Klęska Szatana/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Klęska Szatana
Pochodzenie cykl Szatan i Judasz
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
YUMA-TSIL.

Puściliśmy konie w cwał, ponieważ musieliśmy przebyć drogę powrotną o wiele szybciej niż poprzednio. Z lewej strony jechał wódz. Na jego twarzy malowała się zaduma; nie mógł się jeszcze oswoić z wypadkami poprzedniego dnia. Za nami jechał Mimbrenjo. Jego bronzowa twarz jaśniała pogodą. Był zadowolony z nieoczekiwanych wyników naszej wyprawy, do których się w znacznej mierze sam przyczynił.
Rumak Przebiegłego Węża był wypoczęty i dotrzymywał kroku naszym. Gdy słońce zaszło, dotarliśmy do miejsca, z którego poprzednio skręciliśmy na północ. Wkrótce ściemniło się zupełnie. Kazałem towarzyszom zatrzymać się na tem miejscu, chciałem bowiem zaskoczyć naszych przyjaciół. Zsiadłem z konia. odrzuciłem broń i oddaliłem się szybko.
Po upływie dziesięciu minut poczułem zapach spalenizny, świadczący o bliskości ogniska. Gęsty mrok nie pozwolił mi dostrzec posterunków, koło których chciałem się niepostrzeżenie przekraść. Musiałem przeto polegać wyłącznie na słuchu. Aby zmylić wartownika, który zagradzał mi drogę, cisnąłem wbok kilka kamyków. Szmer go oszukał. Szukając jego przyczyny, wartownik zszedł mi z drogi.
Dzięki temu szybko zblizyłem się do obozu. Położyłem się na ziemi i pełzałem powoli naprzód. Przy świetle ogniska zobaczyłem jeńców, dookoła nich leżeli strażnicy. Z prawej strony stały wozy; z lewej siedział Apacz, opierając się plecami o drzewo, obok niego Yuma Shetar; dalej nieco, tuż przy krzewie, za którym się ukryłem, siedziała gromada ludzi, żywo, choć półgłosem rozprawiająca. Między innymi znajdowali się tu stary Pedrillo, cudaczny Don Endimio de Saledo y Coralba, urzędnik oraz hacjendero. Stary Pedrillo opowiadał którąś ze swoich przygód w Stanach Zjednoczonych:
— Podkradałem się nieraz pod obozy czerwonoskórych, lecz żaden z nich nie potrafił odpłacić mi się tą samą monetą.
— Wielkie rzeczy! — mruknął hacjendero. — Wystarczy nie zapalać światła, a nikt cię nie odkryje.
— Ba, cóż pan o tem wie, don Timoteo? Przy świetle, czy bez światła — to Indjaninowi nie sprawia różnicy. Trzeba tylko gęsto i należycie rozstawić straż. My naprzykład jesteśmy wyśmienicie strzeżeni przez sześciu wartowników — niepodobna, aby ktokolwiek mógł się podkraść pod nasz obóz.
Winnetou odemknął dotychczas opuszczone powieki; spojrzał na przemawiającego i rzekł:
— Stary Pedrillo nie powinien tego twierdzić tak stanowczo. Bywają myśliwi, biali i czerwoni, którzy potrafią zmylić czujność naszych strażników i przedostać się tutaj niepostrzeżenie. Odwróć się tylko i sięgnij ręką do krzewu, za którym leży Old Shatterhand.
Jeśli można widzieć o tem cud, że zdołałem oszukać sześciu czujnych wartowników, to jakże mam nazwać fakt, że Winnetou nietylko spostrzegł, iż ktoś leży za krzewem, lecz nadomiar wiedział kto leży? A przytem oczy, przynajmniej napozór, miał zamknięte. Zwykł je zamykać, gdy natężał słuch.
Pedrillo odwrócił się i zapuścił rękę w krzew. Wobec tego powstałem, wystąpiłem naprzód i zwróciłem się do Apacza.
— Nic nie ujdzie uwagi mego brata Winnetou: jego oczy i uszy są czujniejsze od moich.
Gdy tak znienacka wynurzyłem się z zagajnika, odważny don Endimio de Saledo y Coralba upadł nawznak z przestrachu i krzyknął przeraźliwie, jakgdyby ujrzał strzygonia. Mimbrenjowie zapomnieli o swym stoickim spokoju wobec niespodzianek — skoczyli na równe nogi i wytrzeszczyli na mnie oczy osłupiałe. Nawet jeńcy poruszyli się o tyle, o ile pozwoliły im więzy. Spodziewali się wszak, że wpadnę w ręce ich braci.
Naraz z pierwszego wozu rozległ się głośny okrzyk. Lezał tam Player ze związanemi rękami. Zsunął się z wozu, przecisnął przez otaczający mię tłum i wołał, szczerze uradowany:
— Bogu dzięki, że pan wrócił cały! Strach mnie już obleciał.
— Strach? Dlaczego?
— Gdyby pan nie wrócił, posądzonoby mnie o fałszywe wskazówki. A wszakże poinformowałem pana rzetelnie.
— Bezwzględnie. Pańskie wskazówki były pierwszorzędne. Stwierdzam wobec świadków, że powziąłem do pana zupełne zaufanie, w dowód czego uwalniam cię z pęt. Proszę, niech pan odbierze swoją broń. Jest pan wolny.
Radość nawróconego pomyleńca nie da się opisać. Atoli hacjendero nie omieszkał wyrazić swego sprzeciwu.
— Co pan robi, sennor? Uwalnia pan przestępcę, który winien być ukarany. Ten człowiek przyczynił się do zrujnowania mojej hacjendy! Rozkazuję panu z urzędu związać go ponownie.
— Hola, panie! Nie jestem na pańskie rozkazy. Ja natomiast rozkazuję panu usiąść i trzymać język za zębami. Nie pan rozstrzyga, kogo mamy więzić, lecz ja i Winnetou. Dowiodę tego panu natychmiast, uwalniając również pozostałych jeńców.
Mówiąc to, podszedłem do Bystrej Ryby i rozciąłem jego pęta.
— Mój czerwony brat jest wolny. Może się podnieść. Niechaj Mimbrenjowie zdejmą rzemienie z wojowników Yuma. Uwalniam ich wszystkich, gdyż zawarłem pokój i wypaliłem kalumet z Przebiegłym Wężem, naczelnikiem Yuma w Almaden.
Rozległ się wielogłosy okrzyk zdziwienia Mimbrenjów i okrzyk radosny Yuma. Moje słowa wywarły na Winnetou wrażenie tak widome, jak nigdy dotychczas. Zerwał się gwałtownie, podszedł do mnie i zapytał porywczo:
— Wypaliłeś kalumet?
— Z wodzem i z jego wojownikami.
— A więc Yuma odstąpili Meltona?
— Tak. On i Weller są schwytani, wychodźcy — uwolnieni.
— Gdzie ich zostawiłeś?
— W Almaden, u swoich przyjaciół. Jutro pójdziemy do nich i będziemy obchodzić święto kalumetu.
Winnetou położył ręce na ramionach i zawołał:
— Słyszeliście, biali i czerwoni mężowie? Czego nie uważaliśmy za możliwe dla nas wszystkich z wieloma jeszcze wojownikami, tego dokonał sam jeden Old Shatterhand. On jeden stanowi więcej niż setka, więcej niż dwieście uzbrojonych wojowników!
— O nie! miałem szczęście, wiele szczęścia, a to, co przypisuję własnej zasłudze, również jest tylko zasługą Winnetou, który był moim mistrzem.
— Niech brat mój tak nie mówi. Mistrz nie dokonałby tego, co zrobił uczeń.
— Nie, nie, sam się przekonasz, że przypadek tutaj przesądził.
Tymczasem uwolniono Yuma z więzów. Strażnicy, zwabieni okrzykami, porzucili stanowiska i wmieszali się w radosny tłum. Dzięki temu spostrzeżono przybycie Przebiegłego Węża i Mimbrenja dopiero, kiedy już ci zeskakiwali z siodeł. Dzielny chłopak został natychmiast okrążony przez Mimbrenjów, wódz zaś — przez swoich ludzi. Powstał jarmarczny zgiełk okrzyków, zapytań, odpowiedzi, gwar tak hałaśliwy, że aż uszy puchły.
Ja tymczasem zająłem się rumakami i zabrałem swoją broń. Poczem, usiadłszy przy Apaczu, podjadłem sobie, wychyliłem kilka łyków wybornego wina, którego było sporo na naszych wozach. Powoli uciszyło się dookoła. Mały Mimbrenjo został posadzony koło ogniska, aby wszyscy mogli go widzieć i słyszeć, rozpoczął opowieść o naszych niezwykłych przygodach.
Teraz dopiero spostrzegłem Herkulesa, który wpił się oczyma w usta opowiadającego, pragnąc się zapewne dowiedzieć o losie Judyty. Malec, wyszczególniając warunki pokoju, opuścił, na mój znak, warunek tyczący się Żydówki. Dzięki temu Herkules nie dowiedział się o ciosie, który los mu gotował.
Wreszcie powszechna ciekawość została zaspokojona. Rozchodzono się, układano do snu. Obrałem leże wpobliżu Herkulesa, który skorzystał z tego, aby się dowiedzieć szczegółowo o Judycie. Nie wpadło mi nawet na myśl oszczędzać tego olbrzyma; powiedziałem mu całą prawdę, przemilczając jedynie nazwisko narzeczonego Judyty. Byliśmy bowiem odpowiedzialni za całość naszego gościa, wrażenie zaś, jakie wywarła na Herkulesie wiadomość o Judycie, nie rokowała nic dobrego.
Wreszcie zaległo głębokie, niczem niezakłócone milczenie. Po raz pierwszy od wielu nocy można było spokojnie się przespać. Herkules przewracał się z boku na bok, trawiony myślą o niewierności byłej narzeczonej. —
Ze świtem uformował się pochód i wyruszył do Almaden. Pędziliśmy co koń wyskoczy i już przed wieczorem przybyliśmy do celu, witani radośnie zarówno przez białych, jak czerwonych.
Trzeba było zaprowadzić konie do wody, która się znajdowała w bocznej jaskini. Przy tej okazji Yuma ze zdumieniem dowiedzieli się o jej istnieniu.
Wkrótce potem zdarzył się wypadek, który pociągnął za sobą smutne następstwa. Melton i Weller, spostrzegłszy Playera na wolności, wezwali go do siebie. Player przyznał się szczerze do swoich postępków.
— Czy możesz nam powiedzieć, — zapytał Weller — co z nami zamierzają robić?
— Obawiam się, że nic dobrego, — odpowiedział Player.
— Właściwie zasłużyłeś na ten sam los, co my, jednakże cieszy mnie, że jeden przynajmniej zdoła go uniknąć. Lecz powiedz mi, co słychać z moim synem?
— Chcesz się dowiedzieć prawdy?
— Nie umrę z tego. Byle prędzej! Wiesz, że nie jestem słabeuszem.
Istotnie nie był słabeuszem, a jednak w oczach Jego widniał strach i oczekiwanie. Objawił się w nim ojciec. Ponieważ Player ociągał się z odpowiedzią, więc uprzedził go:
— Mówże prawdę, nie żyje?
— Tak.
— Nie żyje, nie żyje... — powtórzył, przymykając powieki. Widać było, że wiadomość ta wstrząsnęła nim do głębi. Policzki zapadły, twarz przybrała trupi wyraz. Wreszcie otworzył oczy i zapytał:
— Jaką śmiercią umarł?
— Zaduszony przez...
— Przeze mnie! — krzyknął Herkules, który znajdował się wpobliżu. — Łotry, myśleliście, że umarłem, ale mój czerep jest mocniejszy, niż przypuszczaliście. Wpadłem tylko w malignę i zadusiłem pięściami tego urwisa, tak samo jak ciebie wnet zaduszę!
Weller ponownie przymknął powieki. Jakże musiało w nim wszystko kipieć! Kiedy znów oczy rozwarł, malowało się w nich przeciwieństwo tego, czego się można było po nim spodziewać: nie nienawiść, nie złość, ani wściekłość, lecz łagodny, niemal wzruszający, wyraz uległości. W takim samym tonie rzekł do Playera:
— A więc to ty zaprowadziłeś Winnetou i Old Shatterhanda?
— Nie przeczę. Ale znaleźliby drogę beze mnie.
— Być może. Była to jednak z twej strony zdrada — obyś się był jej nie dopuścił. Twoje odstępstwo rozpoczęło szereg naszych klęsk. Nie wyjdziemy z nich żywi; chciałbym zatem rozporządzić się mieniem i poprosić cię o pomoc. Czy, jako stary druh, spełnisz moje przedśmiertne życzenia?
— Chętnie, jeśli to będzie w mojej mocy.
— Zbliż się więc do mnie.
Player podszedł o krok bliżej i nachylił się nad nim. Niepokój jakiś obudził się we mnie. Chciałem Playera ostrzec, ale przed czem? Wszak Weller członki miał skrępowane pętami, a ponadto mój celny strzał pozbawił go był władzy w prawej ręce.
— Muszę ciszej do ciebie mówić, o wiele ciszej. Zbliż się jeszcze bardziej, uklęknij przy mnie.
Player spełnił, niestety, jego prośbę i wówczas z błyskawiczną szybkością zdarzyło się coś nieoczekiwanego, coś straszliwego. Weller oparł się łokciami o ziemię, podniósł szybko nogi, skrępowane w kostce, i natychmiast opuścił je na ramiona Playera, którego szyja wskutek tego utkwiła, niby w cęgach, między kolanami Wellera. Ten ścisnął je z całej mocy, że aż twarz Playera zsiniała, i krzyknął triumfująco:
— Ocyganiłem cię, ty dziesięciokrotna kanaljo! Zaufałeś mojej twarzy, ty stokrotna ośla głowo! Zemsty pragnę, zemsty! Dzięki twojej zdradzie mój syn uduszony, giń więc łotrze tą samą śmiercią!
