Dywan wschodni/Izrael/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange i inni
Tytuł Izrael
Pochodzenie Dywan wschodni, dział Izrael
Redaktor Antoni Lange
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1921
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Antoni Lange i inni
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



IZRAEL
Izrael jest to naród unius libri. Biblia zapewne nie ogarnia wszystkich rozgałęzień myśli, uczucia i pożądań ludzkości — ale ogarnia ich bardzo wiele, a streszcza je w sposób tak intensywny i przenikający, że dla wielu umysłów stanowić może wystarczającą karm duszy. Dla tego mogła ta księga na jakiś czas usunąć zprzed ludzkich oczu wszystkie niemal dzieła twórczego ducha Grecyi i Rzymu — i po wiek XVI — treść Biblii była główną i jedyną prawie kanwą rozważań Europy średniowiecznej. Wszystkie nowoczesne literatury europejskie zaczynają się od przekładów, opracowań, trawestacyj i innych przeróbek Biblii. W ten sposób księgi święte hebrajczyków weszły niejako w krew ludów europejskich; postaci na ich kartach wystawione uplastyczniły się do tego stopnia, że wydają się nam prawie jak istoty żywe, blizkie, znajome.

I poezya polska od samych początków swoich rozsnuła najpiękniejsze skarby swego języka na tle motywów, zaczerpniętych z Biblii. Pomijając próby dawniejsze, jedną z najwspanialszych pereł literatury polskiej jest Psałterz Dawidowy Jana Kochanowskiego. Po nim i Mikołaj Sęp Szarzyński i Kasper Miaskowski i Stanisław Grochowski, Sebastyan Grabowiecki, Stanisław Herakljusz Lubomirski, Stanisław Leszczyński król i wielu innych w rozmaity sposób opracowywali motywy biblijne, albo jak Wespazyan Kochowski pisali tonem biblijnym. Wiek XIX nowe przyniósł odczucie Biblii w Polsce: wzruszała poetów romantycznych analogia położenia Polski i Izraela. Dla niektórych Biblia była jakby arfą, na której grali jak na własnych strunach — i nie przypadkowo Słowacki nazwał Derwidem króla Wenedów, grającego na arfie, gdyż w tem imieniu kryje się druid, ale kryje się też psalmista Dawid. K. Brodziński, Kornel Ujejski, B. Zaleski, K. Brzozowski, F. Faleński, Wł. Syrokomla, K. Tetmajer, J. Kasprowicz, A. Maszewski, W. Zagórski, J. Żuławski — i wielu, wielu innych, byli to pisarze, których nęciły te odwieczne, a stężałe już w moc spiżową, zawsze pełne nowej treści — wersety, osnute na patosie równoległych, jakby wewnętrznie rymowanych i rytmowanych obrazów.
Z bogatego skarbca opracowań i przekładów polskich poezyi hebrajskiej — dajemy tu szereg najpiękniejszych utworów Jana Kochanowskiego, Korn. Ujejskiego, Wł. Zagórskiego, K. Brodzińskiego, A. Maszewskiego, F. Faleńskiego oraz jeden fragment w przekładzie Iz. Kramstücka. Dołączamy nadto fragment z Kabały, opracowany przez J. Jankowskiego (inédit).



PSAŁTERZ DAWIDÓW
1.

Wszechmocny Panie, wiekuisty Boże!
Kto się Twym sprawom wydziwować może?
Kto rozumowi, którym niezmierzony
Ten świat stworzony?
Gdziekolwiek słońce miece strzały swoje,
Wszędy jest zacne święte Imię Twoje,
A sławy Niebo ogarnąć nie może
Twej, wieczny Boże!
Niech źli, jako chcą, Ciebie mierżą sobie —
Z ust niemowlątek roście chwała Tobie
Ku więtszej hańbie i ku potępieniu
Złemu plemieniu.
Twój czyn jest Niebo, Twoich rąk robota
Gwiazdy jaśniejsze wybranego złota;
Ty coraz nowym światłem zdobisz wdzięczne
Koło miesięczne.
A człowiek co jest, że Ty niestworzony
Wszystkiego twórca i Pan niezmierzony
Raczysz ji pomnieć? czym jest syn człowieczy
Godzien Twej pieczy?
Takeś go uczcił i przyochędożył,
Żeś go z anioły tylko nie położył;
Postawiłeś go panem nad zacnemi
Czyny Swojemi.
Dałeś w moc jego wszystkie bydła polne,
Dałeś i leśne zwierzęta swawolne,
On na powietrzu ptastwem, pod wodami
Władnie rybami.

2.

Mój wiekuisty Pasterz mię pasie,
Nie zejdzie mi nic na żadnym wczasie,

Zawiódł mię w pasze niepospolite
Nad zdroje żywej wody obfite.
Wrócił mię z dziwnych obłędliwości
Na ścieżkę jawnej sprawiedliwości,
Postanowił mię na drodze prawej
Z chęci ku słudze swemu łaskawej.
By dobrze stała śmierć tuż przede mną
Bać się nie będę, bo Pan mój ze mną;
Twój pręt, o Panie! i łaska Twoja
W niebezpieczeństwie obrona moja.
Postawiłeś mię za stół kosztowny.
Skąd nieprzyjaciel boleje główny,
Włos mi mój wszystek balsamem płynie,
Czasza opływa w roskosznym winie.
Ufam Twej łasce, że mię na wieki
Nie spuścisz, Panie! z swojej opieki,
I będę mieszkał w Twym świętym domu,
Nie ustępując laty nikomu.

3.

Jako na puszczy prędkiemi psy szczwana
Strumienia szuka łani zmordowana,
Tak, mocny Boże! moja dusza licha
Do Ciebie wzdycha.
Ciebie żywego, wieczny Boże! zdroja
Upracowana pragnie dusza moja;
Przydzie wżdy ten czas, że ja swą osobą
Stanę przed Tobą?
Łzy moja karmia, potrawy płacz wieczny,
Kiedy mię coraz pyta lud wszeteczny:
Gdzie teraz on twój, nędzniku wygnany,
Bóg zawołany?
To człowiek słysząc umiera na poły,
Pomniąc na on krzyk ludzi swych wesoły,
Które prowadzić zwykł był aż do proga
Żywego Boga!
Czemu się smęcisz, duszo moja! czemu
Omdlewasz? — Panu ty ufaj, któremu
Jeszcze ja będę z radością dziękował,

Że mię zachował.
Niechaj się jak chce trwoży dusza moja,
Wieczna jest, Panie, we mnie pamięć Twoja,
Tego i Jordan i Hermońskie skały
Będą słuchały.
Na huk Twych progów wszech przepaści siły
Jedna za drugą nurty swe złożyły,
Wszytki twe duchy i wszytki twe wały
W mię uderzyły.
Ale dzień idzie, kiedy Pan nade mną
Litość okaże, a ja pieśń przyjemną
I w pośród nocy zaśpiewani możnemu
Obrońcy swemu.
A teraz rzekę: Czemuś mię, mój wieczny
Boże! zapomniał, kiedy mię wszeteczny
Człowiek frasuje, a serce troskliwe
Już ledwo żywe?
W jedny mię prawie kęsy rozdzierają,
Kiedy mię coraz źli ludzie pytają;
Gdzie teraz on twój, nędzniku wygnany,
Bóg zawołany?
Czemu się smęcisz, duszo moja? czemu
Omdlewasz? — Panu ty ufaj, któremu
Jeszcze ja będę z radością dziękował,
Że mię zachował.

4.

Bóg wszechmocny, Bóg prawdziwy
Obrońca nasz niewątpliwy,
On w uciskach nas ratuje,
Niech nam bojaźń nie panuje.
Nie trwóżmy się, chocia wszędzie
Z gruntu ziemia trząść się będzie,
Chocia góry niewzruszone
Będą w morze przeniesione.
Huczy morze popędliwe,
Biją wały w brzegi krzywe,
Grożą upadem opoki,
Wyniesione pod obłoki.

Miasto, które Pan miłuje
I przybytkiem swym mianuje.
Rzeka odnogami swemi
Weseli przejźrzoczystemi.
Temu gwałt i groźna zbroja
Nie może przerwać pokoja,
Bo tam sam Pan przemieszkawa
I w potrzebach ratunk dawa.
Niechaj się państwa mieszają,
Królowie wojska zbierają,
Niechaj ogień z nieba pada,
A ziemia się wgłąb rozsiada:
Pan, który zastępy władnie,
Zawżdy nas obroni snadnie,
Bóg Abramów z nami wszędzie,
I ten walczyć za nas będzie.
Sam co żywo, sam, bywajcie,
A Pańskie sprawy poznajcie,
Sprawy dziwne, niesłychane:
Zaniósł wojny opłakane
Na kraj świata ostateczny,
Skruszył tęgi łuk waleczny,
Potłukł zbroje niepożyte,
Spalił tarcze nieprzebite.
Bystrość, mówi Pan, hamujcie,
A ostrze sie przypatrujcie,
Żem ja Bóg, naród mię wszelki
I świat wyzna, jako wielki.
Pan, który zastępy władnie,
Zawżdy nas obroni snadnie,
Bóg Abramów z nami wszędzie,
I ten walczyć za nas będzie.

5.

Boże w miłosierdziu swoim nieprzebrany!
U Twych nóg upadam ja człowiek stroskany;
Zmiłuj sie nade mną, zetrzy moje złości,
Omyj mię, oczyść mię z moich wszeteczności,
Znam swój grzech do siebie, a widzę go prawie,

I Tobie nie tajny; ale Ty łaskawie
Racz sie ze mną obejść, abyś w słowiech swoich
Zawżdy praw nalezion i szyst w sądziech swoich.
Mnieć jeszcze złość w matce przeklęta zastała,
Mnieć grzech jeszcze w mleku matka podawała.
O Panie! Ty szczerość serdeczną miłujesz
I skarb swej mądrości takim okazujesz;
Pokrop mię hisopem, a oczyścion będę,
Omyj mię, a śnieżnej jasności nabędę;
Ześli mi poselstwo wesołe, a kości
Twym gniewem strapione użyją radości.
Odwróć od mych grzechów surową twarz swoję,
Ani chciej pamiętać na nieprawość moję,
Stwórz we mnie, mój Panie! serce bogobojne,
A w oziębłych piersiach myśli wskrześ przystojne.
Nie odmiatajże mię od swej obliczności,
Ani bierz ode mnie ducha swej mądrości,
Przywróć mi dobrą myśl, prze mój grzech odjętą,
A podbij pod rozum złą żądzą przeklętą.
A ja w swym upadku przez Cię podźwigniony
Będę złym na przykład jawnie wystawiony,
Aby w miłosierdziu Twoim nie wątpili,
Ale się do Ciebie raczej nawrócili.
Wybaw mię z przeklęctwa mej niepobożności,
Aby mógł mój język sławić Twe litości,
Otwórz, wieczny Boże, nieme usta moje,
A ja opowiadać będę chwały Twoje.
Byś ofiar pożądał, paliłbych ofiary,
Ale wiem, że mało dbasz o takie dary —
Ofiara przyjemna Bogu, duch strapiony,
Serce uniżone, umysł ukorzony.
Bądź łaskaw na miasto swoje, wieczny Panie!
Że tym rychlej w pięknych swoich murzech stanie,
Tam przyjmiesz ofiarę cnoty, tam kładzione
Na Twój ołtarz będą cielce poświęcone.

6.

Boże wiecznej mocy
Twej żądam pomocy,

Chciej się pospieszyć ku ratunku memu,
Nie daj mię w ręce człowiekowi złemu,
Zamieszaj ich rady,
Odkryj fałsz i zdrady,
Niechaj się wstydzą, niech nazad pierzchają,
Którzy niewinnej dusze mej szukają.
A ludzie cnotliwi,
Ludzie sprawiedliwi
Niech się weselą, niechaj najświętszemu
Uczciwość czynią Imieniowi Twemu.
Panie! z każdej strony
Jestem utrapiony,
Ale Ty nie daj niszczyć mię do końca,
A nie odkładaj, wieczny mój Obrońca!

7.

Słysz, pasterzu Izrahelski! nasz głos żałościwy,
Który jako stado wodzisz naród swój właściwy
Okaż się, który nad lotnym siedzisz cherubinem,
Przed Efraimem, przed Manassem, przed Beniaminem,
Chciej poruszyć siły swojej i swej zwykłej mocy,
A przybądź nam utrapionym rychło ku pomocy;
Przywróć nas ku łasce swojej, niezwalczony Panie!
Okaż swą twarz, a wszystko się nam po myśli stanie.
Wieczny Boże! który władniesz zastępy mocnemi,
I długoli będziesz gardził prośbami naszemi?
W płaczu ciężkim (ach niestety) chleb troskliwy jemy,
Wino żałośne na poły ze łzami pijemy,
Sąsiedzi o łupy nasze zwady zaczynają,
A nieprzyjacielskie śmiechy żalu nam dodają.
Przywróć nas ku łasce swojej, niezwalczony Panie!
Okaż swą twarz, a wszystko się nam po myśli stanie.
Winnicęś z Egiptu przeniósł, poganyś wygładził,
Onęś swoją mocną ręką po swej myśli wsadził,
Uprawiłeś dla niej ziemię, wkopałeś głęboko
Jej korzenie, tak że się wnet rozrosła szeroko.
Góry wielkie niezmierzone cieniem swym zakryła,
A wysokich gałęziami cedrów dostąpiła;

Rozwiodłeś jej płodne rózgi do morza samego,
A jej piękne latorośli do brodu wielkiego.
Czemużeś jej płot rozrzucił? czemu ją targają,
Którzy w drodze kolwiek idąc imo nię mijają?
Wieprz ją leśny, wieprz okrutny srodze powojował,
Zwierz ją polny, zwierz łakomy do czysta zepsował.
Porusz się, o możny Panie! z swej świętej stolice,
A racz najźrzeć do tej biednej skażonej winnice,
Użal sie jej, boś ją jednak swoją ręką sadził,
Miej na pieczy krzaki, któreś nad inne wysadził.
Wysieczone w ogniu leżą, nie masz kto ratując,
A z gruntu prawie niszczeją, gniew Twój nasię czując;
Miej swoję niezwyciężoną rękę nad człowiekiem,
Któregoś Ty sobie obrał przed niemałym wiekiem.
A my nigdy z Twojej świętej drogi nie zejdziemy,
Ty nas będziesz żywił, a my wzywać Cię będziemy;
Przywróć nas ku łasce swojej, niezwalczony Panie!
Okaż swą twarz, a wysoko sie nam po myśli stanie.

8.

