Kochankowie nieba/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Kochankowie nieba
Data wydania 1858
Wydawnictwo Karol Baliński
Druk M. Zuern
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Karol Baliński
Tytuł orygin. Los dos amantes del cielo
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WYBÓR
DZIEŁ KALDERONA.



KOCHANKOWIE NIEBA


PRZEZ


KAROLA BALIŃSKIEGO.



POZNAŃ.
NAKŁADEM AUTORA.
1858.


Poznań, czcionkami M. Zoerna.










Ludwikowi Nabielakowi
na znak wdzięczności, czci i braterskiéj miłości


składa



Tłumacz.


Bracie Ludwiku!

Od dawna już nabyłeś prawa do wdzięczności mojéj, a zaległość ta Twoja u mnie zwiększyła się dziś tém jeszcze: że Tobie to winien jestem poznanie Kalderona i chęć przełożenia kilku jego chrześcijańskich dramatów na język ojczysty. Poczuwam się więc do miłego obowiązku podziękowania Ci za to serdecznie, publicznie, a zarazem, do złożenia Ci pokrótce sprawy z wrażeń których w ciągu tej pracy doznałem.
Otóż — nieraz wpatrzywszy się głęboko w tych „Kochanków nieba“ — i spostrzegając się sam jak ten dramat żywo mię zajmuje, zadawałem sobie pytanie: dla czego ta rzecz tylu wiekami od nas oddzielona, ta tragedja w początkach jeszcze ery chrześcijańskiej odegrana, tak mocno mię porywa, takie silne zajęcie obudza?
Odpowiedź przyszła bardzo łatwo: dramat to dzisiejszy, odgrywający się nie na deskach teatru, ale na widowni świata — w życiu — na ziemi. —
Ktokolwiek całą duszą wpatrzy się w ten obraz Kalderoński, spostrzeże i poczuje że sam jest nietylko widzem, ale i aktorem zarazem w tym wielkim żyjącym dramacie, a własne sumienie powie mu wyraźnie jaką on w nim rolę odgrywa.
Wszystkie tu przez Kalderona wywołane osoby żyją obecnie, żyją i działają jak niegdyś, słowo w słowo, powtarzają się nawet też same wyrażenia — zmiana jest tylko w nazwiskach. — Łatwo sprawdzić to smutne spostrzeżenie, łatwo dostrzedz niestety! i Polemiuszów, onych przeciwników wszelkiego chrześciańskiego postępu, potępiających prawdę dla tego jedynie, że się ich niskim, osobistym widokom sprzeciwia, że ich do wyższego życia, do wyższej ofiary powołuje; i Eskarpinów, owych materjalistów, u których po nad ziemią, po za grobem nic nie ma — bez których nie byłoby Polemiuszów.
Łatwo, powtarzam, dostrzedz i Klaudjuszów, onych niby poczciwych marzycieli, goniących wciąż za fałszywemi ideałami po chmurach fantazji, a nie chcących widzieć i pełnić prawdy na ziemi; modlących się nawet do męczenników o wstawienie się za nimi, ale zatykających uszy na głos Karpoforów, wołający:

Bóg pomaga tylko temu,
Kto sam walczy przeciw złemu.

A oneż Cintie i Nisidy, te smutne a wierne reprezentantki fałszu w życiu, w sztukach i w poezyi — nie sąż to nam dobrze znajome postacie płci obojej? Kalderon kreśląc te wszystkie osoby, musiał mieć doprawdy jasnowidzenie czasów dzisiejszych.
Podobieństwo to chwili obecnej z przeszłością tak odległą, smutne jest i bardzo smutne, ale Chrześcijanin, w bojaźni Bożej na wszystko patrzący, nawet i pod tym smutnym obrazem, dopatrzy się jeszcze pociechy. — Pod całunem zimy, mrozu, śmierci, odkryje on: wydobywający się ku słońcu plon nowej wiosny. Są to konieczne cechy dopełniania się epoki jednej, a poczynania się drugiej, wyższej — i tak dalej, następnie, przez wieki, aż do kresu Słowem Bożem naznaczonego.
A ten Krisanto! cóżto za nauczająca postać, jakiż to upokarzający przykład dzisiejszym mędrkom! — Poganin to z początku, a chociaż poganin, pokorny, a pokorny właśnie dla tego, że wciąż za wyższem życiem tęschniący. — Wielką on pracą dobił się pewnika, że rozum nie jest wcale najwyższym rozeznawcą i sędzią, że są tajemnice, przeciw którym ludzki rozum za słaby, i wyższych a silniejszych potrzebuje pomocy, aby mu drogę utorowały. — To też gdy tego poganina uderzy zdanie, myśl, książka, której pomimo wszelkich swoich usiłowań zrozumieć nie może, on chociaż poganin, nie woła jednak: to głupstwo! to szaleństwo! to wymysł osłabionych umysłów! — Nie, — jemu sąd taki ani przez myśl nie przejdzie. — On tylko powie sobie po prostu: to przechodzi siły moje, rozum tu mój za słaby, ale jeszcze popróbuję, jeszcze pracować będę, pracować choćby przez całe życie, albo poradzę się drugich, zapytam starszych, doświadczeńszych, świadomszych tej rzeczy, oni mi pomogą do rozwiązania tej tajemnicy. — I męczy się, pracuje usilnie, aż wreszcie długą tą a bezowocną walką zmęczony, uznając niemoc swoję, zwraca się w gorącej modlitwie do Boga, wołając z głębi duszy:

Ty coś jest życiem, światłością.
Daj mi światło, daj mi życie!

W całej znanej nam literaturze dramatycznej europejskiej, nie wyłączając nawet Szekspira, nie widzimy równie potężnej i tak prawdziwie chrześcijańskiej sceny, jak ten pełen życia monolog Krisanta.
I modlitwa jego wysłuchana — bo każdy szczerze szukający prawdy znajdzie ją; „kto puka, będzie mu otworzono.“
Poganin staje się chrześcijaninem, bohaterem błogosławionym, wzorem do dziś dnia pod wielu względami. — Wie on, że Darja go kocha, i choć ona magnetycznie pociąga go ku sobie, choć pod tym jej wpływem nieraz chwieje się i słabnie, zwycięża jednak pociąg ten miłością wyższą, chrześcijańską, bo czuje, że prawdziwym ślubem, prawdziwym małżeńskim związkiem jest wspólna a żywa wiara w Boga prawdziwego i wynikające z tej wiary — życie wedle woli Bożej; czuje że to jest wspólna wzajemna pomoc w drodze jednej, ku celowi jednemu a najwyższemu, ku zbawieniu. — To też przedewszystkiem kocha on duszę Darji, to jest pragnie jej zbawienia jak swego. A w ostatku woli raczej męczeństwo własne i okropniejsze jeszcze żony swojej, niż wyprzeć się wiary w Chrystusa.
A dziś!... księże Witoldzie, „dziś inne zwyczaje,“ powiada z gorzkim Walenrod uśmiechem. A Darja? toć to także poganka, ale nie taka jak Cintia i Nisida, które w nic nie wierzą, w nic zgoła, których bóstwem jedynem jest zysk materjalny lub pycha. — Darja wierzy prawda że w fałszywe bóstwa, w słońce, księżyc, morze i t. p., ale wierzy szczerze, wierzy zawsze w coś po nad nią, w siłę jakąś wyższą nad jej rozum, nad jej piękność, nad jej wieńce, nad jej filozoficzne dzisiejszych Eskarpinów „Ja“. — Jest więc już w niej ona iskierka ognia świętego, na którą gdy zstąpi tchnienie Łaski Bożej, rozżarzy ją do płomienia ofiary, do męczeństwa. Przez tę to iskierkę poganka, niewiasta, istota tak słaba fizycznie, staje się żołnierzem niezłomnym, którego żołdem, jak mawiali Barscy, jest Chrystus. Przez męża podniesiona, nawzajem w chwili stanowczej daje mu prawdziwą podporę słowem i czynem, spełnia do końca powołanie swoje jako małżonka chrześcijańska, to jest towarzyszka wierna i czynna wspólniczka pracy, boju i zwycięstwa. — Prześliczna to postać i głęboko po chrześcijańsku pojęta. Za dotknięciem Łaski wszystko się nagle przed tą poganką rozwidnia; ręka Boża, wszechmoc Boża, myśl Boża, staje się dla niej widzialną wszędzie, nawet w zwierzęciu, w onym lwie, którego tak słusznie urzędnikiem Bożym nazywa; i jak ona do tego zwierza przemawia!
Przedmiot do tego dramatu i do kilku innych a najpiękniejszych, godnych takiego jak on, katolickiego pisarza, wziął Kalderon z podań kościoła. — Żywot Krisanta i Darji umieścił nasz proroczy Skarga w swoim Zbiorze Żywotów Świętych (wydanie wiedeńskie r. 1842. poszyt piąty str. 393.)
Co do niniejszego przekładu to tylko rzec mogę, że usiłowałem, aby był jak najwierniejszym. — Gdy jednak ona przezacna Rejów, Kochanowskich, Pawęzkich, Birkowskich i Potockich mewa tak dziś przewrócona, tak znaczenie odwiecznych wyrazów przekrzywione wewnętrznie, jak to już spostrzegł z boleścią nieodżałowany Brodziński, mówiąc: „wiele dziś rzeczy noszą zmienne nazwiska“, a to tak dalece, że prawda fałszem, siła słabością, mądrość głupstwem, rzeczywistość marzeniem się nazywa i odwrotnie, zmuszony więc jestem wytłumaczyć się pokrótce jak pojmuję znaczenie wyrazu: „wierność.“
Nie masz wierności bez miłości, a obie wypływają z wiary. Taka wierność jaka miłość, takie obie jaka wiara. — Jedna jest prawdziwa wiara, jak mówi Paweł Św., jedna więc tylko prawdziwa miłość i wierność, to jest chrześcijańska. Miłość chrześcijańska jestto gorące pragnienie dobra dla bliźniego, pragnienie zbawienia dla duszy jego jak dla naszej własnej; wierność więc chrześcijańska, wierność prawdziwa, jest to służenie bliźniemu w wolności i miłości prawdziwej, jest to praca dla jego zbawienia jak dla naszego: jest to wytykanie mu drogi do tegoż zbawienia słowem i własnym przykładem; jest to wykazywanie mu wszystkiego, co się temu celowi sprzeciwia, a wykazywanie w sposób najmiłościwszy, jako prawdziwa matka czyni z dziecięciem, choćby przez to przyszło cierpieć prześladowanie od tegoż bliźniego, a nawet od świata całego. Wszelka inna wierność jak wszelka inna miłość jest fałszywą, jest pogańską.
Tych to chrześcijańskich pewników trzymałem się i w przekładzie niniejszego dzieła. Usiłowałem przedewszystkiem umiłować Autora jak brata, przejąć się jego duchem, jego dobrem, jego pracą, i służyć mu po śmierci jakby za życia. — I słowo jest czynem, leczy ono lub truje, podnosi lub zniża. Wszystkie więc słowa niegodne Kalderona, jako złe uczynki które on sam dziśby niezawodnie zagładził, gdyby to było w jego mocy, usunąłem z jego dzieła; wszelkie zaś myśli zacne, prawdziwe, pomocne, lecz dla nawału pracy którą był obarczony, niewykończone nieraz, a czasem ledwie napomknięte, usiłowałem ile było w mojej mocy rozwinąć i wykończyć. — Co do słów usuniętych, wszystkie one wychodzą z ust Eskarpina. W swoim czasie i narodzie mógł mieć autor pewne usprawiedliwienie dla takich dowcipów, ale tłumacz polski powtarzając dziś takie słowa, niczemby się zasłonić i wymówić nie mógł, i byłby właśnie niewiernym i Kalderonowi i braciom czytelnikom. To pominięcie słów nie wielu, nie ubliża wcale ani sławie ani pamięci tego wielkiego chrześcijańskiego pisarza. Toć przecie żaden wydawca dzieł Jana Kochanowskiego nie powtórzy dziś w całości onych wdzięcznych, onych nieprzepłaconych jego Fraszek, a pewnie nikt wyrzutni tej nie poczyta za złe wydawcy, ani za ujmę wielkiemu poecie.
Jeśli to kogo zadziwi, że nad dramatem, nad dziełem literackiem, zatrzymuję się tak poważnie, przypisując słowu tak wysokie znaczenie, odpowiem: że czas już i wielki czas, aby literatura, aby słowo każde, a tem bardziej słowo do narodu, przestało być czczą igraszką; czas już, aby powróciło do prawdziwego swojego znaczenia i powołania. Czas już i wielki czas, aby chrześcijaństwo przeszło we wszystkie czynności nasze, a więc i do literatury i do krytyki, wszędzie zgoła. Czas już, aby nawet zabawa stała się chrześcijańską, to jest aby była ochłodą, orzeźwieniem, wytchnięciem chwilowem na tej drodze podgórnej, która się życiem nazywa, ale nigdy zboczeniem, nigdy zniżeniem.
Takie pojęcie rzeczy niepodoba się zapewne tym, którzy chcą sztuki dla sztuki, ależ to nie dla nich pisał Kalderon takie dramata jak niniejszy. Dla nich pisał on te wszystkie, które później chciał spalić, ale już było za późno.
W jednym z jego dramatów sakramentalnych (Autos sacramentales) gdzie Świat, Grzech, Światło, Łaska i t. d. wchodzą jako osoby działające, jako aktorowie, Światło (el Luzero) tak się odzywa do swej towarzyszki:

„W złą porę przychodzimy do świata bo w chwili gdy
zaślepiony i bez pamięci całą duszą oddaje się zabawom.“
[Aut. sac. de las Ordenes militares. Madr. 1690.]

Uczyniwszy tę uwagę, nieustają jednak w drodze, owszem, podchodzą śmiało ku światu.
Otóż kochany Bracie, i nam nie inaczej uczynić przystało. Powtórzywszy więc sobie nawzajem powyższe smutne słowa del Luzero, idźmy ku światu z tem światełkiem Kalderońskiem, bez względu jakie nas czeka przyjęcie.
22. Marca 1858. r.








KOCHANKOWIE NIEBA.





OSOBY.

Numerjan, Cesarz Rzymski.
Polemiusz, Senator.
Krisanto, syn jego.
Klaudjusz, synowiec Polemiusza (platonista).
Karpoforo, starzec (chrześcijanin).
Eskarpin, dworzanin (cynik, materjalista).
Aurelio, dowódzca straży.
Darja.
Cintia.
Nisida.
Chlori, jej służąca.
Anioł.
Lud, żołnierze i służba dworska.





DOBA PIERWSZA.

Za podniesieniem zasłony widać KRISANTA siedzącego z książką przy stole założonym księgami
KRISANTO.

O! głowo ty moja, głowo!
Z twoją władzą umysłową!
Jakżeś ciasna, ciemna, mylna,
Bezpojętna i bezsilna,
Gdy nie możesz ni troszeczki
Pojąć tej lichej książeczki,
Którą przypadkiem, bez celu,
Wyjąłem z pomiędzy wielu. —
Nad nią jedną dni już tyle
Myślę, męczę się i silę,
Próżno myślę, próżno ślęczę,
Na nic trudy i zgłębiania,
Próżno silę się i męczę,
Na nic wszystko! ani zdania!

Kiedy tak,... więc już uznaję
Całą, mych zdolności małość;
Lecz jeszcze mi pozostaje
Wola, praca i wytrwałość.
Więc choćbym miał tę książczynę
Czytać, męczyć, całe życie,
Nie ustąpię, nie pominę,
Aż zrozumiem należycie.
Lub wezwę mistrza jakiego
Sławnego z nauk, z rozsądku,
Niech objaśni mię: dla czego
Wciąż powraca do początku?
Dobrze mówię: do początku,
Boć to właśnie wyraz pierwszy
Owych tajemniczych wierszy:
Na początku było Słowo.“
Jeżeli Słowo jest mową,
Dźwiękiem głosu, czy wyrazem,
Toć już nie może zarazem
Być początkiem, w żaden sposób —
Boć mowy nie ma bez osób!...
A tu nie powiada czyja!...
I dalej tak rzecz rozwija: —
A Słowo było u Boga,
Słowo samo Bogiem było,
Wszystko z Niego się zrodziło;
Słowo było na początku,
Wszystko wyszło z tego wątku —

Bez Słowa nic się nie stało!“
Cóż za labirynt zaklęty!
I gdzie tu do wyjścia droga?
Takie głębie i zamęty,
Że ja, co już lat nie mało
Przemęczyłem, prześlęczałem
Nad księgami uczonemi,
I świeckiemi i boskiemi,
Nic a nic nie zrozumiałem!
Nic a nic, z tej książki całej
Takiej lichej, takiej małej!

(wraca do czytania)

„Na początku było słowo“....

(zatrzymuje się)

Na początku!... i na jakim?...
Czy gdy Jowisz, Neptun, Pluto,
Dzieląc świat berłem trojakiem
Władzę swoję ztąd wysnutą
Wznieśli nad świata budową?...
Ten stał się panem na niebie,
Drugi piekła wziął dla siebie,
A trzeci zagarnął morze,
A ziemię dali Cererze,
Czas oddali Saturnowi,
Ogień zaś Merkurjuszowi
Powierzyli i Wenerze?...
Nie! nie!... to nie o tej porze,
Nie o tym mowa początku; —

Boć to prosto rzecz rozsądku,
Że gdy niebo, ziemia, morze,
Ogień, wiatry już istniały,
Toć z czegoś powstać musiały!...
Był więc już wprzódy początek,
Zkąd te twory wzięły wątek.
A więc nie o tym początku
Jakimś następnym, podrzędnym,
Tutaj mowa o bezwzględnym,
Przed którym nic nie istniało,
Z którego wszystko powstało,
Wszystko zgoła, bez wyjątku.
Jest więc już inna przyczyna,
Nim się ten podział zaczyna,
Jest już wprzód inny początek,
Zkąd te twory biorą wątek....
Tak;... a tym początkiem: siła,
Która to wszystko sprawiła.
Rzecz to jaśniejsza od słońca —
Lecz ten wywód niema końca!
Bo gdy przyczyna z przyczyny,
Początek z początku płynie,
Toć u szczytu tej drabiny,
Na ostatniej jej wyżynie,
Na wierzchołku tego wątku,
U kresu tego zapasu,
Choćby go najbardziej mnożyć,
Muszę nareszcie położyć

Przyczynę już bez przyczyny,
Początek już bez początku,
Czas — bez czasu!...
Tu kres myśli, jej potęga
Dalej już na włos nie sięga. —
A w tej księdze z każdym krokiem
Coraz głębsza tajemnica;
Wszystko ciemnieje przed wzrokiem,
Rozum coraz mdlej przyświeca;
Pod tych zagadek nawałem
Pojęcie i sąd upada,
Co krok to nowe bezdroże; —
Oto dalej cóż powiada?!
I Słowo stało się ciałem.“ —
Słowo ciałem! — jak być może,
Żeby Słowo, co w początku
W Bogu było, Bogiem było,
Słowo co wszystko stworzyło,
Żeby mogło stać się ciałem!
Nieba! serdecznie was proszę,
Dajcie mi klucz tych tajemnic,
Niech już raz wyjdę z tych ciemnic,
Z tych męczarni, które znoszę!
O ty! bóstwo niepojęte
W swem istnieniu przedświatowem,
Niezbadane w swoim bycie!
Bogiem ty jesteś czy Słowem,
Ty, coś jest samemu sobie

Początkiem i skończonością,
Z którego wszystko poczęte,
A przedwiecznie było w Tobie,
Jeśliś jest życiem, światłością,
Daj mi światło, daj mi życie!

(Na wzniesieniu, po obu bokach KRISANTA, ukazują się jednocześnie dwie osoby, jedna w czerni z gwiazdami, draga w bieli; — on ich nie postrzega i wciąż sam z sobą rozmawia.)
GŁOS PIERWSZY.

Krisanto!

GŁOS DRUGI.

Krisanto!

KRISANTO.

Dziwne
Dwa jakieś głosy tajemne,
Czy jakieś uczucia ciemne,
A całkiem sobie przeciwne,
Twory bez duszy i ciała
Co fantazja wybujała
Sama stworzyła i roi,
Walczą z sobą w piersi mojej. —

GŁOS PIERWSZY.

Słowo o którem tu mowa,
To Jowisz, — jego to słowa

Słuchają wszyscy bogowie
W całego świata budowie.

KRISANTO.

Jowisz? więc to wyrażenie
Ma oznaczać jego tchnienie.

GŁOS DRUGI.

Słowo, co po całym globie
Święta Ewangielja głosi,
To Słowo wszystkiego w sobie
Początek i koniec nosi.

KRISANTO.

Koniec zarazem z początkiem?
Tego nie pojąć rozsądkiem.

GŁOS PIERWSZY.

On wziął na samym początku
Rządy nieba sam, najwyższe,
A reszcie bogów, w porządku
Dał władzę nad tem, co niższe.

KRISANTO.

Boć sam jeden nie mógł przecie
Zarządzać wszystkiem na świecie.

GŁOS DRUGI.

Słowo było przed istnieniem
Przed nieba, ziemi stworzeniem,
Bo samo się w sobie stało
Wprzód nim z siebie czas wydało.

GŁOS PIERWSZY.

Czcij Jowisza przed wszystkiemi,
Boga nad bogi naszemi.

GŁOS DRUGI.

Czcij Boga niepojętego,
Przedwiecznego, jedynego.

GŁOS PIERWSZY.

Jowisz chwała nieskończona!

GŁOS DRUGI.

Bóg, pan ziemi i niebiosów!

GŁOS PIERWSZY.

Drzyj przed gromem jego ciosów!

GŁOS DRUGI.

Szukaj zdroju z Jego łona!

(znikają)
KRISANTO.

O! jakże okropne ciemnie,
Jaki zamęt czuję w sobie!
Dwa jakieś duchy w tej dobie,
Zły i dobry, walczą we mnie.
Obu wprost przeciwne zdania —
Ten burzy, co tamten stawi,
Jeden mię ku wierze skłania, —
Drugi zwątpienie obudza...
Ach! jak ta walka utrudza!
I któż mię od niej wybawi!

(W głębi za sceną POLEMIO.)
POLEMIO.

Karpoforo mi nagrodzi
Te wszystkie trudy i znoje!

KRISANTO.

