy.

(odchodzi).
KRISANTO.

W tak szczególnym jestem stanie!
Takie w myśli zamięszanie,
Taką dziwną czuję trwogę,
Że poznać siebie nie mogę!
Od chwili, w której ujrzałem
Piękność tę tak doskonałą,
Nieznanym płonę zapałem; —
Babilonem głowa moja!
Serce zburzone jak Troja!

ESKARPIN.

Toż samo ze mną się stało.
Gdy tę piękność zobaczyłem,
Całkiem przytomność straciłem.

KRISANTO.

Ty głupcze! jestżeś ty w stanie,
Ty, czuć moje niepokoje?

ESKARPIN.

Ja tego nie mówię, panie,
Czuję tylko własne moje.

KRISANTO.

Porzuć tę błazeńską sztukę!
Precz! przez wszystkie bogi w niebie!
Bo cię tu na śmierć zatłukę!

ESKARPIN.

Idę już, bo w tej potrzebie
Nie mogę sobie zawierzyć,
Czy mógłbym zazdrość uśmierzyć.

(odchodzi.)
KRISANTO (do DARJI).

Przebacz, że pytać się ciebie
Ośmielam, kto jesteś, pani?
Czy Aurorą na tem niebie,
Czy Palladą tej przystani,
Junoną tych gór skalistych,
Czy Florą tych łąk kwiecistych?

Bo chciałbym wiedzieć sposoby,
Których używać należy,
Mówiąc do twojej osoby.
Lecz nie, po co? mówiąc szczerzej,
Już pytania nie powtarzam,
Bo kiedy głębiej rozważam
Piękność twoję niesłychaną,
Doskonałość niezrównaną,
Widzę jasno żeś bogini,
A z bliskości tej świątyni,
Co twojej chwale oddana,
Zgaduję, żeś jest Diana.

DARJA.

Gdy ty dla mówienia ze mną,
Kto jestem, pragnąłbyś wiedzieć,
To z otwartością wzajemną
Muszę tobie odpowiedzieć,
Że jam wcale nie ciekawa
Wiedzieć, kto ty jesteś, panie;
Bo na takie zapytanie,
Bez względu, kto je zadawa,
Odpowiadam tylko wzgardą,
Tak dumną jestem i hardą.
Wierz mi, bo mówię to szczerze,
Więc chciej odejść kawalerze,
Chcę być samą w tej ustroni,
Jak byłam nim wszedłeś do niej.

KRISANTO.

Wyznaję, że zasłużyłem
Na karę tak sprawiedliwą,
Za błąd, który popełniłem,
Pytając, kto jesteś pani;
Bo ktokolwiek jesteś zgoła,
Piękność twoja tak prawdziwą,
Blask taki bije ci z czoła,
Że każdy w powinnej dani
Musi tobie się ukorzyć,
Hołd miłości musi złożyć.

DARJA.

Głos taki jest mi tak dziwny,
Tak mi się zdaje przeciwny,
Że choćbym kiedy kochała,
A wiem, że to być nie może,
To nawet, nawet w tej porze,
Jeszczebym go nie słuchała,
Jeszczeby ta pierś zdumiona
Pozostała niewzruszona.

KRISANTO.

Więc wcale cię nie obrażę,
Że się powtorzyć odważę,
Gdy głos ten tak obcym czujesz,
Że choć słyszysz nie pojmujesz.

DARJA.

Przeciwnie, bo choć to słowo,
Ten głos, dla mnie rzeczą nową,
Choć go wcale nie pojmuję,
Lecz zuchwalstwo odgaduję.
I chociaż już zapomniałam
Zaraz, gdy słyszeć przestałam,
Powtorzone takie słowo
Znów mnie obrazi na nowo.

KRISANTO.

Jakto? jużeś zapomniała?

DARJA.

Tak jest.

KRISANTO.

To rzecz niepojęta!
O dolo moja przeklęta!
Głos miłości!... toć to strzała,
Cios śmiertelny, najdotkliwszy,
Wszak to piorun najstraszliwszy!

DARJA.

Tak, lecz piorun nic nie szkodzi,
Jeżeli w próżnię ugodzi,
Gdy mu nic w drodze nie stanie.

KRISANTO.

A to jak?

DARJA.

A to tak, panie.
Gdy grom wpadł jednemi drzwiami,
A drugie są otworzone,
To nie drażniony oporem,
Nie wstrzymany przeszkodami,
Pójdzie sobie prostą drogą,
Wyjdzie tym drugim otworem,
Nie uszkodziwszy nikogo —
I domostwo ocalone....
Tak samo piorun miłości,
Gdy otwarte miałam uszy,
Nie zapalił mojej duszy,
Zostawił mię w spokojności.
Bo przeleciał sobie duchem,
Wpadł jednem, znikł drugiem uchem.