Powszechnie wiadomo, jaka moc tkwi w kolanach dorosłego mężczyzny. Wzmagał ją w tym wypadku fakt, że nogi byłe związane w kostce, tworząc niejako punkt oparcia dla tej podwójnej żywej dźwigni kolan. Jednej minuty starczyło, aby Player wyzionął ducha. Natychmiast skoczyłem na pomoc. Wyprzedził mię jednak nasz Goljat. Rzucił się na Wellera, ścisnął jego szyję w rękach, niby w kleszczach, i zawołał:
— Ty sam legniesz zaduszony, jak ci to przed chwilą przyrzekłem!
Była to niedźwiedzia przysługa dla Playera: ze strachu bowiem Weller kurczowo ścisnął jeszcze mocniej kolana. Usiłowałem odciągnąć ich od siebie — napróżno. Żadna moc ludzka nie zdołałaby osłabić tego wściekłego natężenia mięśni i nerwów. Przedewszystkiem należało zmniejszyć ucisk kolan Wellera, należało unieszkodliwić żywą dźwignię, którą tworzyły. W tym celu przeciąłem sznury, wiążące kostki nóg mormona. Dzięki temu mogłem rozewrzeć jego nogi i kolana. Głowa Playera opadła ciężko na ziemię. Leżał jak martwy, z twarzą spuchniętą i posiniałą.
— Puść pan Wellera! — krzyknąłem do atlety. — Zamordujesz!
— Zamorduję? — roześmiał się wściekle. — O nie, jeno go ukaram!
Kiedy go wreszcie oderwałem, było już za późno Weller leżał martwy. Natomiast Player zaczął łapać oddech i wracać do siebie.
— Czy rozumie pan, że jesteś mordercą? Muszę pana związać i przekazać sądowi! — krzyknąłem na atletę wobec gromady, która przyglądała się niesamowitej scenie.
— Morderca? — odparł. — Pomieszał pan pojęcia. Jakże mię pan przekaże sądowi, kiedy ja sam dokonałem czynności sędziego?
— Nie sędziego, lecz kata! Przepełnia mię pan wstrętem.
— Istotnie? Hejże, niech mi pan przy tej sposobności powie, kto jest narzeczonym Judyty! Ręka mię świerzbi; chciałaby tak samo rozprawić się z szyją tego gacha!
Widać było, że gotów wykonać pogróżkę. Nie miałem przeto zamiaru zaspokoić jego ciekawości; natomiast wyręczył mię kto inny — ojciec Judyty, który rzekł, zanim zdążyłem temu zapobiec:
— Może pan się dowiedzieć. Córka mojej duszy nie ma potrzeby rzucać się w objęcia bylejakiego wędrującego błazna, ma ona zostać władczynią znakomitego szczepu indjańskiego i błyszczeć od klejnotów, od złota, od jedwabiu, niby królowa.
— Władczynią szczepu indjańskiego? Jak mam to rozumieć?
— Należy rozumieć, że będzie podziwianą i uwielbianą małżonką Przebiegłego Węża, który jest wodzem szczepu Yuma.
— Co takiego? Judyta ma zostać Indjanką? — olbrzym śmiał się niedowierzająco. — Kpinki sobie ze mnie stroisz!
— Nic podobnego. Zostajemy przy Yuma, ja i Judyta; pan zaś udasz się do Texas. Dostaniemy pałac i zamek, ja i Judyta; pan zaś będziesz orał ziemię i sadził rzodkiew.
Atleta przetarł oczy, wodził niemi dokoła, aż wlepił we mnie:
— Panie, zakończ ten dziecinny tingl-tangl! Powiedz, co mam sądzić o banialukach tego starca?
Nie mogłem go już dłużej pozostawiać w nieświadomości.
— Słyszał pan prawdę. Wódz pragnie zaślubić Judytę i uwarunkował tem zawarcie pokoju.
— Wódz?... To niemożliwe. To dziewczę, ten cud piękności rzuca się na szyję czerwonoskóremu? Pan kpi w żywe oczy, wymawiam to sobie!
— To fakt.
— W takim razie albo ja, albo wy jesteście niespełna rozumu. Powiedz mi, Judyto, czy to prawda?
— Tak — potwierdziła dostojnie. — Będę królową Yuma.
— Naprawdę, naprawdę? Więc to nie żart?
Byłem zaniepokojony podnieceniem atlety, które się wzmagało z chwili na chwilę. Chciałem go umitygować, ale na nieszczęście dziewczyna uprzedziła mnie w odpowiedzi:
— Z tobą nie żartowałabym nawet. Zaręczyłam się z wodzem, możesz sobie pójść. dokąd cię oczy poniosą!
Oczy wyszły mu z orbit; ścisnął pięści i groźnie zerknął na wodza. Katastrofa była nieunikniona. Siłą zaczął torować sobie dostęp do Przebiegłego Węża, który stał na uboczu z garstką wojowników.
— Z drogi, z drogi. Miejsca dla mnie! Muszę się rozmówić z gachem, rozmówić na pięści. Wyślę go w ślady Wellerów!
Było rzeczą jasną, że wykona groźbę, jeśli mu się uda dosięgnąć wodza. Pobiegłem za nim, przytrzymałem go ztyłu i zawołałem:
— Uspokój się nieszczęśliwcze. Nic się już nie da odrobić. Wódz jest pod moją opieką; zastrzelę każdego, kto ośmieli się go dotknąć.
Obrócił do mnie twarz, wykrzywioną grymasem, i syknął przez zęby:
— Drabie, puść, bo zaduszę! A może myślisz, że ja się ciebie zlęknę?
W tym stanie mógł się poważyć na wszystko. Odstąpiono od niego. Wyciągnąłem rewolwer i zawołałem:
— Jeśli się pan na krok przysunie do mnie, lub do wodza, palnę ci sześć kul w łeb. Przeobraziłeś się w bestję, którą musimy poskromić. Wściekłością nic nie wskórasz. Miljony dziewcząt chodzą po świecie. Nie kuś się o to, co niemożliwe. Sięgnij po rozum, uspokój się, zastanów!
— Uspokoić się? Tak, ale uspokoję również innych. Powiada pan, że nic już się nie da odmienić?
— Powiedziałem i napominam pana.
— To był warunek pokoju, że Judyta zostanie żoną wodza? I pan będzie go bronił?
— Nietylko ja, ale wszyscy, którzy tu jesteśmy. Nie uda ci się nawet podejść do wodza. Nie dopuścimy cię — tego wymaga nasz obowiązek. Nie możemy pozwolić, aby ktoś dla prywaty łamał pokój i narażał nas wszystkich na niebezpieczeństwo stokroć groźniejsze, niż to, któregośmy uniknęli. Jeśli pan zabije wodza. wojownicy jego napadną na nas i wygładzą co do nogi.
— Boi się pan? Posłuchajcie ludziska, sławny Old Shatterhand się boi! Ale trudno, ma rację. Nie powinienem narażać waszej delikatnej skóry i cennej krwi. Lecz ja nie lękam się krwi, przekonacie się o tem natychmiast. Czerwonemu nie stanie się krzywda; ja będę spokojny, a Judyta, jego narzeczona, również. Dawać tu strzelbę, którą przecież nie umiecie się posługiwać, tchórze podli!
Najbliżej Herkulesa stał urzędnik i hacjendero. Pierwszy był wprost śmiesznie uzbrojony od stóp do głów, hacjendero zaś nosił za pasem rewolwer. Atleta szybkim chwytem wyrwał jednemu i drugiemu po rewolwerze, wycelował jeden w Judytę, drugi w swoją skroń i odwiódł kurki. Większość obecnych krzyknęła z przerażenia. Przewidywałem taki obrót rzeczy i trzymałem się wpogotowiu. Skoczyłem tedy i podbiłem mu prawą rękę do góry tak, że kula przemknęła ponad głowami obecnych. Padł drugi strzał z tym samym skutkiem. Lecz Herkules zatoczył się, opuścił ręce i osunął w moje rozwarte ramiona. Niestety bowiem, nie zdołałem zapobiec dwóm strzałom, które z rewolweru, trzymanego w lewej ręce, wpakował sobie w skroń.
— Spokojnie, spokojnie — wyszeptał martwiejącemi ustami i zakończył życie — życie smutne i miłość nieszczęsną.
Złożyłem go ostrożnie na ziemi. Nie potrafię opisać, co się we mnie działo. Głęboki żal i wściekłość targały strunami mej duszy. Samobójca był człowiekiem słabym, bez charakteru, ale wierny jak grób i dobry choć do rany przyłóż. Chciwość i zalotność Judyty, która zagnała go na obczyznę, teraz nieszczęsnego wpędziła do grobu. Ta fałszywa istota, która nie znalazła dla mnie słowa podzięki za uratowanie życia, nie znalazła również słowa żalu, słowa litości nad zmarłym biedakiem, ona, która była sprawczynią jego samobójstwa. Wzięła ojca pod rękę i rzekła:
— Jakże głupio i brzydko postąpił! Mógł pojechać do Texas albo, jeśli mu życie obrzydło, odebrać je sobie na ustroniu, zdala ode mnie. Nie chcę go widzieć. Chodźmy stąd!
Odeszli. Nie mogąc pohamować gniewu, zawołałem za nimi pełnym wściekłości głosem:
— O tak, odejdźcie, zniknijcie stąd! Niech pani zejdzie mi z oczu. Jeśli panią jeszcze raz ujrzę, gotów jestem zapomnieć, żeś kobietą, i każę lassem wychłostać ci plecy, aby przynajmniej tem obudzić uczucie, którego brak pani sercu, dumna królowo Yuma!
Przyjęła poważnie moją groźbę i odtąd starała się nie nawinąć mi na oczy. Lecz kiedy ją spotkałem później, w innych okolicznościach, w innem otoczeniu, jako bogatą i znakomitą damę, zdawało się, że zapomniała o mojej groźbie.
Wszyscy towarzysze żałowali Herkulesa z całego serca. Czerwonoskórzy nie rozumieli powodu samobójstwa, ponieważ przez cały czas rozmawiano po niemiecku. Przebiegły Wąż poprosił mnie o wyjaśnienia. Powiedziałem mu:
— Judyta przyrzekła Herkulesowi zostać jego squaw, dlatego towarzyszył jej za morze. Teraz, dowiedziawszy się, że nie będzie jego żoną, z rozpaczy położył kres dniom swego życia.
— Słyszałem, że mierzył w nią również?
— Usiłował ją zabić, nie chcąc jej oddać innemu.
— Tyś ją uratował? Jakżem ci wdzięczny! Białe twarze są szczególnymi ludźmi. Żaden Indjanin nie targnie się na życie, gdy dziewczyna nie zechce zostać jego squaw, lecz albo ją do tego zmusza, albo śmieje się z niej i bierze sobie inną. Czy białe twarze mają aż tak mało kobiet, że z powodu jednej dziewczyny tracą rozum? Ubolewam nad nimi. —
Podczas tego okrutnego zdarzenia nie zwracaliśmy uwagi na Playera, który tymczasem przyszedł do siebie po niebezpiecznym uścisku Wellera. Siedział na ziemi i był świadkiem całej sceny. Teraz podniósł się, podszedł do mnie i rzekł:
— Jak widzę, Weller nie żyje. Wiem, że mię dusił. Musiał mnie zatem ktoś uratować. Któż to uczynił, sir?
— Wyciągnąłem pana z pomiędzy kolan Wellera.
— Przypuszczałem, że to pan. Nigdy nie zapomnę, że zawdzięczam panu życie.
— Zapomnij pan, ale pamiętaj, żeś obiecał poprawę.
— I dotrzymam przyrzeczenia. Lękam się jednak, że hacjendero i urzędnik zażądają mego ukarania.
— Niech żądają! Nic mię to nie obchodzi, nic sobie nie robię z ich żądań. Nie powinien pan jednak długo tu pozostawać, ponieważ łatwo mogą cię schwytać i osadzić w więzieniu.
— Pewnie. Najchętniej wywędrowałbym do Texas.
— Możesz z nami pójść. Wierzę bowiem, że będziesz uczciwym człowiekiem.
— Niech pan nie myśli nic złego o mnie. Będę pana wspominał i to mnie ustrzeże przed błędami. Być może, znajdę pracę u którego z wychodźców. Niestety, ci ludzie są zbyt ubodzy, aby mogli nająć robotnika.
— O nie. Byli dosyć przezorni i mają jeszcze tyle oszczędności, że będą mogli nabyć po działce ziemi. Przyjmą pana, możesz im się przydać, ponieważ jesteś Yankee, znasz kraj i stosunki tutejsze. Ale pamiętaj, nie waż się nakłonić ich do gry, bo, gdy odwiedzę was i usłyszę co złego o tobie, poczujesz siłę moich pięści.
— Nie troskaj się o to, sir. Gra przejmuje mię wstrętem, inaczej przecież nie zagrzebałbym się w pustyni między Indjanami. Łatwo zyskać przy grze, lecz jeszcze łatwiej stracić. Ale gdy pracą się żyje, miły jest każdy zarobiony dolar, obraca się nim dziesięciokrotnie i nie wypuszcza z ręki.
— Bardzo piękne poglądy. Jeżeli szczerze będziesz ich się trzymać, łatwo dorobisz się majątku.
— Przysięgam. Kiedy zdobędę setkę dolarów, będę pracował z podwojoną, z potrojoną gorliwością. Kiedy zaś w szybkim czasie dojdę do dwu — trzystu dolarów, będę mógł wydzierżawić małą farmę.
— Hm, mam akurat trzysta dolarów, których obecnie nie potrzebuję i których nie chciałbym ze sobą wlec. Czy nie mógłby mnie master uwolnić od nich? Chętnie panu pożyczę.
— Mnie, Playerowi, pożyczyć trzysta dolarów? Ryzykant z pana!
— O nie, nie wątpię, że pan stał się solidnym człowiekiem. Zwróci mi pan, kiedy będziesz mógł i kiedy zawitam do pana. Dam panu gotówkę natychmiast po przekroczeniu granicy, będziesz mógł poszukać odpowiedniej dzierżawy. O procentach niema mowy. Zgoda?