Jak dziwnie głos ten przychodzi
W straszne udręczenia moje,
Jak szczęśliwie trafia w porę,
W sam czas w moich wątpliwościach!
A choć całkiem przypadkowo
Zabrzmiało to wielkie imię,
To jednakże ja to słowo
Za proroctwo sobie biorę.
Bo ten Karpoforo w Rzymie
Mistrzem był, i najsławniejszym

We wszelkich umiejętnościach,
I ze wszystkich najbieglejszym,
A dziś ciężko podejrzany
O wspólnictwo z chrześcijany,
Uszedł cesarskiej pogoni,
I tu, jak mówią, się chroni,
W skalistych grotach się kryje,
Gdzie tylko dziki zwierz żyje.
On mi światła nie poskąpi,
On mi rozjaśni tę ciemnię,
Lecz póki to nie nastąpi,
Myśli straszna, co tajemnie
Dręczysz mię wciąż przez dni tyle,
Dozwól odpocząć na chwilę,
Opuść mnie, odstąp odemnie —
Niech ożyję! —

(wchodzi POLEMIO, KLAUDJUSZ i ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Mój pan sobie
Z wiatrami rozpoczął waśnie.

KLAUDJUSZ.

Niech wejdą wszyscy dworzanie.

POLEMIO.

Krisanto! synu! co tobie?

KRISANTO.

Jakto? ty tu byłeś panie?

POLEMIO.

Nie byłem, lecz wchodzę właśnie,
Wbiegam cały przestraszony
Twoim krzykiem — i to w chwili,
Gdy tak jestem obarczony
Ważnemi państwa sprawami.
Oto z woli Numerjana
Cesarza mego i pana,
Mam rzecz skończyć z chrześcjanami,
Co się w te góry schronili,
Których głową i podporą
I mistrzem, jest Karpoforo.
Dla tego to tyle razy
Powtarzam one wyrazy:
Karpoforo mi zapłaci
Wszystkie te trudy i znoje.
Lecz cóż znaczą krzyki twoje,
I ten smutek w twej postaci?...
Z kim gadałeś?

KRISANTO.

Z nikim panie.
Tak mię zajęło czytanie,
I przyszła mi chętka nowa
W głos mówić czytane słowa.

POLEMIO.

Ten smutek co wzrok twój chmurzy,
Porzuć synu, bo źle wróży. —

KLAUDJUSZ.

Czyż człowiek sam z sobą może
Rozmawiać tak zapalczywie,
Że aż przestrasza prawdziwie,
Jak nas przestraszył w tej porze.

KRISANTO.

Z takiem uczuciem musiałem...

POLEMIO.

Wymówka tu nic nienada. —
Źle jest kiedy życiem całem
Jedna namiętność zawłada. —
Że czas trawisz nad książkami,
To nic złego, to mię cieszy;
Lecz ten pociąg zbytkiem grzeszy,
Gdy rozrywa węzeł z nami.
Pamięć twoja o nas ginie,
Pozrywałeś związki bliźnie; —
Nicżeś nie winien rodzinie,
Ojcu, krewnym i ojczyznie?

KLAUDJUSZ.

Jak być może by młodzieniec.

Istny niebios ulubieniec,
Obdarzony szlachetnością,
Urodą i walecznością,
W najpiękniejszej życia dobie
Żył zamknięty w samym sobie,
I w odludnem pomieszkaniu
Najwonniejsze wieku chwile,
Darów tyle, skarbów tyle,
Marnotrawił na czytaniu!

POLEMIO.

Czyż nie jesteś Rzymianinem,
Czyż nie jesteś moim synem!
Patrz, z łaski Imperatora
Posiadam najwyższe względy,
Urząd nad wszystkie urzędy
Rzymskiego Gubernatora;
Czyli, bo to idzie za tem,
Rządzę dzisiaj całym światem.
Bo jako pierwszy senator,
Jako Rzymu Gubernator
Mam władzę, bo mi jest dana,
W całem państwie Numerjana.
Czyż niewezwał mię łaskawie
Z Alexandrji, zkąd pochodzę,
I zkąd blask rodu wywodzę,
Bym pospołu z nim, piastował
Ciężar berła i korony?

A kiedy przed nim się stawię,
Jak publicznie mię przyjmował,
Jaki mi hołd uczyniony!
W zapłatę trudów i męstwa,
Za zasługi, za zwycięstwa,
Pióro dzierżę i miecz nagi,
Najwyższej znaki powagi.
I na cóż ta moja chwała?
I na cóż ta świetność cała,
Ten przepych prawie bez granic?
By syn mój, dziedzic jedyny,
Wszystko to miał sobie za nic!

KRISANTO.

Panie, twoje posądzenie
Wielkim mię przejmuje smutkiem.
To moje odosobnienie
Nie jest niewdzięczności skutkiem.
Ja z natury pragnę ciszy,
A wstręt mam ku wszelkiej wrzawie,
Samotny, bez towarzyszy,
Nie nudzę się, owszem, bawię.
Pocóż każesz mi uganiać
Za tem co jak najmniej cenię?
Przestań, panie, mnie nakłaniać
Do tego co mi niemiłem;
Smutek mój przeminie z czasem,
A gdy minie, to z hałasem

Rzucę się w te świata blaski,
Po zaszczyty i po łaski,
Na które nie zasłużyłem
Żadnym własnym moim czynem,
Jeno żem jest twoim synem. —

POLEMIO.

Czyż nielepiej w życia wiośnie
Używać rozkoszy świata,
Niż marnować młode lata
Tak samotnie i żałośnie? —

ESKARPIN.

Najlepiej w całym tym sporze
Przypowiastką, rzecz wyłożę.
W pewnem mieście malarz lichy
Kupił mizerne domisko,
Jak gdyby na pośmiewisko,
I rad z siebie, pełen pychy,
W skok do przyjaciela wpada,
Przywodzi go i powiada:
(Przyjaciel też to był taki!)
Krótko mówiąc ladajaki.
Cóż? mówi — wszak nędzna buda?
Ale ja z nią zrobię cuda.
O! bo ja się znam na dziele!
Niechno tylko go pobielę,
A następnie pomaluję

Własną, moją ręką, wszędzie,
Po mojemu, jak pojmuję,
Zobaczysz, prześliczny będzie!
A ów śmiejąc się odrzecze:
„Będzie, mówisz? ha! nie przeczę;
Jam jednak tego pewniejszy,
Że gdybyś wprzód malowidło
Dał, a następnie bielidło,
To byłby jeszcze piękniejszy.“
Otóż takie moje zdanie,
Pozwól mu malować, panie,
A na takie malowidło
Lepiej przypadnie bielidło;
Boć i lichy malarzyna
Dobry, gdy w porę poczyna.

KRISANTO.

Więc, jak żądasz tak się stanie.
Wolę twoją tak wypełnię,
Że sam wkrótce przyznasz panie,
Iż zmieniłem się zupełnie. — (odchodzi.)

POLEMIO.

Klaudjuszu, serce mnie boli
Widzieć syna w takim stanie.
Ten smutek, to zadumanie,
Boję się, aby powoli
Nie wzrosły aż do szaleństwa.

Dwojaki łączy was związek,
Przyjaźni i pokrewieństwa,
Masz więc święty obowiązek
Wywiedzieć się o przyczynie,
Zkąd ten jego smutek płynie,
Bym mógł działać w tej potrzebie.
Z mej strony zapewniam ciebie,
Że choćby się pokazało,
Że przyczyną tego całą
Jest miłość, — co w jego porze
Pono najprędzej być może,
Nie zrazi mię to odkrycie;
Bo patrząc na jego życie,
Na ten smutek utajony,
Może byłbym ucieszony,
Wiedząc, że boleść dziecinna,
I że przyczyna nie inna....

ESKARPIN.

Pewien kapłan Apollina
Miał po bracie dwóch chłopaków,
Wielkich urwiszów, łajdaków;
A wiedząc, jak miłość zmienia
Tchem swoim wszystkie stworzenia,
Jaką im słodycz nadaje,
Rzekł im tylko, ot, dwa słowa:
Zakochajcie się hultaje!
I nic zgoła nie rzekł więcej.

Otóż, miłościwy panie,
Takie jest i moje zdanie.
A choć to rzecz niegotowa,
Postaram się najgoręcej
Uczynić twej chęci zadość,
Sprawić panu taką radość. —

POLEMIO.

Wstrzymaj się w twoim zapale,
Ja tego nie pragnę wcale,
Bo to całkiem inna sprawa,
Że się po czynie, przystawa,
A inna, chcieć by się stało.
Różnica tu jest niemałą. —

KLAUDJUSZ.

A ja przyrzekam ci, panie,
Z mej strony wszelkie staranie,
By dojść jaka jest przyczyna
Tej boleści twego syna,
A potem, wciąż z nim przebywać,
Zabawiać go i rozrywać. —

POLEMIO.

Otóż to jest, czego życzę.
A gdy z woli Numerjana
Cesarza mego i pana,
Mam iść za chrześcjanami,

Zbiegami, bezbożnikami,
W ich kryjówki tajemnicze,
Jednę ulgę biorę z sobą,
Że ty nad nim każdą dobą
Czuwać będziesz.

KLAUDJUSZ.

Nieprzerwanie,
Wciąż będę przy jego boku,
Nieodstąpię ani kroku.

POLEMIO.

Aureliuszu!

(wchodzi AURELIUSZ)
AURELJUSZ.

Jestem panie.

POLEMIO.

Czy z pewnością znasz te góry
I kryjówkę Karpofory?

AURELJUSZ.

Z pewnością zaręczyć mogę,
Że go schwytam.

POLEMIO.

A więc w drogę!
Prowadź, tylko mądrze, skrycie. —
Wszyscy, których z nim ujrzycie
Niech giną! śmierć bez litości!

Bogowie, co z wysokości
Niebieskiej, jasno widzicie
Z jak gorącą, usilnością,
Nabożeństwem i miłością
Stawam w waszej czci obronie,
Tępiąc ten bezbożny, nowy,
Straszny zakon Chrystusowy,
Niech wasze wszechmocne dłonie
Polepszą stan mego syna!
To mi nagroda jedyna.

(odchodzi.)
KLAUDJUSZ I ESKARPIN
KLAUDJUSZ.

Idźże zaraz Eskarpinie
Do Krisanta z temi słowy:
Żeby zaraz w tej godzinie
Do podróży był gotowy.
Bo go wezmę, pojedziemy,
Wesoło się zabawiemy.

ESKARPIN.

Gdzież to ma być ta zabawa?
Bo to dziś niełatwa sprawa.

KLAUDJUSZ.

Na Salaryjskim gościńcu,
Tuż za Rzymem, jest świątnica.
Co piękności ma stolica,
Wszystkie w świątyni dziedzińcu
Zbiegły się, sławne wdziękami,
Świetne rodem, przymiotami,
I tam obrały siedlisko.
Każda z nich tu pełni służby
Do chwili miłośnej drużby,
Gdy już za serca potrzebą
Idąc, inne śluby wyzna.
Jest to wdzięków zbiegowisko,
Jest to piękności ojczyzna,
Jest to wszystkich bogiń niebo
A gdy Minerwa zarazem
Pod mądrym swoim rozkazem
Ma i lasy, więc w gęstwinie,
W cudnym gaju, na ustroni,
Ołtarz ku jej czci jedynie
Ofiarne kadzidła roni.
Tamto, każdego wieczora,
Najpiękniejszych nimf gromady
Zdążają, — i jest to pora,
W której wolno jest młodzieży
Zalecać się, jak należy.
Otóż rozważywszy ściśle,
Tam go dziś wprowadzić myślę.

ESKARPIN.

Ja tej myśli nie pochwalę,
I nie potwierdzam jej wcale,
Bo to dla mnie oczywista,
Że piękności te zaklęte,
Wciąż strzeżone i zamknięte,
W których wysokim urzędzie,
Myśl, choćby najbardziej czysta,
Jeszcze niegodną ich będzie,
Nie mogą bólu ukoić,
Takich smutków uspokoić.
Więc lepiej je zaniechajmy,
A wprost do Rzymu zdążajmy,
Kędy są lepsze piękności,
Przystępne, z ciała i kości. —

KLAUDJUSZ.

Mowa niegodna człowieka!
Kochać się w takiej kobiecie,
Której przeczysta powieka
Tylko przyszłe losy waży,
Wyśledza wyroki Boże;
To mi szczęście! i na świecie
Większe szczęście być nie może!

ESKARPIN.

Ależ ja tylko mówiłem,
Że byłoby lepiej, panie

Bo to widzą nawet ślepi,
Że jest dobrze — i jest lepiej.
Znać ciemno się wyraziłem,
Przykład niech za dowód stanie.
Pytała raz matka synka:
Wybieraj chłopcze co wolisz,
Tu są jaja, a tu szynka.
„Daj szynkę matko, lecz wprzódy
Zjem jajko jeśli pozwolisz.“ —
Cóż? czy niejasne dowody?
Rzeczą jest mądrą i zdrową,
Mieć razem i to i owo. —

KLAUDJUSZ.

Jak mogły bogów wyroki
Popełnić błąd tak głęboki,
Połączyć przez związki dziwne
Skłonności tak wręcz przeciwne!

(na stronie)

Co widzę? Cintia! tak, ona!
Cintia moja ubóstwiona!
Ach! nie pragnę szczęścia więcej
Jeno czcić ją potajemnie,
Kochać ją coraz goręcej,
Chociażby nigdy wzajemnie! —

(odchodzą.)
NISIDA I CHLORA
Z ARFĄ.
NISIDA.

Niesiesz arfę?

CHLORA.

Tak jest, pani.

NISIDA.

Dajże mi ją, niechaj na niej
W tym pełnym rozkoszy gaju
W jego szmaragdowym maju,
W jego rubinów purpurze,
W którą ubrały go róże
I rozlicznej barwy kwiaty,
Ścieląc kobierzec bogaty,
Różnobarwny, różnowzory;
Niech na tym kobiercu wiosny
Spróbuję nóty miłosnej
Do piosenki, której słowa
Wczoraj Cintia napisała.

CHLORA.

Jakaż tej pieśni osnowa?
O czem mówi?

NISIDA.

Treść jej cała

Jest to słowik na jaworze,
Co sam z sobą w rozhoworze
Wyśpiewywa swoją dolę,
Miłości rozkosz i bole.

(wchodzi CINTIA z książką w ręku.)
CINTIA.

Gdy Minerwy służebnice,
Pełne wdzięków uczennice,
Wybiegły tam ku zabawie,
I rozbiegły się po łące,
Po niskiej, poziomej trawie,
Jakby róże woniejące,
I znikły całą drużyną,
Między tych gajów gęstwiną,
Które w swoim blasku nowym,
W mnóstwie wdzięków niezliczonem
Są kwiatów niebem zielonem,
Gwiazd namiotem lazurowym;
Ja tymczasem tu usiędę,
I w tej ciszy nieprzerwanej
Z Owidjusza czerpać będę
Leki na miłości rany. —

NISIDA.

Chloro, słuchaj, będę śpiewać.

CHLORA.

Dobrze; któżby śmiał przerywać.

NISIDA. (śpiewa).

Słowiku, co pełen lubości
Pieścisz się rozkoszą miłości,
Jakąż zazdrością przejmujesz mię!
Lecz nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałosnej
W rzewnej rozpłynie się łzie!

CINTIA.

Jakże ja ci podziękuję,
Nisido, za twoje pienie?!
Od dziś tak dumną, się czuję,
I sama wyżej się cenię.
A duma to nie jest pusta,
Jest ona uzasadniona:
Pieśń to już nie ladajaka,
Kiedy ją śpiewaczka taka,
Tak gienialne nócą usta.

NISIDA.

Tyś to gienjusz niesłychany,
Piękna Cintio! niezrównany!
I wierz mi, bo to rzecz pewna,
Że na siebie jestem gniewna,
Żem wiecznie nie zamilczała,
Żem arfy nie roztrzaskała
Raczej, niżeli daremnie
Kusić się i tak nikczemnie

Zbiorem niedołężnych dźwięków
Kazić pieśń tak pełną, wdzięków.
Lecz gdzież to zdążasz w tę stronę?

CINTIA.

Korzystając z samotności,
Chciałam tu sobie w cichości
Czytać, a w tem niespodzianie
Usłyszałam twoje granie.
Magnes to, którego siła
Aż tu mnie doprowadziła.
Lecz przez twego śpiewu wdzięki,
Jakże muszą być zaklęte,
Czarowną mocą ujęte,
I szemrzących źródeł dźwięki,
I wstrzymane tam u góry
Harmonijne ptasząt chóry!
Czy nie mogłabyś raz jeszcze
Powtórzyć twojego śpiewu?
Pozwól, niech się nim napieszczę
Śród radości i podziwu —
Jeśli to nie jest natrętnie....

NISIDA.

Owszem, owszem, bardzo chętnie.

(śpiewa).

Jak wesoło, z jaką chlubą.
Śpiewasz miłośny słowiku!

Jak się pieścisz z twoją lubą,
Rozkosznisiu, w twym gaiku.
Zazdrością przejmujesz mię!
Lece nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałosnej
W rzewnej rozpłynie się łzie.

(Wchodzi DARJA.)
DARJA.

Przestań już, przestań, Nisido!
Bo w tem miejscu takie pienie
W każdym wznieca oburzenie,
A ciebie kryje ohydą,
I godność twoją poniża,
I bogom samym ubliża.
Czem jest zazdrość? czem kochanie?
Że śmiesz o nich tutaj śpiewać,
I spokój tych miejsc przerywać.
Czyż nie wiesz, że to Dianie
Las ten dany jest w ofierze,
A bynajmniej nie Wenerze.
Czyż nie widzisz nieszczęśliwa,
Że to jest zbrodnia prawdziwa,
Obraza Minerwy chwale,
W świątyni bóstwa mądrości
Nócić hymn na cześć miłości!
Ale nie dziwię się wcale,
Pojmuję wszystko w tej dobie,
Gdy Cintię widzę przy tobie.

CINTIA.

Czemuż to tak? niech się dowiem.

DARJA.

Kiedy pytasz, to ci powiem.
Boś ty cały dzień od rana
W świeckich książkach zakopana;
Niemi żyjesz, niemi dyszesz,
Wiersze czytasz, wiersze piszesz,
Puste, czcze niemiłosiernie,
Lecz tobie miłe niezmiernie.
Cóż? może nieprawdę mówię?
Może mnie o dowód spytasz?
Więc na uczynku cię złowię —
Pokaż książkę, którą czytasz.

CINTIA.

Książka to jest naukowa,
Owidjusza to są słowa,
O lekach na ciężkie rany,
Na ból przez miłość zadany.
Niechże się Darja przekona,
Jak mylnie jest uprzedzona.
Ja czasu nie marnotrawię,
Ja uczę się, a nie bawię.
Kto lekarstwa wyszukuje,

Ten się zbroi przeciw złemu,
I bolu ten nie miłuje,
Kto chce walczyć przeciw niemu.

NISIDA.

Słowa przez Cintią rzeczone
I mnie służą za obronę.
Rozczarowania i żale
Śpiewałam, nie hymny wcale.

DARJA.

Leków i rozczarowania
Szukacie zarazem obie;
A to samo już odsłania,
Że ból już czujecie w sobie.
Bo kto odczarowań czeka,
Świadczy, że jest zczarowany,
A kto w lekach się zacieka,
Że cios już mu jest zadany.
Któż się troska o doktory?
Żaden zdrowy, tylko chory;
Niesłychana do tej doby
Pragnąć leków bez choroby.
Więc słusznie wam się nagania
Światowa wasza nauka,
I tej, co rozczarowania,
I tej, co to leków szuka.

CINTIA.

Zatrudnienia przypadkowe
Są to rzeczy dodatkowe;
Po za niemi się ukrywa
Cel główny i myśl prawdziwa.
Pójdźmy dalej; w całym świecie,
Czyż mi kogo wynajdziecie,
Coby całej swojej siły
Nie łożył na przedmiot miły,
Na jakiś cel ulubiony,
Ponad wszystko wyniesiony.
Ten to różny pociąg ducha
Tworzy tę różność zawodów,
Co jak ogniwa łańcucha
Tworzą treść państw i narodów.
Z tej to różnicy wypływa,
Że duch Nisidy spoczywa
Cały w śpiewie, mój w pisaniu,
A twój w onem uwielbianiu,
Z jakiem lubujesz się sobie
W własnych wdziękach, w każdej dobie.
Lepszeż to jest zatrudnienie
Nad własne doskonalenie?
Któż z nas tedy wyżej stoi?
I zkąd powód pychy twojej?
Byłże poranek na niebie,
Któryby nie zastał ciebie
Z pochyloną dumnie skronią

Po nad zwierciadlaną tonią,
Wpatrującą się ciekawie
W własnej postaci odbicie,
Oddającą sobie skrycie
Cześć taką, jak bóstwu prawie!
Teraz wróćmy do zasady,
Do początku naszej zwady.
Otóż Darjo, twoja wina
Większa od naszej nierównie,
Bo jest tu skryta przyczyna,
Która tobą rządzi głównie.
Kto się tak pilnie przygląda
Własnym wdziękom w każdej dobie,
Ten niezawodnie pożąda
Wzbudzić w kim miłość ku sobie.

DARJA.

Obwiniasz mnie nadaremnie —
Gardzę takiemi zamiary.
Tak daleko są odemnie
Miłosne myśli i mary,
I tak je nisko uważam,
Nie przez cnotę, lecz dla pychy,
Tak daleko jest, powtarzam,
Miłość od tej piersi cichej,
Że z wszystkich Jowisza trudów,
Z wszystkich jego ręki cudów,
Rzecz najbardziej niepodobna

Ta byłaby bez wątpienia,
Gdyby z miłości płomienia
Choćby tylko cząstka drobna,
Choćby w najmniejszej iskierce,
Wkraść się mogła w Darji serce.
Bo w jednem tylko zdarzeniu
Miłość rozpali to łono,
Gdy w dumy mojej pragnieniu
Zostanę zaspokojoną. —

CINTIA.

Mów jaśniej, bo nie pojmuję.

DARJA.

Gdy kto tak mię umiłuje,
Że z miłości ku mnie skona,
Wtedy dopiero zwalczona
Miłości siłę poczuję;
Ku niemu po jego zgonie
Serce to żarem rozpłonie.

NISIDA.

Wymysł dziki! niepojęty!
Jakież miłości zachęty?
I cóż mu z twojej nagrody,
Kiedy musi umrzeć wprzody?

CINTIA.

Duma to tylko szalona
Do szczytu doprowadzona,
Pycha straszna, któż nie przyzna?
Bo czyż był kiedy w przeszłości,
I czy być może mężczyzna,
Któryby umarł z miłości!

DARJA.

A więc, w takim rzeczy stanie,
Gdy prawdą, jest twoje zdanie,
Pójdę dalej moją drogą —
Nie będę kochać nikogo,
Lub tego tylko jedynie,
Kto z miłości ku mnie zginie.

CINTIA.