Kto sie w opiekę poda Panu swemu,
A całym prawie sercem ufa Jemu,
Śmiele rzec może; mam obrońcę Boga,
Nie będzie u mnię straszna żadna trwoga.
Ciebie on z łowczych obierzy wyzuje
I w zaraźliwym powietrzu ratuje;
W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie,
Pod Jego pióry ulężesz bezpiecznie.
Stateczność jego tarcz i puklerz mocny,
Za którym stojąc na żaden strach nocny,
Na żadną trwogę, ani dbaj na strzały.
Któremi sieje przygoda w dzień biały.
Stąd wedla ciebie tysiąc głów polęże,
Stąd drugi tysiąc: ciebie nie dosięże
Miecz nieuchronny, a ty przedsię swemi
Oczyma ujźrzysz pomstę nad grzesznemi.
Iżeś rzekł Panu: Tyś nadzieja moja,
Iż Bóg Najwyższy jest ucieczka twoja:
Nie dostąpi cię żadna zła przygoda,

Ani sie najdzie w domu twoim szkoda.
Aniołom swoim każę cię pilnować,
Gdziekolwiek stąpisz: którzy cię piastować
Na ręku będą, abyś, idąc drogą,
Na ostry krzemień nie ugodził nogą.
Będziesz po żmijach bezpiecznie gniewliwych
I po padalcach deptał niecierpliwych,
Na lwa srogiego bez obrazy wsiędziesz
I na ogromnym smoku jeździć będziesz.
Słuchaj, co mówi Pan: Iż mię miłuje,
A przeciwko mnie szczerze postępuje,
Ja go też także w jego każdą trwogę
Nie zapamiętam i owszem wspomogę;
Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony,
Ja z nim w przygodzie, ode mnie obrony
Niech pewien będzie, pewien i zacności
I lat szedziwych i mej życzliwości.

9.

Pan nasz, Bóg nasz panuje,
Niech sie ziemia raduje
I wyspy niezmierzone
Z wód morskich wynurzone.
Chmury około Niego
I ćmy srogie, a Jego
Majestat wielmożności
Jest na sprawiedliwości
I sądzie założony;
Ogień nieugaszony
Przed Nim, który nie żywi,
Kto się kolwiek przeciwi.
Jasne niebieskie domy
Rozświeciły sie gromy
Ognistemi: ujźrzała
Ziemia i strachy drżała.
Wysokie górne skały,
Tak jako wosk tajały
Od oblicza Pańskiego,
Sprawce kręgu ziemskiego.

Nieba pięknego siły
Jego świętą sławiły
Sprawiedliwość, a ziemi
Był znaczny cudy swemi.
Niech się wszyscy sromają,
Co cześć bałwanom dają,
A chlubią sie szaleni
Bogi swemi z kamieni.
Wszyscy jako was zowie
Ten głupi świat, bogowie!
Wszyscy pozdrówcie Pana,
Upadwszy na kolana.
Słysząc Syon, że wszędy
Prawdzie dają plac błędy,
Wesołych niewątpliwie
Z tej wieści dni zażywie.
Miast żydowskich osady,
Będą serdecznie rady,
Patrząc na niepojęte,
Postępki Twoje święte;
Boś ty pan niezmierzony,
Nad wszysto wyniesiony,
Na ziemi i na niebie
Nie masz Boga prócz Ciebie.
My tedy, co pragniemy
Łaski Pańskiej, a chcemy
Upodobać sie Jemu,
Przeciwiajmy się złemu.
Pan strzeże sprawiedliwych
I broni od złośliwych;
A kto żył w pobożności,
Pewien trwałej radości.
Radujcie się cnotliwi!
A dokąd nas Pan żywi,
Znać wesołemi rymy
Jego łaskę pomnimy.

10.

Duszo! śpiewaj Panu pieśń: O nieogarniony
Nieba i ziemie sprawco! wielceś uwielbiony,

Ciebie obeszła wkoło cześć i świetna chwała,
Ciebie jasność jako płaszcz ozdobny odziała;
Tyś niebo jako namiot rozbił ręką swoją,
Nad nim wody za Twoim rozrządzeniem stoją.
Chmury Twój wóz, Twe konie wiatry nieścignione,
Duchy, posłance: słudzy, gromy zapalone;
Twym rozumem tak miernie ziemia usadzona,
Że na wieki nie będzie nigdy poruszona;
Na tej, jako powłoka, przepaści leżały,
A góry niezmierzone wody zakrywały.
Ale skoroś rzekł słowo, a niebo zagrzmiało,
Wody spadły, a morze na dół uciekało,
Skały ku górze poszły, pola rozciągnione
Opanowały miejsca przez Cie naznaczone.
Zamierzyłeś kres pewny morzu, że wiecznemi
Czasy wezbrać nie może, ani szkodzić ziemi;
Ty w skale ukazujesz drogę zdrojom nowym,
Które posiłek niosą rzekom kryształowym:
Tu sie wszelki zwierz chłodzi, który w polu żyje,
Tu łoś, mieszkaniec leśny, upragniony pije,
Tamże ptaki mieszkają, a w krzakach zielonych
Nie przestają powtarzać pieśni ulubionych.
Ty z palców swych świętych, Ojcze uwielbiony!
Spuszczasz na niską ziemię deszcz nieprzepłacony,
A ona nieprzebranej łaski Twojej syta
Wszystkiego wszystkim starczyć, stąd trawa obfita
Bydłu ku pożywieniu, stąd zioła ogrodne,
I wszelki rodzaj zboża, stąd wino łagodne,
Dobrej myśli naczynie, stąd chleb, który snadnie
Siłę twierdzi; stąd olej, po którym twarz gładnie.
Taż wilgotność i lasy żywi niezmierzone
I cedry na Libanie Twą ręką szczepione;
Tam wróble gniazda noszą, jodła bocianowi,
Sarnom góra mieszkanie, skała królikowi.
Tyś na znak czasów sprawił błędną twarz miesięczną,
Ty niedoścignionego słońca lampę wdzięczną
Prowadzisz do zachodu—w tym nocne ćmy wstają,
Wtenczas leśne bestye wszytki się ruszają,
Lwięta ryczą, pokarmu żądając od Ciebie;
Skoro zaś jasna zorza zakwitnie na niebie,

Zwierz do jaskiń uchodzi, ludzie następują
Na roboty, gdzie także do mroku pracują.
Zacne są Twoje sprawy i wielkiej mądrości,
Pełna jest wszystka ziemia Twej szczodrobliwości,
Pełne, Panie! i wody; kto wyliczyć może
Wszytkie rybie rodzaje, które żywi morze?
Tam żaglem rozpuszczonym okręty biegają,
Tam swe igrzyska srodzy wielorybi mają.
Wszytko to, co jest w morzu, wszytko, co na ziemi
I co siecze powietrze pióry pierzchliwemi,
Oczy ku Tobie wznosi, który siedzisz w niebie,
I oczekawa zwykłej żywności od Ciebie.
Kiedy rękę otworzysz, wszyscy nasyceni,
A kiedy twarz odwrócisz, wszyscy zasmuceni,
Jeśli im ducha weźmiesz, w proch się wnet obrącą,
Jeśli im ducha natchniesz, na świat sie zaś wrócą.
Wieczna jest Pańska chwała, a on z tak mądrego
Nie przestanie sie kochać nigdy czynu swego.
Pan, który kiedy pojźrzy, ziemia drży; Pan, który
Kiedy ręką gór dotknie, dymem pójdą góry.
Dokąd mi tedy mego żywota dostanie,
Głos mój Panu i lutnia śpiewać nie przestanie.
Tylko Jemu niech wdzięczne będą pieśni moje,
Bom ja wszytko położył w nim wesele swoje.
Bodaj wszyscy złośliwi zagubieni byli
Tak, żeby sie na wieki już nie poprawili.
A ty, o duszo moja! daj cześć Panu swemu,
Dajcie wszytki narody winną chwałę Jemu.

11.

Na ten czas, gdy Żydowie, dostawszy swobody.
Bystre Nilowe żegnali wody:
Wielka tam na nich łaska Pańska sie znaczyła,
I niepodobna ku wierze siła.
Morze, patrząc, uciekło; także Jordanowy
Obrócił sie wspak strumień do głowy.
Góry capom podobne wesołym, a skały,
Jako jagnięta młode skakały,
Morze, czemuś uciekło? przecześ, Jordanowy

Strumieniu, wspak sie wrócił do głowy?
Góry, czemuście capom podobne skakały?
A wy, by młode jagnięta, skały?
Bytność Pańską i góry i rzeki szalone
I morze czuło nieujeżdżone;
Który z krzemienia zdroje, a z twardej opoki
Mocen wycisnąć strumień głęboki.

12.

Jeśli domu sam Pan nie zbuduje,
Próżno człowiek o nim sie frasuje;
Jeśli miasta sam Pan strzec nie będzie,
Próżno czuje straż po blankach wszędzie.
Próżno z domu przede dniem wychodzisz
Próżno mrokiem ostatnim przychodzisz,
Nie zarobisz ani pożywienia,
Nie będzieli z nieba wspomożenia.
Ale komu Pan jest miłościwy,
Daje mu sen, oczom pożądliwy,
Daje dziatek wdzięczne w domu roje:
Toć jest, Panie, pożegnanie Twoje.
Nie tak groźne, nie tak są straszliwe
W ręku męskich strzały popędliwe,
Jako kiedy przy ojcowskiej głowie
Zastawią sie cnotliwi synowie.
Szczęśliwy to miedzy szczęśliwemi,
Kto swój sajdak strzałami takiemi
Obwarował: gdy przed sądem stanie,
I prawa mu i serca dostanie.

13.

W troskach głębokich ponurzony,
Do Ciebie, Boże niezmierzony,
Wołam: Racz smutne prośby moje
Przyjąć w łaskawe uszy swoje.
Jeśli tej z nami surowości
Będziesz chciał użyć, jako złości
Nasze są godne, kto praw, Panie,
Przed srogim sądem Twym zostanie?

Aleś Ty Pan jest dobrotliwy
Pan z przyrodzenia lutościwy:
Co przeciw Tobie u wszech ludzi
Uczciwość wielką w sercu budzi.
Cieszy mię, Panie, dobroć Twoja,
Cieszą mię słowa; dusza moja
Upatrza Twego zmiłowania,
Barziej, niż nocna straż świtania,
Barziej niż nocna straż świtania,
Pragnie duch Twego zmiłowania.
O Izrahelu, niech sie dzieje
Co chce, ty w Panu kładź nadzieje.
U Tego litość nieprzebrana,
U Tego pomoc nieczekana,
Ten miłosierdziu swemu gwoli
Ze wszech cię grzechów twych wyzwoli.

14.

Siedząc po niskich brzegach Babilońskiej wody,
A na piękne Syjońskie wspominając grody:
Co nam inszego czynić, jedno płakać smutnie,
Powieszawszy po wierzbach niepotrzebne lutnie.
Lecz poganin niebaczny, w tej naszej żałobie
Przedsię piosnkę Syjońską każę śpiewać sobie.
Prze bóg, jako to ma być, aby pieśni Pańskich
Głos kiedy miał być słyszan w krainach pogańskich?
Jeślibych cię zapomniał, o kraino święta,
Niech moja swej nauki ręka zapamięta,
Niechaj mi język uschnie, kiedy cię przypomnię,
Kiedy cię na początku wesela nie wspomnię.
Pomni, wszechmocny Panie, co nam wyrządzali
Edomczycy, jako w nasz ciężki dzień wołali:
Zagubcie ten zły naród, ogniem miasto spalcie,
A ich mury do gruntu samego rozwalcie.
Ale i ty, Babilon, strzeż dobrze swej głowy,
Bo już wisi upadek nad tobą gotowy.
Szczęśliwy, kóryć na nas odmierzy twe winy,
A o skałę roztrąci twe nieszczęsne syny.

Chwalcie Pana z jego świątobliwości,
Chwalcie Pana z jego wielkiej możności,
Chwalcie z mocy, chwalcie go
Z dziwnej wielkości jego,
Chwalcie Pana ogromnemi trąbami,
Chwalcie Pana przyjemnemi lutniami,
Chwalcie bębny, chwalcie go
Kołem tańca pięknego.
Chwalcie Pana i harfą i regały,
Chwalcie Pana wesołemi cymbały:
Wszelka rzecz, która żywię,
Wyznaj Pana chętliwie.


(Jan Kochanowski).


PSALM CXXXVII

Płyną rzeki babilońskie, płyną, szumią w dal,
Wiatr powiewa brzeżną trzciną, nami chwieje żal.
Nad wodami my usiedli o chlebie żebraczym:
Ziemio święta! matko nasza! kiedyż cię obaczym?

Tu na wierzbach długowłosych, śród zielonych szarf,
Pokruszone wiszą struny od milczących harf;
Niechaj milczą stare harfy o strunach dziesięciu,
Niechaj nigdy w niewolnika nie zabrzmią objęciu!

Z głośnym śmiechem idą ludzie po wodę przez błoń:
„Hej, harfiarze, syny wraże, z prochu wznieście skroń,
Zawtórujcie nam pieśniami do naszej swawoli!“
Jakoż szukać wam wesela u tych, co w niewoli?

Jeruzalem! Jeruzalem! Biedna ziemio ty!
Gdy twej męce nie poświęcę każdej mojej łzy,
Jeśli ciebie nie ogarnę mym synowskim żalem
To mnie przeklnij i zapomnij, matko Jeruzalem!

Niech me oczy robak stoczy, niech w nie pluje czerń,
Niech ma ręka w ogniu pęka, niech krzy się jak cierń,
Niech mój język jak gadzina przy sennie do gardzielą —
Jeśli zaprę twych boleści, dla chwili wesela.

Edomczyku! Ty, co w krzyku niemowląt i żon
Ucztowałeś i pląsałeś przy połysku łon,
Ty, coś wołał, by nam Syjon spustoszyć do gruntu,
A odporne miecze nasze zwał mieczami buntu —

Pomnij w trwodze, że na drodze twych zwycięstw i chwał,

jak lew zcicha, kiedy czyha, nasz Bóg będzie stal.
I coś zdziałał, toć z nagrodą odda sądem Bożym,
I co spadło na nas deszczem, spadnie na cię morzem.

Chwila jeszcze, a już będziem błogosławić tym,
Co nad grodem twym rozwieszą pożarowy dym,
Z ramion matek wyrwą śpiące dzieciąteczek głowy,
I ze zgrzytem roztrzaskają o brzeg granitowy.[1]


(Kornel Ujejski).


KSIĘGA KOHELET

Marność jest klątwą ziemi syna,
A działem jego — nieświadomość,
A losem jego dzieł — znikomość,
A imię jego — proch i glina!

Próżno się kusi wzlecieć duchem
Z pyłu, gdzie trawi go tęsknota;
Próżno się zrywa i szamota,
Skowan glinianych pęt łańcuchem!

Dnie jego są jak dnie najemcy,
A jak sęp głodny jego serce,
I w wiecznej z sobą on rozterce,
I nie masz — nie masz dlań rozjemcy!

