Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I piłem — piłem życia kruże,
Ustami — sercem — całą duszą,
Myśląc, że wiecznie żądze kuszą
I wiecznie kwitną wianka róże.

Lecz wkrótce minął szał zachwytu —
Powiędły róże i opadły.
I zmierzchły żądze me i zbladły,
I naszedł na mnie cień przesytu.

Bo rozkosz ziemska jest zwodniczą,
I leży na dnie jej znikomość,
I czarem jej jest nieświadomość,
A nasycenie jej — goryczą!

∗                    ∗

Więc obróciłem żądz płomienność,
By poznać mądrość, umiejętność,
I szał, i głupstwo i namiętność,
Czy próżnia mianem ich? czy plenność?

Lecz gdym na szalę wziął rozwagi
To, co stanowi treść żywota,
Złud oczom zmierzchła mym pozłota
I kwiat był nędzny — szary — nagi.

I odleciało mnie wesele,
Jak ptok wiosenny, gdy śnieg prószy,
I siadła żałość na mej duszy,
Płacząc w urojeń mych popiele!

Bo ten, co mnoży plon mądrości —
Mnoży plon smutku i wątpienia,
A kto plon mnoży doświadczenia —
Mnoży plon wstrętu i gorzkości!

∗                    ∗

Widziałem skrzętną gospodarność,
Co sen powiekom swoim kradła,
I chleb swój w ciągłej trosce jadła
I miano jej nazwałem: — Marność!