Chodźcie w światłości

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Chodźcie w światłości, dopóki jest światłość
Podtytuł Powieść z pierwszych wieków chrześcijaństwa
Wydawca Księgarnia Nakładowa Alfreda Zonera
Data wydania 1913
Druk Zakłady Drukarskie A. Zonera
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Ходите в свете, пока есть свет
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Lew N. hr. Tołstoj.

Chodźcie w światłości,
dopóki jest światłość

Powieść z pierwszych wieków chrześcijaństwa

WARSZAWA
Księgarnia Nakładowa Alfreda Zonera


Zakłady Drukarskie A. Zonera, Warszawa, Smolna 3.






WSTĘP.

W pewnym bogatym domu zebrali się razu pewnego goście. I zdarzyło się, że zawiązała się poważna rozmowa o życiu.
Mówiono o nieobecnych i o obecnych i nie można było znaleźć ani jednego człowieka, zadowolonego z życia.
Mało tego, że nikt nie mógł skarżyć się na zbytek szczęścia, lecz nie było ani jednego człowieka, który by uważał, że żyje tak, jak powinien żyć chrześcijanin. Przyznawali wszyscy, że żyją życiem światowem, w troskach tylko o siebie i o swoje rodziny, a nie myśli nikt o bliźnich, a tem mniej o Bogu.
Tak rozmawiali goście ze sobą, i wszyscy zgadzali się, oskarżając samych siebie o bezbożny, niechrześciański tryb życia.
— A więc dlaczego my tak żyjemy? krzyknął młodzieniec. Dlaczego robimy to, czego nie pochwalamy? Czyż nie jesteśmy w możności zmienić życie swoje? Sami przyznajemy, że gubi nas nasz zbytek, wydelikacenie, bogactwa nasze, a przedewszystkiem — duma nasza, nasze odłączenie się od braci. Ażeby być znakomitymi i bogatymi, powinniśmy pozbawić się wszystkiego, co daje radość życia człowiekowi; gnieździmy się w miastach, wydelikacamy się, gubimy zdrowie swoje i, pomimo wszystkich naszych rozrywek umieramy z nudy i żalu, że życie nasze nie jest takie, jakiem powinno być. Pocóż więc żyć tak, poco gubić tak życie całe, wszystko to dobre, które dane nam jest przez Boga. Nie chcę żyć jak dawniej. Rzucę rozpoczęte nauki, przecież przyprowadzą mnie one do niczego innego, jak do tego męczącego życia, na które wszyscy się teraz skarżymy. Wyrzeknę się swego imienia i pójdę zamieszkam na wsi z biedakami; będę pracować z nimi, nauczę się pracować rękoma i, jeżeli biednym potrzebna jest nauka moja, będę się nią z niemi dzielić, lecz nie przez instytucje i książki, a wprost, żyjąc z nimi po bratersku. Tak postanowiłem, — rzekł on, patrząc z zapytaniem na ojca, który się również tam znajdował.
— Pragnienie twe jest dobre, — rzekł ojciec: lecz lekkomyślne i nieobmyślane. Przedstawia ci się to wszystko tak łatwem, dlatego, że nie znasz życia. Czyż mało rzeczy wydaje się nam dobremi! Lecz rzecz idzie o to, że wykonanie tego dobrego było bardzo trudne i skomplikowane. Trudno iść dobrze wybitą już koleją, lecz jeszcze trudniej torować nowe drogi. Zajmują się tem tylko ludzie, którzy w zupełności dojrzeli i zapanowali nad tem wszystkiem, co dostępnem jest ludziom. Tobie wydają się łatwemi nowe drogi życia dlatego, że nie rozumiesz jeszcze życia. Wszystko to — lekkomyślność i pycha młodości. My ludzie starzy, dlatego też i jesteśmy potrzebni, ażeby miarkować wasze porywy i kierować wami przy pomocy naszego doświadczenia, a wy, młodzi, powinniście nas słuchać. Twe życie czynu jest jeszcze przed tobą, teraz ty rośniesz i rozwijasz się. Wychowaj się, wykształć się w zupełności, stań na swoich nogach, miej swe stałe przekonania, a wtedy zaczynaj nowe życie, jeżeli czujesz do tego siły. Teraz zaś powinieneś słuchać tych, którzy kierują tobą dla twego dobra, a nie otwierać nowe drogi życia.
Młodzieniec zamilkł, i starsi zgodzili się z tem co powiedział ojciec.
— Ma pan słuszność, — zwrócił się do ojca młodzieńca człowiek żonaty, w średnim wieku. Prawda — rzekł on: że młodzieniec, nie mając doświadczenia życiowego, może się omylić, szukając nowych dróg życia, i decyzja jego nie może być stanowczą; lecz przecież wszyscy my zgodziliśmy się na to, że życie nasze wstrętne jest dla sumień naszych i nie daje nam dobra. Dlatego też nie można nie uznać za sprawiedliwe pragnienia wyjścia z tego życia. Młodzieniec może wziąść marzenie moje za dowodzenie rozumu, lecz jam nie młodzieniec; i powiem wam o sobie: słuchając rozmowy dzisiejszego wieczoru, przyszła mi do głowy taż sama myśl. Życie to, które ja prowadzę, widocznie dla mnie, nie może dać mi spokoju sumienia i dobra. To pokazuje mi i doświadczenie i rozum. Więc czegóż ja czekam? Morduję się od rana do wieczora dla rodziny, a w rzeczywistości wynika, że ani sam ani rodzina nie żyjemy po Bożemu, a co raz gorzej i gorzej grzęźniemy w grzechach. Robisz dla rodziny, a rodzinie przecież nie lepiej, dlatego, że to, co robisz dla nich, nie jest dobrem. I dlatego często myślę, czy by nie lepiej było, jeżeli bym zamienił całe życie moje i zrobił właśnie to, co mówił młody człowiek, — przestałbym troszczyć się o żonę i dzieci, a myślałbym tylko o duszy. Nie nadarmo i u Pawła jest powiedziane: „żonaty troszczy się o żonę a nieżonaty — o Boga“.