Z tak dumną mówić nie można,
Wszelka tu odpowiedź próżna.
A więc najlepiej zrobimy,
Gdy do swego powrócimy:
Ja, jak wprzódy do czytania —
Ty Nisido do śpiewania.
Niech gada, cóż to nam szkodzi,
Duma jej już w szał przechodzi.

NISIDA.

A więc wracajmy bez gniewu
Ty do książki ja do śpiewu.

DARJA.

A ja? cóż uczynię przecie?
Gdy wy pracować będziecie,
Chcąc dowieść, jak wzgarda wasza
Obchodzi mię i przestrasza,
Obok nad zdrojem usiędę,
I w nim przeglądać się będę.

(wchodzi KRISANTO, KLAUDJUSZ i ESKARPIN.)
NISIDA. (śpiewa).

Słowiku, co pełen lubości
Rozgłaszasz słodycze miłości,
Jakąż zazdrością przejmujesz mię!
Lecz nie! bo śpiew twój radośny
Jutro śród skargi żałośnéj
W rzewnej rozpłynie się łzie.

KLAUDJUSZ (do KRISANTA).

I cóż? czyż cię nie zachwyca
Ta prześliczna okolica?

KRISANTO.

Ach! któryż artysta, który,
Sprosta tym cudom natury!
Ze wstydem to ci wyznaję,
Pierwszy raz zwiedzam te gaje.

KLAUDJUSZ.

Ten las u świątyni progów,
Toć to ziemski Olimp bogów.

KRISANTO.

Albo ta łąka zielona
Pod tym lasem rozciągniona,
Albo to miejsce w dolinie,
Gdzie jakieś nimfy, boginie,
Których dźwięk taki uroczy
Zabrał nam serca i oczy.
Jedna wiersze czytająca,
Druga pieśni śpiewająca,
A trzecia wdzięcznie schylona
Bez myśli, a zamyślona,
Dawała do zrozumienia,
Że kobieta mieć nie może
Nic lepszego do czynienia.
Jak być piękną w każdej porze.

ESKARPIN.

I prawda! — ja w życiu całem
Równie pięknej nie spotkałem.

KLAUDJUSZ (do KRISANTA).

A gdyby też, ot, w tej dobie,
Była ci rzecz dozwolona
Wybrać którą z tego grona,
To którąbyś wybrał sobie?

KRISANTO.

Niewiem; bo tych dziewcząt troje
Zabrało pod władzę swoję

Trzy wielkie siły, przez które,
Jak gdyby przez czar uroczy,
Despotycznie biorą górę,
Więżą myśl i słuch i oczy.
Tej śpiew słodycz w serce wlewa,
Ta co czyta myśl porywa,
Ta milczy ufna w swej sile.
Lecz jej piękność mówi tyle!
A więc rozważywszy ściśle,
Żadnej ubliżać nie myślę.
U tej wielbię wdzięków siłę,
U tej głosu dźwięki miłe,
U tej dowcip i natchnienie —
Jak należy wszystkie cenię;
Lecz gdyby wyrokiem nieba
Wybierać było potrzeba,
Nie dbając co ludzie rzekną,
Wybrałbym...

KLAUDJUSZ.

Którąż?

KRISANTO.

Tę... piękną.

ESKARPIN.

Doskonale! doskonale!
Taki wybór i ja chwalę.

Bo choć sztuka ma znaczenie,
Choć naukę wielce cenię,
Najważniejszą, cnotą przecie
Jest zawsze: piękność w kobiecie.
I dowiodę tego łatwo.
Kłócił się lis z kuropatwą.
Lis przechwalał się z mądrości,
A kuropatwa z piękności.
„Tyś tak głupia kuropatwo,
Że każdy łowi cię łatwo.“
Na co ta lisowi rzecze:
„Mądrości tobie nie przeczę,
I że w porównaniu z tobą
Nie mądrą jestem osobą.
A jednakże u każdego
Prawdziwego myśliwego,
Co się dobrze zna na cenie,
Większe niż ty mam znaczenie.“

NISIDA.

Chloro, weź arfę, bo słyszę
Jakiś szelest za drzewami,
Rzućmy prędzej to zacisze,
Ktoś tu skrył się za krzakami,
Wstyd mi, ci ludzie tam stali
I skrycie podsłuchiwali.

(odchodzi.)
CINTIA (do siebie).

Klaudiusza z dala poznałam,
Lecz udam, że nie widziałam,
Pójdę niby zamyślona,
Cała w książce zatopiona,
Dumać w samotnej ustroni.
Czy też on za mną pogoni?
Jeżeli nic nie wybawia
Z bolu, który miłość sprawia,
To na cóż zda się czytanie
Owych lekarstw na kochanie?

(odchodzi.)
DARJA.

A ja tu zostanę sobie,
Nie nudno mi w tej zaciszy,
Bo mi wszędzie, w każdej dobie,
Piękność moja towarzyszy.

KLAUDJUSZ.

Krisanto, wybór twój razem
Zasmuca mnie i raduje;
Okazałeś tym wyrazem,
Że ci się nie podobała
Ta, która wiersze czytała,
I to mnie smutkiem przejmuje;
A gdybyś był ją pochwalił,
I wybrał z tych dziewcząt grona,

Byłbyś mnie gniewem zapalił,
Jad zazdrości wlał do łona. —
Gdy więc żal przez cię wzbudzony
Tak jest z wdzięcznością złączony,
Łączmyż razem nasze losy,
Niech nas wiodą serca głosy.
Ja biegnę za bóstwem mojem,
Ty uderz do twojej damy,
Co jeszcze duma nad zdrojem,
A potem tu się spotkamy.

(odchodzi).
KRISANTO.

W tak szczególnym jestem stanie!
Takie w myśli zamięszanie,
Taką dziwną czuję trwogę,
Że poznać siebie nie mogę!
Od chwili, w której ujrzałem
Piękność tę tak doskonałą,
Nieznanym płonę zapałem; —
Babilonem głowa moja!
Serce zburzone jak Troja!

ESKARPIN.

Toż samo ze mną się stało.
Gdy tę piękność zobaczyłem,
Całkiem przytomność straciłem.

KRISANTO.

Ty głupcze! jestżeś ty w stanie,
Ty, czuć moje niepokoje?

ESKARPIN.

Ja tego nie mówię, panie,
Czuję tylko własne moje.

KRISANTO.

Porzuć tę błazeńską sztukę!
Precz! przez wszystkie bogi w niebie!
Bo cię tu na śmierć zatłukę!

ESKARPIN.

Idę już, bo w tej potrzebie
Nie mogę sobie zawierzyć,
Czy mógłbym zazdrość uśmierzyć.

(odchodzi.)
KRISANTO (do DARJI).

Przebacz, że pytać się ciebie
Ośmielam, kto jesteś, pani?
Czy Aurorą na tem niebie,
Czy Palladą tej przystani,
Junoną tych gór skalistych,
Czy Florą tych łąk kwiecistych?

Bo chciałbym wiedzieć sposoby,
Których używać należy,
Mówiąc do twojej osoby.
Lecz nie, po co? mówiąc szczerzej,
Już pytania nie powtarzam,
Bo kiedy głębiej rozważam
Piękność twoję niesłychaną,
Doskonałość niezrównaną,
Widzę jasno żeś bogini,
A z bliskości tej świątyni,
Co twojej chwale oddana,
Zgaduję, żeś jest Diana.

DARJA.

Gdy ty dla mówienia ze mną,
Kto jestem, pragnąłbyś wiedzieć,
To z otwartością wzajemną
Muszę tobie odpowiedzieć,
Że jam wcale nie ciekawa
Wiedzieć, kto ty jesteś, panie;
Bo na takie zapytanie,
Bez względu, kto je zadawa,
Odpowiadam tylko wzgardą,
Tak dumną jestem i hardą.
Wierz mi, bo mówię to szczerze,
Więc chciej odejść kawalerze,
Chcę być samą w tej ustroni,
Jak byłam nim wszedłeś do niej.

KRISANTO.

Wyznaję, że zasłużyłem
Na karę tak sprawiedliwą,
Za błąd, który popełniłem,
Pytając, kto jesteś pani;
Bo ktokolwiek jesteś zgoła,
Piękność twoja tak prawdziwą,
Blask taki bije ci z czoła,
Że każdy w powinnej dani
Musi tobie się ukorzyć,
Hołd miłości musi złożyć.

DARJA.

Głos taki jest mi tak dziwny,
Tak mi się zdaje przeciwny,
Że choćbym kiedy kochała,
A wiem, że to być nie może,
To nawet, nawet w tej porze,
Jeszczebym go nie słuchała,
Jeszczeby ta pierś zdumiona
Pozostała niewzruszona.

KRISANTO.

Więc wcale cię nie obrażę,
Że się powtorzyć odważę,
Gdy głos ten tak obcym czujesz,
Że choć słyszysz nie pojmujesz.

DARJA.

Przeciwnie, bo choć to słowo,
Ten głos, dla mnie rzeczą nową,
Choć go wcale nie pojmuję,
Lecz zuchwalstwo odgaduję.
I chociaż już zapomniałam
Zaraz, gdy słyszeć przestałam,
Powtorzone takie słowo
Znów mnie obrazi na nowo.

KRISANTO.

Jakto? jużeś zapomniała?

DARJA.

Tak jest.

KRISANTO.

To rzecz niepojęta!
O dolo moja przeklęta!
Głos miłości!... toć to strzała,
Cios śmiertelny, najdotkliwszy,
Wszak to piorun najstraszliwszy!

DARJA.

Tak, lecz piorun nic nie szkodzi,
Jeżeli w próżnię ugodzi,
Gdy mu nic w drodze nie stanie.

KRISANTO.

A to jak?

DARJA.

A to tak, panie.
Gdy grom wpadł jednemi drzwiami,
A drugie są otworzone,
To nie drażniony oporem,
Nie wstrzymany przeszkodami,
Pójdzie sobie prostą drogą,
Wyjdzie tym drugim otworem,
Nie uszkodziwszy nikogo —
I domostwo ocalone....
Tak samo piorun miłości,
Gdy otwarte miałam uszy,
Nie zapalił mojej duszy,
Zostawił mię w spokojności.
Bo przeleciał sobie duchem,
Wpadł jednem, znikł drugiem uchem.

KRISANTO.

A jeżeli wyjścia niema?
To grom w miejscu się zatrzyma,
I póty nie pójdzie dalej,
Aż wszystko zniszczy i spali.
Więc serce moje zranione
Ze szczętem będzie spalone,
Bo żadnego wyjścia niema
Dla gromu, co wpadł oczyma.

DARJA.

Gdybyś był słyszał, mój panie,
Naszą, rozmowę tajemną,
I moje szczere wyznanie,
To zamiast rozmawiać ze mną
Wolałbyś gdzie w oddaleniu
Być pogrzebanym w milczeniu.

KRISANTO.

Cóż to było?

DARJA.

Już nie pomnę;
Myśl to którą w duszy noszę,
Postanowienie niezłomne,
Rzucone śmiało i dumnie.

KRISANTO.

Niechże wiem, powtórz mi, proszę.

DARJA.

Że ten tylko, ten jedynie
W sercu mojem nie zaginie,
Kto umrze z miłości ku mnie.

KRISANTO.

A temu, który tak skona,
Miłość twoja zapewniona?

DARJA.

Może być pewnym wzajemnie.

KRISANTO.

A więc przyjm słowo odemnie,
Bo przysięgam tobie szczerze
Życie złożyć ci w ofierze.

DARJA.

Zostawże mię w spokojności,
Póki nie umrzesz z miłości.

(odchodzi.)
KRISANTO.

Gdzież pierś, coby w jedną chwilę
Czuła w sobie ciosów tyle!
Gdzież serce, co na raz zmieści
Tyle walk, tyle boleści!
Mnież to, mnie, jedna dziewica
Tak czaruje, tak zachwyca,
Że już dla niej zapomniałem,
Czego tak chciwie szukałem!
Jakiż szał i letarg razem,
I jakiż to czar uroczy
Swoim niebiańskim ukazem
Wlała mi w duszę przez oczy!
Cóż to za bóstwo nie rade,
Bym doszedł tajemnic wielu,
Zawartych w tej księżce dziwnej,

Stawia mi w drodze zawadę,
Podsuwa pociąg przeciwny,
Żeby mię odwieść od celu.
Lecz nie! nie! namiętność żadna,
Niech jak chce gwałtowną będzie,
Nie będzie tak samowładna,
Całego mnie nie posiędzie!
Cóż, że jednej gwiazdy siła
Do pokłonu mię zmusiła,
Toć się przez to nie złamałem,
I nie złamię się w pokłonie,
Gdy przed drugą schylę skronie.
Wolny jestem sercem całem!
Więc wbrew pięknościom, co kuszą,
Do wznioślejszych wracam bojów,
Co mocniej miotają duszą
Od miłosnych niepokojów.
A gdy teraz Klaudjusz cały
Zajęty swoją miłością,
Udarował mię wolnością,
Odszedł wraz z swoim służącym,
Pójdę pomiędzy te skały,
Co tak wieńcem siniejącym
Las ten w krąg pozamykały.
Tam w pieczarach chrześcijanie
Kryją się, biedni zbiegowie,
Zbliżę się do nich, a może
Dowiem się o Karpoforze.

Bo tylko on sam jest w stanie
Skończyć moje udręczenia,
Wrócić spokój mojej głowie.
Otóż i pustynia głucha,
Ni śladu żywego ducha,
Jakiś labirynt tajemny,
Coraz bardziej dziki, ciemny.
Natura pracy tak mało
W tem miejscu zadała sobie,
Jakby jej się podobało
Pokazać, że w każdej dobie
Piękna, choć jej się nie chciało
Użyć stroju ku ozdobie. —
Promień słońca ledwie może
Przedrzeć się w tę ustroń ciemną,
Taka puszcza i bezdroże,
Ani śladu ludzkiej nogi,
Nikt tu nie błądził przedemną.
Lecz dojść muszę choć bez drogi.
Ha! tam u brzegu strumyka,
Co ze skał bijąc na skały
Błyska, miga i przemyka,
Jasny, lśniący, śnieżnobiały,
Widzę — kościotrup prawdziwy...
Niby trup — a jednak żywy.
Ruch zaledwie dostrzeżony
Znać daje, że ożywiony,
I odróżnia go od głazu

Na tle tego krajobrazu.
Zacny starcze! co w tej stronie
Uschłej pod śmierci powiewem,
Sam jesteś żyjącem drzewem...

KARPOFORO.
(przy skale, chce uchodzić na widok Krisanta.)

Biada mi! jakiś poganin!

KRISANTO.

Nie bój się, bo choć Rzymianin,
Ja ci nic złego nie zrobię.

KARPOFORO.

Czegóż chcesz dziwny młodzianie,
Nie lękam się, jest coś w tobie,
Co obudza zaufanie.

KRISANTO.

Wskaż mi, proszę cię serdecznie,
Która tu z tych skał straszliwych,
Co do koła nas ze swemi
Paszczami rozdziawionemi
Stoją łaknące odwiecznie,
Jak grobowce ludzi żywych:
Która tu podziemna nora
Jest schronieniem Karpofora?
Bo chcę z nim mówić koniecznie.

KARPOFORO.

Ufam ci, mówię bezpiecznie,
Jam jest.

KRISANTO.

Ojcze! daj prawicę.

KARPOFORO.

Z całej duszy, chłopcze mężny.
Twój uścisk, twoje źrenice
Odmłodziły serce moje,
Jak winogradu powoje
Wieńczące pień niedołężny.
A kto jesteś?

KRISANTO.

Moje imię
Krisanto; — ojciec mój w Rzymie
Jest najpierwszym senatorem,
I miasta gubernatorem.

KARPOFORO.

Cóż ciebie do mnie sprowadza?

KRISANTO.

Stojący źle się naradza.

KARPOFORO.

Prawda — tak się zagadałem,
Że cię prosić zapomniałem.

Więc wejdźmy tu w moją grotę.
Siądźmy.

(siadają.)

Teraz mówmy śmiało.

KRISANTO.

Od dziecięctwa mam ochotę
Do nauki, i nie mało
Różnych ksiąg już przeczytałem.
Lecz przypadkiem napotkałem
Jednę taką, że nie mogę
Zrozumieć jej żadną miarą.
A więc z ufnością i wiarą
Do ciebiem się wybrał w drogę,
Bo zdawna znam twoje imię,
Wiem, że jesteś w całym Rzymie
Mędrcem, mistrzem nad innymi,
Więc o pomoc twoją proszę,
I książkę z sobą przynoszę.

KARPOFORO.

Pokażże ją, zobaczymy.

KRISANTO.

Patrz pierwszą kartę z porządku,
Bo to właśnie na początku
Jest trudność, której nie może
Mój rozum sprostać.

KARPOFORO.

O! Boże!
Toć to Ewangielja święta!

KRISANTO.

Co to? całujesz tę księgę?
Jakąż musi mieć potęgę!

KARPOFORO.

Tak; — i czoło przed nią chylę
W proch ze skruchą najgorętszą,
Na znak czci, którą przejęta
Jest dusza moja w tę chwilę,
Gdy tę księgę przenajświętszą
Imam dłońmi niegodnemi.

KRISANTO.

Cóż to za księga być może,
Co tak cię chyli ku ziemi?

KARPOFORO.

Ewangielja, — Słowo Boże,
Najwyższe ustawy Pańskie,
Nasze prawo chrześcijańskie.

KRISANTO.

Więc na nic moje ofiary,
Moje trudy i boleści!

KARPOFORO.

A to czemu?

KRISANTO.

Bo w jej treści,
Jak od dawna słyszę zawdy,
Nic innego się nie mieści,
Jeno tajemnicze mary,
Jakieś uroki i czary,
Same fałsze.

KARPOFORO.

Same prawdy.

KRISANTO.

Co mówisz? jak to być może!
Patrz sam, gdy księgę otworzę,
Zaraz najpierwszy z jej wierszy
Jest zarazem fałsz najpierwszy.
Oto mówi: „na początku
Było Słowo, a to Słowo
W Bogu było, Bogiem było.
I dalej z błędnego wątku
Wywodzi nieprawdę nową,
Że później z bóstwem swem całem
Bóg, Słowo, stało się ciałem!

KARPOFORO.

Rzecz jasna i oczywista,
Bo święty Ewangielista

Raz o Bóstwie samem mówi,
Niedostępnem rozumowi,
To znów mówi, jak przed wiekiem
Ten sam Bóg stał się człowiekiem.

KRISANTO.

Bóg człowiekiem? czyż być może!
W jednej i tej samej porze?

KARPOFORO.

Tak; — w jednej swojej osobie
Łącząc te natury obie. —

KRISANTO.

Jakto? jak? powtórz na nowo,
Bo chciałbym pojąć koniecznie.
Jakto, więc to samo Słowo,
Co w Bogu było przedwiecznie,
I jest Bogiem, bierze ciało,
Cudem nigdy niesłychanym,
Bogiem-człowiekiem się stało,
Chrystusem ukrzyżowanym?!
Ja tego nie pojmę głową.
Wszystko to tak z sobą sprzeczne
Daj dowody dla rozsądku.

KARPOFORO.

Bogiem jest przedwieczne Słowo —

Bogiem, bo jak Bóg, przedwieczne —
Bez końca jak bez początku;
Bogiem jest Słowo prześwięte,
Bo jest przedwiecznie poczęte
Z Ojca, — jako się poczyna
Duch Święty z Ojca i z Syna.
W trzech osobach jedno Bóstwo.
W tej liczbie tajemnic mnóstwo.
Wiarą naszą najgorętszą
Wierzym w Trójcę przenajświętszą,
W Trójcy w Boga jedynego,
Przedwiecznego, wszechmocnego.
W Bogu Trójcę uwielbiamy,
Ani Osób nie mięszamy,
Ani Istot rozdzielamy.
Jedna jest Osoba Ojca,
Druga jest Osoba Syna,
A trzecia Ducha Świętego,
Lecz Ojca, Syna i Ducha
Boskość taż sama, jedyna.

KRISANTO.

Cuda! dziwy! któż wysłucha!
Ludzki rozum tu nie sięga!

KARPOFORO.

Taż sama boskość, i chwała,
I majestat i potęga.

KRISANTO.

Głowa pęka, serce pała!

KARPOFORO.

Bo gdy ojciec jest przedwieczny,
Wiekuisty, wszechmogący,
To już wywód ztąd konieczny,
Wyraźny i oczywisty,
Że i Syn, z Niego idący,
Wszechmocny jest, wiekuisty,
Niezmierzony; — i Duch Święty,
Z obu zarówno poczęty,
Przedwieczny jest i przeczysty,
Wiekuisty, wszechmogący.
A jak jasno widzisz w mowie.
Nie są to wcale bogowie
Trzej, odwieczni, niezmierzeni,
Wszechmocni, nieogarnieni,
Lecz jeden Bóg i jedyny
Bez końca i bez przyczyny,
Przedwieczny, nieogarniony,
Wiekuisty, niezmierzony!
A z tego znowu to płynie
Oczywiście i koniecznie,
Że choć we Trzech są przedwiecznie,
Bez początku, niestworzeni,
Jeden to jest Bóg jedynie,
Jeden tylko niestworzony!

Ojciec, nigdy nie zrodzony,
Ni stworzony, ni poczęty;
Syn, poczęty jeno z Ojca,
Poczęty, lecz niestworzony
Ni zrodzony; — i Duch Święty
Ani z Ojca ani z Syna
Ni stworzony ni zrodzony,
Równo z obu się poczyna.
Otóż przenajświętsza Trójca.
To co do boskości Słowa;
Teraz co do człowieczeństwa,
Do wcielenia i męczeństwa...

KRISANTO.

Wstrzymaj się, bo pęka głowa!
Zaczekaj — bo usłyszałem
Tyle niepojętym cudów,
Że już siły postradałem.
Na raz to za wiele trudów.
Pozwól rozważyć pomału,
Odpocząć chwilę potrzeba,
Zmęczyła mnie moc zapału,
Którym wznosisz mię pod nieba.
Ach! któż mi poda sposoby,
By pojąć co powiadacie!
Wszystko w jedność się sprowadza!
Bóg jeden choć trzy osoby,

Jedna treść, istota, władza,
I Wola jedna?

KARPOFORO.

Tak bracie.

(wchodzi AURELJUSZ z żołnierzami.)
AURELJUSZ.

Otóż grota Karpofora.
On sam u wejścia do jamy,
Z drugim, czyta. —

ŻOŁNIERZ.

A więc pora,
Naprzód, bo czegóż czekamy?

AURELJUSZ.

Trzeba, jak Polemiusz każe,
Maskami zakryć im twarze,
By wspólnicy nie poznali,
Kogośmy śród nich zabrali.

ŻOŁNIERZ.

Do więzienia!