∗                    ∗

I cóż ma z trudu swego człowiek
I z prac tych, które wszczął pod słońcem?
Znikomość jego dzieł jest gońcem,
A żywot jego mgnieniem powiek!

Rozkosz i ból, co pierś nam wzdyma,
Mijają tak, jak szybkie łodzie:
Chwil kilka drży ich ślad na wodzie —
Uciekły już — i już ich niema!

∗                    ∗

Wirują światy w rączym pędzie
Swym wiecznym torem bez wytchnienia —
Tak było w pierwszym dniu stworzenia,
Tak jest i dziś — tak zawsze będzie!


Do morza wodę znoszą rzeki,
To zaś je znowu chmurom zwraca —
Od wieków trwa ta próżna praca
I będzie trwać po wszystkie wieki!

Do pomogilnych dążąc wczasów,
Kroczy wciąż ludzkość bez przestanku —
Tak było w pierwszych dni poranku,
Tak będzie aż do końca czasowi

Plon zgonów chłonie żywot łasy
I w powrót śmierci plon oddawa —
Tak chcą przyrody twarde prawa
Po wszystkie wieki — wszystkie czasy.

To, co istnienia zwiem imieniem,
Co zwiem poczęciem i konaniem,
Jest tylko prochów wirowaniem
I męką ciał i utrapieniem.

∗                    ∗

Szalony więc ten, komu zda się,
Że coś buduje lub wywraca;
Daremne trudy! próżna praca!
Wszystko już było kiedyś w czasie!
Znikomość jest dzieł ludzkich gońcem:
Co jest — to było już od wieka,
Co było — nowych wcieleń czeka;
Nowego nie masz nic pod słońcem!
Mijają ludzkie pokolenia,
Jak fale, gdy wiatr morzem zmęci —
I nie masz godów ich pamięci
I nie masz bólów ich wspomnienia!

∗                    ∗

Śmiechowi memu rzekłem: — Szalej!
Sercu: — Upoję cię weselem!
Rozkoszy rzekłem: — Tyś mi celem!
A życiu: — Kruź mi uciech nalej!


I piłem — piłem życia kruże,
Ustami — sercem — całą duszą,
Myśląc, że wiecznie żądze kuszą
I wiecznie kwitną wianka róże.

Lecz wkrótce minął szał zachwytu —
Powiędły róże i opadły.
I zmierzchły żądze me i zbladły,
I naszedł na mnie cień przesytu.

Bo rozkosz ziemska jest zwodniczą,
I leży na dnie jej znikomość,
I czarem jej jest nieświadomość,
A nasycenie jej — goryczą!

∗                    ∗

Więc obróciłem żądz płomienność,
By poznać mądrość, umiejętność,
I szał, i głupstwo i namiętność,
Czy próżnia mianem ich? czy plenność?

Lecz gdym na szalę wziął rozwagi
To, co stanowi treść żywota,
Złud oczom zmierzchła mym pozłota
I kwiat był nędzny — szary — nagi.

I odleciało mnie wesele,
Jak ptok wiosenny, gdy śnieg prószy,
I siadła żałość na mej duszy,
Płacząc w urojeń mych popiele!

Bo ten, co mnoży plon mądrości —
Mnoży plon smutku i wątpienia,
A kto plon mnoży doświadczenia —
Mnoży plon wstrętu i gorzkości!

∗                    ∗

Widziałem skrzętną gospodarność,
Co sen powiekom swoim kradła,
I chleb swój w ciągłej trosce jadła
I miano jej nazwałem: — Marność!


Widziałem płochą żądz łakomość,
Co motylemi goniąc ślady,
W swe własne się wikłała zdrady,
I dałem nazwę jej: — Znikomość!

I zapytałem: — Któraż z dwojga
Jest roztropnością? która szałem?
Gdy jedna marność ich udziałem,
I jeden trud i kres obojga?

Boć równy dział jest tych, co skąpią
Z tymi, co trwonią swe dostatki,
I jako wyszli z łona matki,
Tak nadzy w grobów ciemnie wstąpią!

∗                    ∗

Widziałem szał wojennej sławy,
I stratowane końmi rżyska,
I pełne trupów bojowiska,
I strop niebiosów łuną krwawy.

Widziałem mordów okrucieństwa,
I bojujących srogą mściwość,
I straszną wojen zapalczywość,
I wszystkie dzikich walk przekleństwa,

Widziałem moc — co ludzi żenie
Na rzeź — i dumę jej zwycięzką,
Ze pochód swój znaczyła klęską,
A śladem biegło jej — zniszczenie.

A kiedym śledził, pełen gniewu,
Jej dróg — szedł czas pustkowia szlakiem
I niepamięci wiejąc makiem,
Byt nowy budził z jej posiewu.

Mogiły w darni upowiciu
Stroiły kwieciem swoje czoła,
I grała ptaszków pieśń wesoła,
Psalm zwycięzkiemu dzwoniąc życiu.


I urągały świerszczów pienia
Snom, które sławy żądza pieści,
I już nie było tam boleści,
A jeno spokój zapomnienia!

Więc rozbrojony zawołałem:
Wielkości! sławo! nic! czczy dymie!
Jałowy szał jest twoje imię,
A marność jeno twym udziałem!

Jak wicher mocny w złej godzinie,
Szalejesz, łamiąc życia kwiecie,
A tyle śladu twego w świecie,
Ile po wietrze — gdy przeminie!

∗                    ∗

Słyszałem uczt pijanych śmiechy,
Widziałem grzesznych powodzenia,
I sprawiedliwych utrapienia,
I łzy płynące bez pociechy.

Widziałem zacnych trudów klęski,
I mądrość w wzgardzie i w ucisku,
I głupstwo cześć biorące w zysku,
I bezmyślności bieg zwycięski.

Widziałem srogich krzywd sromotność
I niezbadaną losów kolej,
Szaleństwo doli i niedoli,
I całą świata spraw przewrotność!

I szła śmierć dzieci ludzkich sadem,
I oszczędzając niedołęztwo,
Raziła młodość, piękność, męstwo,
I niema rozpacz szła jej śladem.

I szalał los, jak górska woda,
I nie rządziła światem tkliwość,
Ni mądrość, ni też sprawiedliwość —
Jeno bezmyślność a przygoda.

∗                    ∗

Więc żal uczułem, wstręt i trwogę,
I przeklinałem mą bezsilność,
Że torów świata widząc mylność,
Sprostować jego dróg nie mogę.

I rzekłem sercu memu: Wiera!
Skoro tak wstrętną świata chromość,
I marność życia a znikomość,
Czyż nie szczęśliwszym, kto umiera?

Ach, bo nie znają w snach mogilnych
Drzemiący ciężkich trosk żywota
I duch się już ich nie szamota
W pragnieniach tęsknych a bezsilnych.

Śmierć ich otula grobów ciszą,
A sen głęboki myśl ich mroczy,
I już nie widzą krzywd ich oczy
I jęków uszy ich nie słyszą!

∗                    ∗

I wzmogła się tęsknota we mnie,
I pełny smutku i przesytu,
Wołałem: Och, zagadkę bytu
Wyjawcie wy mi, grobów ciemnie!

Lecz milczał grób spowity zielem,
I zapytaniom moim próżnym
Pozostał zgon odpowiedź dłużnym,
Bo ziemski byt sam sobie celem.

I nie ma człowiek nic przed ptakiem
Którego łowcy grot zabija,
I tak, jak kwiat w dolinie mija,
Mkną jego dni marności szlakiem.

Bo to, co śmierci zwą imieniem,
I co snu mogił nosi miano,
Jedynie prochów jest przemianą
I nowych bytów przebudzeniem.

∗                    ∗

Więc nic? więc nic, jeno znikomość?
I jeno trosk i żądz omylność?
I tylko marność i bezsilność?
A całem szczęściem — nieświadomość?

Więc nic? — napróżnoż serce krwawię,
W tęsknotach trawiąc się płomiennych?
I nic! krom nocy mych bezsennych
I cięższych jeszcze snów na jawie?

Więc nic! I znikąd nie zaczerpie
Syn ziemi w smutkach swych otuchy!
I nic! I celem grób mu głuchy!...
Dlaczego kocham? tęsknię? cierpię?


(Włodzimierz Zagórski).


PRZYSŁOWIA SALOMONA



Mądrość po ulicy swe kazania miewa...
Na wzniesieniu wśród tłumów woła;
Przy wejściu do bram, w pośrodku miasta
Głos swój podnosi:
Zwróćcie się ku moim przestrogom;
Ja wam ducha swojego objawię,
Oznajmię wam swoje słowa...
Mnie posiadał Bóg na początku
Przed swojemi dziełami dawniej...
Od wieczności jam wieńczona,
Od początku przed praczasem ziemi,
Gdy nie było jeszcze otchłani, jam była zrodzona;
Gdy jeszcze nie uczynił ziemi i obszarów
I pierwiastkowego pyłu świata,
Gdy sposobił niebiosa, byłam już tam,
Gdy wytężał obłoki w wysokości...
Gdy stanowił morzu jego granicę,
Gdy kreślił podstawy ziemi...
Wtedy byłam przy nim wychowanicą,
Wtedy byłam rozkoszą dnia po dniu,
Igrając przed nim w każdym czasie,
Igrając w jego świecie ziemskim,
A rozkoszując się z synami człowieczymi.

Cna niewiasta jest koroną swojego męża,
A jak zgnilizna w kościach jego — haniebna.
Mądrość kobiety buduje ich dom,
Głupota własną ręką go obala.
Nadobna kobieta zyska cześć,
Jak łupiescy zyskają bogactwo.
Pierścień złoty w nozdrzach świni —
Kobieta piękna, a wyzuta z obyczajności.

Lepiej w kącie na dachu,
Aniżeli z kobietą kłótliwą w domu wygodnym.

Lew ryczący i niedźwiedź łaknący —
Złoczyńca, panujący nad ludem biednym.
Panujący, gdy zważa na słowa kłamliwe,
To wszyscy jego słudzy — złoczyńcy.
Źródło mętne i studnia zepsuta —
Sprawiedliwy, płaszczący się przed złoczyńcą.
Gdy się mnożą sprawiedliwi, raduje się lud,
A gdy panuje złoczyńca — jęczy lud.


(Izaak Kramstück).


PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI
(SZIR HA SZIRIM).
I.

Niech on mnie całuje całunkiem ust swoich,
Bo jego kochanie jest słodsze od wina.
Olejem rozlanym jest imię twoje,
Ztąd Ciebie kochają dziewice wszystkie.

Pociągnij nas z sobą, pobieżym do ciebie;
I mnie król wprowadził do swoich podwoi,
My w tobie się cieszym twej pieśni miłości,
Nad wino pierś twoja, od serca kochany.

II.

Czarnać ja jestem, lecz miła,
O córki Jerozolimskie!
Jako Kaderu namioty,
Jak Salomona kobierce.
Ol nie patrz na mnie żem czarna;
To słońce mnie opaliło.
Źli mojej matki synowie,
Winnicy strzedz mi kazali;
Ja zato w mojej winnicy
Nie byłam pilna.
O! powiedz duszy kochanku,
Gdzie pasiesz, gdzie śpisz w południe?
Bym nie błąkała się sama
Za trzodą twych rówienników.

Czy nie wiesz ty tego
O! z dziewic najmilsza?
Idź tylko w ślad trzody,
I swoje paś kozy
Przy budkach pasterzów.

III.

Zaprzęgom moim w wozie Faraona
Równałem ciebie, o miła!
Miłe twe lica przy tych zausznicach
I szyja przy tym łańcuchu.

Łańcuszek złoty zrobić ci każę,
Srebrnemi ćwieczki skrapiany.
Gdzie król mój lica odwrócił,
Tam kwiat mój wonie roztoczył;
Mój miły wiązką jest myrrhy,
Na mojej piersi zatknioną;
Mój miły pączkiem palmowym,
Z Engeddi wonnych ogrodów.

IV.

„Jak piękną jesteś kochanko!
Jak piękną!
Twe oko okiem gołąbki“
„Jak piękny jesteś kochanku!
Jak hoży!
Nasze się łoże zieleni.
Z cedru belki naszych domów,
A ściany z cyprysu,
A ja jestem różą polną,
Liliją doliny“.

„Jako lilija między cierniami,
Tak miła moja między córkami“.
„Jak jabłoń między drzewami w lesie,
Tak jest mój miły między synami,

Pod cieniem jego wypocznę sobie,
I owoc jego słodki mym ustom.

On mię wprowadził do domu wina,
A sztandar jego nademną,
Jest miłość...
Wzmocnijcie mię winem,
Posilcie jabłkami,
Bom chora z miłości.

Lewica jego pod moją głową,
Prawica jego mię obroniła.

Błagam was, córki Jerozolimy
Błagam na sarny, polne jelonki,
Am jej budźcie, ani jej ruszcie,
Aże się sama obudzi.

V.

To głos mojego kochanka, —
Widzicie! oto przychodzi.
Wzgórki przeleciał,
Doły przeskoczył;
Chybki jak sarna mój miły,
Jako jelonek pędliwy.

Patrzcie! już zdążył,
Stoi za węgłem;
W okno zagląda,
Sięga za kratę.
Mój miły mówi,
Do mnie to mówi:
Wstań o kochanko,
Wstań miła moja,
I pójdź...

Bo oto już zima minęła,
Bo oto już deszcze zszumiały.
Na polach się kwiaty rumienią,
Do pieśni, do pieśni czas nastał

Czas wino obcinać w ogrodzie,
Turkawka już grucha na łące,
Już figa swój owoc zmiodziła,
W winnicy już grona wonnieją,
Wstań, o kochanko!
Wstań, miła moja,
I pójdź...

O! wyleć ze skalnych rozpadlin,
O! wyleć gołąbko ty moja!
Niechaj zobaczę,
Niechaj usłyszę
Miłe twe lica
I głos.

VI.

Moim jest miły,
A ja miłego;
On w kwiatach pasie
Aż dzień ochłodnie,
I cień zaleci.
O! powróć miły!
Bądź mi jak sarna,
Jak jeleń żywy,
Pośpiesz przez góry,
Które nas dzielą.

VII.

Przez całą noc go szukałam,
Kochanka mego;
Na mojem łóżku szukałam,
Lecz jego niema!
Ach! wstanę, miasto obiegnę,
Ulice wszystkie
I rynki miasta;
Szukałam wszędzie,

Kochanka mego,
Szukałam lecz nie znalazłam,

I miejskich stróżów spotkałam
Strzegących miasta:
Widzieliście
Mego kochanka? —
Zaledwo przeszli,
Spotkałam mego kochanka.

Już trzymam, już go nie puszczę
Aż wejdzie ze mną
Do matki domu,
Do matki mej komory.

Błagam was córki Jerozolimy!
Błagam na sarny, polne jelenie,
Ani jej ruszcie, ani jej budźcie,
Aże się sama obudzi.