Nie zdołał domówić tego człowiek żonaty, gdy obruszyły się na niego wszystkie obecne tam kobiety i żona jego.
— O tem trzeba było wcześniej pomyśleć, — rzekła jedna ze starszych kobiet.
— Włożyłeś chomąto, więc ciągnij. Tak i każdy powie, że chcą zbawiać się, kiedy mu wyda się trudnem prowadzenie i wyżywienie rodziny. To oszustwo i podłość. Nie, człowiek powinien umieć żyć w swej rodzinie po Bożemu. A tak to łatwo zbawiać się samemu. A i co najgłówniejsze, postąpić tak — znaczy się postąpić wbrew nauce Chrystusa. Bóg kazał kochać innych, a tem panowie dla Boga innych krzywdzić chcecie. Nie, żonaty ma swoje określone obowiązki, i nie powinien ich lekceważyć. Inna rzecz, kiedy rodzina już postawiona na nogi. Wtedy róbcie dla siebie, co się wam podoba. A rodziny krzywdzić nikt niema prawa.
Lecz żonaty nie zgodził się z tem. Rzekł:
— Nie chcę rzucać rodziny. Mówię tylko, że rodzinę i dzieci należy prowadzić nie po światowemu, nie dla tego, ażeby uczyli się żyć dla swojej przyjemności, jak oto mówiliśmy, a trzeba prowadzić tak, ażeby dzieci za młodu już przywykły do biedy, do pracy, do pomagania ludziom, i przedewszystkiem, do bratniego życia ze wszystkimi. A dla tego potrzeba wyrzec się zaszczytów i bogactwa.
— Niema co innych przymuszać, dopóki sam żyjesz nie po Bożemu, — gorąco na to rzekła żona jego: tyś sam za młodu żył dla swoich przyjemności, dlaczegóż więc dzieci swoje i rodzinę swoją chcesz męczyć? Niech rosną w spokoju, a potem, co zechcą, to będą robić sami, a ty ich nie zmuszaj. Żonaty zamilkł, lecz obecny tam stary człowiek stanął w obronie jego:
— Przypuśćmy, — rzekł on: nie wolno człowiekowi żonatemu, przyzwyczaiwszy rodzinę do pewnego dostatku, pozbawiać ją odrazu tego wszystkiego. Prawda, że jeżeli rozpoczęto już wychowanie dzieci, to lepiej skończyć je niż wszystko niszczyć. Tembardziej, że po dorośnięciu dzieci same wybiorą sobie tą drogę, którą uważać będą dla siebie za lepszą. Zgadzam się, człowiekowi rodzinnemu trudno i nawet niemożebne jest bez grzechu zmienić swe życie. Oto nam, starym, Bóg to kazał. Powiem o sobie: żyję teraz bez żadnych obowiązków, żyję, prawdę powiedziawszy, dla swego brzucha: jem, piję, odpoczywam, i samego mnie zdejmuje wstręt i ohyda.
Oto na mnie czas już rzucić to życie, rozdać swój majątek i choć przed śmiercią pożyć tak, jak Bóg kazał chrześcianinowi.
Nie zgodzono się i ze starcem. Była tu jego siostrzenica i córka chrzestna, której trzymał do chrztu wszystkie dzieci i obdarzał na święta, i syn jego. Wszyscy mu zaprzeczyli.
— Nie, rzekł syn: napracowałeś się ojcze w swem życiu, czas ci odpocząć i nie męczyć się. Przeżyłeś 60 lat ze swemi przyzwyczajeniami, nie możesz ich się pozbyć. Będziesz się tylko męczyć napróżno.
— Tak, tak, — potwierdziła siostrzenica: będziesz, wuju, w potrzebie i będziesz nie w humorze, będziesz narzekać i nagrzeszysz więcej jeszcze. A Bóg jest miłosierny i przebacza wszystkim grzesznikom, a nie tylko tobie, takiemu dobremu wujaszku.
— A i poco to nam?.. dodał drugi starzec, rówieśnik wujaszka: pozostało nam już z tobą, wszystkiego, być może, jakieś dwa dni życia. Po co zaczynać?..
— Jakież to dziwne! — rzekł jeden z gości (on wciąż milczał): jakież to dziwne!.. Wszyscy mówimy, że dobrze jest żyć po Bożemu i że żyjemy źle, i duchem i ciałem się męczymy, a jak tylko rzecz cała doszła do czynu, tak wychodzi, że dzieci przymuszać nie można, a należy wychowywać je nie po Bożemu a po staremu. Młodzi nie powinni wyzbywać się woli rodzicielskiej, a powinni żyć nie po Bożemu, a po staremu. Żonatym niewolno żony i dzieci przymuszać, a trzeba żyć nie po Bożemu, a po staremu. A starzy nie mają po co zaczynać i nie przywykli oni i tylko dwa dni życia im pozostały. Wynika z tego, że nikt dobrze żyć nie może, a tylko pomówić o tem wolno.