KRISANTO.

Co? nędzniki!

AURELJUSZ.

Zatkać usta, stłumić krzyki.

KRISANTO.

Ja...

AURELJUSZ.

Usta pozawięzujcie,
A ręce z tyłu skrępujcie.

KRISANTO.

Patrzcie kto jestem...

KARPOFORO.

O! nieba!
O dniu z dawna upragniony!

GŁOS WEWNĄTRZ.

Jeszcze nie; — tyś ocalony.
Jemu cierpienia potrzeba,
Niech w boleści i ofierze
Siły i hartu nabierze —
Ciebie chronię.

(KARPOFORO znika, wchodzi POLEMJUSZ.)
POLEMIUSZ.

Cóż się stało?

AURELJUSZ.

Cud panie, cud niesłychany!
Obuśmy razem zabrali,
Obu razem skrępowali,

Ten został, a Karpoforo
Znikł, jak gdyby przepadł w chmury!

POLEMIUSZ.

Chrześcijańskie to są sztuki,
A prostaki bez nauki
Czary te za cuda biorą.

ŻOŁNIERZ.

Widziałem jak biegł przez góry.

POLEMIUSZ.

Kończcie dalej przetrząsanie,
Idźcie, — więzień niech zostanie,
Nie zniknie z pod mojej straży.

(wychodzi AURELJUSZ z żołnierzami.)

A teraz nędzniku gadaj,
Kto ty jesteś? odpowiadaj!
Zdejmę tobie maskę z twarzy,
Niech zobaczę... czy być może!
Krisanto! ty tutaj!

KRISANTO.

Boże!

POLEMIUSZ.

Ty tutaj! z chrześcijanami!
W tych jamach ze zbrodniarzami!

Ty jak więzień skrępowany!
Jowiszu! zkąd twoje gniewy?
Za co taki grom straszliwy?

KRISANTO.

Koniecznie rozwiązać chciałem
Bardzo ważne zagadnienie,
Które w książce wyczytałem,
Więc tutaj po objaśnienie
Przyszedłem do Karpofora.

POLEMIO.

Dość, dość tego! już nie pora!
Już wiem co cię tu przywiodło
A wszystkiego tego źródło
Jest w zgubnem twojem dążeniu
I w nierozsądnem pragnieniu.
Czytasz książki pełne marzeń
Czczych i błędnych wyobrażeń.
Tej to namiętności siła
Aż tu cię doprowadziła,
Chcesz posiąść dalsze nauki
Czary i magiczne sztuki.

KRISANTO.

O! to nie magja, nie czary,
Ale tajemnice wiary,
Co tak w niebo wznoszą duszę,

Tak wysoko, tak wysoko,
Że sam dla nich wyznać muszę
Cześć prawdziwą i głęboką.

POLEMIO.

Milcz! milcz! bo mi serce krajesz,
Co? ty dla nich cześć wyznajesz!

AURELIO (w głębi).

Oba w miejscu pozostali.

POLEMIO.

Nadchodzą — słyszę ich w dali.
Znów ci maskę na twarz włożę,
Aby ciebie nie poznano,
Aby przez to nie dojrzano
Plamy na moim honorze.
Póki, rozważywszy ściśle,
Innej rady nie wymyślę.

KRISANTO (na stronie).

Boże, dotąd mi nieznany!
Błagam ciebie najgoręcej,
Niech twa łaska mię ogarnie!
By poznać cię lepiej, więcej,
Wytrzymam wszystkie męczarnie.

(wchodzi AURELIO z żołnierzami.)
ŻOŁNIERZ.

Wszystkieśmy góry zbiegali,
I nikogo nie spotkali.

POLEMIO.

Więźnia do Rzymu prowadźcie,
A przed wszystkiem na to baczcie,
Niech nikt nigdy się nie waży
Podnieść maski z jego twarzy.

(AURELIUSZ odchodzi z żołnierzami.)

O! nieba! dajcie obronę!
Nieszczęsny ojciec was wzywa,
Bo serce mocno zranione
Gwałtem się z piersi wyrywa.
Cóż pocznę?... straszne pytanie!
Szala się waży na dwoje!
Powiem, kto on jest, to splamię
Jego winą imię moje.
Ukryję, to wiarę złamię!
Bo samo już obcowanie
Z tak strasznymi zbrodniarzami,
Zbiegami, chrześcijanami,
Już jest tak zbrodniczym czynem,
Już jest grzechem przed cesarzem.
Potępić?... on moim synem!
Uwolnić?... nie! on zbrodniarzem!

Napróżno wysilam duszę —
Co począć w tym strasznym sporze.
Jaki środek tu być może?
Jeśli jest, nie mogę dociec,
Sędzia, potępić go muszę —
A miłuję go — bom ojciec!






DOBA DRUGA.

KLAUDJUSZ I ESKARPIN.
KLAUDJUSZ.

I cóż? dotąd się nie zjawił?
Może jaki ślad zostawił?

ESKARPIN.

Nic zgoła; od owej chwili,
Gdyśmy w lesie razem byli,
Gdzieś pan opuścił nas obu,
Znikł, i dotąd ni sposobu
Odszukać go, znikł bez wieści.
O! jakież cierpię boleści!

KLAUDJUSZ.

Wierność twą z dawna uznaję,
I oceniam należycie.

ESKARPIN.

Co się wiernością wydaje,
Jest nią, lecz nie całkowicie;
Jeszcze się tam coś dodaje.

KLAUDJUSZ.

Cóż takiego?

ESKARPIN.

Myśl, co skrycie
Dręczy mię i serce tłoczy,
Bo mi wciąż stawia przed oczy,
Że on z nią gdzieś się ukrywa,
I słodkich wczasów używa.

KLAUDJUSZ.

Gdyby w istocie tak było,
Toćby mię właśnie cieszyło.

ESKARPIN.

A mnie nie.

KLAUDJUSZ.

Cóż to się znaczy?

ESKARPIN.

Bo jestem w wielkiej rozpaczy.

Kocham najzapamiętalej,
I wściekła zazdrość mię pali.

KLAUDJUSZ.

Co mówisz? ty zakochany?
Ty, zazdrością udręczany?
Ty, co ze wszystkiego szydzisz?
Żartuj sobie, ja nie wierzę.

ESKARPIN.

Cóż pan w tem dziwnego widzisz?
Alboż to ja jestem zwierzę?

KLAUDJUSZ.

Więc Darja zajęła pana,
Owa piękność niezrównana?

ESKARPIN.

Właśnie mówię, że jej chwała,
By dojść do doskonałości,
Koniecznie potrzebowała
Hołdu od mojej miłości.

KLAUDJUSZ.

Głupstwa bredzisz.

ESKARPIN.

Jakto, panie,
Głupstwem zwiesz tak mądre zdanie?

KLAUDJUSZ.

Dość tego — patrz — wuj nadchodzi,
Błaznować tu się nie godzi.

ESKARPIN.

Na pochmurnem jego czole
Znać głębokie serca bole.

(POLEMIO z orszakiem.)
KLAUDJUSZ.

Sam tylko Jowisz na niebie
Wie, jakie cierpię katusze,
Jaki ból udręcza duszę,
Gdy dziś, panie, dziś dla ciebie...

POLEMIO.

Wiem, że moje niepokoje
Czujesz jakby własne swoje.

KLAUDJUSZ.

Ale zaręczam ci panie,
Że Krisanta...

POLEMIO.

Przestań, proszę,
Bo przez samo powtarzanie
Wznawiasz męki, które znoszę.

KLAUDJUSZ.

Lecz chciej mi panie powiedzieć,
Czy ci dotąd nic nowego
Nie udało się dowiedzieć?

POLEMIO.

Powtarzam, dosyć już tego;
Nie dręcz mię już pytaniami,
Odpowiedź z ust się wyrywa,
Ale zaklęta ślubami,
Niech wiecznie w piersi spoczywa.

KLAUDJUSZ.

Wszak krew twoja we mnie płynie,
Wszak wierność moja bez skazy,
Wiesz, że na twoje rozkazy
Wszystko co zechcesz uczynię,
Życie chętnie oddam tobie,
Czemuż w tej bolesnej probie
Niechcesz mi wydać słowami
Bolu, co próżno się kryje,
Bo z duszy przez oczy bije.

POLEMIO.

Niech wszyscy wyjdą, z pokoju.

ESKARPIN.

Ach! Darję widzę u zdroju.

(wychodzą.)
KLAUDJUSZ.

Oto już jesteśmy sami.

POLEMIO.

Więc powiem, choć przez zwierzenie
Przełamię postanowienie,
Do którego mię zmusiła
Boleść, co mię obarczyła.
Chciałem milczeć, ale muszę,
Kiedy koniecznie chcesz wiedzieć,
Wywnętrzyć ci moją duszę,
Cały ból mój opowiedzieć.
Krisanto nie znikł bez wieści,
On jest — jest tu — w moim domu.
Ach! mniej doznałbym boleści,
Gdyby siłą swego gromu
Bogowie dom ten w tej chwili
W grób dla niego zamienili.
Wielce jesteś zadziwiony,
Że on tu i uwięziony;
To nic, trochę cierpliwości,
Większych dowiesz się nowości.
Pomniesz ów dzień, dzień przeklęty,
Gdyśmy się z sobą rozstali?
Jam szedł w góry, ty w las dalej,
I tam czem innem zajęty
Zgubiłeś go w gęstym lesie,
Lecz jam znalazł! nie dziwże się!

Naszli go żołnierze, w norze,
I przy wiernym towarzyszu.
Cierpliwości! o! Jowiszu!
Wiesz przy kim?... przy Karpoforze!
Masce winienem jedynie
Szczęście, że go nie poznano
W onej nieszczęsnej godzinie,
Że z twarzy nie wyczytano
Przez tę zasłonę tajemną.
Podobieństwa jego ze mną;
Bo rozkaz wiernie spełnili,
Szybko z tyłu przyskoczyli,
Twarze im pozakrywali,
A potem ich powiązali.
Ów zwierz rzymski, ta poczwara,
Ten przeklęty zbrodniarz stary
Karpofor zniknął jak mara,
Zbawił się swojemi czary.
Właśnie wpadam w oną porę,
I więźnia coprędzej biorę,
By wspólnicy nie dostrzegli,
I w pomoc mu nie przybiegli.
Żołnierzy wszystkich wysłałem
W tropy za chrześcijanami,
A my dwaj zostali sami,
I gdy jeńca poznać chciałem,
Zdjąłem maskę z jego twarzy.
Stokroć przeklęta godzina!

Ojciec jestem sędzią syna,
Wspólnika nędznych zbrodniarzy,
W sprawie strasznej, co obraża
Razem bogi i cesarza!
Pojmujesz jak ciężkie boje
Rwały mi serce na dwoje,
Tu miłość, tam oburzenie,
Aż przemogło przebaczenie. —
Rzekłem mu, żeby się schował
Albo ucieczką ratował,
Lecz niestety! w tejże chwili
Żołnierze nazad wrócili,
Już nie mogłem go obronić.
To tylko jedno sprawiłem,
Że surowo zagroziłem,
By go nikt nie śmiał odsłonić.
W drodze zmieniam plan z obawy,
Bo w onem więzieniu w Rzymie,
Który wspólnik jego sprawy
Mógłby zdradzić jego imię.
Więc go wiodę pokryjomu
Do mego własnego domu.
A chcąc wszelkie zatrzeć ślady,
Używam gwałtu i zdrady:
Niewinnego niewolnika
Na jego miejsce podstawiam,
Ścinam jako bezbożnika,
I tym ciosem syna zbawiam.

Teraz powiesz bez wątpienia,
Że gdy wszystko już skończone,
To już dość tego więzienia;
A ja na moją obronę
Powiem ci, że choć nie chciałem,
By publicznie był karany,
To jednak tej ciężkiej rany,
Której od niego doznałem,
Nie mogę puścić bezkarnie,
Póki żal go nie ogarnie.
Pomnij, że z ręki ojcowskiej
Chłosta, zbawia od katowskiej,
A jaka w obu różnica,
I jaki przedział daleki!
Pierwsza leczy i zaszczyca,
Druga piętnuje na wieki.
Gniew mój jednak zwyciężyłem,
I jak ojciec przebaczyłem;
Bo jakże przebaczyć łatwo,
Gdy w każdej takiej potrzebie,
Ręka wzniesiona nad dziatwą
Chłoszcze razem sama siebie!
Z tym zamiarem przebaczenia
Wchodzę do jego więzienia,
Pewien, że dobrocią wzruszę,
Wdzięczność wzbudzę, żalem skruszę.
A on mi na to z zapałem
Chrześcijańskie cnoty głosi,

Ich prawo zwie doskonałem
I pod niebo je wynosi,
Że aż ojcowską gotowość
Znów zmienił w gniew i surowość.
Zabite okno i krata
Oddzieliły go od świata,
Cały zakuty w kajdany,
Na głodną mękę skazany.
Sam wszystkiego doglądałem,
Bo nikomu nie ufałem.
To moje postępowanie
Tak już na niego wpłynęło,
Że przytomność mu odjęło;
I w takim jest dzisiaj stanie,
Że wciąż od rzeczy rozprawia,
Szaleństwo jest w jego głowie,
Szaleństwo w myśli i w mowie.
Słucham gdy z sobą rozmawia,
Bo duch jego wyzwolony
Gdzieś w wysokie wzbił się strony,
A on w tym zachwycie ducha
Nic nie widzi, nic nie słucha.
Czasem skargę szerzy smutną
Niby w miłosnej tęschnocie,
Na jakąś piękność okrutną:
Pokochasz mię, bo w tej dobie
Ginę z miłości ku tobie.“
To znów jakby z sobą w sporze:

„Trzy osoby! jak być może!
W jednej, w tej samej istocie.“
Rzecz którą, chrześćjańskie czary
Kładą za podstawę wiary.
Stan ten trwogi mię nabawia
I w straszną wątpliwość wprawia.
Jak tu postąpić w tej sprawie?
Jeśli uwolnię z więzienia,
Jeśli go wolnym zostawię,
To w tym stanie zaślepienia
Chrześcijańskiemi czarami,
Niewątpliwie, niezawodnie,
Chrześćjaninem się obwieści,
A tym czynem, przez tę zbrodnię
Wielkie moje imię splami,
Szlachectwo moje zbezcześci.
A znów, jeśli uporczywie
Zatrzymam w więzieniu dłużej,
To stan jego to mi wróży,
I to widzę niewątpliwie
Z jego mowy i postaci,
Że do szczętu rozum straci.
Wreszcie, synowcze kochany,
Mocno jestem przekonany,
Że to chrześcijańskie sztuki.
Czarami swojej nauki
Przywiedli go do obłędu,
A to wszystko przez złość do mnie,

Że surowo i niezłomnie
Pilnuję mego urzędu.
Na synu mszczą się tak srogo,
Gdy na mnie samym nie mogą.
Powiedzże mi, cóż ja zrobię?
Poradź, jak mam począć sobie
W tem okropnem położeniu?
Lecz wprzód zobacz go w więzieniu,
Przypatrz się jemu w tym stanie,
A potem dasz swoje zdanie,
Jak tu się trzeba zachować,
Co począć, jak go ratować.
Otóż izba — wejdź do niego,
Abyś potem z dwojga złego
Mógł radzić, co mam wybierać:
Czy ma w tym grobie umierać,
Czy być, wyszedłszy z więzienia.
Hańbą rodu i imienia.

(widać KRISANTA w kajdanach.)
KLAUDJUSZ.

Widzieć go w takiej niedoli
Nad wyraz serce mię boli.

POLEMIO.

Pozostańmy tu w pomroku:
Nie idź dalej ani kroku;
Oszczędzić mu trzeba sromu,
Zostańmy tu pokryjomu.

KLAUDJUSZ.

Dobrze, już nie pójdę dalej,
Ztąd będziemy go słuchali. —

KRISANTO.

I kogoż z ludzi losy nieszczęśliwe
Rzuciły w odmęt takiej nawałnicy!
Niedość że bole cierpię tak straszliwe,
Lecz jeszcze mękę z tych bólów różnicy!

Prosiłem nieba o życie prawdziwe
Przez wyjaśnienie Bóstwa tajemnicy;
Prosiłem nieba o śmierć, bo zbyt tkliwe
Serce płonęło miłością dziewicy.

Lecz gdzież mię zbytek cierpienia unosi?
Gdy razem o śmierć i o życie prosi,
Gdy żąda zguby i pociechy razem!

O! innym trzeba modlić się wyrazem!
Czy śmierć czy życie niebo mi ogłosi,
Chylę się, korzę, przed jego rozkazem.

POLEMIO (do Klaudjusza).

Cóż, czy nie prawdę mówiłem?
Czy nie słusznie oceniłem?

KLAUDJUSZ.

Sprawiedliwe pańskie zdanie,
Tak jest, to już obłąkanie!

POLEMIO.

Wyjdźmy zanim się spostrzeże;
A teraz gdy całkowicie
Znasz co mnie tak dręczy skrycie,
Cóż mi radzisz? powiedz szczerze.

KLAUDJUSZ.

Chociaż to jest rzecz zuchwała,
Kiedy młodość niedojrzała
Śmie doradzać siwym włosom,
Lecz twa miłość mię ośmiela,
Więc z odwagą, przyjaciela
Puszczę wodze serca głosom.
Kara dobrze wymierzona
Wielkie nieraz wady leczy,
Ale kara przesadzona
Jątrzy tylko i kaleczy.
Tak zawsze było i będzie.
A najlepsze przekonanie
I najlepsze porównanie
Da nam muzyczne narzędzie.
Nastroisz w miarę właściwą —
Harmonja będzie prawdziwą,
Lecz jeśli miarę przesadzisz,
Całą melodję zagładzisz.
Nie kładzie żaden myśliwy
Na łuk swój tak wielkiej strzały,

By od napięcia cięciwy
Łuk lub struna pęknąć miały.
Otóż w tych przykładach, panie,
Zamyka się moje zdanie.
Kara ma być wymierzona,
Ale nigdy przesadzona.
Powściągnij więc twoją karę,
Bo za wielka, przeszła miarę.
Niech złe w gorsze się nie zmienia,
Wypuść Krisanta z więzienia;
Czegoś nie sprawił srogością,
Tego dopniesz łagodnością.
A gdy takie zdanie pańskie,
Że to czary chrześcijańskie
Przyczyną jego choroby,
To i na to są sposoby.
Bo natura miłościwa
Nie wypuszcza nas z opieki,
Każda trucizna zjadliwa
Ma przeciwne sobie leki. —
A jeśli chcesz ostatecznie
Zbawić go, wyrwać z tej nędzy,
To postaraj się koniecznie
Ożenić go jak najprędzej.
Niemasz lepszego wędzidła
Na wszelkie serca zachwyty,
A nawet na myśli skrzydła,
Jak ślub, jak ten czar ukryty,

Którym żona ubóstwiona
Przykuwa męża do łona.
Lecz niechaj temu ślubowi
Twój przymus nie przewodniczy,
Niech o nim tylko stanowi
Sam pociąg serc tajemniczy,
Niech swobodnie go zawiera,
Niech podług woli wybiera.
Gdy wybierze ulubioną,
Już choćby chciał, nie podoła
Biedź myślą za niczem zgoła,
Bo jest rzeczą dowiedzioną,
Że małżonek rozkochany
W różane wzięty kajdany,
W zachwyceniu czarowniczem
Nie zdolny myśleć o niczem.

POLEMIO.

Najlepszą zapłatą rady
Nie jest samo wysłuchanie,
Ale spieszne wykonanie,
Wejście w wyznaczone ślady.
To najhojniejsza nagroda
Temu, który radę poda.
Więc wedle twego życzenia
Niech zaraz wyjdzie z więzienia.
Powierzam go twojej straży,
Lecz pilnuj, niech się nie waży

Przejść za mury ogrodowe.
Skrzydło tamto pałacowe,
Co to w ogród wchodzi całe,
Zamień w mieszkanie wspaniałe.
Przepysznie przyozdób ściany
Kobiercami najdroższemi,
Obiciami złocistemi;
Zgoła, niech przepych nieznany
Wszystkich zdumieniem uderzy. —
Spraw, niech kwiat rzymskiej młodzieży
Nieustannie tu przebywa,
Niech go bawi i rozrywa.
Wybornej muzyki tony
Niech grzmią, ciągle z każdej strony.
Nareszcie niech się obwieści
Ogłoszenie takiej treści:
Wszelka piękność zacna rodem,
Która tak szczęśliwa będzie,
Że nad jego serca chłodem
Przez swoje wdzięki, przymioty,
Władzę miłości posiędzie,
I wyleczy go z tęschnoty,
Ta kobieta, choćby biedna,
Choćby wcale nie uczona,
Imię żony sobie zjedna,
Zostanie z nim poślubiona.
Ogłoś też między doktory,
Że jeśli znajdzie się który,

Co mi Krisanta wyleczy,
Ten już sobie zabezpieczy
Majątek na całe życie,
Tak go opłacę sowicie.

(Odchodzi. — Wchodzi ESKARPIN.)
KLAUDJUSZ.

Święta miłości ojcowska!
Jak wielkie twoje ofiary!
Siła twoja prawie boska,
W poświęceniu nic znasz miary,
Bo tylko zawsze i wszędzie
Szczęście dziecka masz na względzie.

ESKARPIN.

Zaklinam cię na Bachusa,
Co wszystkich łotrów i tchórzy
Opieką swoją zaszczyca,
Powiedz! co za tajemnica?

KLAUDJUSZ.

Nie wczesna twoja pokusa,
Rzecz już wiadoma każdemu,
Krisanto wrócił z podróży,
Ale chory.

ESKARPIN.

Cóż to jemu?

KLAUDJUSZ.

Nikt tego zgadnąć nie umi,
Bo sam w sobie wszystko tłumi,
I ledwie tylko czasami
Coś przebąknie półsłówkami.

ESKARPIN.

Źle robi; — sam winien, sobie,
Kiedy niechce odpowiadać,
Bo w każdej zgoła chorobie
Trzeba wszystko jasno gadać.
Bolał ząb pewnego człeka.
Posyła w takiej niedoli
Po golarza; — ten nie zwleka
I pyta: „któryż to boli?“
A ów z mądra i niedbale:
„Przedostatni,“ odpowiada.
Więc doktór bierze narzędzie,
Co prędzej w gębę mu wkłada,
Lecz w stylu nie biegły wcale,
Rwie mu ząb ostatni w rzędzie.
Dopieroż bolem zbudzony
Zrywa się język skrwawiony:
„Doktorze! woła w niedoli,
Ten zdrów! to nie ten mię boli!“
Doktór tłumaczy się z błędu:
„Jakto? wszak ostatni z rzędu?“

— „Tak! lecz jam mówił inaczej:
Przedostatni, to się znaczy,
Ten co przy ostatnim siedzi.“
Gdy go tak mądrze naucza,
Doktór po tej odpowiedzi
Znowu powraca do klucza
I mówi: „więc to ten będzie,
Co tuż przy ostatnim w rzędzie?“
— „Tak jest.“ — „Jeśli tak, mój panie,
To go masz na zawołanie.
Tak czynią, dentyści zdatni.“
I wyrwał mu: przedostatni!
Dość że: gdy w rzeczach zębowych
Lenił się tłumaczyć jaśnie,
Został sobie za to właśnie
Z zębem chorym bez dwóch zdrowych.