Któżto jest ona,
Co z puszczy wychodzi,
Jako słup dymu,
Jak wonne kadzidła?

VIII.

Oto łoże Salomona:
Sześćdziesiąt mężnych wokoło,
Mężnych szczepu Izraela,
U wszystkich dłoń na orężu,
Wszyscy w boju wyćwiczeni,
U wszystkich oręż przy boku,
Oręż gwoli nocnej trwogi.

Wspaniałe łoże Salomona,
Z libańskich cedrów wystawił:
Filary ze srebra,
Ze złota sklepienie,
Z szkarłatu pokrycie,

A środek nasłał miłością,
Dla córek Jerozolimy.

O! wyjdźcie córki syońskie,
Widzieć króla Salomona,
W koronie którą w dzień ślubu,
Matka jego mu włożyła,
W dzień wesela jego serca.

IX.
Salomon.

O! jakaś ty piękna, o miła,
O jakaś piękna!
Twe oczy pomiędzy splotami,
Oczami gołąbki;
Twe oczy są trzodą kóz dzikich
Pasionych w Gilead.

Twe ząbki są trzodą owieczek
Po strzyży z kąpieli.
Z nich każda prowadzi bliźnięta,
Żadnego nie zbywa.

Szkarłatu tkaniną twe usta
I głos twój miodowy;
Twe lica jak jabłko czerwone
Pomiędzy włosami.

Twa szyja jak wieża Dawida
K’ obronie stawione —
Tysiącem puklerzów obwisła,
Puklerzów rycerskich.
Twe piersi jak sarnie bliźnięta
Śród lilii pasione.

Sulamit.

Póki nie minie dzień
Póki nie zbiegnie cień:

Pójdę do myrrhy gór
Pójdę na wzgórki ziół.

Salomon.

Nadobną mi jesteś kochanko,
Nadobną bez zmazy:
Ty ze mną się spuścisz z Libanu
Od góry Anana —
Z wierzchołka Seniru, Hermona
Będziemy patrzali:
Od lwicy legowisk i rysiów
Będziemy patrzali.

O, siostro i moja kochanko,
Zraniłaś mi serce!
Podbiłaś mię sobie spojrzeniem
I splotem twych włosów.

Twe usta, o, siostro kochanko,
Są słodsze od wina:
I wonność co z ciebie wysycha
Nad wonie wszelakie.

Tyś ogród, zamkniony zdrój święty
I studnia warowna —
Tyś jabłoń jest rajska nietknięta
Z kosztownym owocem.

Cynamon i krokosz i myrrha
I wonie rozliczne
I zdroje wód żywych Libanu
I studnie ogrodu. —

Hej, wiatry z północy powstańcie,
Z południa się zbierzcie —
Przewiejcie mój ogród dokoła —
Niech płynie woń jego.

Sulamit.

Pójdź więc, kochanku mój —
Ogród odemknij twój:
Pożyj owoców twych!

Salomon.

Wszedłem do mego ogrodu,
O siostro, oblubienico,
Myrrhy wonności zbierałem,
Zbierałem miody najsłodsze,
Piłem i mleko i wino:
A teraz, wy przyjaciele,
Jedzcie i pijcie z ogroda,
Wy się upójcie kochani.

X.

Śpię ja, ale serce czuwa,
Słyszę głos kochanka mego,
On puka:
Otwórz siostro przyjaciółko,
Mój gołąbku, moja miła,
Ach, otwórz!

Szata moja zewleczona,
Jakże ja wstanę?
Nogi moje sąż umyte?
Jakże ja pójdę?

On ściągnął rękę za kratę
Aż serce we mnie zadrżało.
Pospiesznie wstałam, miłemu,
Miłemu memu otworzyć.

Pełne woni palce moje,
Z ręki myrrha mi kapała
Przewonna.
Otworzyłam drzwi miłemu,

Ale miły, niewidziany —
Już zniknął.

Gdzieś mi dusza odleciała,
Znikła jakoś baczność moja,
Gdy prosił.
Biegłam za nim, nie nalazłam.
Obwołałam: on się nigdzie
Nie ozwał.

Mnie Stróże znaleźli,
Co miasto obchodzą:
Oni mię zbili,
Oni zranili —
Z głowy mi wzięli zasłonę;
Murów stróżowie.

Ja was zaklinam, córki syońskie,
Jeśli znajdziecie mego kochanka,
Powiedzcie odemnie,
Żem chora z miłości.

I któż jest twój miły nad miłych,
O najmilsza z dziewic?
I któż jest twój miły nad miłych,
Że nas tak zaklinasz?

Mój miły jest biały, rumiany,
Naczelnik tysiąców,
Jak złoto najszczersze ma głowę,
Włos jego czarniejszy od kruka,
Wzrok jego jak oczy gołębi,
Co w mleku kąpane pływają,
A lica jak grzędy woniami osnute,
A usta jak róże myrrhami woniące,
A ręce jak złoto turkusem osute:
Jak słupy z marmuru na złotej postawie są jego nogi?

Postawa jak góra Libanu,
Wyniosły jak drzewo cedrowe,

Słodycze ma wuściech i cały jest słodki
Ach, ten jest mój miły, wy córki Syońskie.

„I gdzież poszedł twój kochanek
O, najmilsza z dziewic?
I gdzież poszedł twój kochanek —
Wnet go szukać będziem.“

Mój miły szedł do ogrodu,
Pomiędzy grzędy kwiatów;
Tam będzie paść jagnięta
I wonne róże zbierać.
Ja jestem miłego —
Mój miły jest moim,
Co w różach pasa.

XI.

Piękną ty jesteś, o miła moja!
Piękną jak Thyrsa, jak Jeruzalem.
Straszna jak wojsko stojące w szyku —
Odwróć ode mnie, ach, odwróć oczy:
One mocniejsze ode mnie!

Twe włosy są trzodą kóz dzikich,
Pasionych w Gilead;
Twe zęby są trzodą owieczek —
Po strzyży w kąpieli;

Z nich każda prowadzi bliźnięta,
Żadnego nie zbywa:
Twe lica, jak jabłko czerwone —
Pomiędzy włosami.

Sześćdziesiąt żon królewskich,
Ośmdziesiąt jest nałożnic,
A dziewic liczby nie ma.
Jedna dla mnie jest gołąbką —
Jedynaczka swojej matki —
Matki swej najukochańsza!

Widziały ją córki, szczęśliwą sławiły —
Wszystkie królowe i nałożnice
Jej wdzięki wielbiły. —

XII.

Któż jest? co błyszczy jak zorza,
Miły jak księżyc,
Czysty jak słońce,
Straszny jak wojsko śród boju!
Ongi szłam ja ku leszczynie
Widzieć owoc na dolinie,
Czy jabłka kwitną?
Nie wiedziałam ja na tedy,
Że mię kiedyś dusza moja
Wojowniczym wozem stawi
Mojego ludu.
Odwróć się, odwróć, o Sulamito!
Odwróć się do nas, niech cię widzimy.

Sulamit.

Co widzieć chcecie na Sulamicie?

Taniec wojsk boskich widzieć pragniemy

Jak piękne twe stopy w obuwiu,
Jak piękne, o córko szlachetna!

Zagięcia twych bioder, jako łańcuch
Ukuty ręką misterną. —

Twój pępek — jak puhar okrągły —
Co zawsze swą pełność dotrzyma;
Twe łono, jak wzgórek pszenicy —
Różami w koło obrzucon.

Twe piersi, jak sarny bliźnięta,
Za jednym porodem wydane;
Twa szyja jest wieżą słoniową,
A oczy stawem Hesbonu.

A nos twój, jak zamek Libanu,
Ku stronie Damaszku patrzący;
Twa głowa — jak Karmel nad tobą,
A splot twych włosów jak szkarłat
Fałdzistej szaty królewskiej: —

O, jakżeś piękna,
O, jakżeś wabna!
Twa kibić sarnie podobna,
Twe piersi gromu winnemu.
Ja rzekłem: wejdę na palmę,
Za jej gałązki pochwycę;
Twe piersi będą gronami,
A woń twego oddechu —
Wonnością będzie jabłoni;
Z ust twoich słodycz pić będę —
Jak wino!

Ach, słodkie wino! kochanka mego
Zwolna zmogło,
Słodyczy pełne usta jego
Marzą we śnie. —

XIII.

Cóż to za jedna od puszczy idąca —
Słodko na ręku kochanka oparta?
Tam pod jabłonią jam cię obudził,
Tam urodziła cię matka —
Tam się rodziła twa matka.
Jak pieczęć w twoje wciskam się piersi —
Jak pieczęć w twoje ramiona,
Bo miłość jak śmierć jest silna!
Jak piekło jej żar nie zgasa,

Jej węgiel — węglem żarzącym —
Płomieniem Pana.
Miłości ogień nie zgasi,
Ni rzeki schnąć jej mogą:
Niech mąż za miłość da dobra i mienie,
Będzie i wyśmian i wzgardzon.

XIV.

Nasza siostra jeszcze mała —
I w pączku jej piersi, —
Co my z siostrą uczynimy,
Gdy o nią starać się będą?

Jeśli ona murem, na niej zbudujemy
Pałac srebrzysty.
Jeśli ona bramą, bramę obwarujem
Drzewem cedrowem.
Tak jest, bracia! murem jestem
I wieżą moje się piersi,

Jam jest miłego — jam jego rozkosz!
O, pójdź kochanku —
Ze mną na polach — na wsi zamieszkać
Rano wstaniemy: pójść do winnicy,
Czy wino kwitnie? Grona dojrzeją.
Tam ci, o luby! miłość poświęcę.

Kwitną już kwiaty miłości —
Wokoło mieszkania —
Tam wszystko jest piękne —
I stare — i nowe —
Tobiem to wszystka chowała.
Ktoby mi ciebie dał bratem,
Ach, bratem co jednej
Pierś ze mną ssał matki.

Gdziebym cię w dworcu znalazła,
Całunek bym dała;
Od wzgardy bezpieczna

Powiodłabym ciebie
Do matki komory.
Tybyś mię nauczał,
Jabym cię poiła
Sokami drzew moich.

Jego lewica pod moją głową,
Jego prawica by mię objęła!

Ja was zaklinam, córki Syońskie —
Ani jej ruszcie, ani jej budźcie —
Aże się sama zbudzi!
Przeto byłam wobec niego
Jako pokój wskazująca.

Król Salomon miał winnicę
W Baal Hammonie —
I wyznaczył do niej stróżów —
Każdy wnieść miał za owoce
Tysiąc srebrników.

Moją winnicę przedemną
Widzą oczyma:
Tysiąc srebrników przynieśli,
Lecz przy stróżach Salomona
Dwieście zostało.

O, ty — mieszkanko ogrodu!
Twe rówiennice pragną twych pieśni —
Niech cię usłyszą!
Uciekaj, mój miły, jak sarna,
Uciekaj jak jeleń z gór wonnych.


(Kazimierz Brodziński).


HIOB
I.

Był mąż w Suzy krainie, Hiobem nazwany,
Dobry, czczony, niewinny i Bogu oddany;
Siedmiu synów wychował, trzy córy kwitnące,
Pięćset oślic, wielbłądów trzy liczył tysiące,
Siedem tysiące owiec i czeladzi siła,
Pięćset jarzm wołów jego na role wodziła.
Był to mąż najbogatszy pomiędzy wschodniemi, —
A z siedmiu synów jego dniami kolejnemi
Każdy uczty wyprawiał, — a zawsze pospołu
Wszystkie z niemi trzy siostry siadały do stołu;
A gdy kolej obeszła, Hiob dzieci zwołał,
Za nie całopalenie Bogu ofiarował,
Z bojaźni by z nich który w zbytku nie zawinił,
Tak Hiob z dziećmi po wszystkie dni czynił.


II.

Dnia jednego się zeszli niebiescy synowie
Przed tronem wiekuistym cześć składać Jehowie.
W rychle do nich i szatan, śledzca świata zdążył —
„Zkąd idziesz?“ Pan zapytał. — „Ziemięm wszerz okrążył.“ —
„Nie widziałeś Hioba, rzekł Pan, mego sługi?
Zaiste jemu równy nie zrodził się drugi,
Szczery, prosty, pokorny, bliźnim dobroczynny,
Choć mię często skłamałeś, by cierpiał niewinny.“
Na to szatan: „Czyż on się darmo Ciebie lęka?
Czyż go nie błogosławi, nie broni Twa ręka?
Kwitnie mu dom i stada igrają po łanie;

Lecz weź mu co ma; ujrzysz jak wiernym zostanie.“ —
I rzekł Pan: „Wszystko co ma, daję pod twą wolę.
Na niego tylko ręki ściągnąć nie dozwolę.“

U najstarszego z synów, gdy była biesiada,
Wbiegł poseł do Hioba i tak zapowiada:
Gdyśmy oślice paśli i wołmi orali,
Wpadli Sabejczykowie i wszystko zabrali,
Czeladź mieczem wysiekli, ja życie uniosłem,
Abym ci to oznajmił i smutnym był posłem,“
Ledwo skończył, wbiegł drugi i tak zapowiada:
„Ogień spadł z nieba, zabił twą czeladź i stada.“
Gdy kończył, przybył trzeci: „Chaldejczycy wpadli
W trzech hufcach i trupami twą czeladź pokładli,
I wielbłądy zabrali.“ Wnet czwarty przypada:
„U brata najstarszego, rzekł, była biesiada,
Syny twoje i córki siedziały przy winie,
Alić wicher gwałtowny wpada przez pustynie,
Trzęsie węgłami domu, walą się podwoje,
Gruzami zasypane leżą dzieci twoje.“

Tu Hiob szaty rozdarł, wstał i ostrzygł głowę,
I na kolana padłszy tak błagał Jehowę:
„Nago z matki wyszedłem i nago powrócę,
Pan dał i Pan odebrał, przeto się nie smucę;
Niech czyni, jak się jego mądrości podoba.“
Dotąd nic złego usta nie rzekły Hioba.

Gdy odszedł, śledzca świata, od stóp aż po głowę,
Zjadłym wrzodem zaraził ciało Hiobowe,
Że jedną raną było: — on usiadł w popiele,
Wziął skorupę i rany odzierał na ciele.
Owóż rzekła mu żona, kiedy ból go trawił:
„Jeszczeż i teraz będziesz dobroć Boga sławił?
Sławże ją i umieraj!“ — Nie waż się złorzeczyć,
Mamyż dobre przyjmować, a we złem mu przeczyć?
O niebaczna niewiasto!“ — Tak Hiob powiadał,
Trzej jego przyjaciele gdy o tem słyszeli,
Obaczyć nieszczęsnego i pocieszyć chcieli,
Ci się zwali: Elifas stary Thenamita,

Zofar z Nemathitu i Bildad Suchita.
I razem się zebrawszy z ziem swoich przybiegli,
Lecz go poznać nie mogli, gdy z bliska dostrzegli;
Głośno płakać zacząwszy, szaty swe targali,
I prochem ziemi głowy swoje posypali,
Przez siedem dni i nocy siedzieli w milczeniu,
Nie śmieli mówić, jego dziwiąc się cierpieniu.


