Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


VIII.

Pókiż chcesz bluźnić niebacznie,
I boskie nicować rządy?
Chcesz by działał Bóg opacznie,
I sam własne łamał sądy?
Gdy twoje zgrzeszyły syny
Karę poniosły za winy;
Ty gdy się zwrócisz ku Bogu,
Gdy korne wzniesiesz błaganie,
Gdyś nie stwardział w złym nałogu,
On twoją tarczą zostanie.
On twe niewinne plemię uszczęśliwi,
Choć nowy wszczątek zbyt mały,
Ale z czasem w blasku chwały
Nowym wzrostem świat zadziwi.
Przeto zapytaj dawne pokolenia,
I rozmów się z ich ojcami,
Bo my wczorajsi, my bez doświadczenia,
I dni nasze są cieniami.
A w nich pociecho gotowa,
Bo z ich serca mądre słowa.
Sitowie bagno urodzi,
Wśród wody rogoże wschodzi;
Jeszcze zielone, jeszcze nie dojrzeje,
A rychlej niżli wszelki chwast więdnieje.
— Taka obłudników droga:
Taka nadzieja bez Boga,
Ufność jako pajęczyna,
A podporą krucha trzcina.
Wesprze się na niej i zdradnie
Tem pewniej na ziemię padnie.
— Przed świtem stoi drzewo pełne siły,
Gałęzie jego ogród obramiły:
Korzenie jego nad zdrojem splecione,
Jako podstawa muru umocnione,
Lecz niech mu słońce śmiertelnie dopiecze,
Wyprze się miejsca, — nie znałem cię — rzecze;
To jest jego przeznaczenie,
A przecież jego korzenie