Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ciało ulane jak z miedzi,
Piorun go wstrząsnąć nie zdoła
Gdy się dźwignie, drżą mężowie,
Pierzchną, gdy na brzegu lęże,
Miecz nie utkwi w jego główne,
Grot ni oszczep nie dosięże,
Stał się na nim jak źdźbło kruszy,
Żelazo jak próchno drzewa,
Pocisk procy jako plewa,
Sto żagli z miejsca nie ruszy,
Źdźbłem zowie dzidę morderczą,
Natrząsa się twojej sile,
Pod spodem kolce mu sterczą
I bruzdy orze po ile.
.............
Czyjeż to oczy obłoki zliczyły,
Kto z chmur żywota deszcz sączy?
Że z bryłą spłyną się bryły,
A proch jak kruszec się łączy?

Kto morze opasał wałem,
Kiedy gwałtownie się parło
I z łona matki wydarło,
Gdy je jak dziecię odziałem,
Mgły mu dając za powicie,
Nocne mroki za okrycie,
Gdy mu rozmierzyłem tamy,
Warownem naznaczył bramy,
Rzekłem: tu kres twej drogi,
Nie postąpisz za te progi!

Czyś doszedł skał w Oceanie
Śledził dno jego głęboko,
Czyś otwarł śmierci otchłanie,
Czy twoje oko świadome
Zmierzyło szerokość ziemi?
Powiedz, gdzie do świata ścieżka,
Powiedz, kędy ciemność mieszka?