III.
HIOB.

Przeklęty ów dzień, gdym na świat przychodził,
I noc, co rzekła: człowiek się narodził.
Niech ten dzień wieczne przyodzieją chmury,
Niech Bóg o niego nie zapyta z góry,
Niechaj go żaden promień nie doścignie,
Niech na swą czarność, jak na grób się wzdrygnie.

Niech ta noc przeklęta będzie,
Niech z dniem żadnym nie graniczy,
Niech się w liczbę lat nie liczy,
I wieczny cień ją osiędzie
Od mistrzów Lewiatana.
Niechaj wiecznie wyklinana
Nadaremnie światła żąda,
Rannej jutrzni nie ogląda,
Że matki mojej otworzyła łono,
I mnie zakryła, co mi naznaczono.

Czemuż jam w matki żywocie nie zasnął,
Albo ujrzawszy światło sam nie zgasnął!
Po co mię pierś karmiła, trzymały kolana,
Byłby mi pokój został i noc nieprzespana;
Razem z królami spałbym, do tej chwili,
Co groby swoje w chmury powznosili.
Razem z możnymi, co skarby władali,
Co i dom śmierci złotem zasypali, —

I jabym zniknął jak płód niedojrzały
Dzieciom podobien, co świata nie znały.

Tam śpi spokojny, który tu rozpacza,
Tam odpoczną spracowani,
Tam z swych więzów wypętani
Już nie usłyszą głosu wyciągacza.
Tam niema oddzielnych stanów;
Słudzy są wolni od panów.

I po co nędzni to życie zaznali!
Na co jego ciężar znoszą?
Próżno ciągle o śmierć proszą,
Z ziemiby ją wygrzebali.
Grzebią z oczyma chciwemi
Jak za skarbem skrytym w ziemi,
I gdy ją przecie zobaczą,
Weseli nucą i skaczą.

I po co jam się urodził?
Mnie do koła Bóg ogrodził,
Łzami roszę pożywienie,
Skargi płyną jak strumienie
Okropność ściga mie wszędzie,
Czego się lękam?... przybędzie.
Wiecznie wzdycham za pokojem
A drżeć przeznaczeniem mojem!


VII.

Bojem jest życie człowieka,
Dniem najemników dzień jego pracy,
Jako niewolnik na spoczynek czeka,
A najemnik na dzień płacy,
Tak na mnie teraz padły złe miesiące,
I nocy smutkiem ciężące.
Do snu idąc czekam rana,
Że mi przecie ulgę wróci,
Że mi boleść moją skróci;

Noc przeminie nieprzespana,
Ni poranek cierpień skróci!
Jak łódka skacze po płótnie,
Dni moje mijają smutnie;
Za cóż się pastwisz nad nędzną ofiarą,
Wszak mój żywot tylko parą;
Raz mi naciśniesz powieki,
A już ja ziemi nie ujrzę na wieki!
Widzący będą szukać mię oczyma
Ty szukać będziesz, ale mnie już niema!
Jako się obłok rozprasza i ginie,
Tak człowiek znika w cieniów krainie:
Już nie poznany nikomu,
Nie wróci do swego domu.
Więc też mym ustom nie wzbronię,
Niech duch co cierpi, wyzionie,
Czyż to ja morze, lub morska potwora,
Żebyś mi stawiał i tamy i straże?
Jeżeli mówię z wieczora,
Że mi folgę noc okaże,
A ty mię dręczysz i we śnie
I sny mię dręczą boleśnie,
Tak że we wszystkiem co znoszę,
Jak o łaskę, o śmierć proszę!
Syt jestem życia, krótkie już dni moje,
Czemuż się srożysz nademną?
Wszakżem ja parą nikczemną,
Odwróć, odwróć oczy twoje!
Czemże jest człowiek, że się tak wielmożysz,
Potęgą twoją nań srożysz,
Ze mię szukasz z wschodem słońca
I na chwilę nie porzucisz,
Śledzisz i dręczysz bez końca,
Nigdy odemnie tych oczu nie zwrócisz?
Com ci zawinił, ludzi śledzicielu,
Ja nędzarz, pośród cierpienia bez celu,
Ja ciężar sobie samemu!
Mogęż być wrogiem tobie potężnemu?
Wszak ja proch jestem, ty rzucisz oczyma,
Szukać mnie będziesz: — a mnie już niema!


VIII.

Pókiż chcesz bluźnić niebacznie,
I boskie nicować rządy?
Chcesz by działał Bóg opacznie,
I sam własne łamał sądy?
Gdy twoje zgrzeszyły syny
Karę poniosły za winy;
Ty gdy się zwrócisz ku Bogu,
Gdy korne wzniesiesz błaganie,
Gdyś nie stwardział w złym nałogu,
On twoją tarczą zostanie.
On twe niewinne plemię uszczęśliwi,
Choć nowy wszczątek zbyt mały,
Ale z czasem w blasku chwały
Nowym wzrostem świat zadziwi.
Przeto zapytaj dawne pokolenia,
I rozmów się z ich ojcami,
Bo my wczorajsi, my bez doświadczenia,
I dni nasze są cieniami.
A w nich pociecho gotowa,
Bo z ich serca mądre słowa.
Sitowie bagno urodzi,
Wśród wody rogoże wschodzi;
Jeszcze zielone, jeszcze nie dojrzeje,
A rychlej niżli wszelki chwast więdnieje.
— Taka obłudników droga:
Taka nadzieja bez Boga,
Ufność jako pajęczyna,
A podporą krucha trzcina.
Wesprze się na niej i zdradnie
Tem pewniej na ziemię padnie.
— Przed świtem stoi drzewo pełne siły,
Gałęzie jego ogród obramiły:
Korzenie jego nad zdrojem splecione,
Jako podstawa muru umocnione,
Lecz niech mu słońce śmiertelnie dopiecze,
Wyprze się miejsca, — nie znałem cię — rzecze;
To jest jego przeznaczenie,
A przecież jego korzenie

W nowe za czasem gałęzie odrosną,
I to cieszy śmierć żałosną.
Tak więc prostego zasłoni,
Obłudnym nie poda dłoni,
I tobie pociech udzieli,
Twoje usta rozweseli,
Wrogi twoje wstyd owładnie.
I dom bluźnierców zapadnie.


XXVIII.

Człowiek srebro dobył z lochu,
I żyły złota wytropił
Żelazo oczyścił z prochu
I z kamienia miedź wytopił.

On się w swej matki żagrążył wnętrzności
Tam jej żyły rozpatrywa,
Kamień graniczny odsunął ciemności,
W krainie śmierci skarbce zdobywa.

Kruszcu opoki przedrąży,
Przejdzie głębie głuchych cieni,
Na samotnej wód przestrzeni,
Po bezślednich wałach krąży.

Pod skałą która na grzbiecie chleb rodzi,
Której pieczary ogniem wypalone,
Człowiek, złotem opylone,
Łoże szmaragdu znachodzi.

Tam, kędy oko sępa nie dosięże,
Gdzie nie pognał orzeł śmiały.
Gdzie w jaskini zwierz lęże,
Ani kiedy lwy ryczały;

On to przekowa przez twarde krzemienie,
Góry z korzenia wysadzi,
Z opok wypuści strumienie,
I kędy zechce prowadzi;


Wystąpić każę zdrojom z pod granitu,
Wyniesie wszystko, co ukryte nisko,
Ale gdzie szukać mądrości pobytu,
Gdzie jest rozumu siedlisko?

Próżno człowiek o nią bada,
Nie u ludzi jej mieszkanie,
Nie masz jej we mnie! morze odpowiada;
Nie masz jej u nas! wołają otchłanie.

Próżne za nią ludzkie żądze,
Nie kupić jej za pieniądze.
My jej tu w sobie nie mamy!
Wołają góry i jamy.

Pytać się o nią u Pana,
Bo jemu droga jej znana;
Bo On na wskroś przejdzie słońce,
On okrąży świata końce.

On kiedy wiatrom wydzielał wagi,
Gdy morze brzegiem osaczał,
Kiedy deszczowe rozwieszał flagi,
Piorunom drogi oznaczał:

Wtedy ją widział, wybadał,
Rozpoznał i imię nadał
Wtedy rzekł: „bojaźń Boga, mądrość śmiertelnego,
A rozum: „chronić się złego“.


XXXVIII.

Któż jest, który bezrozumnie
Śmie wikłać moje układy?
O pasz twe biodra, jak mąż zbliż się ku mnie,
I pytać będę, ty wskaż twoje rady.

Gdzie byłeś wtedy, gdym ziemię zakładał;
Powiadaj, kogom się radził;

Powiedz, kto jej długość nadał
I kto po niej wszerz prowadził?

Na czem oparł jej posady,
Kto jej założył kamień węgielny,
Gdy mu Aniołów poczet nieśmiertelny,
Gdy mu gwiazd samych śpiewały gromady?

Kto zawarł morze w warownem korycie,
Kiedy się z matki łoża wyrywało,
Kiedy chmurę za powicie
A mgłę za odzienie miało?

Kto skalnym kozom skreślał czas do płodu?
Kto krzepi łanie rodzące,
Naznaczył ilość porodu,
Zliczył ich ciąży miesiące?
Kto łosia puścił pomiędzy lasy
I odjął pęta zbiegowi,
Że w pustyniach jego wczasy
W skałach mieszkanie stanowi?
Tam on szydzi z miejskiej wrzawy,
Nie zna głosu poganiaczy,
Lasem, górą, ślady znaczy,
Uroszone wietrząc trawy.

Czy zmusisz żubra do twojej posługi,
By nocą stał ci przy żłobie,
By na roli służył tobie
I w jarzmie ciągnął ci pługi?
Czyli przez ciebie koń życiem natchniony,
Kark jego w piękny włos otoczon grzywy.
Jako szarańcza przesadza zagony
I nozdrzem parska dla wrogów straszliwy.
Rwie grunt kopytem a siłą wesoły,
Tętniąc rzuca się na wrogi,
Rżeniem natrząsa się z twogi,
Nie drży gdy błyśnie miecz goły;
Nad nim poświst strzał szeleści,
Szabla błyska, tarcza chrzęści,

Piaski wyrywa, strzyże uszyma,
Trąbę posłyszał, już miejsca nie trzyma;
Trąbą głośniejszy znak dała,
Już się puścił jako strzała,
Wietrzy zdała boju szyki,
Głosy wodzów, wojsk okrzyki!

Alboś ty wiedział śniegowe zapasy,
Czyliś poznał skarbiec gradów,
Który na ciężkie zachowuje czasy,
Na czasy zbrojnych napadów?
Kto bywa ojcem powodzi,
Kto wydaje krople rosy,
Czuje łono lód urodzi?
Kto mrozem iskrzy niebiosy,
Kiedy pod lodem ukryją się morza,
Jak kamień morskie stwardnieją przestworza.

Czy ty ułowisz lwicę ze zdobyczą,
Albo nakarmisz lwięta, kiedy ryczą,
Albo leżąc przed jaskinią,
Na zwierza zasadzki czynią?

Czyliś ty drogi naznaczył sokoła,
Że on na południe leci,
Czy twój głos orła ku obłokom zwoła
Aby na skałach słał gniazdo dla dzieci?
Na skałach mieszka wysoko,
Tam twierdzę swoją zakłada,
Zdała mierzy jego oko,
Jako strzała na łup spada,
Krwią napawa swoje dzieci,
Gdzie trup leży, tam przyleci.


XL.

Bechemot z tobą stworzony pospołu,
Trawą żyje równą wołu,
Patrz jak mocne jego żyły,

Jakie w biodrach jego siły.
W koło strumienia wabi go pasza,
Cień mu dają Lotu drzewa,
Nagłe wezbranie wód go nie ustrasza,
Stoi, choć Jordan paszcze wyziewa,
I widząc da się ułowić w niewolą,
I nos mu sznurem przekolą.
Lub czyli wędą Lewjatana zdradzą,
I ozór ścisną mu liną,
I nozdrze przekolą trzciną,
I za żelazną obręcz poprowadzą.
Lub czyli płacząc będzie płakał szczerze,
I skomleć, jakby zawinił,
Czy z tobą wejdzie w przymierze,
Byś go twym sługą uczynił?
Czyż go dłoń twoja, jak ptaszka uchwyci
Dziewicom k’woli uwiąże na nici,
Czy go czasami przywabisz do dołu,
Gości nim twoich uraczysz u stołu.
Czyli go przeszyjesz grotem,
Niewód na głowę zarzucisz,
Ściągnij nań rękę, już potem
Do walki z nim nie powrócisz.
Patrz na jego uzbrojenie,
Kto zwlecze z niego odzienie,
I kto śmiały ściągnie ręce
Ku jego dwojnej paszczęce?
Kto jego gardło rozczepi,
Gdy straszne zęby najeży,
Grzbiet jego jak dach puklerzy,
I łuska z łuską się lepi.
Ogień bucha z jego pary,
Oko jego ogniem błyska,
Z paszczy kłębem miota żary,
Gdy parska, iskrami pryska,
Jak z naczynia wary wrzące,
Z nozdrzy jego dym się wali,
Dech jego węgle rozpali.
W karku jego siła siedzi,
Przed nim strach zatacza koła,

Ciało ulane jak z miedzi,
Piorun go wstrząsnąć nie zdoła
Gdy się dźwignie, drżą mężowie,
Pierzchną, gdy na brzegu lęże,
Miecz nie utkwi w jego główne,
Grot ni oszczep nie dosięże,
Stał się na nim jak źdźbło kruszy,
Żelazo jak próchno drzewa,
Pocisk procy jako plewa,
Sto żagli z miejsca nie ruszy,
Źdźbłem zowie dzidę morderczą,
Natrząsa się twojej sile,
Pod spodem kolce mu sterczą
I bruzdy orze po ile.
.............
Czyjeż to oczy obłoki zliczyły,
Kto z chmur żywota deszcz sączy?
Że z bryłą spłyną się bryły,
A proch jak kruszec się łączy?

Kto morze opasał wałem,
Kiedy gwałtownie się parło
I z łona matki wydarło,
Gdy je jak dziecię odziałem,
Mgły mu dając za powicie,
Nocne mroki za okrycie,
Gdy mu rozmierzyłem tamy,
Warownem naznaczył bramy,
Rzekłem: tu kres twej drogi,
Nie postąpisz za te progi!