KRISANTO.

A jeżeli wyjścia niema?
To grom w miejscu się zatrzyma,
I póty nie pójdzie dalej,
Aż wszystko zniszczy i spali.
Więc serce moje zranione
Ze szczętem będzie spalone,
Bo żadnego wyjścia niema
Dla gromu, co wpadł oczyma.

DARJA.

Gdybyś był słyszał, mój panie,
Naszą, rozmowę tajemną,
I moje szczere wyznanie,
To zamiast rozmawiać ze mną
Wolałbyś gdzie w oddaleniu
Być pogrzebanym w milczeniu.

KRISANTO.

Cóż to było?

DARJA.

Już nie pomnę;
Myśl to którą w duszy noszę,
Postanowienie niezłomne,
Rzucone śmiało i dumnie.

KRISANTO.

Niechże wiem, powtórz mi, proszę.

DARJA.

Że ten tylko, ten jedynie
W sercu mojem nie zaginie,
Kto umrze z miłości ku mnie.

KRISANTO.

A temu, który tak skona,
Miłość twoja zapewniona?

DARJA.

Może być pewnym wzajemnie.

KRISANTO.

A więc przyjm słowo odemnie,
Bo przysięgam tobie szczerze
Życie złożyć ci w ofierze.

DARJA.

Zostawże mię w spokojności,
Póki nie umrzesz z miłości.

(odchodzi.)
KRISANTO.

Gdzież pierś, coby w jedną chwilę
Czuła w sobie ciosów tyle!
Gdzież serce, co na raz zmieści
Tyle walk, tyle boleści!
Mnież to, mnie, jedna dziewica
Tak czaruje, tak zachwyca,
Że już dla niej zapomniałem,
Czego tak chciwie szukałem!
Jakiż szał i letarg razem,
I jakiż to czar uroczy
Swoim niebiańskim ukazem
Wlała mi w duszę przez oczy!
Cóż to za bóstwo nie rade,
Bym doszedł tajemnic wielu,
Zawartych w tej księżce dziwnej,

Stawia mi w drodze zawadę,
Podsuwa pociąg przeciwny,
Żeby mię odwieść od celu.
Lecz nie! nie! namiętność żadna,
Niech jak chce gwałtowną będzie,
Nie będzie tak samowładna,
Całego mnie nie posiędzie!
Cóż, że jednej gwiazdy siła
Do pokłonu mię zmusiła,
Toć się przez to nie złamałem,
I nie złamię się w pokłonie,
Gdy przed drugą schylę skronie.
Wolny jestem sercem całem!
Więc wbrew pięknościom, co kuszą,
Do wznioślejszych wracam bojów,
Co mocniej miotają duszą
Od miłosnych niepokojów.
A gdy teraz Klaudjusz cały
Zajęty swoją miłością,
Udarował mię wolnością,
Odszedł wraz z swoim służącym,
Pójdę pomiędzy te skały,
Co tak wieńcem siniejącym
Las ten w krąg pozamykały.
Tam w pieczarach chrześcijanie
Kryją się, biedni zbiegowie,
Zbliżę się do nich, a może
Dowiem się o Karpoforze.

Bo tylko on sam jest w stanie
Skończyć moje udręczenia,
Wrócić spokój mojej głowie.
Otóż i pustynia głucha,
Ni śladu żywego ducha,
Jakiś labirynt tajemny,
Coraz bardziej dziki, ciemny.
Natura pracy tak mało
W tem miejscu zadała sobie,
Jakby jej się podobało
Pokazać, że w każdej dobie
Piękna, choć jej się nie chciało
Użyć stroju ku ozdobie. —
Promień słońca ledwie może
Przedrzeć się w tę ustroń ciemną,
Taka puszcza i bezdroże,
Ani śladu ludzkiej nogi,
Nikt tu nie błądził przedemną.
Lecz dojść muszę choć bez drogi.
Ha! tam u brzegu strumyka,
Co ze skał bijąc na skały
Błyska, miga i przemyka,
Jasny, lśniący, śnieżnobiały,
Widzę — kościotrup prawdziwy...
Niby trup — a jednak żywy.
Ruch zaledwie dostrzeżony
Znać daje, że ożywiony,
I odróżnia go od głazu

Na tle tego krajobrazu.
Zacny starcze! co w tej stronie
Uschłej pod śmierci powiewem,
Sam jesteś żyjącem drzewem...