— Co za pytanie! Oto moja ręka. Dziękuję z całej duszy! I póki żyć będę, nie zapomnę, że pan jest człowiekiem, któremu zawdzięczam, że stałem się szczęśliwym obywatelem, że mogę spokojnie spać i nie obawiać się następstw swoich czynów!
Mówił to głosem istotnie serdecznym. Pragnął rozpocząć nowe życie. Cieszyłem się, że mogę mu w tem pomóc, oczywiście pieniędzmi Meltona, przeznaczonemi dla wychodźców, którzy wskutek tego nie ponosili większego uszczerbku. Odczułem, ściskając mu rękę, przypływ wewnętrznego zadowolenia.
Jeszcze dziękował mi gorąco, kiedy uwagę moją zajęło zbliżające się w galopie stado koni, gnane przez licznych Indjan. Były to konie, po które posłał Przebiegły Wąż. Kiedy nadbiegły, miało się już ku wieczorowi.
Czerwoni przywieźli suche wiązki drzewa, które pozwoliły nam rozniecić ognisko. Z żywności, znalezionej na wozach, urządziliśmy sobie ucztę, oczywiście ucztę według pojęć tamtejszych, gdyż na naszą miarę była to nawet dosyć skąpa wieczerza.
Po uczcie ułożyliśmy się do snu wszyscy, wyjąwszy wojowników Yuma, którzy pojechali do Almaden, aby zabrać to, co jeszcze tam zostało. Indjanin skrzętnie zbiera przedmioty, jakie my odrzucamy dla braku wszelkiej wartości i umie wykorzystać nieużytki. Rano zauważyłem w obozie mnóstwo takich rzeczy. Prócz tego przyprowadzili obydwie stare Indjanki, zawalili szyb głazami i zasypali wejście do jaskini. Przypuszczam, że do dziś dnia nikt jej nie odkrył. —
Ocknąłem się pierwszy i zacząłem budzić poczciwego don Endimio de Saledro y Coralba oraz jego woźniców. Załatwiłem z nimi rachunki, poczem obudzono innych i zaczęto się pakować, pod kierownictwem Przebiegłego Węża. Nie widać było Żydówki, ani jej ojca. Siedzieli w namiocie wodza; ze strachu nie śmieli nosa wysunąć. Usiadłem obok Winnetou i przyglądałem się robocie. Po chwili zbliżył się do nas hacjendero i urzędnik. Ukłonili się w najwyższym stopniu cerernonjalnie. Juriskonsulto z uroczystą miną urzędową przemówił, zwracając się do mnie:
— Widzę, że pan się gotuje do drogi, sennor? Dokąd pan jedzie?
— Do Chihuahua — odpowiedziałem.
— Na to nie pozwalam. Obstaję przy tem, aby wszystkie osoby, które się tutaj znajdują, udały się ze mną do Ures.
— Prawdopodobnie jako aresztanci?
— Coś w tym rodzaju.
— Proszę więc, niech pan nas zaaresztuje.
— Chętniebym tego uniknął, wierzę bowiem, że godność mego urzędowego stanowiska skłoni panów, aby dobrowolnie udać się za mną do Ures.
— Ponieważ nie widzę tej godności, nie będę przeto postępował według pańskiej zapowiedzi. Poza tem, przebywając na terytorjach Yuma, zamierzam kierować się zgodnie z ich obyczajem i prawem. Ale gdyby nawet było inaczej, jestem Europejczykiem, więc mogę nie liczyć się z pańską władzą, a to według słów pana własnych.
— Według słów moich własnych? Jakim cudem?
— Kiedy prosiłem pana o opiekę nad emigrantami, odparł sennor, że ponieważ Poznańczykami, nie podlegają pańskiej opiece prawnej i nie obchodzą pana zupełnie. Musiałem sam się nimi zaopiekować. Teraz, kiedy wyciągnąłem ich z kabały, którą na skutek pańskiej obojętności zostali omotani, zjawia się pan i twierdzi, że powinniśmy ulegać jego urzędowej władzy. Żałuję bardzo, że zwrócił się sennor pod fałszywym adresem. Nie jestem człowiekiem, którym można się dowoli wysługiwać.
— Co mnie obchodzą pańscy emigranci! Czy tylko oni tu biwakują? Są tu również inni, i zdarzyły się w obrębie mojej władzy wypadki, które muszę skierować na drogę sądową. Mówię o napadzie na hacjendę, o morderstwie tutaj popełnionem, o wielu jeszcze innych sprawkach, których nie mogę puścić płazem. Gdzie jest Melton?
— W namiocie wodza Yuma, który, zdaje się, zamierza go ukarać.
— Tylko ja mogę karać!
— Niech pan to omówi z Przebiegłym Wężem. Czemu się sennor do mnie zwraca?
— Ponieważ pan jemu wydał Meltona. Powinieneś był nam go wydać.
— Milcz pan! — przerwałem gniewnie. — Nie mam wobec sennora żadnych obowiązków. Ośmiesza się pan tylko. — Ani słowa więcej!
Mój ton podziałał. Nie śmiał się odezwać; spojrzał zpodełba na hacjendera, który go wyręczył:
— Sennor, niech się pan hamuje! Wiedz, że znajdujesz się na moim terenie. Jest pan tylko niejako gościem tutaj.
— O, miałem już przyjemność poznać i ocenić sławetną pańską gościnność i jestem mu za nią wdzięczny. Ale ponieważ mówi pan o swoim terenie, przeto przypomnę sennorowi, żeś go sprzedał. Właścicielem Almaden jest Melton.
— Występuję przeciw niemu sądownie i na pewno odzyskam swoją posiadłość. Mogę się uważać już teraz za absolutnego właściciela i żądam, aby każdy, kto przestąpi granice Almaden, respektował moje żądania, które są zarazem żądaniami mego czcigodnego przyjaciela.
— Jakże one brzmią, te pańskie żądania?
— Żądam, aby sennor z nami udał się do Ures, nietylko jako świadek, lecz również jako oskarżony.
— Oho, oskarżony? O co?
— Tam się pan dowie. Nie mam potrzeby teraz o tem mówić!
— Dobrze, nie mówmy więc. Ja także nie mam potrzeby rozmawiać z panem i pańskim czcigodnym przyjacielem. Jeżeli pan chce mieć Meltona, niech sennor się zwróci do Przebiegłego Węża.
— Żądam go od pana. Pan wodza pojmał i pan mi za niego odpowie!
W tej chwili podniósł się Winnetou, wyciągnął rewolwer i zapytał swoim spokojnym, a jednak tak dobitnym głosem:
— Czy białe twarze wiedzą, kto przed nimi stoi?
— Winnetou — odpowiedział hacjendero.
— Tak, Winnetou, wódz Apaczów — potwierdził urzędnik.
— Ale czy wiedzą białe twarze, że Winnetou nie lubi próżnego gadania i nie znosi błaznów? Życzę sobie pozostać sam z moim przyjacielem Shatterhandem. Będę liczył do trzech; jeżeli któryś z was tutaj jeszcze pozostanie, nie ujdzie z życiem.
Mówiąc to, skierował na nich rewolwer.
— Raz...
Urzędnik dał drapaka.
— Dwa...
Pomknął hacjendero.
— Niema potrzeby doliczyć do trzech — uśmiechnął się Apacz. — Gdyby mój biały brat to samo zrobił, uniknęlibyśmy zbytecznego wałkowania.
Śmieszni tchórze stanęli w przyzwoitej odległości od nas i omawiali coś żywo, poczem udali się do namiotu wodza. Widzieliśmy, jak rozmawiali z nim, ale niezbyt długo, gdyż nagle wódz wyrwał z ziemi oszczep na którym znajdował się totem, i począł okładać urzędnika; juriskonsulto umknął czem prędzej, miotając przekleństwa, a w ślad za nim wysunął się don Timoteo, woląc nie doświadczać swej delikatnej skóry.
Zrażony zuchwałością hacjendera, zaniechałem myśli wynagrodzenia go pieniędzmi Meltona, a postanowiłem w całości oddać je biednym wychodźcom. Jednakże, zanim wyruszyliśmy, zwróciłem się do don Timotea w te słowa:
— Sennor, oto jest kontrakt pański z Meltonem oraz listy, które dowodzą dostatecznie, że Melton był sprawcą napadu na hacjendę. Dzięki tym dokumentom odzyska pan rychło majątek i zatrzyma pobraną już zapłatę jako odszkodowanie. Bądź pan zdrów i staraj się na przyszłość okazać skromność i roztropność większą, aniżeli dotychczas.
Pożegnałem go na zawsze. Zwróciłem również emigrantom ich umowy, które natychmiast zostały rozdarte na kawałeczki. Wsiedliśmy na konie i pojechali. Hacjendero, urzędnik, policjanci i don Endimio de Saledo y Coralba odprowadzali nas wzrokiem. Stary Pedrillo żegnał głośnemi życzeniami, jego podwładni wtórowali mu, reszta milczała.
Można sobie wyobrazić, z jakiemi oznakami radości żegnali moi ziomkowie tę miejscowość, która była terenem ich męczarni i miała stać się ich grobem. Ja również odjeżdżałem zadowolony z dobrych wyników naszego przedsięwzięcia. Coprawda sądziłem, że jeszcze oczekuje nas niebezpieczna przeprawa z Vete-ya, ale spodziewałem się również przybycia Silnego Bawołu. Gdzie i kiedy ich spotkam, tego nie moglem przewidzieć.
Droga do Chihuahua prowadziła przez pustynię, później przez wąski teren Yuma, następnie zaś przez terytorja, o które Yuma walczyli z Mimbrenjami. Na tym jedynie odcinku można było napotkać trudności.
Na przodzie jechali znający drogę wojownicy Yuma. Ja galopowałem obok Winnetou i Przebiegłego Węża, wpobliżu zaś znajdowali się obydwaj synowie Nalgu Mokaszi. Meltona, skrępowanego linami, prowadziła silna eskorta. Nakońcu jechała Judyta i jej ojciec, otoczeni kilkoma jeźdźcami Yuma.
Dodac trzeba, że jeszcze nad ranem pogrzebaliśmy Wellera i atletę. Spoczęli obok siebie, zamordowany i morderca, w obcej ziemi, która odmówiła im tego, czego tak namiętnie szukali: jednemu — złota, drugiemu miłości. –
Wieczorem pierwszego dnia wyjechaliśmy z pustyni i rozbiliśmy obóz na trawie, gdzie konie znalazły upragnioną paszę. Nazajutrz, przez wąski teren, należący do Yuma, wjechano na owe sporne obszary. Była to miejscowość górzysta. Dążyliśmy do obszernej kotliny z małem jeziorem pośrodku. Z zachodem słońca dotarto do brzegu południowego.
Z pierwszego rzutu oka można było poznać, że ongi, przed wiekami, wielkie skupienie wód ciągnęło się tutaj z południa na północ. Długość kotliny wynosiła drogę półgodzinną, szerokość była krótsza. Rozchodziły się stąd trzy doliny, jedna na północ, druga na wschód, trzecia, którą przybyliśmy, na południe.
Wjeżdżając do kotliny, ja i Winnetou spostrzegliśmy jeźdźca, który wychylił się ze wschodniej doliny, lecz, zauważywszy nas, cofnął czem prędzej. — Rozłożyliśmy się nad brzegiem jeziora. Meltona przywiązano do drzewa; dla Judyty rozbito w zaroślach namiot.
Musiałem czuwać nad podziałem żywności, ponieważ Indjanie rozdrapać mogli wszystkie zapasy naraz. Tymczasem Winnetou obchodził swoim zwyczajem kotlinę. Kiedy wrócił, poznałem po nim, że dokonał poważnych odkryć.
— Czy mój czerwony brat odkrył coś więcej niż jeźdźca, któregośmy poprzednio zauważyli?
— Tak — odpowiedział. — Zajrzałem do wschodniej doliny; była pusta. Później do północnej: stamtąd nadciągali właśnie jacyś jeźdźcy, lecz widząc nasze konie, cofnęli się szybko.
— A więc są to dwa rozmaite oddziały, które wzajemnie o sobie nic nie wiedzą.
— Tak jest. Jeden przybył z północy, drugi ze wschodu; dążyli do jeziora, a widząc, że zajęte, wycofali się zpowrotem.
— Czy mój czerwony brat wie, co to za oddziały?
— Old Shatterhand wie również.
— Można się domyślić. To Wielkie Usta i Silny Bawół, każdy ze swymi wojownikami. Ale który nadciąga z północy, a który ze wschodu?
— Łatwo się dowiemy, gdy pójdziemy na zwiady. Ja na północ, brat mój na wschód. Jeszcze dziesięć minut, a zapadnie noc i będziemy mogli pójść.
Wróciliśmy do obozu, aby zjeść nasze porcje; a kiedy się zupełnie ściemniło, poszliśmy, nie zwracając niczyjej uwagi — Winnetou na północ, ja na wschód.
Wiedzieliśmy, że nieznani jeźdźcy wyślą również wywiadowców, aby się dowiedzieć, kto obozuje nad jeziorem. Istotnie, niewiele drogi uszedłem, kiedy dobiegł mię nieznaczny szmer potknięcia się o kamyk. Natychmiast przyległem i czekałem na wywiadowcę, który nie omieszkał się wnet ukazać. Nie widział mię, oczy miał utkwione przed siebie. Kiedy podszedł do mnie blisko, podniosłem się i w okamgnieniu oburącz schwyciłem go za gardło. Był to wyrostek indjański. Opadły mu ręce, a nogi trzęsły się pod nim ze strachu. Powaliłem go, mówiąc ściślej, pozwoliłem mu upaść, odebrałem nóż, który tkwił za pasem, rozluźniłem ucisk, aby złapał tchu, i rzekłem:
— Z jakiego jesteś szczepu? Mów prawdę, bo cię zakłuję własnym twoim nożem.
— Mim-bre-njo — wymamrotał, chwytając oddech.
Mógł mię okłamywać. Zapytałem więc:
— Kto was prowadzi?
— Nalgu Mokaszi.
— Dokąd jedziecie?