KLAUDJUSZ.

Ale słuchaj; — jest nowina,
Chodź ze mną a będziesz wiedział,
Co Polemiusz zapowiedział
Ze względu na zdrowie syna,
O którym myśli...

ESKARPIN.

Cóż? panie!

KLAUDJUSZ.

Że go urzekli chrześćjanie.

(postrzega CINTIĘ.)

Cintia! ach! iść z nią nie mogę,
Muszę iść w przeciwną drogę.

(odchodzi.)
ESKARPIN.

Pójdę, dowiem się, a potem
Ujrzę cię Darjo z powrotem.
Przebacz, że śmiem się zalecać,
Nie gorsz się moim zapałem;
Rodzić się by miłość wzniecać,
Jest to piękności udziałem.

(odchodzi.)
DARJA
(na polowaniu, z łukiem i strzałami).
DARJA.

Chyża jak zefir w powiewie,
Biedna ty sarneczko mała,
Co nie biegniesz lecz lecisz jak strzała,
By na łonie tego zdroju
Skonać w spokoju
W własnej krwi rozlewie,
Zaczekaj dla końca twej męki
Na nowy cios z mojej ręki.

Wszak cierpiącego pociesza
Nowy grot, co śmierć przyspiesza.

(nagle chwieje się i pada tuż przy otworze pieczary.)

Wszechmocne nieba!
Wy to czuwacie nade mną.
Kroku tylko było trzeba,
Aby wpaść w tę otchłań ciemną,
Co u stóp tej skały skryta,
Nigdy pełna, nigdy syta,
Jakby paszcza niezgłębiona
Milcząc, czycha rozdziawiona.
Ach! jestem jak posąg żywy
Z ognia i z lodu zarazem.
Krok tylko, a zgon straszliwy
Czekał mię tu pod tym głazem!
Sam widok tej groźnej pieczary
Taką we mnie wznieca trwogę,
Ze spojrzeć w jej głębię nie mogę.
Tam być muszą straszne czary.

(słychać muzykę i śpiew wewnątrz.)

Co to jest? czy to ułuda?
Że cudnej muzyki tony,
Że śpiew słyszę utajony?
Wyobraźni to są cuda,
Samotność te widma stwarza,
Dziwem i strachem przeraża.
Nie! to nie mary! ucho dobrze słyszy,
Śpiew to jakiś się odzywa,

A harmońja słodka, tkliwa,
Wtórzy mu i towarzyszy.

ŚPIEW.

Chwila to będzie zbawienna,
Po stokroć błogosławiona,
W której ta przepaść bezdenna
W grób Darji będzie zmieniona.

DARJA.

Co mówisz, władzo tajemna!
Że to będzie szczęścia znak,
Gdy ta otchłań straszna, ciemna,
Będzie dla mnie grobem?

ŚPIEW.

Tak.

DARJA.

Jak być może? cóż to znaczy?!
Szczęście konać na tem dnie?
Taki zgon nie będzież raczej
Największem nieszczęściem?

ŚPIEW.

Nie.

DARJA.

Straszliwa fantazji maro,
Czy ty, złowroga pieczaro!

Jakież szczęście w tem być może?
Powiedz! jakimże sposobem?

ŚPIEW.

Powie ci to w onej porze,
Gdy zostanie Darji grobem.

DARJA.

Czyjże wyrok? któż to karze,
Bym ginęła w tej pieczarze?

ŚPIEW.

Ten Darjo, który legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie.

DARJA.

Straszny, tajemniczy czarze!
Co mówisz? że ten tak karze,
Kto umarł z miłości ku mnie?
Ach! jeśli to ów młodzieniec,
Któremu rzekłam tak dumnie,
Że tylko temu dam wieniec,
Temu będę poślubiona,
Kto z miłości ku mnie skona;
Jeśli to on z wiarą, we mnie,
Ufający w moje słowo,
Skoczył w tę otchłań grobową,
I skonał tu potajemnie,

A myśl o mnie w tej katuszy
Była mu jedyną zbroją,
To ja jestem już bez duszy,
Dusza moja już nie moją!

CINTIA (w głębi).

Spieszmy za nią, prędzej, gońmy,
Aby głębia tej otchłani
Nie stała się grobem dla niej,
Od tej zguby ją ochrońmy!

DARJA.

Nowe jakieś głosy słyszę,
Tu, w cudne tony zaczarowane,
Tam, przez dalekie echa powtarzane.
Gdyby to byli moi towarzysze,
Co dziś z rana razem ze mną
Weszli w tę ustroń tajemną!
Ich obecność w takiej chwili
Pocieszy mię i zasili.

CINTIA (z łukiem i strzałami).

O! piękna Darjo! cały las przebiegłam,
Nim cię nareszcie spostrzegłam.

DARJA (na stronie).

Chciałabym ukryć boleści moje,
Tę wyrocznią tak żałobną,

Te okropne niepokoje,
Jeśli jest rzeczą, podobną.

(głośno.)

Na wzór nigdy niezrównanej
Bogini naszej Diany,
Ledwo błysnęło zaranie
Wybiegłam na polowanie.
Ujrzałam sarneczkę małą,
Zraniłam ją z lekka strzałą,
Uszła mi — ja za nią w pędzie
Uporczywie gonię wszędzie,
I byłabym doścignęła,
Gdyby ta paszcza straszliwa,
Co tak okropnie poziewa,
Na drodze mi nie stanęła.

CINTIA.

W okropnej obawie byłam,
Póki cię nie zobaczyłam,
Lękałam się, mówię szczerze,
Aby jakie dzikie zwierze
W drodze ciebie nie spotkało.

DARJA (na stronie).

O! bogdajby tak się stało!
Ta śmierć możeby mię była
Od straszniejszej uwolniła!

Lecz cóż w tak okropnej porze
Próżna skarga pomódz może!

(wchodzi NISIDA.)
NISIDA.

O! piękno Darjo! o! Cintio uczona!
Szukam was wszędzie!

CINTIA.

Cóż za przyczyna?

NISIDA.

Dziwna, powiadam, dziwna nowina!
Może źle jestem zawiadomiona,
Bo tylko całkiem przypadkiem.
Spotkałam w drodze człowieka,
Który mówił, że był świadkiem,
Jak w całym Rzymie głoszono,
I nagrodę wyznaczono
Dla tej szczęśliwej kobiety,
Która przez swoje zalety,
Wdzięki, czy inne przymioty,
Ostygłe serce rozrusza
W chorym synu Polemiusza,
I wyleczy go z tęschnoty.

CINTIA.

Jakaż przyczyna choroby?

NISIDA.

Niewiem, ale są, sposoby...
Patrz, widzisz tego żołnierza,
Co tam ku Rzymowi zmierza,
Wstrzymajmy go a w rozmowie...

CINTIA.

Zawołaj, niech nam opowie.

DARJA (na stronie).

Mnie nic nie dziwi, nie wzruszy,
Taka boleść w mojej duszy.

(wchodzi ESKARPIN.)
NISIDA.

O ty! co przez te przyjemne zagony
Stąpasz w myślach zatopiony!

ESKARPIN.

O ty! wraz z twemi! pytam się wzajemnie,
Czego wymagasz odemnie?

NISIDA.

Co to jest za obwieszczenie,
Które, jak nam powiadano,
W Rzymie wszystkim ogłaszano?
Będziem wdzięczne nieskończenie.

ESKARPIN.

Opowiem wam doskonale,
Jeśli mię tylko w zapale
Widok Darji nie powstrzyma,
Bo któż mądrze mówić może
Pod ulubionej oczyma?
Otóż jasno rzecz wyłożę:
Polemiusz, pierwszy senator,
Oraz Rzymu gubernator,
Ma syna — a jedynaka —
A z tym synem jest rzecz taka:
Jak powszechne mówi zdanie,
Czarownicy to chrześćjanie,
Ten ród strasznych naszych wrogów,
Nie cierpiący naszych bogów,
Chcąc ojca udręczyć w synu,
Sprawcami są tego czynu:
Takiego coś mu zadali,
Tak strasznie zaczarowali,
Że wciąż w tęschnicy, w żałobie;
Nic go zabawić nie zdoła,
Ni smutku rozpędzić z czoła;
Nieznośny ludziom i sobie.
Cesarz, który swemi względy
Tak Polemiusza zaszczyca,
Przykazał ogłosić wszędy,
Że każda zacna dziewica,

Że każda mówię kobieta,
Byle rodem znakomita,
Która będzie taka zgrabna,
Czy przez sztukę taka wabna,
Czy przez dowcip tak wymowna,
Czy przez wdzięki tak czarowna,
Że Krisanta rozpłomieni
I smutek w miłość zamieni,
Ta szczęśliwa jako żona
Będzie z Krisantem złączona,
I posag weźmie stosowny,
Skarbom Polemiusza równy.
Jest innych obietnic wiele,
O których, że już nie wspomnę,
To tylko rzec można śmiele,
Że są wspaniałe, ogromne.
Tak dalece, że Rzym cały,
Jakby dla mistrzów uczonych,
Jakby dla wodzów wstawionych,
Gotuje wieńce, pochwały,
I oklaski i nagrody,
I tryumfalne pochody
Dla tej, co przez swoje męstwo
Takie odniesie zwycięstwo.
Dość, że przez takie podniety
Niema dziś w Rzymie kobiety,
Coby się nie spodziewała,
Że to dla niej taka chwała.

Myśl ta każdej w sercu cięży,
Każda mniema, że zwycięży.
Ani jedna nie zostanie,
Wszystkie biegną na spotkanie.
Jedne sama próżność nęci,
U drugich zyski w pamięci,
A brzydkie... niewiem dla czego.
Lecz dość już tego wszystkiego.
Żegnam... Darjo niezrównana!
Gdy rozkosz była mi dana,
Że spotkałem cię po drodze,
Uszczęśliwiony odchodzę.

(odchodzi.)
CINTIA.

Rzadkość!

NISIDA.

Wątpliwości niema,
Któraż od boju się wstrzyma!
Rzecz nieznana po te czasy,
Kobiety ruszą w zapasy!

CINTIA.

Jak widać jasno z twej mowy,
Pochwalasz ten pomysł nowy,
I już w myśli kreślisz plany,
Jak najtkliwsze zadać rany.

NISIDA.

Muzyka jest niebios darem,
Jest najpotężniejszym czarem.
Ona przez swój wpływ głęboki
Najsroższe niszczy uroki,
Najdziksze łagodzi zwierza,
Zjadliwe gady uśmierza,
Nawet genjusze złośliwe,
To jest duchy uporczywe,
Z całą swoją straszną zgrają
Przed jej potęgą pierzchają.
Gdy więc w tej sztuce czarownej
Niemam dzisiaj sobie równej,
Czemuż nie mam iść w zawody
Dla tak wspaniałej nagrody,
Mając nadzieję ją dostać?
Teraz właśnie dla mnie pora.
Czemużbym nie miała zostać
Córką pana senatora?
Tak, senatorską synową,
Przytem panią milionową!

CINTIA.

Że muzyka w samej rzeczy
Ma bardzo wielkie zalety,
Temu pewnie nikt nie przeczy,
Lecz przy tem wszystkiem niestety!

Choć to czar wielki muzyka,
Choć ona życie nam słodzi,
Dźwięk to, co ledwie się zrodzi,
Wraz z tchnieniem powietrznem znika!
Ja, biegła w każdej nauce,
Ja, co w rymótworczej sztuce,
Która nad wszystkie się stawi,
Że wraz naucza i bawi;
Ja, co w niej, wyznać to muszę,
Prześcigłam wszystkie gieniusze,
Kwitnące w dzisiejszej dobie,
Przyznaj, że ja prędzej mogę,
Porzuciwszy płonną trwogę,
Obiecywać tryumf sobie.
Bo tylko duszy muzyka
Czaruje myśl i przenika,
Przytem pobudek różnica
Jasno mi przed oczy stawa,
Ciebie chęć zysku podnieca,
Mnie wiedzie tylko obawa,
By nagroda tak wspaniała
Niegodnej się nie dostała.
Ja chcę, ażeby Rzym cały
Uznał na zawsze raz przecie,
Że rozum, dowcip w kobiecie,
Jest chwałą nad wszelkie chwały.

DARJA.

Otoż rzecz widna i jasna:
Interes i miłość własna
To wasza podnieta cała,
Dla której każda z was działa,
I zwycięstwa życzy sobie.
Według mnie grzeszycie obie.
Bo przecież wam powiedziano,
Że czar, który mu zadano,
Jest to dzieło chrześćjan, wrogów,
Co nie cierpią naszych bogów,
Jest to zniewaga straszliwa
Bogom naszym wyrządzona,
Jednak nie to was wyzywa,
I obelga nie zemszczona!
Otoż ja w tej jednej chwili
Uwierzę, że się nie myli
Strumień, co swemi wyrazy
Zaręczał mi tyle razy,
Żem jest piękność niezrównana,
I w tej wierze zaufana
Piękność tę w dzisiejszym sporze
Na ofiarę bogom złożę,
Abym tylko wykazała
Jawnie przed świata obliczem,
Jak siła chrześćjańska mała
I że czary ich są niczem.

NISIDA.

Według tego walka nasza
Już publicznie się ogłasza.

CINTIA.

Tak jest, wybiła godzina,
Odtąd bój się rozpoczyna.

NISIDA.

Ty, coś jest czarem nad czary,
Śpiewie! pomoż mi w tej dobie!
Niech przez ciebie zyskam sobie
Imię i złota bez miary!

(odchodzi.)
CINTIA.

Ty, coś jest duszo wszech tworów!
Dowcipie! ukaż się cały!
Spraw, abym wyszła z tych sporów
Ozdobna wieńcem twej chwały!

(odchodzi.)
DARJA.

Piękności! bogów przymiocie,
Pokaż, czem jesteś w istocie,
I że źródło twoje w niebie;
Otocz mię twojemi blaski,

Niech za pomocą, twej łaski
Zwyciężę wszystko dla ciebie.

(odchodzi.)
POLEMIO, KLAUDJUSZ.
POLEMIO.

I cóż? czy wszystko gotowe?

KLAUDJUSZ.

Wszystko już jest w takim stanie,
Jak sam przykazałeś, panie.
Ono skrzydło pałacowe,
W głębi ogrodu ukryte,
Całkowicie już obite
Przepysznemi kobiercami,
Tylko gdzieniegdzie, miejscami,
Malowidła tak przecudne,
Tak zwodnicze i ułudne,
Że samą naturę zwiodą.
Po gazonach i nad wodą
Wybór kwiatów najcudniejszych,
Najświeższych i najwonniejszych,
Które w licznych wodotryskach,
W źródlanej fali połyskach
Odbite po tysiąc razy,

Urocze tworzą, obrazy.
Przytem muzyka, igrzyska,
Zabawy i widowiska.
A to wszystko tak szczęśliwie
Tajemniczość dotąd chroni,
Że nikt w Rzymie dotąd niewie,
Co się dzieje w tej ustroni. —
Dość, że będzie tu zebrany
Kwiat piękności najgłośniejszych,
I talentów najsławniejszych,
Wybór dotąd nie widziany.
Wszystkie panie uprzedzone,
Że zawód jest pełen chwały,
Że zwycięstwo odniesione
Odbierze wieniec wspaniały,
Że piękność, co go pokona,
Zostanie z nim poślubiona.
Myślę więc, że do zawodu
Wszystkie bez wyjątku staną,
Każda przyjdzie do ogrodu
Widzieć go i byt widzianą.

POLEMIO.

Bogdajby się ta rzecz cała
Jowiszowi podobała!
Bo w wielkiej jestem obawie
O koniec w całej tej sprawie.

(wchodzi AURELIO.)
AURELIO.

Panie, jakiś mistrz uczony,
Lekarz przybyły z daleka,
Chce być do więźnia wpuszczony
I rozkazu twego czeka.

POLEMIO.

Niech wejdzie.

(wchodzi KARPOFORO.)
KARPOFORO. (na stronie).

Wszechmocny Boże!
Gdy raczyłeś mię zachować
Do spełnienia tego dzieła,
Nech mię Twa Łaska wspomoże!

(głośno.)

Panie, pozwól ucałować
Rękę, co tak zasłynęła.

POLEMIO.

Zacny starcze, powstań z ziemi,
Na twój widok potajemnie
Otucha budzi się we mnie,
Że ty jeden leki twemi
Natchniesz go zdrowiem i siłą.

KARPOFORO.

Bogdajby tak się ziściło;
Uczynię co będę w stanie.

POLEMIO.

A z kąd jesteś?

KARPOFORO.

Z Aten, panie.

POLEMIO.

Ateny! a toż to przecie
Ojczyzna nauk na świecie.

KARPOFORO.

Tak jest, panie! bez wątpienia
Tej sławy nikt im nie przeczy.
Ale przechodząc do rzeczy,
Jakież są jego cierpienia?
Jakie objawy choroby?

POLEMIO.

Melancholja to głęboka,
Której powód do tej doby
Całkiem ukryty dla oka.
Lecz gdy lekarzowi szczerze
Wszystko się zgoła wymienia,
Choćby tylko podejrzenia,
Więc wynurzę ci w tej mierze,
Skryte moje przekonanie.
Urzekli go chrześcijanie.
Oni to są sprawcy czynu;
Chcą mię dotknąć w moim synu.

A szczególnie ich przodownik
Karpoforo, mistrz czarownik.
Ach! dniu zemsty upragniony!

KARPOFORO. (na stronie).

Bogdajby był przyspieszony!
W dniu tym twego okrucieństwa
Dostanę palmę męczeństwa.

(głośno.)

Gdzież chory? wskazać mi raczysz.

POLEMIO.

Zaraz go tutaj zobaczysz,
I spostrzeżesz to od razu,
Z pierwszego jego wyrazu,
Że choroba, co go gnębi,
Nie w ciele, lecz w ducha głębi.

KARPOFORO.

Więc w pomoc wezwawszy nieba.
Duszę w nim leczyć potrzeba.

(słychać muzykę.)
KLAUDJUSZ.

Właśnie wychodzi z mieszkania,
Bo słyszę śpiewy i grania,
Smutkowi to jego czoła
Muzyka wtórzy wesoła.

(wchodzi KRISANTO w świetnym stroju — z licznym orszakiem — z muzyką i śpiewami.)
KRISANTO.

Przestańcie!... boleści mojej
Żaden śpiew już nie ukoi.
Wszystko to sposoby mylne,
Muzyka nie uspokaja,
Lekarstwo to nadto silne,
Ono owszem ból podwaja.

JEDEN Z ORSZAKU.

Twój ojciec tak nakazuje.

KRISANTO.

Bo on nie czuł i nie czuje
Bolu, co mi pierś rozrywa.

POLEMIO.

Zważaj, że jestem przy tobie.
Nową jeszcze próbę robię;
Myślę, że muzyka tkliwa
Przyniesie ulgę, pokrzepi;
W zabawie, śród towarzyszy...

KRISANTO.

Nie panie, mnie stokroć lepiej
W samotności, w głuchej ciszy.
Dla czego mnie z niej wyrwałeś?
Czemuż mi umrzeć nie dałeś?

POLEMIO.

Bo miłość moja prawdziwa
Chce twoję boleść zniweczyć,
Twoję chorobę wyleczyć;
I oto lekarz przybywa,
Który może cię uzdrowić.

KARPOFORO.

Więc wolno mi jest z nim mówić?

KRISANTO (na stronie).

Co widzę! wszechmocny Boże!
Karpoforo! czyż być może!

KARPOFORO.

Powiedz mi panie co czujesz.

KRISANTO.

Kiedy tak mną się zajmujesz,
To ci wyznam jak najszczerzej.
Smutek to niewysłowiony,
Kamieniem na sercu leży,
I tak wpił się w głębię duszy,
Jak gdyby krwawemi szpony,
Swoją tęschnotą ponurą,
Że już nic go nie zagłuszy,
Już we mnie stał się naturą.

KARPOFORO.

A zkądże powstał ten smutek?

KRISANTO.

Głębokich to nauk skutek.
Czytałem nienasycenie,
Aż w końcu przyszło zwątpienie,
I rozpacz, i wieczne ciemnie,
I gonią za mną jak mara.

KARPOFORO.

Więc przyjm naukę odemnie.
Do wszelkich najgłębszych ciemnic,
Do wszelkich zgoła tajemnic,
Najpierwszym kluczem jest wiara.
Ona ułatwia trudności,
Ona jedna drogę prości.
Przez nią myślę leczyć ciebie,
Lecz trzeba, byś w tej potrzebie
Całe mi serce otworzył,
I ufność we mnie położył.

KRISANTO.

A więc mówię tobie szczerze,
Że już ufność we mnie wzniecasz,
I wytrwać pragnę w tej wierze,
Którą tak mocno zalecasz.

KARPOFORO (do Polemjusza.)

Na chwilę zostaw nas panie,
Gdy sam ze mną pozostanie,
Śmielej mi wszystko wyłoży,
I serce głębiej otworzy.

(wychodzi POLEMIO.)

Poznajesz mię?

KRISANTO.

Doskonale.
Tyś to jest, co w onej skale
Nagle w powietrznych przezroczach
Znikłeś cudem w moich oczach.

KARPOFORO.

Boskie to dzieło, nie moje,
Przez nie dziś przed tobą stoję.
Gdyby mię był w tej potrzebie
Łaską swoją nie zachował,
Czyżbym dziś ciebie ratował,
Czyżbym mógł dziś widzieć ciebie?

KRISANTO.

Nie.

KARPOFORO.

Opatrzność miłościwa
Jest zarazem sprawiedliwa;

Zachowała mię w potrzebie,
Abym tu przyszedł do ciebie
I dał ci światło prawdziwe
Na te ciemności straszliwe,
Co umysł twój skryły chmurą
Taką czarną i ponurą.

KRISANTO.

Ach! trudno podołać temu!

KARPOFORO.

Wszystko łatwe wierzącemu.

KRISANTO.

Cóż mam czynić? pragnę szczerze.

KARPOFORO.

Trzeba rozum poddać wierze.

KRISANTO.