Czyś doszedł skał w Oceanie
Śledził dno jego głęboko,
Czyś otwarł śmierci otchłanie,
Czy twoje oko świadome
Zmierzyło szerokość ziemi?
Powiedz, gdzie do świata ścieżka,
Powiedz, kędy ciemność mieszka?


XLII.

To wszystko do Hioba gdy skończył Jehowa
Potem do Thenamity to przemówił słowa:
— Na gniew mój zasłużyłeś i ty i ci oba
Nie widzę w was szczerości mojego Hioba,
Tak siedem dano jagniąt — siedem wołów sfornie,
A gdy ogień ofiarny złożycie pokornie;
Niech za was Hiob błaga, a może ofiary
Przyjmę wasze dla niego i przebaczą kary,
Bo nierozumem gniew mój ściągnęliście sobie,
W was niema tej szczerości, co w moim Hiobie!

Wszyscy trzej uczynili wedle woli Pana,
A tak prośba Hioba była wysłuchana,
Że Hiob za przyjaciół swoich się ukorzył,
Wrócił mu Pan dostatki i nowych przysporzył
Nawiedziali go znowu krewni, przyjaciele,
Jedli z nim w jego domu, dziwili się wiele,
A litość wyrażając, potrząsali głowy,
Na wszystko co ucierpiał z zesłania Jehowy;
Każdy mu jedną owcę i pierścień zostawił,
Bóg starości Hioba więcej błogosławił,
Cztemaścieset miał owiec za poślednich rządów,
Tysiąc oślic, dwa wołów, a sześćkroć wielbłądów.
Miał siedm synów, trzy córki, nazwane Jemima,
Kiesja i Kerenhapach z czarnemi oczyma,
W całym kraju piękniejszych dziewic nie obaczył,
Im Hiob wraz z synami dziedzictwo naznaczył,
A jeszcze w sto czterdzieści lat swe życie złożył,
Gdy syt świata, czwartego pokolenia dożył.


(Kazimierz Brodziński).


PIEŚŃ DEBORY.

Pieśń ma zagrzmi i zahuczy
i zatętni wzdłuż i wszerz.
Słuchaj, ludu, i ty, ziemio,
moje słowa w uszy bierz.
Słuchaj, ludu mój, słuchajcie
wy, książęta i królowie:
Ja, ja, matka w Izraelu,
ja zaśpiewam pieśń Jehowie.
Kiedy wyszedł Pan ze Seir,
gdy przez pole Edom szedł.
Ziemia drżała, góry mdlały,
potok Cyton kurczył grzbiet.
Lew w pustyni przypadł k’ziemi
i zakwili jak pacholę:
Kiedy wyszedł Pan ze Seir,
przez edomskie gdy szedł pole,
Z chananejskich wozów konie
lud mój ujrzał śród swych łąk:
Zdarto tarcze z jego ramion,
wytrącono drzewca z rąk.
Po winnicach ptak się zdziwił,
obcej mowy słysząc głosy.
Cudze sierpy żąć poczęły
po pszenicznych łanach kłosy.
Lat dwadzieścia z drżącą wargą
ze krwią w oku patrzał lud,
Jak szerszenie z ust cór jego
wysysały słodki miód.
Spustoszały wsie i grody,
wyschła woda studzien wielu:
Aż powstałam ja, Debora —
wstałam — matka w Izraelu!

Że młodzieńce twe u żaren
w pieśń zmieniły głuchy jęk,
Że u źródeł scichł trzask łuków
ścichł chrzęst zbroi, mieczów szczęk
Że deptany nad depcące
dziś swobodną wyniósł głowę —
Pójdź tu, ludu, śpiewaj ze mną,
z matką twoją wielb Jehowę.
Abinoem, wielbij Pana!
Oto, starcze, Barak twój
Podniósł dłoń i starł bronzowy
z Izraela skroni znój.
Rozmawiajcie z sobą głośno,
który jedziesz na oślicy,
Który siedzisz przed swym domem,
który sądzisz na stolicy.
Izraela Bóg potężny
przed hufcami wiernie szedł:
Ziemia drżała, góry mdlały,
potok Cyton zjeżył grzbiet.
Przerażone słońce w chmurę
owinęło, twarz swą zbladłą,
Kiedy orłów moich stado
na Sysary wozy spadło.
Przeczżeś siedział u obory,
przeczżeś słuchał wrzasku trzód,
Gdy swą duszę na śmierć wydał
Naftalego dzielny ród?
Gdy Izachar, gdy Zabulon
szpony drzewie wpił w Sysarę —
Gdy rozpraszał wozy w polu,
jako sokół wróble szare?
Przeczżeś, krzesząc podłe zyski,
na okrętach kupczył, Dan?
Czemuś, Aser, krył się w skałach
Gdy z Sysarą walczył Pan?
Przeklinajcie podłe Meroz,
jego starce i młodzieńce!
Zabulona dział wyniosły!
Naftalimom plećcie wieńce.

Bądź wielbiona wielka Jahel!
Tyś pomogła wrogów zmódz!
Pod jej namiot zbiegł Sysara,
chananejskich mężów wódz,
Prosił wody, dała mleka,
na przystawce mu książęcej;
Dała masła, dała mleka,
niżli prosił dała więcej.
Po wsze wieki bądź wielbiona,
wielka Jahel! W prawą dłoń
Młot ujęła i gwoźdź przeszył
uśpionego wodza skroń;
Potok Cyton go nie pożarł,
przed Baraka zbiegł pogonią,
U Jaheli nóg się skurczył,
pod Jaheli poległ dłonią.
Siadła w oknie stara matka,
we skraj nieba wzrok jej wrósł:
„Przecz Sysara nie powraca,
rychłoż zagrzmi jego wóz?“
I odrzekły jej służebne,
i odrzekła sobie w duszy:
„Snadż wpierw łupy porozdziela,
nim do domu zasię ruszy!
Tak niech zginie wróg wszelaki!
Tak niech w prochu tarza twarz.
Kto się waży walczyć z tobą,
Boże wielki, ojcze nasz!
Tak niech zginie wróg wszelaki!
A dla wiernych twoich dzieci
Na wysokich niech niebiosach
wiecznie jasne słońce świeci.


(Adam Maszewski).


KSIĘGA RUTH.
ROZDZIAŁ I.

Za czasów onych, gdy przełożonemi
Byli sędziowie, cierpiąc głód w swej ziemi,
Niektóry człowiek z Bethleemu Judy
Szedł, by przechodniem był pomiędzy ludy,
Co Moabitskiej władcę są krainy.
A tedy z żoną szedł i dwoma syny.
On Elimelech zwał się, jego żona
Noemi. A zaś synów są imiona:
Mahalon, Chelion — wszyscy ci z Ephraty
Rodem; a kiedy przygnębiony laty,
Zmarł Elimelech, to została doma
Samotna żona wraz z synami dwoma
A ci, acz różne rodem i plemiony,
Z Moabitanek wzięli sobie żony.
Z tych jedna Orpha, druga Ruth się zwała,
I tam zmieszkali dziesięć lat bez mała.
Zaś gdy też zmarli, owa zasmucona
Bez synów matka i bez męża żona,
Słysząc, iż głód już w ziemi jej ustawa,
Tam wrócić chciała swem sieroctwem łzawa,
By snadź w ojczyźnie złożyć mogła głowę.
I szły z nią w drogę owe dwie synowe.
Szła tedy z miejsca swej gościny z niemi.
Alić wśród drogi rzecze im Noemi:
— Wróćcie się w matek waszych dom i braci,
I niech wam Pan Bóg miłosierdziem płaci
Takiem, jakieście, z całej serca siły
Mężom i matce onych uczyniły.
I niech was w troskach waszych uspokoi
Mężami, których da wam z Ręki Swojej! —
I całowała je — a te z płakaniem

Odpowiedziały: — Z tobą my zostaniem,
I między lud twój pójdziem. — A Noemi,
Rzekła; — Ostańcie, córki! między swemi.
Zaź mam ja syny ze mnie urodzone,
Coby z was każdą mogli wziąć za żonę?
Ani mnie starej męża mieć niebodze,
Bo do małżeństwa już się ja nie godzę!
A choćbym nawet mogła tej godziny
Począć w żywocie i porodzić syny,
Gdybyście chciały czekać, aż podrosną,
By wam mężami mogli być, w żałosną
Starość wam spłyną młodych lat rozkosze;
A przeto, córki! zaniechajcie, proszę.
Gdyż dola wasza tem mię słuszniej nęka,
Iż jest nademną ciężka Boska Ręka. —
Więc się spłakały. A zaś Orpha potem,
Ucałowawszy świekrę, szła z powrotem
Pomiędzy swoich. Ale Ruth została.
A tej Noemi mówi posmutniała:
— Patrz. Oto twoja wraca się bratowa.
Idź znią. — A ta jej rzecze takie słowa:
Nie żądaj, bym cię opuściła. Bowiem
Gdziebądź się zwrócić zechcesz, to ci powiem:
Z tobą ja będę; gdziebądź zamieszkanie
Obierzesz sobie — z tobą Ruth zostanie.
W szczęściu, w nieszczęściu niech przy sobie stoim.
Niech lud twój moim, Bóg twój będzie moim!
Na której ziemi umrzesz, ja przy tobie
Chcę umrzeć, a też w jednym spocząć grobie.
Bóg niech w dwa wspólne złączy nas ogniwa —
Bo chcę przy tobie zostać, pókim żywa! —
Tedy Noemi widząc: iż więc zgoła
Aby z nią nie szła, skłonić jej nie zdoła,
Nie przeciwiła się jej więcej ano
Szły razem w drogę ową pożądaną.
A gdy stanęła w Bethleem, na mieście
Gadania o niej wszczęły się niewieście:
— Patrzcie! Toć ta jest, którą więc Noemi
Zwano! — A ona rzekła słowy temi:
— Już nie „Noemi“ zowcie mię (co znaczy

Piękna) — lecz „Mara“ (gorzką) zwiejcie raczej.
Bowiem, Pan z nieba, we wszechmocy Swojej,
Gorzkością żółci serce moje poi.
Ztąd wyszłam pełna — wracam wypróżnioną.
Przecz więc „Noemi“ ma być tej mówiono,
Którą utrapił Pan, i nieskończenie
Udręczył, w smutne pchnąwszy poniżenie? —
A zaś, gdy obcą opuściwszy ziemię,
Wróciła, iżby zostać w Bethleemie
Ze swą niewiastką z ludu Moab wziętą,
Pora to była gdy tam jęczmień żęto. —


ROZDZIAŁ II.

A był tam krewnym Elimelechowi
Booz, człek możny, jak są męże owi,
Których znaczenie na dostatkach stoi.
Aż raz tak rzecze Ruth ku świekrze swojej:
— Każ mi, a pójdę w pole zbierać kłosy,
Któreby uszły sierpa albo kosy,
Gdziekolwiek najdę, jak się tedy zdarza,
U łagodnego łaskę gospodarza. —
A ta jej rzekła: — Idź tam, dziecię moje. —
Więc szła, by zbierać w skwarne letnie znoje
Gdziebądź przez żeńców kłos był zaniedbany.
A to zaś były Boozowe łany.
Wtem sam on z domu nadszedł w owej porze,
I rzekł ku żeńcom: — Szczęść wam, Panie Boże! —
A oni na to: — Z tobą bądź obfita
Łaska od Pana! — A zaś on się pyta
Tego, co stróżem onej był gawiedzi:
— Kto zacz ta dziewka, co tam kłosów śledzi?
Na to ów młodzian: — To ta, co z Noemi
Przyszła tu, będąc z Moabitskiej ziemi.
Prosiła, iżby mogła w trop żniwiarzy
Iść i pokłosie zbierać gdzie się zdarzy.
A tu, z pilnością pracy tej oddana,
Trwa już bez przerwy od wczesnego rana. —
I rzekł jej Booz: — Słuchaj, moje dziecię!

Już nie idź, proszę, między inne kmiecie,
Jedno tu u mnie zbieraj twój przysiewek.
Przeto się przyłącz, i idź w ślad mych dziewek,
Bo przykazałem: by ci w tem parobcy
Nie byli krzywi, jak przybłędni obcej.
A gdy pić zechcesz, nie bacz na niczyją
Część, lecz pij z łagwi, z której oni piją. —
A Ruth ku ziemi czyniąc mu kłanianie,
Mówiła: — Zkądźe, w oczach twoich, panie
Łaskę nalazła jak ja sługa licha?
Bo mię tu wszyscy zwą cudzo — ziemczycha,
A on jej na to: — Rzecz mi jest wiadoma:
Jakaś ty była świekrze twojej doma,
Gdyś postradała męża. A gdy ona
Szła ztamtąd, z nią ty, z twej rodziny łona,
I z ziemi własnej, przyszłaś w naród, który
Był tobie obcy. Przeto niech ci z góry
Izraelowy Bóg stokrotnie płaci:
Iż ty, twych własnych zaniedbywasz braci,
Pod Jego skrzydły tulisz się niebogo!
A ta mu rzekła: O! jak dziwnie błogą
Pociechę wlewasz w serce tej, co zgoła
Ledwie ostatnią z twoich sług być zdoła! —
Zaś on: Gdy przyjdzie pora jeść, ty zasię
Przyjdź i chleb wziąwszy, maczaj skibkę w kwasie.
A tak, przy żeńcach, gdy, jak życzył, siadła,
Wraz jej tam dano do sytości jadła,
Tak, że z onego mogła wziąć ostatki,
Gdy w dom powróci, dla mężowej matki.
Poczem ku kłosom znów spieszyła rada.
A tu do swoich Booz tak powiada:
— Jeśliby nawet sierpem tu na błoni
Żąć chciała, niech jej żaden z was nie broni.
Owszem, umyślnie nawet wśród zagona
Chybiajcie kłosów, by je snadź schylona
Brać sobie mogła bez wstydzenia twarzy,
I niech jej łajać nikt się ani waży.
A tak zbieżała aż po nockę czarną.
A gdy kopystką wymłóciła ziarno,
To było tego dobre aż trzy miary.

Z tam więc przybyła do swej świekry starej.
A k’temu jeszcze dała jej i jadła,
Które od swego dla niej tam odkładła.
Rzekła jej świekra: — gdzieś to proszę była?
Niech Pan zlać raczy błogosławieństw siła
Na tego, który takie miał człowiecze
Serce nad biedną! Na to Ruth odrzecze:
— Pole to było posiadacza ziemi,
Jen zwie się Booz. Na to jej Noemi.
— Pan mu Wszechmocny nieba niech przychyli,
Iż łaskę, którą świadczył tym co żyli,
Dziś oto świadczy matce ich i wdowie!
Krewny to — skoro Booz on się zowie.
A Ruth jej rzecze: To też on mi każę,
Tak długo chodzić między swe żniwiarze,
Ażeby tam całkiem niwa zżęta była.
Rrzekła Noemi: Tedy, córko miła!
Chodź raczej owdzie, gdzie ci są życzliwi,
Niż gdzie mniej chętny człek ci się sprzeciwi.
A tak, Ruth, niby Boozową sługą
Stawszy się, z żeńcy jego tak więc długo
Żęła, aż jęczmień i pszenica cała
Już wreszcie w gumnach swe schronienie miała.


