Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W nowe za czasem gałęzie odrosną,
I to cieszy śmierć żałosną.
Tak więc prostego zasłoni,
Obłudnym nie poda dłoni,
I tobie pociech udzieli,
Twoje usta rozweseli,
Wrogi twoje wstyd owładnie.
I dom bluźnierców zapadnie.


XXVIII.

Człowiek srebro dobył z lochu,
I żyły złota wytropił
Żelazo oczyścił z prochu
I z kamienia miedź wytopił.

On się w swej matki żagrążył wnętrzności
Tam jej żyły rozpatrywa,
Kamień graniczny odsunął ciemności,
W krainie śmierci skarbce zdobywa.

Kruszcu opoki przedrąży,
Przejdzie głębie głuchych cieni,
Na samotnej wód przestrzeni,
Po bezślednich wałach krąży.

Pod skałą która na grzbiecie chleb rodzi,
Której pieczary ogniem wypalone,
Człowiek, złotem opylone,
Łoże szmaragdu znachodzi.

Tam, kędy oko sępa nie dosięże,
Gdzie nie pognał orzeł śmiały.
Gdzie w jaskini zwierz lęże,
Ani kiedy lwy ryczały;

On to przekowa przez twarde krzemienie,
Góry z korzenia wysadzi,
Z opok wypuści strumienie,
I kędy zechce prowadzi;