Poddaję go całkowicie.

KARPOFORO.

Trzeba wziąść prawdziwe życie:
Chrzest święty i prawo Boże.

KRISANTO.

Błagam cię o to w pokorze!

KARPOFORO.

Jeszcze nie; — dłuższe bawienie
Wzbudziłoby podejrzenie,
Zniszczyło nasze zamiary.
Jeśli oględni będziemy,
Codziennie się zobaczemy;
A gdy w tajemnicach wiary
Będziesz dobrze objaśniony,
Wtedy zostaniesz ochrzczony.
Dziś to tylko powiem tobie:
Strzeż się, czuwaj w każdej dobie,
Patrz dobrze na wszystkie strony,
Boś jest zewsząd zagrożony.
Od dziś godzić w ciebie będą,
I w koło ciebie obsiędą,
Wszystkie najniższe podniety:
Szukać cię będą kobiety,
Kusić cię mary zwodnicze,
Rozkosze, ziemskie słodycze,
I żądze najdokuczliwsze,
I pokusy najstraszliwsze.
Nie zrzucajże z siebie zbroi,
I walcz jak wiernym przystoi.

KRISANTO.

Lecz któż podoła, niestety!
Oprzeć się czarom kobiety!
Któż sprosta takiemu wrogu?

KARPOFORO.

Ten, kto cały spocznie w Bogu.

KRISANTO.

Módl się za mną, ojcze drogi!

KARPOFORO.

Dobrze, lecz pomnij przestrogi:
Bóg pomaga tylko temu,
Kto sam walczy przeciw złemu.

(wchodzi POLEMIO.)
POLEMIO.

Jakże uważasz doktorze?

KARPOFORO.

Myślę, że zdrowym być może,
Byle tylko spełniał wiernie
Przepisy, które mu dałem.

POLEMIO.

Wdzięcznym ci będę niezmiernie,
Jeżeli z całym zapałem
Zajmiesz się jego osobą,
I wyleczysz go szczęśliwie.

KARPOFORO.

Trudna rzecz z taką chorobą,
Jednak nie źle o niej tuszę;

Tylko zająć się gorliwie,
I często widzieć go muszę.
I nie opuszczę aż w chwili,
Gdy złe w dobre się przesili,
I gdy jakby człowiek nowy
Powstanie silny i zdrowy.

(odchodzi.)
POLEMIO.

Bardzom ci wdzięczen doktorze!

KRISANTO.

On jeden pomódz mi może,
Bo on jeden zna i czuje
Leki, których potrzebuję.

(wchodzi ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Ogród ten, każdy to przyzna,
Jest dziś piękności ojczyzna.
Najżywszej róży rumieniec,
Najczystszy jaśminu wieniec,
Nauczą, się w tej ustroni
Nieznanych im barw i woni.

POLEMIO.

Jakto?

ESKARPIN.

Bo ta ustroń przecie
Najpiękniejsza dziś na świecie;
Elizeum zawstydzone
Przez wdzięki tu zgromadzone.
Co drzew, kwiatów, źródeł żywych,
Tyle...

POLEMIO.

Cóż?

ESKARPIN.

Nimf urodziwych.

POLEMIO.

Klaudjo, chodź, niech sam zostanie,
Bo przy nas byłby nieśmiały.

KLAUDJUSZ.

Kto podał ten pomysł cały,
Winien dbać o wykonanie,
Więc wyjdźmy wszyscy.

ESKARPIN (na stronie).

Bachusie!
Ojciec pomaga pokusie!
Dziwny ojciec!

KRISANTO.

Eskarpinie!
Czyż mię samego zostawisz?
Czemu ze mną nie zabawisz?

ESKARPIN.

Trzeba iść, mądrze uczynię...

KRISANTO.

Wszak sam widzieć to musiałeś,
Że twoje dowcipne zdanie,
Krotochwilność doskonałą,
Ceniłem jak należało.

ESKARPIN.

Niewiem co mi kiedy dałeś.
Lecz gdybyś był dał to, panie,
Co się daje temu z ludzi,
Który w nas szacunek budzi...

KRISANTO.

Co też o mnie mówią w świecie?

ESKARPIN.

Powiedzieć?

KRISANTO.

Mów, co słyszałeś?

ESKARPIN.

Ha! mówią, że zwarjowałeś.

KRISANTO.

Tak sądzą, mówisz — lecz przecie
Jakiż powód takiej mowy?

ESKARPIN.

Taka myśl przyszła do głowy,
To i powód jest gotowy.
Alboż z mędrcem inna sprawa?
Ztąd ni z owąd, niespodzianie
O kimś krzykną: mądry panie!
I dość — już mądrym zostawa.

KRISANTO.

Nie źle mówią jednakowo,
Jeśli wiedzą, żem dał słowo
Pewnej przecudnej kobiecie,
Piękności jedynej w świecie,
Że dla niej poświęcę życie,
Że z miłości umrę skrycie,
Byleby dla mnie po zgonie,
Uczuła miłość w swem łonie.

ESKARPIN.

Jakto? dla względów piękności
Przyrzekłeś umrzeć z miłości?

KRISANTO.

Tak.

ESKARPIN.

Jeśli tak, cóż za dziwa,
Że cię świat głupcem nazywa.

KRISANTO.

Gdyby to wiedzieć z pewnością,
Że po ostatniej godzinie
Szczęście takie mię nie minie,
Szał taki byłby mądrością.

ESKARPIN.

W pewnej bitwie żołnierz dzielny
Odebrał pocisk śmiertelny,
I gdy już ostatkiem dyszy,
Woła do swych towarzyszy:
„Do namiotu mię zanieście,
Dam wam tam dukatów dwieście,
Wszystko to, mili druhowie,
Przepijcie za moje zdrowie.“ —
Zdrowie jak miłość kobieca,
Po śmierci wszystko próżnica!

(wchodzi NISIDA.)
KRISANTO.

Patrzno — co to za kobieta
Tak samotnie do nas wita?

ESKARPIN.

Gdybyś poszedł trochę dalej,
Dośćbyśmy takich spotkali.

NISIDA.

Przychodzę ukrócić twoje
Tęschnoty i niepokoje.

KRISANTO (do siebie).

A!... widzę!... już się zaczyna
Udręczeń moich godzina.

(do NISIDY.)

Nie ubliżam twojej chwale,
Lecz widzieć cię niechcę wcale.

NISIDA.

Błąd to jest, czyż tak się godzi
Z tym co nam pomódz przychodzi?

KRISANTO.

Większy błąd byłby z mej strony
Mówić z kimś, co tak się zniża,
Co tak sam sobie ubliża,
Że chce bawić nieproszony.

NISIDA.

Czyż to wszyscy niewzywani
Są bezwstydni?

KRISANTO.

Wszyscy, pani.
I powtarzam ci w tej dobie,
Niechcę cię widzieć, idź sobie!

NISIDA.

Kiedy przez oczy nie mogę
Przedrzeć się do twojej duszy,
Mam ja jeszcze inną drogę,
Dostanę się tam przez uszy.

(śpiewa.)

Zapomnienia straszna karo!
Za cóż jestem twą ofiara?
Wszak ja tem silniej kochałam,
Im bardziej zapomnieć chciałam.

KRISANTO.

Co za głos! jak słodko wzrusza!
Śpiewem tym zaklęta dusza!
Któżto nóci tak przyjemnie?...

(spostrzega się.)

Ha! syreno! precz odemnie!
Na to chcesz duszę zczarować,
Aby nad nią zapanować.

(wchodzi CINTIA.)
CINTIA.

Gdy na dźwięk, co w ucho wpada,
Żadna nie pomaga rada,

I gdyś już tak przyciśniony,
Słuchaj co niosę z mej strony.
Jestto mój wczorajszy kwiatek,
Zrobiłam go jak dodatek,
Objaśnia on należycie
Myśl w śpiewie zawartą, skrycie.
„Zapomnienia straszna karo!
Za cóż jestem twą ofiarą?
Wszak ja tem silniej kochałam,
Im bardziej zapomnieć chciałam!“
Natura w swojej rozstrzeni,
Gdy wszystko potrzebnem mieni,
W tem moc swoją objawiła,
Że nigdy niezostawiła
W ciągu swego gospodarstwa
Trucizn bez przeciw-lekarstwa.
Wszystko co tylko się rodzi
Z przeciwnikiem razem wschodzi.
I tak: miłośne cierpienia
Mają balsam zapomnienia.
Te śliczne cuda natury,
Te złote gwiazdy u góry,
Wszak ich wpływ nieunikniony,
Ich blask niczem niezgaszony,
Poznać je wszak łatwo można,
Lecz dostać, pokusa próżna.
Tak ja, choć dobrzem wiedziała,
Że na miłości cierpienia

Jest moc co skutecznie działa,
Jednak nigdym nie poznała
Co jest balsam zapomnienia!
Więc cóż z tąd że mi jest znany
Sposób na miłości rany,
Gdy nie goją, leki znane,
Ale leki zażywane.
Widzisz to po moim stanie;
Bo choć wiem, że zapomnienie
Jest lekarstwem na kochanie,
Jednakże ja się nie zmienię;
Zamiast zapomnieć tem więcej,
Ja owszem kocham goręcej!
A choć jestem udręczoną,
Jestem wraz dumną i hardą,
I mogąc być uleczoną,
Rzuciłam leki ze wzgardą.
Otóż w tej strasznej potrzebie
Zwyciężyłam sama siebie,
Bo chociaż zapomnieć chciałam,
To jednak nie zapomniałam.

KRISANTO.

Muzyką się nie nazywa
Sam głos co dźwięczy, co śpiewa,
Muzyką wszystko co mieści
Harmonijność w swojej treści.
Ty śpiewu słodyczą miłą

W sercu mojem rzewność wzniecasz,
Ty znowu dowcipu siłą
I rytmem umysł zachwycasz,
Ty śpiewasz czule i wdzięcznie,
Ty rozumujesz tak zręcznie!
I chociaż w różnym sposobie,
Porywacie duszę, obie...

(spostrzegając się)

Ach! co mówię?! głos mój kłamie!
Precz! precz! sfinksy tajemnicze!
Znam wasze śpiewy zwodnicze,
I wasze przeklęte znamię!
Wiem co knowacie tajemnie.
Precz odemnie! precz odemnie!

NISIDA.

Wstrzymaj się!.....

CINTIA.

Posłuchaj chwilę!
Za cóż panie gniewu tyle?
Twoja surowość zabija
Serce co szczerze ci sprzyja.

ESKARPIN.

Gdyby mnie tak prosić chciały,
Nie byłbym tak zatwardziały.

KRISANTO.

Precz! precz! odepchnąć je muszę,
Słyszeć, widzieć, ani chwilę.
Znam te płacze krokodyle!
Ludzki wzięły kształt i głosy,
By zwolna rozbroić duszę,
I śmiertelne zadać ciosy.

NISIDA.

Nie potrzebuję widzenia,
Śpiew mój pokonać cię zdoła,
On ciebie do mnie przywoła.

CINTIA.

Próżne twoje wysilenia,
Próżny wybuch twego gniewu,
Ja pieśnią, w czasie jej śpiewu,
W twojego serca tajnicę
Wniknę, zwyciężę, pochwycę.

KRISANTO.

Gdy walczę, gdy trwam w odporze,
Czyż opuścisz mię o! Boże!

NISIDA (śpiewa).

Losu.....

(miesza się)

ach! cóż to się dzieje!
Straszna mię niemoc porywa!

Głos mi niknie, dłoń sztywnieje,
Na struny bezsilnie spływa! —

CINTIA.

Kiedy ucichł śpiew tej damy,
Słuchaj ślicznej epigramy:
Miłość.....

(miesza się)

ha! cóż to tak ciemno?
Jakaż to chmura przedemną?
Nic niewidzę, nierozumiem,
Umysłem władać nie umiem,
Głos ucicha, myśl maleje,
Pamięć gaśnie, wola mdleje!

NISIDA.

Jestem jak posąg prawdziwy,
Skamieniały chociaż żywy!

CINTIA.

Pierś jakby lodem zziębiona
Serce wyrywa się z łona!

KRISANTO.

I cóż to z niemi się stało,
Że straciły siłę całą?

ESKARPIN.

Przychodzi czasem cios taki
Na grajki i na śpiewaki.

NISIDA.

W tak wczesnej wieczornej porze,
Taka ciemność! jak być może!

CINTIA.

Całe niebo w mgnieniu oka
Tak gruba skryła pomroka!

NISIDA.

Tak mi straszno! tak mi ciemno!
Ziemia chwieje się podemną!

CINTIA.

Jakby całych gór brzemiona
Spadły na moje ramiona!

ESKARPIN.

Takto zwykle kończą tacy
Poetowie i śpiewacy. —

KRISANTO.

Ach! Twój to cud, wielki Boże!
Przed Tobą padam w pokorze!

(wchodzi DARJA).
DARJA.

Krisanto!

NISIDA.

Darjo! na bogi!
Niewchódź w te nieszczęsne progi!

CINTIA.

Darjo! niewchódź! biada! biada!
Straszna siła tutaj włada!

NISIDA.

Korzystaj z mego cierpienia.

CINTIA.

Z mojego upokorzenia.

NISIDA.

Patrz, w zawstydzeniu i trwodze,
Bez duszy z tych miejsc odchodzę.

CINTIA.

Siłą czarów zwyciężona,
Bez życia, wracam strapiona.

NISIDA.

O! nieszczęście!

CINTIA.

Ból bez miary!

NISIDA.

O! rozpaczy!

CINTIA.

Straszne czary!

(odchodzą.)
ESKARPIN.

W rozpaczy, w gniewie, w żałobie,
Ze wstydem odchodzą obie.

(odchodzi za niemi.)
DARJA.

Zasłużone wasze kary
Niedziwią mię, ani straszą.
Interes, pycha bez miary,
To było pobudką waszą.
Mnie prowadzi ku tym progom,
Nic, jeno miłość ku bogom.
Pod ich potężną opieką
Od trwogi jestem daleką.
Chroni mię czystość zamiarów,
Więc żadnych chrześcijańskich czarów
Nie lękam się w mojej drodze.
Tyś Krisanto?

KRISANTO.

Tak.

DARJA.

Przychodzę,
Ni zmieszana ni strwożona,
Ale tylko zadziwiona.

KRISANTO.

A to czemu?

DARJA.

Bo wierzyłam,
Nawet przekonaną byłam,
Żeś umarł w podziemnej grocie,
W miłośnej ku mnie tęsknocie.

KRISANTO.

Szczęścia tego nie dopiąłem,
Chociaż szczerze go pragnąłem.

DARJA.

Więc przybywam tu spokojna,
Czystością zamiaru zbrojna,
Pewna siebie, zaufana
W sile która mi jest dana,
Że zwyciężę i ukoję
Wszystkie te cierpienia twoje,
I zniszczę chrześćjan zamiary,
Ich wszystkie sztuki i czary.

KRISANTO.

Co do twej władzy nademną
Tej nie chcę przeczyć daremno,
Oceniam ją należycie,
Co zaś do chrześćjan zamiarów,
I do ich mniemanych czarów,
Temu przeczę całkowicie. —

DARJA.

A zkądże te wszystkie dziwy,
Wszystko co się tutaj działo?

KRISANTO.

Wszystko to co się tu stało,
To cud Darjo! cud prawdziwy.

DARJA.

Czemuż tych cudów potęga
Mnie bynajmniej nie dosięga?

KRISANTO.

Bo ja sam przeciwko tobie
Żadnych wysileń nie robię,
Wola moja jak nieżywa,
Więc i pomoc nie przybywa.

DARJA.

Takżeś im się oddał cały,
Że wciąż głosisz ich pochwały?

KRISANTO.

Tak; wierzę im sercem całem,
Tyle już cudów doznałem.

DARJA.

Otóż ja dzieło ich skruszę,
Z ich mocy wyrwać cię muszę!

KRISANTO.

Wysoko twój zamiar sięga!
Zacięte to będą boje!
Z jednej strony wdzięki twoje,
Z drugiej ich wiary potęga.

DARJA.

A najprzód toś winien wiedzieć,
I to przyszłam ci powiedzieć,
Że nieśmiertelni bogowie
Władcy na ziemi i niebie,
Zagniewani są na ciebie
Za twoje błędy straszliwe,
Za twoje.....

KRISANTO.

A ja ci mówię
Że to są bogi fałszywe.

DARJA.

A więc gotuj się do boju!

Nie zostawię cię w spokoju,
Aż zagładzę twoją, winę,
Zwyciężę cię albo zginę.

KRISANTO.

Zwyciężysz swobodę, spokój,
Lecz wiary?...... tego nie rokuj!

DARJA.

A więc do broni! do broni!

KRISANTO.

Serce łatwo się ukorzy,
Ta pierwsza placówka duszy,
Lecz rozumu nic niewzruszy.
Ten wódz od zguby ją chroni,
I nigdy broni niezłoży.

DARJA.

Napróżno się w słowach szerzysz,
Gdy mię kochasz to uwierzysz.

KRISANTO.

Nie uwierzysz, niewątpliwie,
Aż ukochasz mię prawdziwie.

DARJA.

Możebym..... może..... wzajemnie.....
Lecz nie! nie łudź się daremnie.

KRISANTO.

Miłości! w twojej to sile
Dać mi taką szczęścia chwilę!

DARJA.

Ach! któż mi, któż mi pomoże,
Być mu światłości posłanką!

KRISANTO.

Ratuj ją wszechmocny Boże!
Spraw by została chrześćjanką!






DOBA TRZECIA.

POLEMIO, AURELIUSZ, KLAUDJUSZ I ESKARPIN
POLEMIO.

Dziwy! czary niepojęte!
Jakieś uroki przeklęte!
Prawdę mówi kto powiada,
Że z synem nie łatwa rada.

KLAUDJUSZ.

Rozważ panie...

AURELJUSZ.

Chciałbym prosić...

ESKARPIN.

Ostrzegam...

POLEMIO.

Dosyć już, dosyć.

Wszyscy tylko mię smucicie,
A nikt pociechy nie daje.
Czyż wy tego nie widzicie,
Że on szaleć nie przestaje!
Usunięta jedna biada,
To on w drugą, głębiej wpada.
Patrzcież! oto ta jedyna,
Jedyna mówię dziewczyna
Nietknięta przez one czary,
Od których inne, jak wiecie,
Ledwie że uniosły życie,
Ta sama właśnie dziewczyna
Taki straszny wpływ wywiera,
Tak mu serce bólem ścina,
Że już widocznie umiera.
Jakżeż wy chcecie odemnie,
Bym się nie dręczył tajemnie!

KLAUDJUSZ.

To czemuż, szanowny panie,
Gdy widzisz takie kochanie,
Odmawiasz im swej opieki?
Połącz ich z sobą na wieki.

POLEMIO.

Właśnie z niemi rozmawiałem,
I czegóż się dowiedziałem?
On odpowiedział, że wprzódy

Muszą dojść z sobą do zgody.
Cóż was tak różni tajemnie?
Pytam, proszę,.... nadaremnie!
Ta skrytość, takie milczenie,
Rodzą, we mnie podejrzenie,
Że ta właśnie tajemnica
Zgubnemi wpływami swemi
Całą, w nim chorobę plemi,
Jest źródłem co ją podsyca.

AURELJUSZ.

Panie! wielce zawiniłem,
Że przed tobą prawdę kryłem,
Bo widzę że złe się mnoży,
I że im dalej tem gorzej.
Oto, gdyśmy w górach byli...

POLEMIO (na stronie).

Poznał Krisanta!... o! nieba!

AURELJUSZ.

Gdy nagle wpaść było trzeba,
Nie tracąc ni jednej chwili,
Nadbiegam właśnie z tej strony,
W którą jeden był zwrócony,
I tak mi się wszystko zdaje...

POLEMIO (na stronie).

Wie! wie wszystko!... o! bogowie!

AURELJUSZ.

Że ów co jak lekarz staje,
Ręcząc za Krisanta zdrowie,
Jestto właśnie ten sam stary
Karpoforo. — Zważ więc panie,
Czy człowiek ten godzien wiary,
I w kim kładziesz zaufanie; —
Źle być musi gdy się wierzy
Tym, których strzedz się należy.

POLEMIO.

Rada twoja sprawiedliwa,
Chociaż za późno przybywa.
Poznam dziś tę rzecz dokładnie,
A jeśli z tego wypadnie,
Że tak jest, jak mi to skrycie
Mówi teraz serca bicie,
Jeśli moje podejrzenie
W niezachwianą pewność zmienię,
To ujrzy Rzym i świat cały,
Przykład kary doskonały;
Tysiąc męczarń na raz skupię
W jednym ciosie, w jednym trupie!

(odchodzi z AURELJUSZEM.)
KLAUDJUSZ.

Eskarpinie!

ESKARPIN.

Słucham, panie!

KLAUDJUSZ.

Tak mi cięży to pytanie
Że prawie mówić nie mogę.
Słuchaj, — wszakże powiadałeś
Że pomiędzy pięknościami,
Co tu ze swemi wdziękami
Krisantowi zaszły drogę,
Podobno i Cintia była,
I czarów tych doświadczyła?

ESKARPIN.

Tak panie, — była w tej próbie,
Tak jak Darja; — były obie, —
To też obaj, słowo w słowo
Cierpimy dziś jednakowo.
A nawet, jak mi się widzi,
Ja więcej od pana czuję,
Bo z tamtej Krisanto szydzi,
A tę widocznie miłuje.

KLAUDJUSZ.

Byłoby głupstwem z mej strony
Sprzeczać się z tobą szalony.
Kto kocha, kto płonie szczerze
Ogniem miłośnych płomieni,

Ten głębiej do serca bierze
I daleko wyżej ceni
Godność kochanej istoty,
Niż jej względy i pieszczoty.
Toż gdy wiem że podniecona,
Chęcią, zysku czy prożnością,
Przyszła tu, — jest więc shańbiona,
Dość mi tego — precz z miłością!

ESKARPIN.

Był raz ślepy i był łysy...

KLAUDJUSZ.

Co? znów chcesz mi bajki prawić?

ESKARPIN.

Nie lubię się w bajki bawić,
Lecz czasem długie opisy...

KLAUDJUSZ.

Ależ ja nie chcę, — idź sobie!

ESKARPIN.

Bo pewnie ta bajka znana,
To mam inną, proszę pana,
O pewnym... nie!... w onej dobie
Było to nieznane imię,
Jeszcze ich nie było w Rzymie...
Więc inna:... pewrien szalony

KLAUDJUSZ.

Idź sobie!

ESKARPIN.

I ta nieskładna?
Bo też to nie bajka żadna...
Nie warjat, owszem uczony...

KLAUDJUSZ.