ROZDZIAŁ III.

Gdy zaś wróciła do swej świekry, ona
Rzekła jej: — Córko! teraz się dokona
Odpoczynienie duszy twej i ciała —
Bo ja opatrzę, byś się dobrze miała.
Ten Booz, który doli twej uciski
W swe serce przyjął — nasz to krewny blizki,
Wiedz: iż u niego, skoro noc nastanie,
Jęczmienia będzie w bojowisku wianie.
Tedy się wykąp, i wylawszy wonie
Na szat twych strojność, idź na ono błonie,
I niech cię oko nie ogląda czyje,
Aż się on człowiek naje i napije.
A gdy spać pójdzie, bacz, byś jak najskorzej

Podeszła w miejsce gdzie się on ułoży,
I tam legnąwszy, podnieś kraj opończy,
Kędy się ona u nóg jego kończy,
I trwaj, aż on ci powie w tej godzinie,
Co więc masz zdziałać. — Rzekła Ruth: — Uczynię
Jako mi każesz. — A tak z jej namowy,
Przybrawszy postać swoją w strój godowy,
Poszła gdzie jęczmień wiano o tej dobie,
A gdy już Booz podweseli sobie,
Szedł spać u sterty zdała od wiejadła,
A tu się chyłkiem Ruth ku niemu skradła,
I uchyliwszy płaszcz z nad nóg człowieka,
Legła tam cicho i cierpliwie czeka.
Wtem on z północka budzi się, i nieco
Trwożny, osobę widząc tam kobiecą,
Pyta jej: — Ktoś jest? — Więc na to pytanie
Rzekła: Jam Ruth jest — sługa twoja panie!
Przyjmij mię, proszę, pod płaszcz twojej szaty —
Boś męża mego ty powinowaty! —
A on: — O córko! Jakżeś jest od Pana
Błogosławieństwy Jego ukochana!
Bowiem, twej nowej ofiarności siła,
Twe miłosierdzia dawne przewyższyła —
Gdy nie młodzieńcza ciągnie ciebie mrzonka,
Lecz snadż chcesz męża pojąć za małżonka!
A też się nie bój, bo ja twe żądanie
Koniecznie spełnię! Przecięż tu sielanie
Wiedzą, i wszystka ludność tego miasta,
Ześ ty jest zacnych pełna cnót niewiasta.
Więc nie odmawiam, czego chcecie obie —
Lecz jest tu krewny wiele bliższy tobie.
Śpij tedy, proszę- A gdy będzie rano,
Jeśli się jemu staniesz pożądaną,
Dobrze. Lecz jeśli nie chce lub nie może,
Ja ciebie przyjmę, tak mi pomóż Boże!
A teraz uśnij. — Więc, za temi słowy,
Spała u jego nóg po brzask wschodowy.
A potem wstała, zanim drugich ludzi
Z nocnego spania, dzienny blask pobudzi.
Bo jej rzekł Booz: — Strzeż się, by cię rano,

Żeś noc przebyła przy mnie, nie widziano. —
A na odchodnem: — Twego płaszcza zwoje
Rozciągnij proszę, i weź w rąk twych dwoje.
A gdy zdziałała jak jej zalecono,
On jęczmiennego ziarna w szatę oną
Wsypał sześć korcy średniej miary kmiecej,
I pomógł, iżby wzięła to na plecy.
A gdy, w przedświtu cieniach z tem ukryta,
Do domu przyszła, świekra jej się pyta:
— Cóż córko? Czyś mu nie dość była miłą? —
A ta jej rzekła wszystko tak, jak było.
— I patrz — powiada — jak wybrane zboże
Dał mi tu przynieść, mówiąc: — Być nie może,
Abyś musiała wracać w dom z próżnemi
Rękoma! — Tedy rzekła jej Noemi:
— Więcże, czekajmy. Bowiem najzupełniej
Wierzę: — iż człek ten to, co przyrzekł, spełni.


ROZDZIAŁ IV.

A tedy Booz siadł u miejskiej bramy.
W tem, napatrzywszy, iż tam szedł ten samy
Powinowaty, co go wprzód nazowie
Bliższym od siebie Moabitskiej wdowie:
— Zajdź, proszę — mówi, głosząc jego imię —
Bo mamy z sobą sprawy pobratymie.
A ten, gdy usiadł, Booz wybrał z ciżby
Dziesięciu mężów starszych w mieście, iżby
Świadkami byli. Poczem rzekł w te słowa:
— Oto cześć ziemi Elimelechowa
Naszego brata, w rękach jest Noemi,
Przybyłej w powrót z Moabitskiej ziemi.
Tom ci powiedzieć chciał — nie potajemnie,
Lecz wobec wszystkich — boś ty jest odemnie
Bliższy, choć krewni jej jesteśmy oba.
Więc ów szmat ziemi, gdy ci się podoba
Kup, i miej sobie zdrowy; lecz jeżeli
Nie zechcesz — niechby wszyscy to słyszeli. —
Rzekł tamten: — Kupię. — Zaś mu Booz na to

— Gdy kupisz, to więc i powinowatą
Ruth Moabitkę musisz wziąć za żonę,
Aby nie było snadż osierocone
Dziedzictwo brata. Bo ci się należy
Nasienie jego zbudzić w twej dziewierzy.
Rzekł ów: — Mam dzieci. Więc, gdy przyjdą działy,
Nie chcę, by z tego krzywdę jaką miały.
Więc ty tak uczyń jako chcą zwyczaje,
Bo ja na ciebie prawa moje zdaję!
A był obyczaj od lat bardzo wielu,
Iż, gdy spór mają krewni w Izraelu,
A ten się zgodą w sposób kończy błogi,
Ustępujący zdejmał trzewik z nogi,
I wraz go dawał w ręce drugiej strony,
Na znak, iż z praw swych życzy być zwolniony.
Tak też uczynił krewny ów Noemi.
A tedy Booz rzecze przed wszystkiemi:
— Was tu obecnych na świadectwo zowę:
Iż oto ziemię Elimelechowę,
A też i synów jego do niej prawa,
Które Noemi wdowa na mnie zdawa,
Biorę — a k’temu, żonę Machalona
W małżeństwo pojmę, iżby ze mnie ona
Po mężu zmarłych zrodzić mogła plemię.
A tak, gdy oraz wezmę po nim ziemię,
W narodzie całym, jako i w rodzinie,
Z dziedzictwem jego imię też nie zginie. —
Tu rzekł lud wszystek ze starszyzną miasta:
— Masz z nas twe świadki! Niechaj ta niewiasta,
Której Pan słusznie miłosierdziem sprzyja,
Będzie ci jako Rachel i jak Lija,
Z których więc wyszedł dom Izraelowy!
I z wejściem w dom twój owej białogłowy,
Niech się Ephracie cnoty wzór z niej stawa,
Bethleemowi zaś rozgłośna sława!
I niech Faresa, co go zaś Judowi
Zrodziła Thamar, pamięć się odnowi,
I cześć nasieniu jego przeznaczona,
Gdy w dom twój wejdzie ta wybrana żona! —
Tedy ją pojął Booz i wszedł do niej.

A gdy swą łaskę Pan Bóg ku niej skłoni,
Poczęła, oraz porodziła syna.
Więc do Noemi matek tam drużyna
Mówiła: — Iście Boska to jest sprawa!
Iż w domu twoim plemię nie ustawa,
I w Izraelu będzie trwać twe miano.
Bo jest już, ktoby duszę twą stroskaną
Cieszył, i żywił starość twą, zrodzony
Z niewiastki, która, swemi cię ramiony
Do serca tuląc, jest ci więcej miłą,
Niżby ci szczęście z siedmiu synów było. —
Tedy Noemi wziąwszy na swe łono
Dziecię, piastunką temuż ucieszoną,
I rzecby można, w służbie jego matki
Niańką się stała. A tak jej sąsiadki
Mówiły o niej: iż jest snadż ten mały
Jej serca synem. Zaczem go nazwały
Obed. A ten to później z siebie wyda
Izai, ten miał ojcem być Dawida.


(Felicyan Faleński)


PROROCTWO IZAJASZOWE.
ROZDZIAŁ XL.

Ciesz się, mój ludu! — mówi Pan — do łona
Jeruzalemę weź! bo już skończona
Jest jej pokuta, gdy za złości swoje
Wzięła karania z Ręki Pańskiej w dwoje! —
Wołającego słyszę głos w pustyni:
— Kto żyw, niech Panu drogę gładką czyni!
I niech nie będzie ścieżek z przejściem stromem!
Dolina każda zrówna się z poziomem,
A zaś wyniosłość wszelka swe krawędzie
Do ziemi zniży. Przeto, tak już będzie:
Że droga, przeto, iż się Pańską stawa,
Nie ma być ani kręta, ni chropawa.
Tak Pańskich Zrządzeń Chwała się objawi.
Aby pojęli wszyscy ludzie prawi:
Iże z ust Pańskich wyszło tu wołanie.
Głos słyszę: — Wołaj! — A ja rzekłem: — Panie!
Cóż będę wołał? Wszelkie ziemskie ciało
Trawą jest, a zaś kwiat jest jego chwałą.
Uschła i zwiądł jej kwiat. Bo duch, z ust Pana
Wionął nań. Człowiek trawa jest zdeptana!
Uschła i opadł z nią jej kwiat od spieki —
Lecz słowo Pańskie trwa na wieków wieki! —
Ty, który wieścić masz radosne słowo,
Wstąp na wysoką górę Syonową,
I podnieś głos twój, by na całą ziemię
Brzmiało, co głosić masz, Jeruzalemie.
Nie miej obawy. Niech twój głos urasta,
By słychać było poprzez Judzkie miasta:
— Oto Pan! w Mocy, której nic nie złamie,
Idzie, i władać będzie Jego ramię!

Przed Nim, sądzenie złości tego świata,
A z nim zaś idzie sprośnych spraw zapłata.
Jak pasterz, dobry, będzie Sam swą trzodę
Paść, i baranki Swe gromadzić młode,
I także nosić kotne matki stada.
Kto zmierzył garścią wody? Kto posiada
Pięść, w której Niebo swej ciężkości nie ma?
I kto zawiesił ziemię palcy trzema?
Kładł w szalę górskich brzemion osiadanie,
A zaś pagórki zważył na bezmianie?
Duchowi Pana kto pomagał? albo
Był Jego Radcą, by się cieszył chwalbą,
Iż Mu w czynnościach wskazał szlak przewodni?
Z kim On wszedł w radę, by się uczył od niej
Dróg sprawiedliwych? i w niej także wiela
Umiejętności miał nauczyciela?
Są narodowie przy nim jak kropelka
W wiadrze. A ważność ich jest równie wielka,
Co ciężar ziarnka w wodzie gospodarczej.
Na dym kadzideł Liban Mu nie starczy,
Ni trzód wszej ziemi na całopalenie.
Są narodowie wszyscy w równej cenie
Przed Nim, co miejsce zgoła próżne ani
Za istniejących są gdzie poczytani.
Jakiż więc dacie kształt postaci Bożej?
I jakiż obraz trafnie Ją odtworzy?
Czyż nie rzemieślnik posąg ów odlewa
W srebrze lub złocie, lub dłutuje z drzewa?
Pień na to wybrał mocny, nie spróchniały,
Gdyż uznał godnem rzemieślniczej chwały
Nieruchawego stawić wam bałwana.
Nie byłaż przez was rzecz ta usłyszana?
I gdzież wam w pochód przodem iść, jeżeli
Wyście żywota zasad nie pojęli!
Pan dzierży ziemię! ty zaś, jej mieszkańcze,
Przelotnyś tylko, tak, jak mkną szarańcze!
On, jak chce, Niebo ściga lub rozszerza,
Jako na polu namiot dla pasterza.
On też badaczom daje ginąć w błędzie,
A też czczą rzeczą czyni ziemskie sędzie,

Bo ani wsiani, ani są wszczepieni
W prawdę, i pień ich nie ma w niej korzeni.
Przeto, gdy uschły pod słoneczną spieką,
Wiatr jako ździebła rozwiał je daleko.
— A wyście komu — pyta Pan — zuchwali,
Przypodobali mnie i z kim zrównali?
Podnieście oczy w górę, by widziały:
Kto mógł ten w górze stworzyć układ cały
Gwiazd, niby wojska niezliczone mrowie,
W którem On każdą po imieniu zowie.
Możność i wola Jego to sprawiły,
Bo, krom tych mocy, nie ma innej siły.
Czemu więc mówisz: — Droga mi do Pana
Zakryta! sprawa moja jest przegrana!
Mój Pan i Bóg mój wziął mi precz Swe łono!
Izali nie wiesz? Wszak ci to mówiono:
— Pan, który stworzył wszystkie ziemskie kraje,
Ni się spracował, ani On ustaje.
Bezdenna Jego jest mądrości sprawa,
Spracowanemu siły On dodawa,
Bezmocnych wzmaga w twardość i w działanie.
Pacholę tylko w pracy swej ustanie,
I młodzieniaszki w mdłości swej upadną.
Ale, mający ufność w Panu, snadno
Odzyszczą mocy utraconej zdrowie,
I wziąwszy na się pióra jak orłowie,
Iść będą stopą nieupracowaną,
I nawet choćby biegli, nie ustaną.


ROZDZIAŁ LIII.

Kto zaś uwierzy, iż mój duch nie kłamie?
Kto tak oglądał, jak ja Pańskie ramię?
Oto, kiełkuje przed Nim, jak Pan życzy.
A jak korzonek, w ziemi swej, dziewiczej
Nie ma On ani krasy, ni piękności,
A choć widzimy, gdy On wśród nas gości,
Iż okiem ziemskiem nie ma patrzeć na co,
To niemniej wszyscy z Niego się bogacą,

I ani chwili dola Go nie pieści.
I najpodlejszy jest z tych, co w boleści
I wzgardzie trwają od wczesnego rana
I niemoc żadna nie jest Mu nieznana,
I w Swej pokorze twarz ma w dół spuszczoną,
Jak taki oto, którym pogardzono
Za nic go mając. Nasze On prawdziwie
Choroby nosił, i kto tylko żywię
Bóle Mu swoje dał do odniesienia.
I On się niby w oczach naszych zmienia
W trędowatego, który ze wszej strony
Od Pana bity jest i uniżony.
Ma z nieprawości naszych krwawe rany,
A zaś naszemi złośćmi jest smagany.
Przezeń się z Bogiem pojednanie stało,
A naszem zdrowiem silne Jego Ciało.
Wszyscyśmy błędni, niby stado owiec.
Każdy w swą drogę zboczył na manowiec.
A Pan, od zguby chcąc wybawić ziemię,
Włożył Nań całe grzechów naszych brzemię.
Ofiarowany jest z Swej własnej woli
I nie otworzył ust swych, gdy go boli.
Pod nóż, jak owca, na śmierć jest wiedziony,
A jak baranek cichy bez obrony,
Gdy go strzygący u swych nóg powali,
Ani się szarpie, ani choćby żali.
W ucisku będą sądzić Go sędziowie,
A pochodzenie Jego któż wypowie!
I jest wycięty z ziemi, jak łodyga
Za owe grzechy ludzkie, które dźwiga
Ubity sprośnie. Wszakże niezbożniki
Zapłacą pogrzeb Jego! lud zaś dziki,
Co go potępił, Jego śmierć zapłaci!
Gdyż ani grzechem żadnym zgorszył braci,
Ni w Jego uściech zdradne słowa były.
A Pan mu na to ziemskie odjął siły,
Aby, gdy duszę Swą za grzech położy,
Na wieki wieków plon miał siew ów Boży.
I Jego ręką siana Pańska rola
Okryje kłosem urodzajne pola.