— Do Almaden; do Old Shatterhanda i Winnetou.
Puściłem go i rzekłem:
— Mów ciszej. Popatrz mi prosto w twarz. Czy znasz mię?
Uff! Old Shatterhand!
— Podnieś się; zaprowadzisz mię do Silnego Bawołu. Zwracam ci nóż.
Podniósł się i szedł za mną w milczeniu. Lecz niedaleko doliny zatrzymał się i odezwał:
— Old Shatterhand jest przyjacielem czerwonych i mistrzem w sztuce wojennej. Niechaj nie myśli, że każdy inny wojownik mógłby mnie podejść. Jeśli Old Shatterhand opowie wodzowi, że dałem się zaskoczyć i rozbroić, wódz odeśle mnie do kobiet, a wówczas utopię nóż we własnem sercu.
— W takim razie przemilczę. Ale pamiętaj, na przyszłość panuj nad przestrachem i nie ulegaj mu tak łatwo!
Kiedyśmy weszli do doliny, rozległo się ćwierkanie świerszcza. Towarzysz mój odpowiedział tem samem hasłem.
Wkrótce zbliżyliśmy się do ogniska. Dookoła siedzieli jacyś ludzie. Jeden z nich podniósł się i rzekł:
— Dwóch przyszło. Kim jest ten drugi?
— Old Shatterhand — odpowiedział Mimbrenjo.
— Old Shatterhand! Old Shatterhand! — rozniosło się dokoła lotem błyskawicy.
To pytał Nalgu Mokaszi, wódz Mimbrenjów, Podał mi dłoń i rzekł z radosnem zdziwieniem w głosie:
— A więc mój znakomity biały brat do nas przybył? Ulżyło mi na sercu, gdyż lękałem się o niego. Lecz skąd się bierze tutaj? Spodziewaliśmy się, że albo nie żyje, albo przebywa wpobliżu Almaden.
— Nie żyję? Wszyscy, którzy ze mną wyruszyli, czują się świetnie i nic złego nie zaznali. Wojownicy Mimbrenjów, a przedewszystkiem synowie Silnego Bawołu, trzymali się tak dziarsko, że zasługują na najwyższą pochwałę. Później opowiem o nich, o ich czynach znakomitych. Nasamprzód muszę wiedzieć, ilu wojowników przyprowadził Silny Bawół.
— Dwieście i kilka.
— Lecz co się stało z pochwyconymi Yuma, co się stało z Vete-ya? Czy zginęli z zaciśniętemi zębami, jak przystoi mężczyznom, czy też wydawali okrzyki bólu?
Pytałem o to rozmyślnie, aby ukarać go za niedawne podejrzenia, które powziął z powodu Vete-ya. Długo ociągał się z odpowiedzią, wreszcie rzekł:
— Wielki Duch nie życzył sobie, abyśmy napawali oczy widokiem śmierci tych psów. Oswobodził jednego z nich i przeciął pęta pozostałym. Uciekli, skradłszy nam wiele koni.
— Toż dopiero bohaterski czyn z waszej strony! Yuma długo będą boki zrywać. Jakże pienił się niedawno Silny Bawół, gdy pozwoliłem sobie rozmawiać z Vete-ya. Teraz on sam dozwolił uciec nietylko Vete-ya, ale wszystkim jeńcom. — Powróćmy jednak do rzeczy. Czy wiesz, gdzie szukać zbiega?
— Nie wiem, ale przypuszczam, że udał się do Almaden. Kiedy uciekł, wysłałem za nim natychmiast wszystkich wojowników, których miałem przy sobie. Sam zaś wróciłem po posiłki i po świeże konie. Teraz przybyłem tutaj, zabierając mu drogę. A więc Vete-ya znalazł się w potrzasku, pomiędzy dwoma naszemi oddziałami, które go wkrótce zgniotą.
— Bardzo roztropnie. Mogę ci oznajmić, że Vete-ya znajduje Się niedaleko stąd, w północnej dolinie.
— A więc natychmiast musimy tam się udać.
— Nie śpiesz się, wszak muszę ci opowiedzieć przebieg naszej wyprawy.
Opowiedziałem bardzo pobieżnie, w ogólnych tylko zarysach. Otaczali nas wojownicy, przysłuchując się z zapartym tchem. Wódz od czasu do czasu wydawał okrzyki zdumienia, kiedy zaś skończyłem, zawołał:
— Mniej niż pięćdziesiąt naszych wojowników dokonało tych czynów! Słuchajcie wy, mniej niż pięćdziesiąt! A między nimi moi obaj malcy!
Nie wyszczególniłem kto czego dokonał, lecz mówiłem ogólnikowo: my. Stąd ta duma wodza, który przypisał wszystkie niezwykłe czyny swoim wojownikom.
— A więc Przebiegły Wąż i jego trzystu wojowników obozują w kotlinie wraz z moimi braćmi? Co za przypadek! Gdybyś z nimi nie zawarł pokoju, mielibyśmy jeszcze przed świtem wszystkie ich skalpy.
— Mam nadzieję, że uszanujesz umowę, którą z nimi zawarłem. Skalpy i tak cię chyba nie miną.
— W jaki sposób?
— Mówiłem wszak, że wpobliżu obozuje Vete-ya. Na pewno się rozsierdzi, kiedy posłyszy o umowie Przebiegłego Węża. Przypuszczam, że nie zgodzi się na przyjaźń z nami. Wówczas niechybnie dojdzie do rozprawy orężnej.
— Jak się wobec tego zachowa Przebiegły Wąż?
— Ten sojusznik jest uczciwym człowiekiem i nie zawiedzie naszych nadziei. Mniej pewni są jego ludzie, zwłaszcza tych czterdziestu, których pojmaliśmy do niewoli. Trzeba poczekać na rozwój wypadków. Chwilowo muszę się naradzić z Winnetou, który ruszył na zwiady do obozu Vete-ya. Później pchnę do ciebie wysłańca z rozkazami. Musisz je starannie wykonać. W każdym razie możemy spokojnem okiem spoglądać w przyszłość, gdyż mamy oczywistą przewagę nad Yuma. Jeśli nawet zgromadzili siły znaczniejsze, to my mamy więcej broni palnej. Na dobitek w naszych szeregach znajdą się wojownicy, z których każdy jest więcej wart, niż dziesięciu, a nawet więcej wrogów. Taraz odchodzę. Bądźcie gotowi!
Kiedy wróciłem do obozu, zastałem już Winnetou, który wszak przebył odległość znacznie większą, większą nawet, niż przypuszczałem. Przylegliśmy obok siebie, aby nikt nas nie mógł podsłuchać, i zdawaliśmy sobie relacje z odbytych wycieczek. Okazało się, że Winnetou był nie tylko w obozie Yuma, ale również w obozie Mimbrenjów, którzy ścigali Veta-ya i następowali na tyły Yuma. Otóż, kiedy podkradł się pod obóz Yuma, natrafił na wywiadowcę, który okazał się Mimbrenjem i zaprowadził go do obozu, rozbitego w odległości tysiąca kroków od nic nie podejrzewających wrogów.
Poleciwszy Mimbrenjom spokojnie leżeć i czekać na jego rozkazy, Winnetou wrócił do obozu.
— Musimy teraz zastanowić się — rzekłem. — Jeżeli Vete-ya, skłania się ku pokojowi, tem lepiej. Jeżeli nie — przekonamy go, że nie mamy powodu się lękać.
— Nie zechce pokoju. Zabiłeś jego syna. Możeby się zgodził na pokój z Mimbrenjami, ale z tobą — nigdy.
— Tem gorzej dla niego. Okrążymy go, zanim się rozwidni. Uważam, że...
W tej chwila rozległ się głośny okrzyk. Jakiś Indjanin wyszedł z zagajnika i z wesołemi okrzykami zbliżył się do Przebiegłego Węża, który spoczywał na brzegu jeziora. Był to wywiadowca Vete-ya, a miał wybadać, kto zajął kotlinę. Na widok swoich braci opuścił kryjówkę i podbiegł do przywódcy. Obydwaj rozmawiali żywo. Po chwili stanęli obok mnie i Winnetou. Wywiadowca obrzucał nas ponurem wejrzeniem. Przebiegły Wąż oświadczył:
— Wojownik Yuma melduje mi, że Vete-ya przybył tutaj i chce wiedzieć, kto obozuje nad wodą. Ponieważ jest naczelnym wodzem naszego plemienia, przeto muszę go zaprosić wraz ze wszystkimi wojownikami. Cóż myślą o tem moi bracia?
Czy powiedziałeś wywiadowcy, — zapytał Winnetou — że zawarliśmy pokój?
— Tak.
— Wierzymy, że nie zawiedziesz naszego zaufania. Ale nie wiedząc, czy Vete-ya pragnie pokoju, czy wojny, musimy być ostrożni. Owszem, niech przyjdzie ze swoimi ludźmi. Pozwalam mu zająć połowę brzegu aż do buku, pod którym spoczywałeś. Rozniećcie tam ogień, aby Vete-ya mógł się rozejrzeć dokoła. Howgh.
Przebiegły Wąż udzielił posłańcowi dodatkowych wskazówek, odesłał go, poczem oświadczył:
— Cokolwiek Vete-ya postanowi, na mnie możecie polegać.
— Ale twoi wojownicy?
— Większość jest pewna. W potrzebie obronimy was przed Wielkiemi Ustami.
— Zwołaj swoich ludzi; wypytaj ich dokładnie. Chcemy wiedzieć, czego się po nich spodziewać.
Szczególna i naprężona była nasza sytuacja. Proszę sobie wyobrazić jezioro o średnicy dwustu kroków, buk, o którym mówił Winnetou, wznosił się pośrodku jego południowej części. Stąd na zachód połowa jeziora i brzegu miała należeć do Yuma, na wschód — do nas. Po naszej stronie oddawna paliło się ognisko — teraz oświetlono również połać Yuma. Przezorny cel tego zarządzenia już wkrótce miał się okazać. Nasi Yuma zaczęli przechodzić na swój teren, my zaś pozostaliśmy na swoim, w położeniu dość niebezpiecznem. Nasza garstka, składająca się z niewielu Mimbrenjów oraz białych, byle jak uzbrojonych, obarczonych dziećmi i kobietami, miała naprzeciw siebie trzystu czterdziestu wojowników, do których wnet miał przyłączyć się Vete-ya z siłami zbrojnemi. Lecz dodawała nam otuchy pewność, że za nami stoi przemożna pomoc.
Należało zawczasu ukryć konie w miejscu bezpiecznem. Gdy doszliśmy z niemi do ciemnego zakątka za drzewami, rzekł do mnie Apacz:
— Mój brat weźmie ze sobą kilku ludzi i odprowadzi konie do Nalgu Mokaszi. Za kwadrans, a więc zanim nadejdzie Vete-ya, będziecie zpowrotem. Ja tymczasem wyślę gońca do Mimbrenjów, którzy rozłożyli się na tyłach Yuma. Niech Silny Bawół puści pod należytym nadzorem konie na łąkę i, skoro tylko Vete-ya tutaj przybędzie, niech szybko się do nas przybliży. Po drodze spotka Mimbrenjów, których sprowadzam przez gońca. Nalgu Mokaszi ma gęsto obstawić kotlinę. A niech się zachowuje tak cicho i spokojnie, aby go Yuma nie spostrzegli. Musimy się jeszcze umówić co do hasła. Zgódźmy się na okrzyk wojenny Siuxów. Skoro go usłyszą, mają w mig ruszyć ku zachodniemu wybrzeżu jeziora i zwalić się na łby wojowników Vete-ya. My natomiast, wraz ze wszystkimi Yuma, którzy dochowają nam przymierza, będziemy po stronie wschodniej. Jeśli hasła nie usłyszy, będzie to oznaka pokoju, w takim wypadku niech Mimbrenjowie spokojnie czekają do rana na swoich stanowiskach.
Był to najlepszy z planów, jakie się nastręczały. Zabrałem ze sobą, jako eskortę przy wierzchowcach sześciu Mimbrenjów, między nimi obu młodych braci. Byli radośnie zdumieni, dowiedziawszy się, że rychło zobaczą ojca. Przybyliśmy wnet do Silnego Bawołu. Chciał synów zatrzymać przy sobie, lecz dzielni chłopcy tak długo prosili i nalegali, póki nie zezwolił im na powrotną drogę. Odbyliśmy ją pieszo.
Yuma nie spostrzegli naszej wycieczki. Na ich terenie płomień ogniska buchał teraz jarko, podczas gdy na naszym nikł coraz bardziej. Winnetou chętnie pozwoliłby mu wygasnąć do reszty. Oddalił się od jeziora — poszedł na północ wybadać sytuację. Wszak Vete-ya mógł nie uszanować umowy i napaść nas raptownie. Trzeba więc było zawczasu o tem się dowiedzieć.
Tak nam upływał czas do chwili, gdy rozległ się tupot koni i głośne nawoływania. Ukryliśmy się za drzewami, aby obserwować wrogów. Winnetou podszedł do nas i oznajmił:
— Vete-ya przybył. Zgodnie z umową zajmuje zachodnie wybrzeże. Wkrótce będziemy go mogli zobaczyć.
Wnet potem na zachodniem wybrzeżu zaroiło się od ludzi; na terenie naszym nie widać było nikogo, ponieważ ukryliśmy się za drzewami, słabo oświetlonemi błyskami gasnącego ogniska. Natomiast po przeciwnej stronie było tak jasno, że widzieliśmy dokładnie wodza, rozmawiającego z Przebiegłym Wężem. Chwilami dobiegały gniewne dźwięki jego mowy, jednakże nie mogliśmy rozpoznać słów poszczególnych. Słyszeliśmy również głos Przebiegłego Węża. Dowodziło to, że broni się z równą mocą i energją, z jaką tamten napiera.
W tym czasie wrócił wysłaniec Winnetou. Znalazł Mimbrenjów i przyprowadził ich wpobliże. Po drodze spotkali się z oddziałem Silnego Bawołu i rozległym pierścieniem okrążyli jezioro. Teraz mogliśmy ze
spokojem oczekiwać dalszych faktów, ponieważ musiały wypaść dla nas pomyślnie.