Milcz, bo przypłacisz żywotem!

ESKARPIN.

Słuchaj wprzód, zabijesz potem.

KLAUDJUSZ.

Precz! gdy mi ból serce krwawi
On mię błazeństwami bawi!

(odchodzi.)
ESKARPIN.

Bajka jest, słuchaczy nie mam.
Nie! nie! ja tak nie wytrzymam.
Hej! hej! kto żyje! panowie!
Mam bajeczkę co się zowie!
Pewien... ach! — już ani słowa!
Bajka znikła, cichnie mowa,
Bo to on z Darją przybywa,
I zazdrość moja straszliwa.

(odchodzi.)
(Nadchodzą: KRISANTO i DARJA z przeciwnych stron.)
DARJA.

Bogowie co wszystkie sprawy
I wszystkie znacie zamiary,
Wszak dla waszej tylko sławy,
Chciałam zwyciężyć te czary,
Przez które Krisanto ginie.
Czemuż mając was po sobie
Nie zwyciężyłam w tej próbie,
Gdy sama piękności siła
Podbić go winna była!

KRISANTO.

Boże! wszak ja sercem całem
Tego jedynie szukałem,
By Darja prawdę poznała,
Tobie cześć winną oddała;
Czemuż mi w takiej potrzebie
Pobłogosławić nie chciałeś,
Czemuż mi podbić nie dałeś
Tej wielkiej duszy dla Ciebie!

DARJA.

To on! — a choć z nim rozmowa,
Jego widok, jego słowa,
Rozniecają żar, co płonie
Skrytym ogniem w mojem łonie,

Niewprzód wyznam mu co czuję,
Aż go dla Bogów zhołduję.

KRISANTO.

To ona! — a choć zwalczony,
Drzę w duszy przed tą niebianką,
Niewprzód dam jej imię żony,
Aż zostanie chrześcijanką.

DARJA.

O! Wenus! dodaj mi siły!
Spraw by wdzięki zwyciężyły.

KRISANTO.

Panie! tchnij moc w usta moje,
Niechaj jej upór rozbroję.

DARJA.

Dziwna mię trwoga przejmuje.

KRISANTO (do siebie).

Odwaga mię odstępuje...

(do DARJI.)

Piękna Darjo! nie daremnie
Cała zieloność tych gajów,
Cała świeżość tych ruczajów
Odmładza się potajemnie;
Nie próżno ptastwo uśpione

Blaskiem twych wdzięków wzbudzone
Śpiewem wita cię w tej porze
Jakoby wieczorną, zorzę;
Nie próżno źródła, strumienie,
Srebrnym szmerem swojej fali
Zlewają się w jedno pienie
Z szelestem tych wierzb, co w dali
Czoło wznosiły w obłoki,
A teraz swemi szczytami
Wspólnie z wszystkiemi kwiatami
Biją ci pokłon głęboki...

DARJA.

Krisanto, czcza to jest mowa,
Mnie nie złudzą słodkie słowa.
Kto pochlebstwo tak pozłaca,
Ten się od prawdy odwraca.

KRISANTO.

Że kocham ciebie bez miary,
Nie chcesz mi na to dać wiary?

DARJA.

Rzecz to bardzo sprawiedliwa.

KRISANTO.

A ja tego nie pojmuję.

DARJA.

Kto oszukaństwa używa,
Na wiarę nie zasługuje.

KRISANTO.

Jakto?

DARJA.

Krisanto, daremnie
Wiary wymagasz odemnie.
Jakże mam być pełna wiary,
Że miłujesz mię prawdziwie,
Gdy wszystkie moje zamiary
Odpychasz tak uporczywie,
I ciągle trwasz w tym uporze!
Nie pojmuję jak być może,
Żeby człowiek wielki z rodu,
Dziedzic takiego imienia,
Przez swe przymioty od młodu
Godzien czci i uwielbienia,
Nie pomnąc na takie dary,
Dał się wprowadzać przez czary
W błąd tak namacalnie widny,
A tak podły i ohydny!

KRISANTO.

Właśnie byłbym bez imienia,
Bez rozumu, bez sumienia,

Bez żadnych zgoła przymiotów,
Gdybym wyznać nie był gotów
Jawnie, głośno, przed wszystkiemi,
Zawsze i w każdej potrzebie,
Wiary w Boga jedynego,
Wszechmocnego, prawdziwego,
Stworzyciela ziemi, morza,
Nieba, czasu i przestworza,
I wszystkiego co na niebie,
I wszystkiego co na ziemi.

DARJA.

Jakto? jakto? co ty mówisz?
Więc nieba nie stworzył Jowisz?

KRISANTO.

Nie; — gdyby on niebo stworzył,
To już by nie był w potrzebie
Brać je dla samego siebie
Przy onym świata podziale,
Co tylu władców namnożył,
Gdy Neptun wziął morskie fale,
Plutus moc nad piekłem całem.
Masz w tem wyraźne dowody,
Że wszystko istniało wprzódy
Stworzone przed tym podziałem.

DARJA.

Więc ziemia nie jest Cerera?

KRISANTO.

Nie jest i być nią nie może.
Boć to przecie prawda szczera,
Że tyle ją pługów orze.
Któreżby bóstwo ścierpiało,
By je tylu dręczyć miało?

DARJA.

Saturn nie jest czasem?

KRISANTO.

W cale!
Wszak własne dzieci połyka?
Zbrodnia godna śmiertelnika
Możeż być w bóstwa udziale?

DARJA.

Wenus nie powietrzem?

KRISANTO.

Baśnie!
Wszakto o niej mówią właśnie,
Że z morskiej pjany pochodzi;
Pjana czyż powietrze zrodzi?

DARJA.

Neptunus nie jestże morze?

KRISANTO.

Chwiewny jak morskie przestworze,
Byłby to bóg tak niestały,
Jak morskie fale i wały,
I tak znikomy jak fale.

DARJA.

Apollo nie słońce?

KRISANTO.

Wcale.

DARJA.

Diana nie księżyc?

KRISANTO.

Brednie!
Dwa to są, światła powszednie
Stworzone, dane dla ziemi
Przez siłę rządzącą niemi.
Ale po co tu słów tyle!
Pomyśl tylko sama chwilę:
Cóżby to były za bóstwa,
Popełniające swobodnie
Mężobójstwa, cudzołożstwa,
Rozboje i wszeteczeństwa,
Wszelkie zgoła bezeceństwa!
Gdy wyrazy: Bóg i zbrodnie,

Są to już dwa przeciwieństwa,
Nie mogące istnieć zgodnie.
Jeśli na tem nie dość tobie —
Więc dobrze, — ustępstwo robię,
Przypuszczam że, jak ty mówisz,
Na niebie Bogiem jest Jowisz,
Panuje sobie na niebie,
A Mars, drugi bóg, u siebie.
Tak gdy rządzą bogi oba,
Zachciewa się Jowiszowi
Piorunowe cisnąć grady,
Lecz ta myśl się nie podoba
Bogowi ognia, Marsowi.
Nie przyjdzież wtedy do zwady.
Ot — i wiecznej walki pole!
I któż zwycięży w tym sporze?
Nie! dwóch bogów być nie może,
Bo dwa bogi, to dwie wole.
Jeden jest Stwórca wszech rzeczy,
Bóg na ziemi i na niebie,
Który jako syn człowieczy
Umarł przez miłość dla ciebie.
Jeśliś więc prawdę mówiła,
Pamiętasz, w onej godzinie,
Że tylko tego jedynie
Pokochaćbyś zdolną była,
Coby...

DARJA.

Milcz! milcz! ani słowa!
Przestań!.. ach!.. bo ta rozmowa...
W głowie takie myśli roje!
W sercu takie niepokoje!
Słabnę, mieszam się i boję!...
Tych tajemnic taka siła!
A mię moja opuściła.
Rozmowa nasza skończona —
Tylko mię męczy i nuży.
Nie chcę z tobą mówić dłużej.
Nie mogę się z tobą spierać,
Jam niewiasta nie uczona,
Trudności tych nie rozumiem,
I rozwiązać ich nie umiem.
W jakiem świetle urodzona,
W takiem świetle chcę umierać.
Więc trwożna sama o siebie,
By mię te straszne wyrazy,
I tych tajemnic odkrycia
Nie przywiodły do obrazy
Wiary mojej, moich bogów
Wszystkich na ziemi i niebie,
Zostawiam ciebie w spokoju,
Dość już dla mnie tego boju,
Oddalam się od tych progów.
Niechcę więcej póki życia
Widzieć ciebie, słyszeć, ciebie,

Mówić z tobą, — nigdy więcej,
Choćbyś błagał najgoręcej.
Bo te słowa tajemnicze,
Te twoje kłamstwa zwodnicze,
Taką jakąś siłę mają,
Że się prawdami wydają.

(odchodzi.)
KRISANTO.

Żyć bez ciebie?! gdy te oczy
Jak magnesu czar uroczy
Zabierają z sobą skrycie
Moje szczęście, moje życie,
Wszystko moje!... Darjo droga!
Wróć się do mnie!

(wchodzi KARPOFORO.)
KARPOFORO.

Milcz! na Boga!
Zostaw ją, wstrzymaj się chwilę,
Słuchaj!

KRISANTO.

Czego chcesz odemnie?

KARPOFORO.

Zniszczyć twój spokój fałszywy.
Także to płacisz wzajemnie?
Niewdzięczny i nieszczęśliwy!

KRISANTO.

Niewdzięczny? ja?

KARPOFORO.

Tak, za tyle
Pomocy i łaski Bożej,
Co dla ciebie cuda tworzy.

KRISANTO.

Mistrzu mój! jak to być może!
Kiedy przez te dary Boże
I pamięć i dusza cała
Brylantowym blaskiem pała.

KARPOFORO.

Jakże ja mam wierzyć tobie?
Od chwili, gdy pod przebraniem
Wolny mam przystęp do ciebie,
Wszelkie wysilenia robię,
By ratować cię w potrzebie
Prawdziwej wiary poznaniem;
Gdy po tej nauce skrycie
Przyjąłeś prawdziwe życie,
Chrzest święty, dar niezrównany,
Ów charakter niezmazany,
Ty, nie pomny na te dary,
Na dobrodziejstwa bez miary,
Bezmyślny, słaby jak dziecię,

Oddajesz duszę kobiecie!
Czyż nie uprzedziłem ciebie,
Byś był gotów ku potrzebie,
Bo staną na twojej drodze
Pokusy, ziemskie słodycze,
Wdzięki, uroki zwodnicze,
I kusić cię będą srodze.
Czyliż tego nie doznałeś,
Że ilekroć sam nie chciałeś
Uledz im, to niebios siła
W pomoc tobie przychodziła?
Ona to sama odjęła
Czarom moc szkodzenia tobie,
Głosy im w piersiach zaklęła,
Że umilkły jakby w grobie,
I pieśń skrzydła postradała,
I harmońja oniemiała.
Dopiero gdy bez pamięci,
Bez oporu, jak mdłe dziecię,
Uległeś pięknej kobiecie,
Wtedy to mocy złowieszcze
Wzięły górę tak swobodnie,
Że już, chwilka tylko jeszcze,
A byłbyś zdradził niegodnie!

KRISANTO.

Mistrzu mój! Ojcze mój drogi!
Nie potępiaj mię ze szczętem.

Wyrzut twój zanadto srogi.
Wszak przecie w naszej ustawie,
W naszem chrześcijańskiem prawie,
Związek dusz jest sakramentem.
Ty sam to mi powiedziałeś,
Sam mię tego nauczałeś.
Karpoforo!... ach!... mój Boże!
Ojciec mój!... słyszał nas może!

(wchodzi POLEMIO.)
POLEMIO (na stronie).

Więc już nie ma wątpliwości!...
O! Jowiszu! cierpliwości!
Daj wytrzymać te katusze,
Gdy jeszcze udawać muszę.

(głośno.)

Cóż, Krisanto, jakże tobie?

KRISANTO.

Jak zawsze tak i w tej dobie
W czci dla ciebie i w pokorze.

(na stronie.)

Nie słyszał mię niezawodnie,
Gdy przemawia tak łagodnie.

POLEMIO.

W tam cię zacny doktorze,
I dziękuję za staranie,

Za twe trudy i czuwanie
Nad Krisantem w jego stanie.

KARPOFORO.

Widzi niebo chęci moje,
Służę mu jak tylko można,
Wysilenia czynię wszelkie,
Ale złe w nim tak jest wielkie,
Że myślę iż praca próżna.

POLEMIO.

Jakto?

KARPOFORO.

Bo gdy trwa w uporze,
Lekarstwo działać nie może.

KRISANTO.

Co mówisz panie, to żarty,
Wiesz dobrze żem nie uparty,
Czynię wszystko co się godzi.

KARPOFORO.

Co rzekłem to rzekłem szczerze,
Nie słucha, bo się nie strzeże
Tego, co najbardziej szkodzi.

POLEMIO.

Całkowicie tobie wierzę,
Pełen poświęceń doktorze;

I trudy twoje bez miary
Cenię panie tak dalece,
Że zaraz na moim dworze
Należne odbierzesz dary.

KARPOFORO.

Niech cię niebo ma w opiece.

POLEMIO.

Zaczekaj, pójdziemy oba,
W pałacu wybierzesz sobie,
Co tylko ci się spodoba.
A znajdziesz tam, ręczę tobie,
Nagrodę godną twej pracy,
O skąpstwo mię nie obwinisz.

KARPOFORO.

Panie, dość już dla mnie płacy,
Gdy mi taki zaszczyt czynisz.

POLEMIO (na stronie).

Dzisiaj zadziwię świat cały
Wymiarem sprawiedliwości,
Jakiego nigdy nie znały
Ubiegłe wieki ludzkości.

(odchodzi z Karpoforem.)
KRISANTO.

Wielkie to szczęście prawdziwie,
Że ojciec nie słyszał wcale

Imienia, którem wymówił.
I tak mile go pozdrowił,
Wziął go z sobą tak poczciwie,
By wynagrodzić wspaniale.
O! gdyby równie szczęśliwie
Miłość życia mego drogę
Swoim ozdobiła wiankiem!
Ach! bo czuję, że nie mogę
Chrześćjanin być jej kochankiem!

(wchodzi DARJA.)
DARJA (do siebie).

Dumo! uporze szalony!
Jakże straszna twoja władza,
Gdy wbrew mej woli w te strony
Znów mię gwałtem przyprowadza.

KRISANTO (do siebie).

Ach! wraca! lecz ukryć muszę
Radość, którą wlewa w duszę.

(głośno.)

Darjo! wszakże dałaś słowo,
Zaręczałaś najgoręcej,
Że nie wrócisz nigdy do mnie.

DARJA.

Pobożność to, a nic więcej,
Wiara w której trwam niezłomnie,

I chęć wrócenia cię bogom,
I ojczyźnie i rodzinie,
Znów mię wiedzie ku tym progom,
Dla tego wracam jedynie,
Nie dla czczej z tobą rozmowy.

KRISANTO.

Więc powiedz krótkiemi słowy,
Czego żądasz, co chcesz wiedzieć.

DARJA.

Powiedziałeś mi niedawno,
Że jakiś bóg twój, jak mówisz,
Bóg, umarł z miłości ku mnie;
Otóż, to tylko w tej porze
Przychodzę tobie powiedzieć,
Że...

KRISANTO.

Cóż? słucham, cóż mi powiész?

DARJA.

Żeś wyrzekł nieprawdę jawną,
Bo bóg umierać nie może.
A gdy zaprzeczasz tak dumnie
Bogom mym dla ich początku,
Bogom, w których istność wierzę
Niezłomnie, silnie i szczerze,
Siłą serca i rozsądku;

To jakże możesz się spierać,
Na pewnik musisz się zgodzić:
Że gdy twój bóg mógł umierać,
To mój bóg mógł się narodzić.

KRISANTO.

Zręczny wywód, ani słowa,
Lecz błędna cała budowa.
Wyżej serce! wyżej w górę!
I słuchaj co powiem tobie.
Boską i ludzką, naturę
Złączył Bóg w swojej osobie.
W całej swej boskiej istocie
Ku naszej zstąpił nędzocie,
I dla nas to przyobleka
Ciało i nędzę człowieka.
Niechże ogrom w tym przedziale
Nie zamracza twoich powiek;
Jako Bóg, nie zrodzon wcale,
A umarł tylko jak człowiek.

DARJA.

A czyż to nie więcej chwały,
Być bóstwem w istocie całej,
Jak naprzykład Mars lub Jowisz,
Niżeli tak jak ty mówisz,
Dwie natury sprzeczne sobie,
Boską zarazem z człowieczą

Połączyć w jednej osobie?
Nie jestże łatwiejszą rzeczą,
Bliższą prawdy i pewniejszą,
I dla wszystkich dostępniejszą,
Pomyśleć, że dwaj bogowie,
Dwaj, równi sobie w przymiocie,
Mają każdy po połowie
Potęgę tej samej treści,
Niż to, że razem się mieści
Bóg, człowiek, w jednej istocie?

KRISANTO.

Nie; — bóstwa istnące sprzecznie,
Przeciwne, różne od siebie,
Musiałyby mieć koniecznie
Nie jednego Ojca w niebie. —
Bóg Syn jest z Ojca poczęty,
Z Ojca i Syna — Duch święty,
Trójca, a jedność istoty,
Też same bóstwa przymioty;
W potędze bóstwa przed wiekiem,
Bóg-Syn zrodził się człowiekiem.
I póki tą prawdą świętą
Na wskroś nie będziesz przejętą
Tak, iżbyś za nią w potrzebie
Zaświadczyła duszą twoją,
Duszą, życiem i osobą,
Niechcę więcej widzieć ciebie,

Niechcę więcej mówić z tobą,
Bo twój widok śmiercią moją!

DARJA.

Wstrzymaj się! zaczekaj chwilę!
I posłuchaj mię wzajemnie.
Jeśli chcesz wiedzieć o sile
Mego uczucia ku tobie,
Mów, czego żądasz odemnie?
Mów, co mam czynić w tej dobie?

GŁOS Z GŁĘBI.

Idź za Tym, który legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie.

KRISANTO.

Słyszysz? słyszysz?... głos proroczy!
Dziwny, straszny, a uroczy!
W sam czas jakby z nieba spada,
On ci za mnie odpowiada.
Głos to trąby archanioła,
Rzewny a potężny ton!
Ciebie on do życia woła,
A dla mnie zwiastuje zgon!

DARJA.

Ach! jak okropną żałobą
Głos ten serce moje kruszy,
I rozlega w głębi duszy!

KRISANTO.

Znam cię głosie tajemniczy,
Mój ty aniele strażniczy!
Przez ciebie to, silny tobą,
Wbrew sobie stawam się sobą.
Lecz zkądże głos ten w tej dobie!

(wchodzi POLEMIO, ESKARPIN i żołnierze niosący misę zakrytą.)
POLEMIO.

Przychodzę pokazać tobie,
Jak sobie wysoko cenię
Twoje rychłe wyzdrowienie,
I że z hojnością wspaniałą
Wynagrodziłem lekarza,
Który cię zdrowiem obdarza.
Dałem co mu należało,
Nagrodziłem go sowicie —
Dałem mu... śmierć!... Zdjąć przykrycie!
Czy poznajesz?

(żołnierze odsłaniają ściętą głowę KARPOFORA.)
KRISANTO.

O! mój Boże!

POLEMIO.

Pomyślże teraz nad sobą,
Bo gdy lekarz padł ofiarą,
To cóżto będzie z chorobą?
Oto jest...

DARJA.

Okrutna karo!

POLEMIO.

Ów przemądry Karpoforo,
Co miał ci dać życia słowo...
Przypłacił je swoją głową!
Teraz namyślaj się skoro,
Los twój przed twemi oczyma;
W tym zgonie jego straszliwym
Widź, co cię czeka koniecznie;
Boć byłoby niedorzecznie,
Kiedy lekarza już niema,
Chorego zostawiać żywym.

KRISANTO.

O! jestto szczyt okrucieństwa
Dochodzący do szaleństwa!
Gdybym istotnie był chory,
Wyzdrowiałbym od tej pory
Na widok tego męczeństwa!

POLEMIO.

O! nie myśl żem się w tej sprawie
Bez miłosierdzia unosił.
Przeciwnie, bardzo łaskawie,
Przestałem na jego słowie.

Dałem to, o co sam prosił,
Spytaj go, niech ci odpowie.

GŁOS KARPOFORA.

Idź za Tym, który legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie.“

KRISANTO.

Cuda Boże!

DARJA.

Cuda! dziwy!

ESKARPIN.

Bądź przeklęty dniu straszliwy!

POLEMIO.

Moc to czarów jeszcze działa,
Choć życie już postradała.

KRISANTO.

Panie, pustemi słowami
Nie zaprzeczaj takim cudom,
I cudów niezwij czarami.
Daj pokój daremnym trudom.
Widzisz że tu nic nie nada
Ludzki rozum, ludzka rada.

Przybył tu by mi dać życie,
A spotkał straszne skonanie.
Przez to samo dał mi skrycie
Naukę, sam przyznaj panie,
Że ten tylko, ten jedynie,
Żył prawdziwie jak się godzi,
Kto nawet w zgonu godzinie
Śmiercią nawet, życie płodzi!
Pragnę go w tem naśladować, —
Więc i mię każ zamordować.

POLEMIO.

Po tak okropnej obrazie,
Byłbyś już zginął na razie,
Jużbyś światła nie oglądał,
Lecz żyjesz boś śmierci żądał.

KRISANTO.

Ojcze! choć śmiem śmierci wzywać...

POLEMIO.

Przestań mię ojcem nazywać!

KRISANTO.

Nie do ciebie mówię, panie.
Bo choć przez cię wziąłem życie,
To już to słodkie nazwanie
Utraciłeś całkowicie.

Dziś ojcowstwa tytuł święty
Już tobie, panie, odjęty.
Kto inny palmą męczeństwa
Nabył tego dostojeństwa.
Wszak sprawiedliwie się staje,
Że nazwę ojca przybiera
Ten, co za mię życie daje,
Nie ten, który je wydziera.
W głębokiej serca żałobie
Patrząc na tę głowę śnieżną,
Skąpaną we krwi niewinnej,
Pociągającą ku sobie
Magnetycznie moją duszę,
Raz jeszcze ostatni, muszę
Oddać łzami cześć należną,
Wdzięczność i hołd mój powinny.

POLEMIO.

Precz z nim! służba!

DARJA.

Straszne chwile!
Widzę dzisiaj cudów tyle,
Którym zaprzeczać rzecz próżna,
A których pojąć nie można,

POLEMIO (do ESKARPINA).

Bierz ją!

ESKARPIN.

Ja?...

POLEMIO.

