Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I ani chwili dola Go nie pieści.
I najpodlejszy jest z tych, co w boleści
I wzgardzie trwają od wczesnego rana
I niemoc żadna nie jest Mu nieznana,
I w Swej pokorze twarz ma w dół spuszczoną,
Jak taki oto, którym pogardzono
Za nic go mając. Nasze On prawdziwie
Choroby nosił, i kto tylko żywię
Bóle Mu swoje dał do odniesienia.
I On się niby w oczach naszych zmienia
W trędowatego, który ze wszej strony
Od Pana bity jest i uniżony.
Ma z nieprawości naszych krwawe rany,
A zaś naszemi złośćmi jest smagany.
Przezeń się z Bogiem pojednanie stało,
A naszem zdrowiem silne Jego Ciało.
Wszyscyśmy błędni, niby stado owiec.
Każdy w swą drogę zboczył na manowiec.
A Pan, od zguby chcąc wybawić ziemię,
Włożył Nań całe grzechów naszych brzemię.
Ofiarowany jest z Swej własnej woli
I nie otworzył ust swych, gdy go boli.
Pod nóż, jak owca, na śmierć jest wiedziony,
A jak baranek cichy bez obrony,
Gdy go strzygący u swych nóg powali,
Ani się szarpie, ani choćby żali.
W ucisku będą sądzić Go sędziowie,
A pochodzenie Jego któż wypowie!
I jest wycięty z ziemi, jak łodyga
Za owe grzechy ludzkie, które dźwiga
Ubity sprośnie. Wszakże niezbożniki
Zapłacą pogrzeb Jego! lud zaś dziki,
Co go potępił, Jego śmierć zapłaci!
Gdyż ani grzechem żadnym zgorszył braci,
Ni w Jego uściech zdradne słowa były.
A Pan mu na to ziemskie odjął siły,
Aby, gdy duszę Swą za grzech położy,
Na wieki wieków plon miał siew ów Boży.
I Jego ręką siana Pańska rola
Okryje kłosem urodzajne pola.