KARPOFORO.
(przy skale, chce uchodzić na widok Krisanta.)

Biada mi! jakiś poganin!

KRISANTO.

Nie bój się, bo choć Rzymianin,
Ja ci nic złego nie zrobię.

KARPOFORO.

Czegóż chcesz dziwny młodzianie,
Nie lękam się, jest coś w tobie,
Co obudza zaufanie.

KRISANTO.

Wskaż mi, proszę cię serdecznie,
Która tu z tych skał straszliwych,
Co do koła nas ze swemi
Paszczami rozdziawionemi
Stoją łaknące odwiecznie,
Jak grobowce ludzi żywych:
Która tu podziemna nora
Jest schronieniem Karpofora?
Bo chcę z nim mówić koniecznie.

KARPOFORO.

Ufam ci, mówię bezpiecznie,
Jam jest.

KRISANTO.

Ojcze! daj prawicę.

KARPOFORO.

Z całej duszy, chłopcze mężny.
Twój uścisk, twoje źrenice
Odmłodziły serce moje,
Jak winogradu powoje
Wieńczące pień niedołężny.
A kto jesteś?

KRISANTO.

Moje imię
Krisanto; — ojciec mój w Rzymie
Jest najpierwszym senatorem,
I miasta gubernatorem.

KARPOFORO.

Cóż ciebie do mnie sprowadza?

KRISANTO.

Stojący źle się naradza.

KARPOFORO.

Prawda — tak się zagadałem,
Że cię prosić zapomniałem.

Więc wejdźmy tu w moją grotę.
Siądźmy.

(siadają.)

Teraz mówmy śmiało.

KRISANTO.

Od dziecięctwa mam ochotę
Do nauki, i nie mało
Różnych ksiąg już przeczytałem.
Lecz przypadkiem napotkałem
Jednę taką, że nie mogę
Zrozumieć jej żadną miarą.
A więc z ufnością i wiarą
Do ciebiem się wybrał w drogę,
Bo zdawna znam twoje imię,
Wiem, że jesteś w całym Rzymie
Mędrcem, mistrzem nad innymi,
Więc o pomoc twoją proszę,
I książkę z sobą przynoszę.

KARPOFORO.

Pokażże ją, zobaczymy.

KRISANTO.

Patrz pierwszą kartę z porządku,
Bo to właśnie na początku
Jest trudność, której nie może
Mój rozum sprostać.

KARPOFORO.

O! Boże!
Toć to Ewangielja święta!

KRISANTO.

Co to? całujesz tę księgę?
Jakąż musi mieć potęgę!

KARPOFORO.

Tak; — i czoło przed nią chylę
W proch ze skruchą najgorętszą,
Na znak czci, którą przejęta
Jest dusza moja w tę chwilę,
Gdy tę księgę przenajświętszą
Imam dłońmi niegodnemi.

KRISANTO.

Cóż to za księga być może,
Co tak cię chyli ku ziemi?

KARPOFORO.

Ewangielja, — Słowo Boże,
Najwyższe ustawy Pańskie,
Nasze prawo chrześcijańskie.

KRISANTO.

Więc na nic moje ofiary,
Moje trudy i boleści!

KARPOFORO.

A to czemu?

KRISANTO.

Bo w jej treści,
Jak od dawna słyszę zawdy,
Nic innego się nie mieści,
Jeno tajemnicze mary,
Jakieś uroki i czary,
Same fałsze.

KARPOFORO.

Same prawdy.

KRISANTO.

Co mówisz? jak to być może!
Patrz sam, gdy księgę otworzę,
Zaraz najpierwszy z jej wierszy
Jest zarazem fałsz najpierwszy.
Oto mówi: „na początku
Było Słowo, a to Słowo
W Bogu było, Bogiem było.
I dalej z błędnego wątku
Wywodzi nieprawdę nową,
Że później z bóstwem swem całem
Bóg, Słowo, stało się ciałem!

KARPOFORO.

Rzecz jasna i oczywista,
Bo święty Ewangielista

Raz o Bóstwie samem mówi,
Niedostępnem rozumowi,
To znów mówi, jak przed wiekiem
Ten sam Bóg stał się człowiekiem.

KRISANTO.

Bóg człowiekiem? czyż być może!
W jednej i tej samej porze?

KARPOFORO.

Tak; — w jednej swojej osobie
Łącząc te natury obie. —

KRISANTO.