Obaj naczelnicy Yuma usiedli przy ognisku, otoczeni zwartem kołem najstarszych wojowników. Radzono. Mogliśmy cierpliwie czekać — nam nie było śpieszno. Ale Silnemu Bawołowi widocznie czas dłużył się zanadto. Przybiegł bowiem, wbrew mojemu zakazowi, dowiedzieć się o stanie rzeczy. Ofukałem go należycie i przepędziłem napowrót, obawiałem się bowiem, że Yuma mogą go spostrzec.
Narada trwała przeszło dwie godziny; prowadzona była żywo i namiętnie. Wkońcu — ujrzeliśmy — podniósł się Przebiegły Wąż i podszedł do naszego obozu.
— Moi bracia — rzekł — mają przyjść do nas, aby się dowiedzieć, jaką powzięliśmy uchwałę.
— Możesz nam zmiejsca zakomunikować — odparłem.
— Nie mogę. Vete-ya chce wam ją oznajmić osobiście.
— Nie mamy nic przeciwko temu. Owszem, niech przyjdzie.
— Czy moi bracia nie mają zaufania?
— Naturalnie.
— Mnie możecie w każdym razie ufać.
— Ilu cię poprze wojowników?
— Połowa oddziału. Pozostałych zabrał mi gniew Vete-ya.
— Czy sądzisz, że dojdzie do walki?
— Tak, jeśli nie zgodzicie się na warunki Vete-ya.
— Gotowiśmy ich wysłuchać, ale nie godzimy się pójść po nie, tem bardziej, że nie uważamy Vete-ya za człowieka honoru.
— Ale on tu nie przyjdzie.
— Więc niech siedzi na grzędzie, dopóki nie zmądrzeje, na co może czekać wiele zim i wiele wiosen. Powtórz mu to w naszem imieniu.
Takie rozstrzygnięcie nie było po jego myśli. Zastanowił się, szukając pośredniego wyjścia.
— Wyjdziecie na pół drogi, jeśli i on pół przejdzie?
— Owszem. Spotkajmy się pod bukiem, ale bez broni. Ja przyjdę z Winnetou, on zaś z tobą. Po dwóch z każdej strony.
Przebiegły Wąż wrócił do swoich i spierał się pół godziny z Vete-ya. Przybiegł powtórnie, aby nas zawiadomić, że wódz Yuma przez wzgląd na godność swego urzędu musi przyjść w towarzystwie co najmniej sześciu łudzi.
— Dwóch z naszej i dwóch z waszej strony, nie więcej. Powiedz mu to stanowczo! Nie ruszymy z miejsca, póki nie dojdzie do drzewa.
Przebiegły Wąż musiał jeszcze parę razy odbyć wędrówki między naszemi obozami, zanim się stary nie poddał. Podeszli do wskazanego buku i usiedli. Ponieważ nie wątpiliśmy, że Yuma nie pozbędzie się noża, przeto, wbrew warunkom spotkania, każdy zabrał ze sobą rewolwer.
Vete-ya przyjął nas nienawistnem spojrzeniem. Gdy usiadłem przy nim, cofnął ze wstrętem róg pledu, który go okrywał, aby się uchronić przed mojem dotknięciem. Patrzał ponuro przed siebie, pewien, że my zaczniemy pertraktacje. My jednak chcieliśmy zostawić ten zaszczyt jego wysokiej godności. Od czasu do czasu podnosił głowę i przebijał nas ostrem, jak sztylet, spojrzeniem. Ponieważ nas ani przewiercił, ani skłonił do rozpoczęcia, więc nagle wybuchnął ochryple:
— Moje uszy są otwarte, a więc mówcie!
Nie odpowiedzieliśmy, ani ja, ani Winnetou. Po chwili Vete-ya odezwał się z pogróżką:
— Jeśli nie będziecie mówić, każę was wystrzelać! Wówczas Winnetou wskazał mu na nasz teren, do którego Yuma siedział tyłem. Odwrócił się i zobaczył Mimbrenjów, leżących rzędem z wycelowanemi w niego strzelbami.
— Uff, uff! Cóż to takiego? — krzyknął. — Chcecie mnie zabić?
— Nie — odpowiedział Winnetou. — Lecz strzelby będą wpogotowiu dopóki nie wrócimy; więcej nie mam ci nic do powiedzenia.
Nie jest rzeczą miłą mieć za sobą przeszło czterdzieści luf, wycelowanych w plecy. Znać też było po Vete-ya, że siedzi jak na szpilkach. Aby skrócić trwanie tej niewygodnej sytuacji, zdecydował się rozpocząć pierwszy:
— Winnetou i Old Shatterhand są w mojem ręku. Dzień dzisiejszy będzie ich ostatnim.
— A Vete-ya wpadł w nasze sidła. Jeszcze w ciągu tej godziny wyniesie się na tamten świat. Skoro ten dzień ma być naszym ostatnim, to wyślemy ciebie na wyprzodki.
— Przeliczcie swoich ludzi, a naszych! Po czyjej stronie przewaga?
— Winnetou i Old Shatterhand nigdy nie liczą wrogów. Wszystko im jedno, jeden, czy dziesięciu. Niech Vete-ya liczy.
— Zmiażdżymy was!
— Czy zmiażdżyliście w Almaden, gdzie było nas czterdziestu przeciw trzem secinom?
— Mnie tam nie było! Zbadam jeszcze tę sprawę. Kto okazał się jak tchórz, ten zostanie przepędzony z szeregów.
Ostatnie słowa skierowane były pod adresem Przebiegłego Węża; to też odpowiedział zaciekle:
— Kto jest tchórzem? Gdybyś nie wiązał się ze zdrajcami, nie bylibyśmy narażeni na twoje obelgi!
— Milcz! Pomówię z Meltonem i dowiem się, kto w tej sprawie zawinił.
— Nie będziesz z nim mówił. Melton jest moją własnością i nikt bez mego pozwolenia słowa z nim nie zamieni.
— Nawet ja, twój zwierzchnik?
— Nawet ty! Nie jesteś moim zwierzchnikiem. Tyś taki sam naczelnik, jak ja, a tylko dlatego, żeś starszy, oddano ci przewodnictwo. Ale nikogo nie możesz zmusić do posłuszeństwa. A obelgę oddam pod rozpatrzenie najstarszych wojowników naszego plemienia. Jeśli zaś jeszcze raz ją powtórzysz, zakłuję cię zmiejsca!
Stary udał, że nie słyszy, i zwrócił się do mnie:
— Powtarzam, że wpadliście w moje ręce. Wszyscy, którzy wam towarzyszą, są również zgubieni. Jedna jest tylko droga ocalenia: ty i jeden z synów Nalgu Mokaszi wydacie się w nasze ręce, aby wnet zginąć przy palu.
— Jeśli się zgodzę, co czeka moich towarzyszy?
— Będą mogli iść sobie obraną drogą.
— Czy żądasz czego jeszcze?
— Wszystko, co mają przy sobie twoi towarzysze. ich konie, a także konia i srebrną rusznicę Winnetou.
— Słuchaj, mój bracie czerwony. Przyznaję, że błędnie cię osądziłem, uważając za durnia, widzę bowiem teraz, że jesteś starym wygą, kutym na cztery kopyta. Ale, czy nie zechciałbyś nas spytać, jaka nasza wola?
— Wy? Cóż wy możecie chcieć?
— Przedewszystkiem twojej osoby, ponieważ z Meltonem zmówiłeś się przeciw moim białym braciom, ponieważ spaliłeś hacjendę del Arroyo. Zatem chcemy mieć ciebie, twoim ludziom zaś pozwolimy pójść sobie obraną drogą.
— Czy sępy mózg wydłubały ci z czaszki? Jakże możecie stawiać warunki, skoro jesteście w mojej mocy?
— Takie gadanie do niczego nie doprowadzi. Ty myślisz, że nas masz w ręku, my — że mamy ciebie. Kończę naradę.
Z temi słowy podniosłem się, zamierzając odejść. Vete-ya krzyknął:
— Stój, nie skończyliśmy! Posłuchajcie jeszcze jednego słowa: daję wam pół godziny do namysłu. Jeżeli po upływie tego czasu nie wydacie nam Old Shatterhanda i Mimbrenja, natrzemy na was i wytępimy co do nogi.
Nie mieliśmy zamiaru na to odpowiadać. Wówczas podniósł się Przebiegły Wąż i oświadczył:
— Jestem Przebiegły Wąż i nigdy nie złamałem danego słowa; dotrzymam także układu, który zawarłem z tymi mężami.
— Jakże go chcesz dotrzymać — rzekł staruch — skoro ja go unieważniam?
— Tego nie możesz uczynić. Ja układ zawarłem i ja jeden mogę uznać jego ważność, czy nieważność.
Vete-ya skoczył i, tupiąc nogą, zawołał:
— Ja go ogłaszam za nieważny! Kto się ośmieli powstać przeciwko Vete-ya?
— Ja się ośmielę, ja, Przebiegły Wąż. Moi wojownicy wypalili z białymi przyjaciółmi kalumet, kalumet z gliny, którą, narażając się na niebezpieczeństwa i dochowując przepisanych obrzędów, wydobyłem ze świętego łomu. Każde pociągnięcie z kalumetu jest przysięgą, której nie wolno łamać. Kto ją naruszy, nigdy nie wejdzie do wiecznych ostępów, jeno jako cień będzie się błąkał dookoła ich bram.
— Nazywasz tych obcych przyjaciółmi? A może bierzesz ich w obronę?
— Tak. Będę ich bronił do ostatniej kropli krwi.
— Będziesz więc walczył ze mną i z moimi wojownikami, którzy są twoimi braćmi?
— Kto mnie zmusza do złamania przysięgi, ten przestał być moim bratem, ten obraża mnie i kala wszystkich mężów mego plemienia. Słuchajcie, wojownicy, których jestem wodzem! Vete-ya nazwał nas tchórzami! Czy ścierpicie tę obrazę? Żąda od nas, abyśmy złamali kalumety, które są najcenniejszym naszym dobytkiem. Żąda, abyśmy znieważyli nasze leki krzywoprzysięstwem. Czy chcecie się na to zgodzić?
Krzyczał tak głośno, że słychać było na najdalszą odległość. Odpowiedziało mu milczenie. Nie przytaknięto mu, ani zaprzeczono. Wówczas dodał:
— Tu stoi Winnetou, tu stoi Old Shatterhand. Czy słyszeliście, aby który z nich złamał kiedy słowo? Czy mają o nas mówić, że jesteśmy kłamcami? Old Shatterhand wydobył mię z szybu, w którym miałem zmarnieć. Uczynił to, mimo że byłem jego wrogiem; mam-li zdradzić go, mimo że jestem jego przyjacielem? Czy wasz wódz powinien być kłamcą, czy uczciwym człowiekiem, którego słowu można zawierzyć? Rozstrzygnijcie! Teraz pójdę z Winnetou i jego białym przyjacielem. Za mną, w kim serce i rozum! Lecz kto kocha się w kłamstwie, kto znosi, gdy go tchórzem przezywają, ten może zostać przy Vete-ya. Ja powiedziałem, a wy czyńcie, jak uważacie. Skoro Vete-ya zemsty poszukuje na Old Shatterhandzie, niech się z nim rozprawi w uczciwej walce, jeśli jest mężny. Powiedziałem swoje, a wy słyszeliście. Howgh.
Wziął nas pod ręce i wróciliśmy do siebie. Mowa jego wywarła wrażenie wprost oszałamiające, owocniejsze, niż się mogłem spodziewać. Albowiem wszyscy jego ludzie poszli za nami; nie sądzę, aby choć jednego zabrakło. Jedno nieopatrzne słowo — tchórz — poszło na szkodę staremu wodzowi.
Vete-ya stał, jak skamieniały. Wreszcie wrócił do swego ogniska. Po chwili zawrzało tam, jak w ulu. Widzieliśmy, jak wojownicy starali się nakłonić do czegoś Vete-ya. Trwało to przeszło dwie godziny, poczem jeden ze starszych wojowników podszedł do buku, zatrzymał się i zawołał głośno:
— Słuchajcie, wojownicy Yuma i Mimbrenjów! Tu stoi Długa Noga, który wiele lat i zim stąpał przez życie i który dobrze wie, jak się odważny wojownik powinien zachować w każdym wypadku. Vete-ya, słynny wódz Yuma, stracił swego syna od kuli Old Shatterhanda. Ta krew musi być pomszczona. Old Shatterhand przestrzelił Vete-ya rękę. I to musi być odkupione. Słuchajcie jeszcze, wojownicy! Przy Old Shatterhandzie znajduje się chłopak Mimbrenjo, zwany Yuma Shetar. To imię jest obrazą dla całego naszego plemienia i tylko śmiercią może być zmazane. Musimy tedy zabić Old Shatterhanda i chłystka, gdziekolwiek ich spotkamy. Lecz wypalili oni fajkę pokoju z wojownikami Przebiegłego Węża i stali się ich braćmi. Wskutek tego nie powinniśmy ich zabijać, a zatem zbrodnie ich pomścić należy w pojedynku. My jesteśmy obrażeni, my więc wybierzemy rodzaj broni i sposób walki. Ponieważ Vete-ya rękę ma zranioną i walczyć nie może, więc musi go ktoś zastąpić. Wzamian pozwolimy zastąpić Yuma Shetara przez jego małego brata. Jeśli kto pragnie walczyć za Vete-ya, niech się do nas zgłosi.
Skończywszy przemowę, cofnął się szybko. Posłałem natychmiast po Silnego Bawołu. Nie chcąc jednak, aby ktokolwiek z Yuma go widział, kazałem sprowadzić wodza do mrocznego zakątka, gdzie nikt nie mógłby go poznać. Rychło przybył; dowiedziawszy się o propozycji Vete-ya, odpowiedział spokojnie:
— A więc to był ten głos, który aż do nas dotarł?
— Kazałem ci przyjść, aby się dowiedzieć, czy syn twój ma przyjąć wyzwanie.