A, iż pracował duszą swą chętliwą,
Ujrzy posiewu Swego plon i żniwo.
Umiejętnością Swą nieprzyjaciele
Zachwieje w sądach, a też będzie wiele
Takich, u których On niewinnym zwie się,
A nieprawości wszystkich On poniesie.
Przetoż Mu zjednam duchy nawet wraże
I będzie u mnie Panem nad mocarze,
Gdyż na śmierć wydał duszę umęczoną,
I z czyniącemi złość Go policzono,
A za nieswoje grzechy cierpiąc znoje,
Modlił się nawet za oprawce Swoje.


(Felicyan Faleński)



IDRA SUTA czyli MAŁY ZBÓR.

Fragment z księgi kabalistycznej BLASKU (Sefer ha Zohar), którym jest wykład KSIĘGI MISTERYÓW (Sifra Dzeninta) przez Symeona ben Jochai.

Rozważanie to Boga pod postacią dwu Hypotez, dwu głów, głowy białej i czarnej, Światła i Cienia; Głowy niezmierzonej (Makrozopon, Arich Anfin) i głowy skracającego się cienia (Mikroprozopon, Seir Anfin), dało nawet niektórym powierzchownym badaczom powód do upatrywania wpływów Zoroastryzmu, owego rzekomego dualizmu Ormuzdo-Arymanowego[2], na Kabałę hebrajską. Tak jednak nie jest: quod absit! jak by to powiedział Kabalista. Nikt bardziej od starożytnych Hebreów nie walczył o ideę jednego nierozdzielnego Boga. Przedstawienie zaś to podwójne w symbolu jest, zdaniem naszem, jedną z najgłębszych filozoficzno-religijnych koncepcyj obrazowych stosunku najwyższej Inteligencyi w człowieku, Słowa w nim przedwiecznego, jako obrazu i podobieństwa Boga do swego źródła, do swej Istoty i Zasady niewysłownej. Stosunek Boga-Człowieka do Człowieka-Boga. Obraz ten, odbicie to, cień ten jest w ciągłym związku genetycznym ze swą Istotą niewysłowną, jak słowo z milczeniem: przez nią żyje, zasilany rosą, spływającą z jej światłości. Zwięża się, gdy się odwraca od lica Istoty, rośnie w blask, gdy w lice Istoty zwrócony. Opis głowy świetlanej jest tu przy tem jednym z najpiękniejszych świadectw natchnienia religijno-twórczego poezyi staro-hebrajskiej.
Fragment ten podajemy, i jako ciekawy dokument religijno-filozoficzny, i jako pobudkę zarazem dla czytelnika do obudzenia w sobie uczuć czci najgłębszej dla niewysłownej Istoty Jedynego Boga, Stwórcy i Pana wyobrażeń o Nim bezsilnego zawsze w swej mocy człowieka...[3].

Po zburzeniu Jerozolimy przez Rzymian, śród rabbich, wtajemniczonych w mistyczną naukę Kabały, powstała obawa, że jej tradycya zaginie. Z tego powodu Symeon ben Jochai wezwał co przedniejszych rabbich i przypomina im esencyę tej nauki — Było rabbich dziewięciu, a najwięksi z nich są: ben Jochai, Eleazar i Abba. — Jochai zasiadł, potem zaś

... rabbiemu Eleazarowi
Kazał siąść przeciw, zaś po drugiej stronie
Rabbiego Abbę umieściwszy, powie:
Tworzymy teraz Trójkąt — typ w Pra-łonie
Wszechrzeczy, — onać jest zasada sama:
Świątyni pańskiej dwa słupy i brama.

Poczem rozpoczął wykład, a naprzód mówi o stworzeniu bytu i o Walce Tytanów przeciw Bogu, który te olbrzymy strącił w otchłanie. Później mówi ben Jochai o stworzeniu człowieka ze stanowiska wielkiej tajemnicy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


III.

Gdy więc pozwolił Bóg, by noc istniała,
I gdy gwiaździsta rozlśniła powała,

Na cień swój spojrzał — i pragnąc wydostać
Zjawę — zamierzył dać mu własną postać.

Więc na zasłonie, którą moc swej chwały
Okrył, odcisnął obraz doskonały, —
I obraz ten się uśmiechnął mu w jasność,
I Bóg zapragnął już go mieć na własność,
A iżby stworzyć człowieka odrazu
Na podobieństwo onego obrazu.

Sam już niejako doświadczył więzienia,
W które miał zamknąć duchowe stworzenia.
Spojrzał na postać, która miała oto
Stać się człowiekiem, i serce pieszczotą
Czułą mu drgnęło, bo zda się z przestworu
Słyszał już pierwsze żale swego tworu:

„Ty, który chcesz mnie poddać zakonowi
(Mówiła postać), stwierdź to najgotowiej,
Że prawo twoje jest sprawiedliwością,
Sam się poddając mu ulegliwością.

I Bóg utworzył człowieka, a iżby
Kochał i znał go człowiek ze swej ciżby.

Z tego więc, co tam wiekuiście wionie,
Znamy jedynie obraz na zasłonie.

Na tej zasłonie, która Jego blaski
Okrywa cieniem Miłości i Łaski.

Obraz ten naszym jest, ale zarazem
Bóg chce, by dla nas był Jego obrazem.

Znamy Go przeto i razem nie znamy,—
Który bez formy — znamy z formy samej, —
Myśl Go maluje, jako Starca w chwale,
Kiedy On wieku i lat nie ma wcale.

Na tronie siedzi, skąd iskier miliony

Tryskają wiecznie jak siew wyiskrzony, —
A każdą iskrę widzi, czuje, zna ją —
Rzeknie — a iskry światami się stają,

Włos Jego, jako promienna wichura,
Wstrząsa gwiazdami — ćmą roi się góra, —
Dokoła głowy, wirują bez końca
Światy — w światłości lic pławią się słońca.


IV.

Podwójny obraz boski niepojemny:
Głowa światłości i głowa cieniska,
Ideał biały i ideał ciemny,
Głowa wysoka i od wzór jej — nizka.
Jedna Człowieka-Boga sen obleka,
Druga domysłem jest Boga-Człowieka.

Jedna jest Bogiem mędrca wtajemniczeń,
Druga — bożyszczem tłumu ograniczeń.

Iście bo — światło wszelkie cień wymienia
I światłem tylko jest przez domysł cienia.

Głowa świetlista rosę ustawiczną
Sączy na głowę tę przeciwobliczną:
„Otwórz mi, luba, — do Inteligencyi
Bóg mówi: — głowa moja pełna rosy,
I kędzierzami sączą moje włosy
Łzy nocne, wonność przedwiecznej esencyi“.

Rosa ta manną jest, z której pożywę
Zbawienną mają dusze sprawiedliwe:
Wybrani, łaknąc, tę mannę ofiarną
Dłońmi pełnemi z niebieskich niw garną.

Krople te, jako perły, potoczyste,
Jak dyament, białe, — jak kryształ, przeczyste.

Są one białe, lecz cała w nich tęcza:
Tak jedność prawdy gra blasków poręcza.


V.

Trzynaście obraz boski ma promieni:
To cztery z każdej więc trójkąta strony,
(W który zamyka go wtajemniczony),
Jeden u szczytu wierzchołka się pleni.

Nakreśl to w niebie podczas ducha jazdy,
Przeprowadź linie od gwiazdy do gwiazdy,
Zamknie ci każdy z tych trójkątnych płatów
Trzysta sześćdziesiąt myriad pełnych światów.

Bo starzec górny zwań Makroprozopon,
Albo-li wielką hypotezą stwórczą[4],
Zwie się obliczem także niezmierzonem:
Drugi — Bóg ludzki, cień, Mikroprozopon,
Jest hypotezą, gdzie rysy się kurczą,
I zwań obliczem małem lub skróconem[5].

Gdy to oblicze patrzy w świata stronę,
W harmonii ryśnie mienie nieskończone:.
Wszystko jest wtedy rajem i zasługą, —
Ale, niestety, stan ten nie trwa długo,
Bo myśli ludzkie, objęte zasłoną,
Niedoskonałe i zmienne, jak ono.

Wżdy zawsze światła nić, drobnego cości,
Cień ów rodzimy wiąże do światłości:
Nić ta przenika roj myśli człowieka
I blaski boskie na wszystkie nawleka,

Głowa świetlana swą bladość wylewa,
Gdzie mądrość ludzka, jak nawa, dojrzewa.


VI.

Głowa górnego starca — jak zamkniona
Kadź: mądrość wielka i nieprzenikniona
Jest w niej, jak wino najstarsze i głusza,
Które swych moszczów nigdy nie porusza.

Mądrość ukryta i niedocieczona
Ciszą się toczy od wieczności łona,
Niepożytością własnego zapasu,
Niedostępnością zmienności wszej czasu.

Światłem jest ona, ale głowa ciemna
Jest temu światłu, jak lampa wzajemna:
Olej mądrości odważon najprawiej,
Blask przez trzydzieści dwie ścieże się jawi[6].

Bóg odsłoniony — to Bóg zasłoniony.
Cień ludzki Boga — to ów utajony
Eden, gdzie źródłem tryskają prawieki,
Rozdzielającem się na cztery rzeki.

Z Boga samego nic się nie wyłania:
Istota Jego wolna od zadrgania, —
Nic nie wypływa z Niego, nic nie wpływa
Do Niego, bo On — wieczność nieruchliwa.

Wszystko, co tu się poczyna i jawi,
Co się rozdziela, toczy, mży najskrawiej:
Poczyna, jawi się, dzieli w pomknieniu,
Toczy, upływa — tylko w Jego cieniu.

On przez się w świetle swojem nieruchomy. —
Nieprzeniknione tych blasków ogromy

Są — jako wino najstarsze i głusza,
Które swych moszczów nigdy nie porusza.


VII.

Nie chciej przenikać myśli niezbadanej
Głowy: jej myśli wnętrzne są zakryte,
Ale zewnętrznych szlak stwórczy świetlany —
To włosy głowy promienne, rozwite.

Włosy te białe, bez cienia, ozdobą
Wszystką łyskają, nie łącząc się z sobą;
Każdy włos nicią jest światła, co, chyże,
Miljony światów na siebie naniże.

Włosy na przedzie głowy rozdzielone,
Opływające na każdą dwu-stronę,
Lecz każda strona jest tam strona prawa:
Bo obraz boski i głowy ustawa
Jest taka w sferze, gdzie wieczności wiewy,
Ze niemasz dla niej zgoła strony lewej.

Lewą bo stroną głowy Boga białej
Jest głowa ciemna, — gdyż według uchwały
Wiedzy prastarej lewicy odpowie
Dół i lewica — jak dół w pra-osnowie.

Pomiędzy górą i dołem obrazu
Boga, różnicy nie zakładaj zlekka:
Tyleż różnoty masz tam z ich okazu,
Ile z rąk prawej i lewej człowieka:
Bowiem Harmonia wieczysta się mości
Na analogii wszechistnej sprzeczności.

Izrael wołał, gdy puszczy pożoga
Żarła go: „Jest li Bóg, czy niemasz Boga?“
I godził wtedy obłąkańczym głazem
W Boga, którego znał i nie znał razem.


Od głowy białej Boga głowę czarną
Odłączał: cień-Bóg był mu mstą ciężarną.

I był karany od goniącej mary,
Bo nie miał spełna miłości i wiary.

Boga się nie zna, Boga się bez miary
Miłuje: miłość ta źródłem jest wiary.

Bóg skryt dla myśli i dla dociekania,
Ale się sercu bez przerwy odsłania.

Kto mówi: Niemasz Boga, kto neguje
Istność, ten jedno głosi: Nie miłuję.

I głos mu cienia odwtórza z ukrycia:
Umrzesz, albowiem wyrzekasz się życia.

Mikroprozopon jest ta nocą wiary,
Gdzie sprawiedliwi leją modłów żary:

Ręce do Ojca podnoszą niebiosów,
Promiennych Jego chwytają się włosów, —
Z tych włosów krople światłości się sączą
I rozwidniają tą noc, — o, jak rączo!

Pośrodku włosów na szczycie ciemienia
Ścieża najwyższa jest wtajemniczenia.

Tam wszystko prawdą i tam wszystko dnieje,
Tam dobro samo, tam zło nie istnieje:

Najwyższą ścieża — Środka i Przymierza,
Ostatecznego Sądu Boga ścieża.

I ze stron wszystkich włosy białą tonią
Spadają w ładzie, lecz uszu nie słonią.

Bo uszy Pana czujną mają wartę,
Na modły ludzkie są zawsze otwarte —

I nic nie stłumi ich, by nie słyszały
Krzyku sieroty i szmeru łzy małej.


(Józef Jankowski).



Przypisy

  1. Obacz na str. 81 tenże sam Psalm (14) w opracowaniu Jana Kochanowskiego.
  2. Prawdziwy pierwotny Zoroastryzm jest w zasadzie monoteistyczny, jak wszystko to źródłowe z ducha, co Św. Augustyn zwie vera religio.
  3. Autorowi parafrazy, p. Józefowi Jankowskiemu, redakcja pozostawia zupełną swobodę poglądów.
  4. Hebr. Arich-Anfin.
  5. Seir-Anfin.
  6. 32 ścieże, jako zasadniczne ruchomości stwórcze (poznawcze) świata, któremi są: 10 Sefirotów albo numeracyi (liczb) i 22 litery (symbole — idee) alfabetu hebrajskiego (3 macierzyste, 7 planetarnych i 12 zodyakalnych). Obacz Sefer fecirah. Stąd cały rozwój stwórczy (poznawczy) Słowa. Istota Kabaty. (Przyp. Tłum).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.