Jakto? jak? powtórz na nowo,
Bo chciałbym pojąć koniecznie.
Jakto, więc to samo Słowo,
Co w Bogu było przedwiecznie,
I jest Bogiem, bierze ciało,
Cudem nigdy niesłychanym,
Bogiem-człowiekiem się stało,
Chrystusem ukrzyżowanym?!
Ja tego nie pojmę głową.
Wszystko to tak z sobą sprzeczne
Daj dowody dla rozsądku.

KARPOFORO.

Bogiem jest przedwieczne Słowo —

Bogiem, bo jak Bóg, przedwieczne —
Bez końca jak bez początku;
Bogiem jest Słowo prześwięte,
Bo jest przedwiecznie poczęte
Z Ojca, — jako się poczyna
Duch Święty z Ojca i z Syna.
W trzech osobach jedno Bóstwo.
W tej liczbie tajemnic mnóstwo.
Wiarą naszą najgorętszą
Wierzym w Trójcę przenajświętszą,
W Trójcy w Boga jedynego,
Przedwiecznego, wszechmocnego.
W Bogu Trójcę uwielbiamy,
Ani Osób nie mięszamy,
Ani Istot rozdzielamy.
Jedna jest Osoba Ojca,
Druga jest Osoba Syna,
A trzecia Ducha Świętego,
Lecz Ojca, Syna i Ducha
Boskość taż sama, jedyna.

KRISANTO.

Cuda! dziwy! któż wysłucha!
Ludzki rozum tu nie sięga!

KARPOFORO.

Taż sama boskość, i chwała,
I majestat i potęga.

KRISANTO.

Głowa pęka, serce pała!

KARPOFORO.

Bo gdy ojciec jest przedwieczny,
Wiekuisty, wszechmogący,
To już wywód ztąd konieczny,
Wyraźny i oczywisty,
Że i Syn, z Niego idący,
Wszechmocny jest, wiekuisty,
Niezmierzony; — i Duch Święty,
Z obu zarówno poczęty,
Przedwieczny jest i przeczysty,
Wiekuisty, wszechmogący.
A jak jasno widzisz w mowie.
Nie są to wcale bogowie
Trzej, odwieczni, niezmierzeni,
Wszechmocni, nieogarnieni,
Lecz jeden Bóg i jedyny
Bez końca i bez przyczyny,
Przedwieczny, nieogarniony,
Wiekuisty, niezmierzony!
A z tego znowu to płynie
Oczywiście i koniecznie,
Że choć we Trzech są przedwiecznie,
Bez początku, niestworzeni,
Jeden to jest Bóg jedynie,
Jeden tylko niestworzony!

Ojciec, nigdy nie zrodzony,
Ni stworzony, ni poczęty;
Syn, poczęty jeno z Ojca,
Poczęty, lecz niestworzony
Ni zrodzony; — i Duch Święty
Ani z Ojca ani z Syna
Ni stworzony ni zrodzony,
Równo z obu się poczyna.
Otóż przenajświętsza Trójca.
To co do boskości Słowa;
Teraz co do człowieczeństwa,
Do wcielenia i męczeństwa...

KRISANTO.

Wstrzymaj się, bo pęka głowa!
Zaczekaj — bo usłyszałem
Tyle niepojętym cudów,
Że już siły postradałem.
Na raz to za wiele trudów.
Pozwól rozważyć pomału,
Odpocząć chwilę potrzeba,
Zmęczyła mnie moc zapału,
Którym wznosisz mię pod nieba.
Ach! któż mi poda sposoby,
By pojąć co powiadacie!
Wszystko w jedność się sprowadza!
Bóg jeden choć trzy osoby,

Jedna treść, istota, władza,
I Wola jedna?

KARPOFORO.

Tak bracie.

(wchodzi AURELJUSZ z żołnierzami.)
AURELJUSZ.

Otóż grota Karpofora.
On sam u wejścia do jamy,
Z drugim, czyta. —

ŻOŁNIERZ.

A więc pora,
Naprzód, bo czegóż czekamy?

AURELJUSZ.

Trzeba, jak Polemiusz każe,
Maskami zakryć im twarze,
By wspólnicy nie poznali,
Kogośmy śród nich zabrali.

ŻOŁNIERZ.

Do więzienia!

KRISANTO.

Co? nędzniki!

AURELJUSZ.

Zatkać usta, stłumić krzyki.

KRISANTO.

Ja...

AURELJUSZ.

Usta pozawięzujcie,
A ręce z tyłu skrępujcie.