Tak! mówię tobie.
A Krisanta... (nakrywa głowę)
w loch podziemny,
Do wieży wrzucić go ciemnej,
Niechaj przepadnie w tym grobie.

KRISANTO.

Nie dziwię się ani boję,
Nie straszny mi loch wilgotny,
I tam nie będę samotny,
Biorę z sobą boleść moję.
Towarzyszyła mi wszędzie,
Wierniejszym nikt mi nie będzie.
Piękna Darjo! bądź mi zdrowa!
A gdy wiesz już kto legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie,
To nie łamże twego słowa
Danego w onej godzinie,
Że tylko tego jedynie
Ukochasz...

POLEMIO.

Prędzej z nim!

DARJA.

Panie!
Gdy krwawym twoim rozkazem
Śmierć zadajesz Krisantowi,
Że cześć oddał Chrystusowi,
Wielkiemu chrześćjan Bogowi,
To każ mię zgładzić z nim razem,
Niech ramię twoje krwi chciwe,
Wraz i moję krew wytoczy.
Bo oto mówię wam w oczy
Wszystkim w obec, głośno, szczerze,
Że bogi w które wierzycie
Są, zmyślone, są fałszywe.
I że dziś jedynie wierzę
W Chrystusa, Boga mojego
Jedynego, prawdziwego,
Którego cuda widzicie,
A który za mnie dał życie.

POLEMIO.

Bierzcież i ją, gdy wyznała
Jak zaślepioną została.

DARJA.

Niechże za twoim rozkazem,
Połączą nas z sobą razem,
Bo już dziś jestem jak żona
Na wieki z nim poślubiona.

Bo gdy tylko wspólnej wiary
Brakło do ślubnej ofiary,
To już niczego nie trzeba,
My dziś jedno w obec nieba.

KRISANTO.

Tego to szczęścia jedynie
Pragnąłbym w śmierci godzinie!

POLEMIO.

Ha! jakież szalone męki!
Szał wściekłości mię porywa!
Pierś w kawały się rozrywa!
Ty! ty!... nie dawaj mu ręki!...
Ja nie chcę by choć na chwilę,
Najmniejszej doznał radości!
Ani myśl dziewko zuchwała
Ty, coś tu dopiero tyle
Popełniła bezbożności,
Żebyś ty dziedziczyć miała
Wielkie imię mego domu!
Nie! tego nie doznam sromu!
Rozłączyć ich!

DARJA.

Okrucieństwo!

KRISANTO.

Ach! to najsroższe męczeństwo!

POLEMIO.

Precz z niemi! weźcie oboje.
Teraz surowość podwoję.
Okazałem sprawiedliwość,
A teraz pokażę mściwość,
A w niej jeszcze osobliwość.
W zemście wszelką przejdę miarę.
Straszny mój wyrok ogłosi
Każdemu z nich dwojga karę
Przeciwną tej, której prosi,
By ich boleść była żywsza,
A zemsta moja dotkliwsza.
Więc Krisanto niech w więzieniu
W najpodlejszem poniżeniu,
Jak łotr, bez żadnej różnicy,
W głodzie, w zimnie, w obnażeniu,
W kajdanach, niech sobie żyje,
Niech żyje, mówię, aż zgnije!
A Darję weźcie osobno
Do publicznego więzienia.
Niech pozna, czem są marzenia,
I niech nakoniec uwierzy,
Że szczęścia, które marzyła,
Ufna w swą piękność nadobną,
Nigdy w życiu nie odzierzy!
Niech zmierzchnie tak piękność czysta,
Ta jej jasność promienista,

Niech zwiędnie ta świeżość lica,
Niech zgaśnie ócz błyskawica!
Dziś ją Diana w ofierze
Na służbę daje Wenerze.
Dziewkę tę dumną, i śliczną
Na hańbę rzucam publiczną!

KRISANTO.

Jeśli zemsty szukasz w męce,
Zabij mię, wszak w twojej ręce
Życie moje, bez obrony;
Lecz honor mi powierzony,
Szanuj godność mojej żony!

DARJA.

Gdy wiara ciebie obraża,
To wiarę tę ukarz we mnie.
Za cóż twój wyrok znieważa
Czystość moją tak nikczemnie!
Obrazić nie mogła ciebie
Czystsza od słońca na niebie.

POLEMIO.

Precz z niemi!

DARJA.

To nad pojęcie!
Taka sromota męczeństwa!

KRISANTO.

Powiedz, jakież cię zaklęcie
Powstrzyma od okrucieństwa?

POLEMIO.

Takiego ogromu kary
Łatwo uniknąć możecie
Jednem słowem, jeśli chcecie.
Oto, wyrzeczcie się wiary
W Chrystusa.

KRISANTO.

Tego jedynie
Nigdy, nigdy nie uczynię!

DARJA.

Ani ja!

POLEMIO.

Więc precz oboje!
Niech się spełnią sądy moje.

ESKARPIN.

Tak panie, nie zmieniaj wcale,
Osądziłeś doskonale.

KRISANTO.

Boże!... lecz czegóż się boję?!
Wierz silnie, małżonko droga,

Że gdy giniemy dla Boga,
On nas zasłoni oboje.

DARJA.

W Nim tylko ufam jedynie,
Całem sercem w tej godzinie,
Bo kiedy On dla mnie kona,
Jemu jestem poślubiona,
Więc nie mogę być shańbiona!

KRISANTO.

On widzi ból, co pochłania
Serce w tej chwili rozstania.

DARJA.

Ufaj mężu!... żegnam ciebie
W ostatniej ziemskiej rozmowie,
Pomnij że złączym się w niebie
Jako niebios kochankowie.

(uprowadzają ich żołnierze.)
POLEMIO.

Czyż podobna gorszym czynem,
Większą, zbrodnią splamić życie,
Jak pozostać chrześćjaninem?!
Nie! nie!... A czyż są, myślicie,
Dla dwojga serc bole krwawsze,
Jak rozerwać je na zawsze?

(do siebie.)

Teraz duszo rozbolała
W gorzkich łzach wylej się cała.

(odchodzi.)
ŻOŁNIERZE Z DARJĄ.
ŻOŁNIERZ.

Wydany rozkaz spełniamy,
Tutaj zostawić ją, mamy,
Powinność nasza skończona.

(odchodzą.)
DARJA.

I oto jest porzucona
Czystość pośrodku sprosności,
Światło pośrodku ciemności,
Słońce śród chmur!
Ciemności, nocne pomroki,
Mgły i chmury i obłoki,
Ze światłem, z jasnością dzienną,
Z słońcem, z czystością promienną,
Zawodzą spór!
I mogą, mogą aż tyle

Swoją władzą straszną, ciemną,
Że słońce zaćmią na chwilę —
Lecz zagasić?... nie w ich sile!
To daremno!
Pociechą jest w takiej dobie
I siłą, pomyśleć sobie:
Że z naszym ziemskim żywotem
Toż samo jest co ze złotem.
Szczerej wartości nie wiemy,
Ręczyć za nią nie możemy,
Póki nie ulegnie próbie
Pod bólem, ogniem i młotem!
Ach! jakaż okropna sprzecznosć,
Jaka tu przepaść głęboka!
Z jednej w drugą ostateczność
Spadam w jednem mgnieniu oka,
Wczoraj jak można najwyżej,
A dziś jak można najniżej!
Lecz czegóż jestem ztrwożona,
Czegóż się lękam w tej dobie?
Wszakże jestem zostawiona
Sama z sobą, samej sobie...
Ach! tak!... lecz te słabe dłonie
Czyż wystarczą ku obronie!
O! nowo poznany Boże!
Ty, któremu w serca skrusze
Oddałam ciało i duszę,
Błagam Cię w całej pokorze,

I ufam jedynie Tobie,
Ratuj mię! ratuj w tej dobie!

(wchodzi ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Otoż przyszedł czas nareszcie,
Że takie cudo niewieście,
Takie doskonałe wdzięki,
Wezmę jak cacko do ręki.
A gdy grzeczność jest zbyteczną,
I byłaby nadaremną,
Tam gdzie cena oznaczona,
I nikomu nie wzbroniona,
Więc — daj rękę i chodź ze mną!

DARJA.

Wszechmogący Ojcze! Boże!
Ocal służebnicę twoję!

GŁOSY W GŁĘBI.

Lew! lew! ratuj się kto może!

GŁOS PIERWSZY.

Lew! ratujcie się! ratujcie!

ESKARPIN.

Sami tam siebie pilnujcie,
Ja tutaj lwa się nie boję.

GŁOS PIERWSZY.

Wypadł z swego legowiska!
Jak wściekły tutaj się ciska!

GŁOS DRUGI.

Istny piorun! żar ma w łonie,
Ogniem bucha, wszystko chłonie!

ESKARPIN.

Piorun? nie boję się gromu,
Bo jestem w wybornym domu,
Piorun, jeżeli uderzy,
To w pałac albo w szczyt wieży;
Nigdy gromy nie padały
W domek taki jak ten mały.
A jeśli to lew, nic więcej,
To wściekłość jego daremną,
Choćby pragnął najgoręcej;
No! daj rękę i chodź ze mną!

(Wbiega lew, staje przy DARJI i mierzy ESKARPINA wzrokiem.)
DARJA.

Ach! jakież okropne zwierze!

ESKARPIN.

Prawda! — i powiadam szczerze,
Nigdy w życiu mojem całem
Takiego lwa nie widziałem.
Jeśli mię weźmie w objęcie,

Jak ciebie o to prosiłem...
Bachusie! któremu święcie
I wiernie zawsze służyłem,
Jeśli masz władzę nad lwami,
Taką jak masz nad wilkami,
Ratuj! bo źle, coraz gorzej!

DARJA.

Zwierzu, urzędniku Boży!
Boś tu przysłan z Jego Woli,
Broń mię, broń w mojej niedoli!

ESKARPIN.

Aj! już się do mnie zabiera!
Już paszczę straszną, otwiera!
Darjo! jeśli w twej obronie
Stawa ten rycerz straszliwy,
To poskrom go! niech ochłonie,
Weź mię z jego łapy mściwej,
A ręczę ci najgoręcej,
Że już nigdy, nigdy więcej
Czci twej w niczem nie ubliżę,
Zaufaj słowu mojemu.

DARJA.

Monarcho dzikiej pustyni!
Królu zwierząt! ty, któremu
Sama natura hołd czyni,
Wieńcząc cię grzywy koroną:

W imię Tego, który ciebie
Przysłał mi w pomoc w potrzebie,
Wzywam cię, gdy tak przyrzeka,
Puść wolno tego człowieka!

ESKARPIN.

Otoż to rozkaz wyborny.
Lew jak baranek pokorny
Schylił czoło ku jej nodze,
Wlokąc grzywę po podłodze,
Jakby najłaskawsze zwierze
Łasząc się, stopy jej liże.

DARJA.

Czyż większy dowód być może
Twojej istności, o Boże!
Potęgą Twego imienia
Pycha w pokorę się zmienia!
Dziwna jak ten lew pogląda...
Rzekłby kto, że mówić żąda!
Groźny ten mocarz pustyni
Wyraźnie mi znaki czyni,
Bym szła za nim — a więc w drogę!
Tobie śmiało ufać mogę.
Wszak tyś jeden mię zasłonił,
Tyś mię od hańby obronił.
Czegóż nie dokaże siła,
Co miłością śmierć zwalczyła!

(odchodzi za lwem.)
ESKARPIN.

A teraz chwilę pomyślę...
Trzeba zważyć jak rzecz była,
Rozebrać mądrze i ściśle.
Który to Bóg lwy wysyła?...
Ten, w którego Darja wierzy,
Ten sam, w którego z pokorą
Wierzył mądry Karpoforo.
Cóż ztąd wnioskować należy?
Że Darja pomoc odbiera,
A Karpoforo umiera.
A więc, co się tycze wiary,
Gdybym jakie miał zamiary,
Trzeba się przyjrzeć z daleka,
Muszę być nie bardzo skory,
Bo nie Darji los mię czeka,
Lecz najpewniej Karpofory.
Co wszystko mając na względzie,
Myślę że najlepiej będzie,
Nawet mądrze i moralnie,
Zachować się neutralnie.
Jak dziś, ani poganinem,
Ani będę chrześćjaninem.
Ot sobie będę nijakim,
Ani takim ani siakim.
Na dwóch stołkach sobie siędę,
Tak się kłopotu pozbędę.

(odchodzi.)
NISIDA I CINTIA
(na ucieczce).
NISIDA.

Uciekajmy!

CINTIA.

Co sił stanie!

NISIDA.

Bo gorsza nam grozi zguba
Niż wtedy, gdy cała chluba
Rozumu i wdzięków siła,
Nagle odjętą nam była,
Przez jakieś straszne uroki,
Przez jakiś letarg głęboki.

CINTIA.

Tak, tak, bo w onej godzinie
Umysł to tylko jedynie
Uległ jakiejś czarów sile,
Padł, zaślepiony na chwilę,
Teraz cios sroższy w nas godzi,
Tu już wprost o życie chodzi. —
Ach! uciekajmy zawczasu!
Patrz! czy widzisz w głębi lasu
Postać okropnego lwiska?
Z ócz jego płomień wybłyska!

NISIDA.

I gdzież się ukryć zdołamy?

CINTIA.

Diano! ciebie wzywamy!...
Ach!... patrz!... tuż obok mocarza,
Co taką trwogą przeraża,
Patrz!... kobieta postępuje...
On dla niej drogę toruje!

NISIDA.

Potęga to czarów skryta.

CINTIA.

Lecz patrz!... widzisz?... ta kobieta...
Wszak to Darja?... tak! to ona!...

NISIDA.

Przecież ona uwięziona...
Lew spokojnie las okrąża,
I prosto ku górom zdąża...
Ona za nim!...

CINTIA.

Już na szczycie, —
Nikną w chmurach i w błękicie. —

(wchodzi ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Cały Rzym cudem zdumiony.

NISIDA.

Cóż takiego?...

CINTIA.

Powiedz przecie!

ESKARPIN.

Jakto? czyż tego nie wiecie?
Krisanto był uwięziony,
Gdzie męczarniami bez liku
Z woli ojca był dręczony.
I Darja też była wzięta,
I do więzienia zamknięta,
(Ach! nie mów gdzie, mój języku!)
Aż oto ten, co ich broni,
Śle im pomoc w takiej toni,
Rozbija kraty więzienne,
Ciężkie podwoje odmyka,
I oboje wyswobadza,
I z więzienia wyprowadza,
A lwisko straszne, płomienne,
Służy jej za przewodnika.
A tak korzystając z pory
Oboje uciekli w góry. —
Ale wieść ta niesłychana
Doszła aż do Numerjana,
Który gniewem uniesiony
Posądzając Polemiusza,

Że cała cudów przyczyna
Jest chęć uwolnienia syna,
Z całym dworem tu wyrusza,
A za nim ciągną, legiony,
I ćma narodu przybiega,
I wzgórza w koło zalega.

CHÓR GŁOSÓW. I.

Do lasu!

CHÓR DRUGI.

W pole!

CHÓR TRZECI.

Na góry!

ESKARPIN.

Słyszycie te głosów chóry?
A gdy koniecznie wypada
Widzieć to na własne oczy,
Biegnę tam gdzie lud się tłoczy.

CINTIA.

Ach! ja takbym wiedzieć rada
Jaki tego koniec będzie!
Gdybym nie miała na względzie,
Że to dla mnie nie przystoi...

ESKARPIN.

Uczyń zadość chęci twojej,

Sama nadzwyczajność rzeczy
Wymówkę ci zabezpieczy.

NISIDA.

Dobrze mówisz! — a więc dalej!
Lećmy tam gdzie tłum się wali.

CINTIA.

Więc lećmy!

ESKARPIN.

W tak miłym rzędzie
Pragnę być zawsze i wszędzie.

(odchodzą.)
DARJA.
(postępująca za lwem.)
DARJA.

Gdzież to mię wiedziesz powolnym krokiem,
W tę ustroń dziką, tajemną,
Śród tych skał mglistym pokrytych mrokiem,
W pieczarę jakąś tajemną?...
Cóż to? zniknąłeś przed moim wzrokiem?...
Zapadł w tę otchłań tak ciemną!
I nad tej strasznej przepaści bramą
Znowu zostawił mię samą!

Straszno mi!... straszno!... cisza do koła...
Ach! znam cię zgubna ustroni!
W tobie to, echo zaklęte woła,
Żałobna muzyka dzwoni!
Ja nie chcę ciebie!... ja cię porzucę!...
Lecz gdzież się teraz obrócę?!...

GŁOS (wewnątrz).

Darjo najdroższa!

DARJA.

Któż to mię wzywa?...
Nie!... nie!... to tylko złudzenie...
Ach bo ja dzisiaj tak nieszczęśliwa,
Że choć najcichsze wietrzyka tchnienie,
I lada listek co się poruszy,
Już trwogę budzi w mej duszy!
Ja nieszczęśliwa?... ja?!... o! mój Boże!
Przebacz mi! błagam w pokorze!
O! jam szczęśliwa na wieków wieki,
Bo pewna Twojej opieki!
Chrztem dla mnie świętym bądźcie, łzy moje!
Dajcie mi siłę ogromną,
Przez was niech duszę mocniej uzbroję,
W męztwo i wiarę niezłomną!

GŁOS (wewnątrz).

Darjo!

DARJA.

Znów woła!... dobrzem słyszała,
Lecz nic nie widać do koła!
Zkąd głos idzie, nie pojmuję...
Kto mię woła?

(KRISANTO wychodzi z groty.)
KRISANTO.

Ten, który w tobie nie piękność ciała,
Lecz piękność duszy miłuje;
Ten, co przez twoją, gwiazdę wiedziony,
Prawdziwie wolny, z nieba natchniony,
Za światłem zdąża ku tobie,
Aby już z tobą żyć zawsze razem,
Albo wraz z tobą pod jednym głazem
Ledz w grobie!

DARJA.

Tego mi szczęścia brakło jedynie
Widzieć cię mężu tu, w tej godzinie,
Na domiar cudów tych niesłychanych,
Dzisiaj przezemnie doznanych.
Słuchaj...

CHÓR GŁOSÓW. I.

Do lasu!

CHÓR DRUGI.

Na góry!

CHÓR TRZECI.

Na góry!

KRISANTO.

Zewsząd ciągną ludu chmury,
Dokoła żołnierstwa zgraje...
Już otaczają pieczarę.

DARJA.

Cóż nam teraz pozostaje?

KRISANTO.

Wytrwać — i zginąć za wiarę!

DARJA.

Tutaj na tym śmierci progu,
Powtórzę tobie wyrazy,
Które już po tysiąc razy
Wymówiłam w duszy skrycie:
Że tyle się dłużną czuję
Twemu i mojemu Bogu,
Tak Go wielbię i miłuję,
Że uznam się za szczęśliwą
Gdy za jego cześć prawdziwą
Będę mogła oddać życie.

(POLEMIO w głębi.)
POLEMIO.

Za niemi! dalej! za niemi!
Tą ciemną śród skał dróżyną,
Skryli się tam w głębi ziemi.
Niech tam giną!

DARJA.

Mężu, śmierci się nie boję,
Śmiało na nią czekam tu,
Tem się tylko niepokoję
Że ginąć muszę bez chrztu!

KRISANTO.

Trwoga twoja płonna jest,
Uspokój się, mówię ci,
Bo męczeństwo jest to chrzest,
Z pragnienia, z ognia, i z krwi.

(wchodzi POLEMIO z żołnierzami.)
POLEMIO.

Za mną tu, za mną żołnierze,
Już tu musimy ich złowić,
Ostatnia to ich godzina!
Ja pierwszy w niego uderzę,
By nikt nie ważył się mówić,
Żem nad bogów przeniósł syna.
Niech cesarz na powitanie
Martwe ich zwłoki dostanie!
A gdy żyjąc mieli w łonie
Jedną miłość, jeden ślub,
Niechże mają i przy zgonie
Jedno łożę, wspólny grób!

KRISANTO.

Taki zgon jest upragniony!

DARJA.

Niech będzie błogosławiony!
Teraz mi jest rozjaśniona
Prawda wprzódy nie pojęta,
Którą, z głębi twego łona
Dałaś mi groto zaklęta:
Że gdy ta przepaść bezdenna
Zmieni się w grobowiec mój,
Chwila ta święta, bezdenna,
Otworzy mi szczęścia zdrój!

(żołnierze wrzucają ich w przepaść — słychać grzmoty.)
POLEMIO.

Bierzcie głazy, skał odłamy,
Zawalić otwór tej jamy!

(wchodzą NUMERJAN, KLAUDJUSZ, AURELIUSZ, NISIDA, CINTIA lud i żołnierstwo.)
NISIDA.

Co to? co to? co się dzieje!
Cała ze strachu truchleję!

POLEMIO.

Jęknęły podziemia góry,
Całe niebo skryły chmury!

KLAUDJUSZ.

Słońce ciemnością zgaszone
Całe powietrze zaćmione!

CINTIA.

Komet ogony gwiaździste
Płoną, jak miotły ogniste!

AURELJUSZ.

Odwieczne góry i skały
Pękają w drobne kawały!

POLEMIO.

Prawda! oto szczyt tej góry,
Co się wznosił po nad chmury,
Pchnięty tajnemi siłami
Wstrząsł się i runął przed nami!

CINTIA.

A jakby na hasło dane
Dźwięki nigdy nie słyszane,
Harmonijne, cudne głosy
Z pod ziemi biją w niebiosy!

NUMERJAN.

Wszystko dziś cudem w istocie!
Rzym cały świętuje w grocie,
A słońce w tej chwili właśnie
Z żalu ciemnieje i gaśnie.

ŚPIEW.

Chwila to święta, zbawienna,
Po stokroć błogosławiona,

W której ta przepaść bezdenna
W grobowiec Darji zmieniona.

(odłamany wierzchołek skały zsuwa się, i zawala wejście do pieczary — na szczycie staje ANIOŁ.)
ANIOŁ.

Ta grota, — skarbnica droga,
Zwierzona jest mojej straży,
Niechże nigdy ludzka noga
Deptać jej się nie poważy. —
Ten zwalony głaz skalisty
Stanie za pieczęć grobową,
Jakoby żałobne słowo,
Jako pomnik wiekuisty.
Niech jako ołtarz męczeństwa
Z pod swoich skrzydeł opieki
Udziela błogosławieństwa
Przez wieki, wieki i wieki!
Przez niego tu będą zwalczone
I czas i niszczące żywioły,
Niech świadczy że tu są złożone
Kochanków nieba popioły.

KLAUDJUSZ.

Waszemi czystemi modłami
Wstawcie się, wstawcie za nami!








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Karol Baliński.