— Ależ naturalnie! Czy powinien Mimbrenjo powiedzieć o sobie, że się uląkł Yuma?
— Twoi synowie są jeszcze młodzi. Dostaną krzepkiego i doświadczonego przeciwnika.
— Tem gorzej dla Yuma. Będziemy mogli o nich mówić, że ich dorośli wojownicy nie dorastają naszym chłopcom.
— Jesteś więc pewny zwycięstwa?
— Żaden Yuma nie pokona mego syna!
— Który ma walczyć, Yuma Shetar, czy jego brat?
— Jego brat, aby mógł sobie zdobyć imię.
— Pozostań tutaj w ukryciu; nikt nie powinien cię poznać.
Wróciłem do obozu. Chłopcy nie zdradzali najmniejszego śladu wzruszenia.
— Rozmawiałem z waszym ojcem — rzekłem. — Co zamierzacie?
— Walczyć — odpowiedział młodszy. — Pragnę zdobyć imię. Mój brat odstąpił mi prawa walki.
Cisza panowała w naszym obozie. Koło godziny pierwszej wrócił do buku Długa Noga i oznajmił:
— Na radzie starszych postanowiono co następuje: — Pierwszy walczy Old Shatterhand, później dopiero Mimbrenjo. Old Shatterhand będzie się bił na oszczepy. Przeciwnik nie jest jeszcze wyznaczony, przeto sposób walki omówimy później. Zapasy z Mimbrenjem odbędą się w wodzie na noże. Jego przeciwnik — to Czarny Bóbr. Walka trwa do ostatniego tchnienia I tylko zwycięzca ma prawo wyjść z wody. Skończyłem.
Podziwiałem chytrość Yuma. Imię Czarny Bóbr naprowadzało na domysł, że ten, kto je nosi, czuje się w wodzie jak w swoim żywiole. Ja zaś miałem walczyć na oszczepy, a więc według zdania czerwonych, na broń mi nieznaną. Ale byli w błędzie. Winnetou, niezrównany mistrz we władaniu oszczepem, zadawał sobie niegdyś ze mną tyle mitręgi, że wkońcu nauczyłem się tej trudnej sztuki.
Byłem tylko niespokojny o malca, który z całą naiwnością uśmiechał się do mnie, nie odczuwając żadnej trwogi.
— Czy mój młody brat — zapytałem — jest dobrym pływakiem?
— Zawsze najchętniej przebywałem w wodzie.
— Pluskać się w wodzie, a walczyć w niej na noże — to nie jest to samo.
— Nieraz walczyłem tak z bratem.
— Nie bądź zbyt pewny siebie. Czarny Bóbr ma groźne imię. Posiada z pewnością wielką wprawę w tego rodzaju walce. Jednakże przebiegłość nieraz bardziej się przydaje, niż biegłość. Twój przeciwnik jest na pewno od ciebie mocniejszy — musisz tę przewagę wyrównać podstępem. Przedewszystkiem, w żadnym razie nie daj się przez niego schwytać, bo niechybnie zginiesz. Czy znasz roślinę, którą nazywacie sika?
— Tak; rośnie w wielkich ilościach u brzegu i między krzewami.
— Łodyga jej jest wewnątrz pusta i tworzy doskonałą, rurę. Zwróć na to uwagę.
Spojrzał na mnie zdziwiony — nie zrozumiał.
— Doskonała rura do oddychania. Byłem ongi ścigany przez Komanczów. Schroniłem się w rzece. Pogrążony po głowę, stałem długie godziny, oddychając tylko przez rurkę sika. Ale pamiętaj — kaszlać nie wolno. Tkwiąc w wodzie koło brzegu i posługując się sika, możesz z całym spokojem oczekiwać wroga. Wszak uczono cię mieć oczy otwarte we wodzie?
— O taki Gdy woda jest jasna, widać wszystko w promieniu wielu kroków.
— To wystarczy. Jest jeszcze wiele rodzajów podstępu. Ale w pojedynku należy walczyć uczciwie. Dałem ci tę wskazówkę tylko dlatego, że jesteś jeszcze chłopcem, twój przeciwnik zaś dorosłym mężczyzną.
Po chwili oddalił się Mimbrenjo; widziałem, jak odciął kilka łodyg sika i zniknął z bratem w krzakach. Idąc za nimi, stwierdziłem, że Yuma Shetar wcierał mu w ciało oliwę, czy tłuszcz, z którym się Indjanin nigdy nie rozstaje.
Znowu upłynęło sporo czasu bez żadnego incydentu. Wreszcie Długa Noga podszedł po raz trzeci do buku i oznajmił:
— Słuchajcie wojownicy, co postanowiono na radzie starszych! Krew, którą Old Shatterhand przelał, jest krwią syna wodza, więc wymaga podwójnego okupu. Przeto Old Shatterhand powinien walczyć nie z jednym, lecz z dwoma naraz. Każdy otrzyma pięć oszczepów, odległość między walczącymi — trzydzieści kroków. Oszczepy mają być rzucane. Nikomu nie wolno opuszczać stanowiska, wolno tylko cofać się o jeden krok wprzód, wtył, lub w lewo. Tarcze są wzbronione. Kto wyzbędzie się wszystkich oszczepów, musi stać na miejscu, dopóki przeciwnik nie wyrzuci swoich. Rana nie kładzie kresu walce, jedynie śmierć może ją zakończać. Old Shatterhand bedzie walczył z Długiemi Włosami i Mocnym Ramieniem. Niechaj przyjdzie po swoje oszczepy!
Nie ruszyłem się z trawy, w której spoczywałem. Szubrawcy zachowywali się tak, jakgdyby ich rzeczą było się rozporządzać, a naszą — potulnie słuchać. Obaj moi przeciwnicy stali już z bronią w ręku. Wykonali wyzywający ruch i zawyli przeraźliwie. Kiedy i to nie poskutkowało, podszedł Długa Noga do brzegu i zawołał:
— Dlaczego Old Shatterhand nie nadchodzi? Czy z lęku zesztywniały mu nogi? Tutaj stoją mężni wojownicy, którzy go oczekują.
Leżałem z niewzruszonym spokojem. Przeczekał dziesięć minut, poczem krzyknął:
— Jest tak, jak rzekłem. Old Shatterhand nie ma odwagi. Wlazł w trawę i ukrył się za krzewami. Hańba! Czyż nie wie, co przystoi wojownikowi?
Wówczas wystąpił Winnetou i zawołał:
— Jaka to żaba wylazła z wody, aby nam skrzeczeć nad uchem? Old Shatterhand jest najodważniejszym wojownikiem sawany! Kto śmie wątpić o jego męstwie? Imię jego znane w całej prerji, we wszystkich górach i dolinach. Kto jednak słyszał kiedyś o jakiejś Długiej Nodze? Cóż to za człowiek i czego dokonał? Czy może mi kto powiedzieć? Jakże śmie ten osobnik zawezwać do siebie Old Shatterhanda? Jak śmie nam narzucać przeciwników i sposób walki? Czy ktoś z was odważył się wystąpić w pojedynku przeciw Old Shatterhandowi? Żaden. Zęby wam szczękały ze strachu. Postanowiliście tedy we dwóch stawić mu czoło i wybraliście broń, którą zapewne nie włada. Bo któż widział Old Shatterhanda z oszczepem? Wstyd i hańba wam! Wy, którzy nie wstydzicie się walczyć z chłopcem, nie mającym jeszcze imienia, jesteście warci, aby wam stare kobiety napluły w twarz, aby was wypędzono z obozu! Nie wiecie nawet, jak ma się odbywać pojedynek i co mu powinno towarzyszyć. Czy jesteśmy chorymi bizunami, abyśmy pozwolili się pożerać przez stado kujotów? Pragniecie zemsty, chcecie walki — dobrze, ale musi to być walka uczciwa. Dwóch wodzów będzie nad nią czuwać: ja i Vete-ya. Chcę obejrzeć oszczepy i zbadać, czy aby jeden nie jest mocny i giętki, a drugi spróchniały i kruchy. I nie na waszym terenie będzie się odbywała walka, lecz na pograniczu, koło buku. Wielkie Usta i ja odliczymy trzydzieści kroków. Będziemy asystowali i, skoro kto wykroczy przeciw tym zarządzeniom, położę go trupem na miejscu. Tak ma być. Wódz niech mi odpowie, czy się godzi, czy nie, — wódz, a nie kto inny, bo kto podnosi głos wobec Winnetou, musi być mężem. Powiedziałem, ja, wódz Apaczów. Teraz niech się odezwie Vete-ya, jeśli ze strachu głos mu nie uwiązł w gardle. Howgh.
Po dłuższem milczeniu, odpowiedział Vete-ya:
— Przyjmujemy warunki Winnetou. Niech podejdzie do buku, tam się z nim spotkam.
Winnetou podszedł do buku. Przyniesiono piętnaście oszczepów. Apacz zbadał je dokładnie i odrzucił słabsze. Odmierzono dystans. Długie Włosy i Mocne Ramię stanęli na wyznaczonych posterunkach w odległości trzech kroków od siebie. Vete-ya usadowił się przy nich z pistoletem w ręku, aby mnie zakatrupić przy najmniejszem wykroczeniu. Wreszcie wezwano mnie na stanowisko. Nieopodal Winnetou trzymał wpogotowiu srebrną rusznicę. To, co ci ludzie nazwali walką, mogło się rozpocząć.
— Czy chciałbyś, abym nie poskąpił im nauczki? — zapytałem Winnetou na stronie.
— Tak; zasługują na to, łajdacy. Znasz mój rzut podwójny. Jeden dla zamydlenia oczu, a wlot za nim drugi — celny.
Podniosłem z ziemi pięć oszczepów. Leciutkie były i cienkie. Winnetou dał znak do rozpoczęcia. Odwróciłem się nieco i udawałem, że patrzę na jezioro, aczkolwiek nie spuszczałem z oka przeciwników. Za nimi płonęło ognisko; za mną było ciemno. Ja przeto mogłem widzieć ich oszczepy o wiele lepiej, niż oni moje.
Upłynęło pięć minut, a nikt z nas się nie poruszył. Moi zapaśnicy poczynali się niecierpliwić. Ja atoli czekałem, pomny przestrogi, że kto utraci wszystkie dzidy, musi stać na miejscu, dopóki przeciwnik nie wyrzuci swoich. Chciałem pozostawić tę przyjemność wrogom, chciałem ich nabawić śmiertelnego strachu.
Znów upłynęło pięć minut. Wreszcie zniecierpliwiony, Długie Włosy odstąpił wtył i cisnął. Odsunąłem się o krok; oszczep przemknął koło mnie ze świstem. Następnie rzucił Mocne Ramię raz i drugi, i znów Długie Włosy raz — bez skutku. Pozostały im po trzy oszczepy. Zaczęli się wzajemnie obsypywać wyrzutami, wobec czego rzekłem:
— Wojownicy Yuma są dziećmi, które nie mają doświadczenia i nie potrafią myśleć. Celują znośnie, ale to jeszcze nie wystarczy, aby we mnie ugodzić.
— Czyżby? — szydził Mocne Ramię. — Wiemy doskonale, że Old Shatterhand nie umie władać oszczepem, aczkolwiek jest mistrzem w innych rodzajach walki. Mój następny rzut przewierci go na wylot. Czy ma jakieś życzenie przedśmiertne?
— O, tak! Życzę sobie, abyś w spadku po mnie wyciął Długim Włosom dziesięć dziarskich policzków i aby on ci je oddał zpowrotem. I niech to powtarza się dziesięciokrotnie, aby każdemu z was dostało się po setce.
— Dostanie się tobie, i to natychmiast Chwytaj!
Złość wzmogła jego siłę, ale pozbawiła go spokojnego celu i rzutu. Oszczep przeszył powietrze ze świstem. Ten sam skutek odniósł porywczy rzut Długich Włosów.
— Powiedziałem wam już, że jesteście dziećmi, które wpadają w gniew i nie panują nad czynem. Powiem wam, co należy robić: czemu rzucacie pojedynczo? Wszak łatwiej mi uniknąć jednego oszczepu, aniżeli dwóch naraz.
— Uff! — krzyknął Długie Włosy.
— Uff! — krzyknął Mocne Ramię.
Spoglądali po sobie ze zdumieniem: myśl, tak prosta, tak zrozumiała, nie wpadła im do głowy. Wprawdzie nie powinienem był jej podsunąć, ale bezgranicznie ufałem ich tępocie. Umiałem dać sobie radę z dwoma oszczepami, rzuconemi naraz: przed jednym należy się usunąć, a drugi — odparować. Oczywiście, gdybym miał przeciwników sprawnych i doświadczonych, którzyby celowali w jeden punkt, w głowę, lub pierś, i rzucili nie naraz lecz z drobnym odstępem czasu, o, wówczas nie uszedłbym zguby.
Lecz moi zapaśnicy nie obrali sobie nawet wspólnego celu. Odstąpiłem o krok przed jedną dzidą i odparowałem drugą. Rozwścieczeni, powtórzyli manewr — z tym samym skutkiem. Wyrzucili ostatnie oszczepy i stali bezbronni, podczas gdy ja zachowałem wszystką broń.
Winnetou podszedł do nich, aby ich zmusić w razie potrzeby do wytrwania na miejscu.
— Teraz wojownicy Yuma — rzekłem — dowiedzą się, czy władam tą bronią. Postąpiliście względem mnie nieuczciwie, ale nic wam to nie pomogło. Nawet mój brat Winnetou nie dostrzegł waszej nieuczciwości, aczkolwiek rzucała się poprostu w oczy.
— Nieuczciwość? — zapytał Apacz. — Jaka? Nie mam najmniejszego pojęcia.
— Dziesięć oszczepów było przeciw mnie jednemu, ja zaś mam tylko pięć przeciw dwom.
— Uffl To prawda — zawołał, zdumiony.
— Oblicz. Oni mieli dziesięć przeciw mnie. Ja mam po dwa i pół przeciw każdemu z nich. Rzecz jasna, że byli poczterykroć uprzywilejowani. Czy to słuszne?
