Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z tam więc przybyła do swej świekry starej.
A k’temu jeszcze dała jej i jadła,
Które od swego dla niej tam odkładła.
Rzekła jej świekra: — gdzieś to proszę była?
Niech Pan zlać raczy błogosławieństw siła
Na tego, który takie miał człowiecze
Serce nad biedną! Na to Ruth odrzecze:
— Pole to było posiadacza ziemi,
Jen zwie się Booz. Na to jej Noemi.
— Pan mu Wszechmocny nieba niech przychyli,
Iż łaskę, którą świadczył tym co żyli,
Dziś oto świadczy matce ich i wdowie!
Krewny to — skoro Booz on się zowie.
A Ruth jej rzecze: To też on mi każę,
Tak długo chodzić między swe żniwiarze,
Ażeby tam całkiem niwa zżęta była.
Rrzekła Noemi: Tedy, córko miła!
Chodź raczej owdzie, gdzie ci są życzliwi,
Niż gdzie mniej chętny człek ci się sprzeciwi.
A tak, Ruth, niby Boozową sługą
Stawszy się, z żeńcy jego tak więc długo
Żęła, aż jęczmień i pszenica cała
Już wreszcie w gumnach swe schronienie miała.


ROZDZIAŁ III.

Gdy zaś wróciła do swej świekry, ona
Rzekła jej: — Córko! teraz się dokona
Odpoczynienie duszy twej i ciała —
Bo ja opatrzę, byś się dobrze miała.
Ten Booz, który doli twej uciski
W swe serce przyjął — nasz to krewny blizki,
Wiedz: iż u niego, skoro noc nastanie,
Jęczmienia będzie w bojowisku wianie.
Tedy się wykąp, i wylawszy wonie
Na szat twych strojność, idź na ono błonie,
I niech cię oko nie ogląda czyje,
Aż się on człowiek naje i napije.
A gdy spać pójdzie, bacz, byś jak najskorzej