KRISANTO.

Patrzcie kto jestem...

KARPOFORO.

O! nieba!
O dniu z dawna upragniony!

GŁOS WEWNĄTRZ.

Jeszcze nie; — tyś ocalony.
Jemu cierpienia potrzeba,
Niech w boleści i ofierze
Siły i hartu nabierze —
Ciebie chronię.

(KARPOFORO znika, wchodzi POLEMJUSZ.)
POLEMIUSZ.

Cóż się stało?

AURELJUSZ.

Cud panie, cud niesłychany!
Obuśmy razem zabrali,
Obu razem skrępowali,

Ten został, a Karpoforo
Znikł, jak gdyby przepadł w chmury!

POLEMIUSZ.

Chrześcijańskie to są sztuki,
A prostaki bez nauki
Czary te za cuda biorą.

ŻOŁNIERZ.

Widziałem jak biegł przez góry.

POLEMIUSZ.

Kończcie dalej przetrząsanie,
Idźcie, — więzień niech zostanie,
Nie zniknie z pod mojej straży.

(wychodzi AURELJUSZ z żołnierzami.)

A teraz nędzniku gadaj,
Kto ty jesteś? odpowiadaj!
Zdejmę tobie maskę z twarzy,
Niech zobaczę... czy być może!
Krisanto! ty tutaj!

KRISANTO.

Boże!

POLEMIUSZ.

Ty tutaj! z chrześcijanami!
W tych jamach ze zbrodniarzami!

Ty jak więzień skrępowany!
Jowiszu! zkąd twoje gniewy?
Za co taki grom straszliwy?

KRISANTO.

Koniecznie rozwiązać chciałem
Bardzo ważne zagadnienie,
Które w książce wyczytałem,
Więc tutaj po objaśnienie
Przyszedłem do Karpofora.

POLEMIO.

Dość, dość tego! już nie pora!
Już wiem co cię tu przywiodło
A wszystkiego tego źródło
Jest w zgubnem twojem dążeniu
I w nierozsądnem pragnieniu.
Czytasz książki pełne marzeń
Czczych i błędnych wyobrażeń.
Tej to namiętności siła
Aż tu cię doprowadziła,
Chcesz posiąść dalsze nauki
Czary i magiczne sztuki.

KRISANTO.

O! to nie magja, nie czary,
Ale tajemnice wiary,
Co tak w niebo wznoszą duszę,

Tak wysoko, tak wysoko,
Że sam dla nich wyznać muszę
Cześć prawdziwą i głęboką.

POLEMIO.

Milcz! milcz! bo mi serce krajesz,
Co? ty dla nich cześć wyznajesz!

AURELIO (w głębi).

Oba w miejscu pozostali.

POLEMIO.

Nadchodzą — słyszę ich w dali.
Znów ci maskę na twarz włożę,
Aby ciebie nie poznano,
Aby przez to nie dojrzano
Plamy na moim honorze.
Póki, rozważywszy ściśle,
Innej rady nie wymyślę.

KRISANTO (na stronie).

Boże, dotąd mi nieznany!
Błagam ciebie najgoręcej,
Niech twa łaska mię ogarnie!
By poznać cię lepiej, więcej,
Wytrzymam wszystkie męczarnie.

(wchodzi AURELIO z żołnierzami.)
ŻOŁNIERZ.

Wszystkieśmy góry zbiegali,
I nikogo nie spotkali.

POLEMIO.

Więźnia do Rzymu prowadźcie,
A przed wszystkiem na to baczcie,
Niech nikt nigdy się nie waży
Podnieść maski z jego twarzy.

(AURELIUSZ odchodzi z żołnierzami.)

O! nieba! dajcie obronę!
Nieszczęsny ojciec was wzywa,
Bo serce mocno zranione
Gwałtem się z piersi wyrywa.
Cóż pocznę?... straszne pytanie!
Szala się waży na dwoje!
Powiem, kto on jest, to splamię
Jego winą imię moje.
Ukryję, to wiarę złamię!
Bo samo już obcowanie
Z tak strasznymi zbrodniarzami,
Zbiegami, chrześcijanami,
Już jest tak zbrodniczym czynem,
Już jest grzechem przed cesarzem.
Potępić?... on moim synem!
Uwolnić?... nie! on zbrodniarzem!

Napróżno wysilam duszę —
Co począć w tym strasznym sporze.
Jaki środek tu być może?
Jeśli jest, nie mogę dociec,
Sędzia, potępić go muszę —
A miłuję go — bom ojciec!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Karol Baliński.