— Nie. Ale nikt o tem nie pomyślał.
— Ja o tem pomyślałem, ale nie wspominałem nawet, wiedząc, że i z tym przywilejem sobie poradzę. Zaczynam!
Mierzyłem w drzewo, które wznosiło się z lewej strony za moimi przeciwnikami. Obrałem sobie za cel grzybek, rosnący pod pierwszą gałęzią, i trafiłem. Yuma roześmieli się wesoło, oszczep bowiem przemknął co najmniej w odległości czterech kroków od nich.
— Z czego śmieją się Yuma? — krzyknął Winnetou. — Czyż nie widzą, że to był tylko rzut próbny? Old Shatterhand ma jeszcze cztery oszczepy. Dwa ugodzą Długie Włosy i Mocne Ramię w lewe biodra. Old Shatterhand mógłby łatwo trafić w serca, ale nie chce ich zabić, ponieważ jest chrześcijaninem i jego Manitou zabronił mu zabijać.
Temi słowy Winnetou wskazał mi cel. Postanowiłem wykorzystać manewr, którego mię nauczył. Rzuca się jeden oszczep dla odwrócenia uwagi, a wnet potem drugi, który przy pewnem doświadczeniu nigdy nie chybi.
— A więc w lewe biodro — zawołałem. — Zacznę od Mocnego Ramienia. Niech uważa!
Wymieniony Yuma utkwił wzrok w moją prawą rękę. Mierzyłem nią w prawy bok Yuma. Miarkowałem słusznie, że wskutek tego odwróci się do mnie lewym. W ślad za pierwszym oszczepem chybionym wysłałem drugi, który trafił w upatrzone biodro. Yuma krzyknął przeraźliwie i runął na ziemię.
— Teraz kolej na Długie Włosy — zapowiedziałem; i w okamgnieniu rozciągnąłem go na ziemi obok towarzysza, również z dzidą w biodrze. Poczem zawróciłem do obozu.
— Oto jest rzut Old Shatterhanda — słyszałem za sobą głos Winnetou. — Znacie go już dobrze. Teraz będzie walczył Czarny Bóbr z Mimbrenjem, który jeszcze nie ma imienia.
Yuma zakrzątali się około rannych wojowników i ponieśli ich do obozu. Większość wyła wedle zwyczaju indjańskiego. Zrobiłem swoje, mogłem więc zpowrotem spocząć w trawie. Na wschodzie świtał brzask.
Przeciwnik Mimbrenja był silnym, barczystym zuchem.
— Nie wyjcie, nie biadajcie! — krzyczał z całej siły. — Czarny Bóbr pomści klęskę. Yuma Shetar zabił mi brata; ja wzamian jego brata zakłuję i utopię. Niech tylko dostanie się ten robaczek pomiędzy moje pięści. Będzie się wił pod nożem, aż zemsty dokonam!
Zrzucił z siebie pled, który okrywał jego nagie, atletycznie zbudowane ciało. Winnetou tymczasem rozmówił się z Vete-ya, poczem zawołał:
— Niech Mimbrenjo wejdzie do wody ze swojego, a Czarny Bóbr ze swojego wybrzeża. W wodzie mogą robić, co im się żywnie spodoba. Ale tylko zwycięzca może wyjść na ląd żywcem. Zwyciężony musi zginąć i oddać swój skalp przeciwnikowi. Howgh.
Mimbrenjo wyszedł nago na brzeg. Trzymał nóż w ręce. Na biodrach wiła się cieniutka nitka, do której ztyłu były przywiązane łodygi sika, widoczne dla nas, lecz nie dla Yuma. Ciało jego świeciło namaszczone oliwą. Spostrzegłem skierowaną w niego z mroku drzew parę płonących oczu, parę ciemnych, niespokojnych oczu — oczu ojca, który na widok Czarnego Bobra zatrwożył się do głębi serca.
Winnetou oklaskiem dał znak do rozpoczęcia walki, poczem obaj pływacy zanurzyli się w jeziorze. Czarny Bóbr skoczył z rozmachem, że aż się w wodzie zapieniło, potężnemi ruchami rąk i nóg pruł fale, płynąc ku przeciwnikowi. Mimbrenjo zaś wszedł do jeziora powoli, ostrożnie i poruszał się jakgdyby z namysłem. Widziałem jak zerwał z nitki łodyżki sika, poczem, posługując się tylko nogami i jedną ręką, podpływał ku Bobrowi, zbliżającemu się z groźną szybkością.
Kiedy odległość między nimi znacznie zmalała, Mimbrenjo, a za nim Yuma, zniknęli pod powierzchnią. Po chwili chłopak wynurzył głowę i obejrzał się dokoła. Wnet potem wychynął Czarny Bóbr. Stali obok siebie, lecz nie widzieli się zgoła. Wówczas jakiś Yuma z wybrzeża, wyciągając przed siebie ręce, zawołał:
— Odwróć się, odwróć się, Bobrze! Chłopak jest tuż za tobą!
Ledwie zdołał wykrzyknąć ostatnie słowa, padł, rażony kulą Winnetou.
— To samo spotka każdego, kto się wtrąci do walki, — zagrzmiał głos Winnetou, zagłuszając wściekłe wycie Yuma.
Po chwili uciszyli się, z napięciem śledząc skutki okrzyku. Gdyż oto Bóbr odwrócił się i zobaczył chłopca. Trzymając nóż w ustach, wpadł na Mimbrenja I uchwycił go oburącz. Lecz malec wyślizgnął się zręcznie i znikł pod rękami swego wroga, który z powodu oliwy nie mógł go przytrzymać. W następnej chwili usłyszeliśmy krzyk Bobra i zobaczyliśmy, jak zaczął się szybko oddalać. Jął pływać na plecach, poruszając nogami i jedną ręką, drugą zaś badał krwawiącą ranę. Mimbrenjo zadał mu ją nożem w brzuch, przyczem, jak się później okazało, Yuma z przerażenia swój nóż wypuścił z zębów.
Wnet potem krzyknął po raz wtóry, otrzymał bowiem drugą ranę w plecy. Odpłynął jak najdalej I zniknął pod powierzchnią. Tylko od czasu do czasu wynurzał się, aby nałapać tchu. Szukał chłopca, który zniknął jak kamień w wodzie.
Minęło pół godziny. Rozświtał dzień. Mimbrenjo wciąż był niewidoczny i wciąż szukał go Czarny Bóbr. Wreszcie Yuma zbliżył się do brzegu i pływał powoli, badając każde miejsce wzrokiem i rękoma. Naraz coś jakgdyby zatrzymało jego uwagę. Przyglądał się podejrzliwie, podpłynął bliżej i — nagle głowa jego, a potem ręce i nogi zapadły się wgłąb. Nad nim bulgotała woda i utworzył się wir. Pod powierzchnią jeziora odbywała się okrutna walka na śmierć i życie. Lecz komu śmierć, a komu życie?
Wkońcu wynurzył się z wody Mimbrenjo. Poruszał się nogami i jedną ręką, drugą wlokąc we wodzie, i wnet zniknął nam z oczu za krzewami. Odwróciłem się do swoich i zawołałem przyciszonym głosem.
— Zabił Bobra i zamierza go oskalpować. W tym celu wyciągnął go z wody. Miejcież broń wpogotowiu, gdyż obawiam się, że Yuma nie potrafią opanować wybuchu wściekłości.
Istotnie, po chwili ukazał się Mimbrenjo, przypłynął do nas i wyszedł na ląd.
— Stój! — krzyczał Vete-ya. — Tylko zwycięzca może wyjść z wody; zwyciężony musi w niej zginąć!
Mimbrenjo w odpowiedzi wskazał nóż w prawej, skalp w lewej ręce i odparł:
— Niech zatem Vete-ya obejrzy Czarnego Bobra, który leży w zagajniku, i niech się przekona, czy żyje jeszcze. Oto jest skóra jego czaszki.
Mimbrenjowie winszowali mu okrzykami. Nie odniósł najmniejszej rany, najmniejszego zadraśnięcia. Yuma pienili się ze wściekłości. Rycząc, jak drapieżne zwierzęta, pobiegli do obozu po broń.
Pomknąłem czem prędzej do Vete-ya, który stał jeszcze pod bukiem w towarzystwie Apacza.
— Twoi wojownicy — rzekłem — biegną po broń. Zatrzymaj ich, póki czas.
— Ani myślę — odpowiedział, sięgając po pistolet.
— Niech tylko jeden strzał padnie, a wszyscy jesteście zgubieni!
— Zobaczymy! Mamy niemniej od was wojowników.
— Mylisz się. Chodź ze mną, a zobaczysz.
Uchwyciłem go za rękę i wyprowadziłem na otwartą przestrzeń. Przy świetle dziennem widać było dokładnie okrążający nas pierścień Mimbrenjów.
— Co to za ludzie? — zapytał, struchlały z przerażenia.
— To Nalgu Mokaszi i setki jego wojowników. Jesteście okrążeni. Widzisz więc, że walka musi się skończyć waszą klęską. Weź na rozum. Słyszysz, jak twoi ludzie ryczą. Za chwilę może już być za późno.
Chwycił się za czoło, jakgdyby chcąc przytrzymać myśli, i zapytał:
— Ofiarujesz nam przebaczenie, czy męczeński pal?
— Przebaczenie.
— Ufam tobie. Śpieszmy się, prędzej!
Przybyliśmy akurat na czas właściwy, Yuma bowiem szykowali się do natarcia i czekali tylko na wodza. Podbiegł do nich wyjaśnić sytuację, ja natomiast odesłałem Silnego Bawołu do jego oddziału, aby przygotować ich na wszelki wypadek do walki.
Vete-ya musiał użyć całej swojej wymowy, aby powstrzymać zapędy wojowników. Ulegli, nietyle zresztą jego krasomówstwu, ile raczej wymownemu widokowi Mimbrenjów, którzy ich okrążali żywym murem.
Nalgu Mokaszi podszedł do mnie i zapytał, wskazując na Yuma:
— Jak sądzisz, czy będą się bronić?
— Nie. Rozmawiałem z ich wodzem.
— Więc się poddadzą?
— Myślę.
— A zatem zginą na palu.
— Nie przypuszczam. Jeżeli ofiarujesz im pal — nie poddadzą się, lecz będą walczyć aż do ostatniego tchnienia.
— No, to i cóż z tego?
— To będzie nas kosztowało wiele, wiele krwi.
— Nie mów wciąż o krwi. Powystrzelamy ich wszystkich.
— Ale zginie przytem wielu twoich wojowników.
— Wątpię. Walka potrwa niedługo. Oni stanowią znikomą garstkę wobec naszej gromady: ja z Mimbrenjami, Winnetou, ty i twoi biali, Przebiegły Wąż wraz z Yuma, którzy są za wami.
— Są za nami, lecz będą przeciwko tobie.
— Cóż to znaczy?
— To znaczy, że przyrzekłem Vete-ya i jego ludziom przebaczenie.
— Przebaczenie? Jakiem prawem przyrzekłeś? Czy byli w twoim ręku, czy w moim?
— Z początku w moim. A może chcesz ich poprowadzić do męczeńskiego pala, aby po drodze pozwolić im umknąć? Otwórz oczy, rozejrzyj się w sytuacji. Ja i Winnetou nie będziemy maczać ręki w upragnionym przez ciebie pogromie. Nie sądzisz chyba, aby Przebiegły Wąż i jego Yuma przyglądali się obojętnie tępieniu ich braci w imię twego okrucieństwa. Pokój natomiast byłby błogosławieństwem, zarówno dla nas, jak i dla nich. W dodatku dostanie ci się wielki łup.
— Łup? A więc nie przyrzekłeś, że mienie ich nie poniesie żadnego uszczerbku? To mnie bardzo dziwi!
— Ofiarowałem im przebaczenie, a zatem tylko życie. Co się tyczy łupu, to radzę ci go nawet zażądać. Odbierz im broń i konie, to ich osłabi na czas dłuższy. Nie trzeba przepuścić bezkarnie ostatnich zbrodni Vete-ya.
— Zgadzam się. Pomów jeszcze w tej sprawie z Przebiegłym Wężem.
Wiedziałem, iż Przebiegły Wąż nie będzie się temu sprzeciwiał. Już dawno spostrzegłem, że młody, ambitny Indjanin był zazdrosny o władzę Vete-ya i marzył o jej zagarnięciu. Nie dziw przeto, gdyby pragnął osłabienia i zubożenia starca, tudzież jego zwolenników. Istotnie, kiedy go zapytałem o zdanie, odparł:
— Możecie z nimi zrobić wszystko, co się wam podoba. Tylko nie zabijajcie ich i nie bierzcie do niewoli. Musiałbym się temu przeciwstawić, ponieważ są moimi braćmi.
— Wiesz, co nabroił Vete-ya, i przyznasz chyba, że zasłużył na karę.
— To mnie nie obchodzi. Zabierzcie wszystko i pozwólcie im uciec.
Zakomunikowałem treść rozmowy Silnemu Bawołowi, który poprosił mnie, abym osobiście poszedł do Vete-ya po układ o kapitulację. Zgodziłem się, ponieważ ciekaw byłem, jak przyjmie los z mej ręki ten starzec, który niedawno jeszcze przeznaczył mnie na pal męczeński.
Znalazłem się śród gromady uzbrojonych Yuma, obrzucających mnie spojrzeniem nieprzyjaznem, które świadczyło, że misja moja nie była zbyt bezpieczna.
— Chcesz mi oznajmić wasze postanowienia? — zapytał Vete-ya.
— Przedewszystkiem chcę ci powiedzieć, że stanąłem w twojej obronie, aczkolwiek na to nie zasługujesz. Jesteś zupełnie osamotniony; Przebiegły Wąż nie chce o tobie słyszeć, ponieważ nazwałeś go tchórzem. Nalgu Mokaszi nalegał na ukaranie was śmiercią męczeńską. Kiedy mu wyperswadowałem tę myśl, zażądał, aby przynajmniej mógł was uprowadzić w niewolę. Musiał się tej myśli również wyrzec, lecz dalszych ustępstw nie możecie się spodziewać.
— Będziemy jednak wolni?
— Tak. Będziecie mogli odejść, dokąd zechcecie.
— A zatem odgalopujemy stąd czem prędzej.
— Odgalopujecie? Wasze konie należą do zwycięzców.
— A więc zedrzecie z nas łup?
— Naturalnie. A może sądzisz, że powinniśmy zamknąć oczy na twoje grzeszki? Yuma to dzielni ludzie i mężni wojownicy. Ale, że się dali przez wodza sprowadzić na złą drogę, muszą teraz ponosić następstwa. Grabież, mord, podpalenie, zniszczenie osady, uwięzienie ludzi w podziemiach, tego nikomu nie puściłbym płazem. A że ty tego dokonałeś, więc ma ci ujść bezkarnie? Widzisz, że rozmawiam z tobą przyjaźnie. Jesteś już starcem; przykro mi, że twoje ostatnie dni nie upłyną w chwale. Prowadź swoich wojowników na lepsze tory, tak, jak to czyni Przebiegły Wąż, a wówczas, gdy cię Manitou zawezwie, będziesz mógł z pewnością siebie podążyć ku wiecznym ostępom. Old Shatterhand jest przychylnie usposobiony dla ciebie i twoich wojowników. Silny Bawół daruje wam życie i wolność; miałby wyrzec się łupu? Tego nie możecie żądać.
— Wziął już dosyć zdobyczy — mruknął w odpowiedzi.
— Jakiej?
— Odebrałeś stada hacjendera, lecz udało się nam odzyskać je zpowrotem. Jednakże, śpiesząc do Almaden, zostawiliśmy je pod strażą na miejscu. Ponieważ Mimbrenjowie podążali za nami, więc, rzecz jasna, zagarnęli stada.
— Nie mówiłem jeszcze o tem z Nalgu Mokaszi. Jeśli istotnie tak się stało, wówczas zwrócę hacjenderowi jego własność. Pomyśl sam, jakbyś postąpił na miejscu Silnego Bawołu? Na pewnobyś nie darował nam życia. Czemu żądasz od wodza Mimbrenjów większej ofiarności? Bądźcie rozumni. Jeżeli będziecie się ociągać, Nalgu Mokaszi może cofnąć przyrzeczenie, a wówczas biada wam. Jeszcze jedno: cały ten teren, na którym obozujemy, jest przedmiotem sporu między wami a wojownikami Mimbrenjów. Silny Bawół może go zażądać. Nie doprowadzajcie do tych ostateczności, jeno ponieście tę małą ofiarę, która zapobiegnie większym.
Przemawiałem do nich łagodnie, ponieważ chciałem zwrócić gniew wojowników przeciw Vete-ya i tem samem wzmocnić pozycję Przebiegłego Węża. Istotnie, mowa moja wywarła głębokie wrażenia na czerwonych, nieprzywykłych do takiego traktowania. W krótkim czasie zdołałem ich nakłonić, aby bez sprzeciwu oddali Mimbrenjom broń i konie. Na Silnym Bawole wymogłem, aby pozwolił im zachować wszystko, co mieli w torbach. Wkrótce zaczęli się gotować do drogi, przyczem wielu z pośród ludzi Vete-ya przystało do Przebiegłego Węża. Tym wojownikom zwróciłem broń i konie, co ich wprawiło w nieopisaną radość.
Vete-ya nie mógł ukryć wściekłości. Stanowisko jego było poważnie zagrożone. Postanowił tedy nie odejść bez przemowy pożegnalnej. Przybliżył się do nas w towarzystwie sześciu czy siedmiu najwybitniejszych wojowników, aby mogli się przekonać o jego mocy duchowej.
Naradzaliśmy się właśnie nad dalszą marszrutą. Widząc Vete-ya, przywołałem natychmiast synów Nalgu Mokaszi i kazałem wojownikom Mimbrenjów okrążyć nasz placyk. Gdy Yuma się zbliżyli, wskazałem wodzowi miejsce obok siebie. Vete-ya ruchem ręki odmówił, przybrał postawę mówcy i rzekł wzniośle:
— Szczęście wojowników jest jak kobieta, która się dziś śmieje, jutro płacze, a pojutrze znów się śmieje. Kobieta była zawsze uległa wobec Vete-ya, dopóki miał do czynienia z wrogami, synami naszego kraju, których znał, o których wiedział, jaką bronią władają, jak walczą i jak można ich pokonać. Słynął jako wielki wojownik. Moja sława rosła z dnia na dzień; czerwoni i biali wrogowie lękali się mnie, a moi przyjaciele czuli się pewnie pod moją tarczą. Lecz oto przybyli obcy mężowie, którzy nie pochodzą z tego kraju. Nie mają żadnego prawa wtrącać się do naszych spraw — uczynili to Old Shatterhand i Winnetou. Należało tych przybłędów natychmiast zabić, albo co najmniej wypędzić. Lecz oni posługują się bronią, zupełnie nam nieznaną. Kto podoła srebrnej rusznicy Winnetou i niedźwiedziówce Old Shatterhanda, który nadomiar posiada zaczarowaną broń, strzelającą bez uprzedniego nabicia? Co znaczą w porównaniu z tem nasze strzały i dzidy, nasze noże i nasze nieliczne flinty! Walczą ci ludzie w sposób nam nieznany, używają podstępów i forteli, zjawiają się w miejscach, gdzie się ich najmniej można spodziewać. Weszli w przymierze ze złemi duchami, które są wrogami czerwonych, albowiem czerwoni to mężowie uczciwi i dobrego serca. I oto od czasu, jak te przybłędy do nas zawitały, wszystkie moje plany obracają się w niwecz. Pokonali mię i zmuszają do odwrotu pieszo, bez koni, bez oręża. Lecz Winnetou i Old Shatterhand wyruszą stąd, a wówczas szczęście znowu się do mnie uśmiechnie. Zwycięzcy dnia dzisiejszego jutro będą zwyciężonymi; będą wyć pod naszemi pięściami jak psy, które wyczuły bliską śmierć. Albowiem ja to powiadam, ja, naczelny wódz Yuma: nie zapomnę o tem, co się teraz stało, zniszczę, zdepcę tych, którzy dziś nade mną triumfują. A wówczas nie będzie dla nich przebaczenia, ani litości, a ci, którzy dziś ode mnie odstąpili, pierwsi pod nóż pójdą. Old Shatterhand zaś i Winnetou niech się strzegą zbliżyć do mnie, pochwycę ich bowiem i odrę ze skóry tak, że od ich lamentów i krzyków rozbrzmiewać będzie po wszystkich dolinach i górach. Najstarsi z mego plemienia niech mi poświadczą. Ja powiedziałem. Howgh!
— Howgh! — potwierdzili jego towarzysze.
Odwrócili się i chcieli odejść, gdy naraz spostrzegli, że ich okrążono. Staruch wybuchnął gniewem:
— Czemu otoczyli nas uzbrojeni wojownicy? Czy knujecie zdradę i nie zamierzacie dopełniać umowy?
— Nie jesteśmy zdrajcami — odpowiedział Winnetou. — Okrążyliśmy was wojownikami, abyście się nie wycofali przed wysłuchaniem naszej odpowiedzi. Mój brat Old Shatterhand ma głos, gdyż wódz Apaczów jest przyjacielem czynów, ale nie słów.
Podniosłem się i, zwracając do Vete-ya, przemówiłem:
— Vete-ya wygłosił mowę, pełną nieostrożności i błędów. Był nieostrożny, albowiem spomiatał nami za wielkie względy, okazane jemu i jego ludziom. Darowaliśmy im życie i wolność, on zaś mówi nam w oczy, że będzie z nas darł skórę. Przemawiałem do niego łagodnie, namawiałem go do poprawy, a odniosło to skutek wręcz przeciwny. On, zwyciężony, grozi nam, zwycięzcom, że zdepce nas i wymorduje. Czyż nie widzi, że jest jeszcze w naszej władzy, on i jego najstarsi wojownicy, którzy mu teraz przytakują? Kto nam zabroni złamać słowo, skoro i on nie ma zamiaru go dotrzymać?
— Musicie dotrzymać słowa! — przerwał gwałtownie.
— O, nie; wcale nie musimy! Old Shatterhand i Winnetou wogóle nigdy nie muszą. Zmiarkuj to sobie dobrze. Mamy prawo powystrzelać ciebie i wszystkich twoich wojowników. Nie uczynimy tego, ponieważ lekceważymy ciebie. Twoje groźby są niby skrzeczenie żaby. Jesteś słaby i stary, a wściekłość z powodu własnej niemocy dyktuje ci słowa, które prawdziwy mężczyzna przepuszcza bezkarnie, ponieważ są aż nazbyt dziecinne. Pozwolimy wam uciec, mimo waszej groźby, gdyż śmieszność jej nie rozgniewała nas, jeno wzbudziła litość. — Powiedziałem też, że mowa twoja była pełna błędów. Mówiłeś, że Winnetou i ja jesteśmy przybłędami w tym kraju. Czy nie wiesz, że Winnetou jest naczelnym wodzem Apaczów, zamieszkujących olbrzymie obszary od Arizony do wielkiej Mapimi i aż po Rio Pecos? Czyż Mimbrenjowie nie są również szczepem Apaczów? I ty śmiesz twierdzić, że Winnetou jest obcy w tym kraju? Powiadam ci, Winnetou posiada więcej od ciebie praw do tej ziemi. Mówiłeś również, że nie potraficie podołać naszej broni. To prawda, ale są to jedynie trzy strzelby. Jeżeli całe plemię Yuma boi się trzech strzelb, świadczy to niebardzo pochlebnie o tobie i twoich wojownikach. Lecz jak często walczyliśmy przeciwko wam naszą bronią? Czyż tą bronią zwyciężyliśmy? — Kłamstwem jest również, jakobyśmy się wiązali ze złemi duchami i jakobyście wy byli uczciwymi, dobrymi ludźmi. Rzecz się ma wręcz odwrotnie. Czynicie tylko zło, my zaś walczymy w imię dobra i dlatego zwyciężamy. Dobro zwycięża, zło zawsze zawodzi. Pozostaniemy nadal dobrymi ludźmi, mimo twojej tępej przemowy, ale kara was nie ominie, abyś nie sądził, żeśmy się ciebie ulękli. Niechaj się zbliży do mnie mój młody czerwony brat.
Zwróciłem się do młodszego syna Nalgu Mokaszi, który natychmiast do mnie podszedł. Wziąłem go za rękę i rzekłem:
— Vete-ya miał nam za złe, że syna wodza Mimbrenjów nazwaliśmy Tępicielem Yuma. Młodzieniec, którego trzymam za rękę, wyświadczył mi wiele przysług okazał się wiernym, mądrym i zawołanym wojownikiem. Słusznie otrzyma nagrodę. Niech dostąpi imienia, które nam będzie przypominać jego czyny. Pokonał Czarnego Bobra i zdobył jego skalp, przeto nadam mu imię Yuma Tsil — Skalp-Yuma. Proszę Winnetou i wszystkich wojowników Mimbrenjów, aby to potwierdzili.
Rozległy się radosne okrzyki. Winnetou podniósł się, ujął chłopca za drugą rękę i rzekł:
— Młody dzielny wojownik zasłużył na imię Yuma-Tsil. Jest moim bratem; jego przyjaciele, lub wrogowie są moimi przyjaciółmi, lub wrogami. Howgh.
— A więc spełniły się życzenia synów naszego przyjaciela — rzekłem. — Oto zdobyli sobie dobre, wyśmienite imiona, które w przyszłości zasłyną między przyjaciółmi i wrogami. Vete-ya i jego wojownicy mogą już odejść. W imionach synów wodza Mimbrenjów znajdą dowód, że się ich nie boimy. Powiedziałem. Howgh.
Dałem znak Mimbrenjom, aby natychmiast przepuścili wściekłych i upokorzonych Yuma.
Rozumie się, że nadaniu imienia towarzyszyło wypalenie fajki pokoju oraz inne obrzędy tradycyjne. Chłopcy byli uszczęśliwieni bezgranicznie i dumni, zwłaszcza z tego, że uzyskali imiona ode mnie i Winnetou.
Ojciec ich, niemniej dumny i szczęśliwy, dziękował mi i prosił o przebaczenie niedawnego grubjaństwa. W dowód wdzięczności chciał zamiast Przebiegłego Węża odprowadzić nas do granicy, a nawet dalej, i dostarczyć nam koni. Przystałem na to z radością i poczyniłem przygotowania do jutrzejszej wyprawy.
Nad ranem pożegnałem się serdecznie z Przebiegłym Wężem — narzeczona jego nawet teraz się nie pokazała — i wyruszyliśmy w drogę. Po długiej, uciążliwej jeździe dotarliśmy do granicy Texasu. Rozdzieliłem pieniądze między wychodźców, nie zapominając oczywiście o Playerze. Teraz nareszcie nastał kres ich niedoli i rozpoczynała się dla nich nowa, skromna, ale owocna przyszłość na obczyźnie. —
Harry Melton przeznaczony został przez Przebiegłego Węża na śmierć przy palu męczarni. Myliłbym się jednak, sądząc, że na zawsze ukróciliśmy zbrodnie, rozpanoszone wśród świętych dnia ostatniego. Kiedy indziej miało wyjść na jaw, że pleniły się w tem bractwie już nietylko zakusy szatańskie, ale podłość i sprzedajność, godna Judasza. Jeśli kiedy czas mi pozwoli, opiszę, jak powstały i jaki miały przebieg te pospólne plany, jak wreszcie z garstką dzielnych i prawych towarzyszy położyłem im kres. Jednakże wypadki te rozwinęły się z zupełnie odrębnego zawiązku, w innych krajach i w innych okolicznościach, jedynym zaś łącznikiem między niemi a historią emigrantów był list, który — jak zapewne czytelnik sobie przypomina — znalazłem w torbie Meltona. — —

KONIEC SERJI SZATAN


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.