I.

Działo się to za panowania Imperatora rzymskiego Trajana, w sto lat po Narodzeniu Chrystusa Pana. Było to w czasach, kiedy żyli jeszcze uczniowie Chrystusowi i chrześcianie mocno trzymali się nauki Mistrza, jak powiedziane jest w Dziejach Apost.
Żył w one czasy w prowincji Cylicyi, w mieście Tarsie, bogaty kupiec, Syryjczyk, handlujący drogiemi kamieniami, Juwenaliusz.
Pochodził on z ludzi prostych i biednych, lecz pracą i sztuką w rzeczywistości doszedł do bogactw i poważania u swych współobywateli. Podróżował on wiele po różnych krajach i, chociaż nie był uczonym, wiele poznał i zrozumiał, i mieszczanie cenili go bardzo za rozum jego i sprawiedliwość. Wiarę wyznawał on rzymską, pogańską, jaką wyznawali wszyscy szanowani ludzie w cesarstwie rzymskiem, — tą wiarę, wykonywania obrzędów której zaczęli surowo domagać się od czasów Cezara Augusta, i którą ściśle obserwował obecny imperator Trajan. Prowincja Cylicya daleką była od Rzymu, lecz rządził nią rzymski namiestnik, i wszystko, co działo się w Rzymie, odzywało się w Cylicyi, i wielkorządcy naśladowali swoich imperatorów.
Juwenaljusz pamiętał z dzieciństwa jeszcze opowiadania o tem, co robił Neron w Rzymie, widział potem, jak ginęli imperatorzy jeden za drugim, i jako człowiek rozumny, zrozumiał, że w religji rzymskiej nic nie było świętego, lecz że to wszystko bylo dziełem rąk ludzkich. Szał całego otaczającego go życia, szczególnie zaś to, co działo się w Rzymie, gdzie często bywał dla interesów swoich, często oburzało go. Miał on zwątpienia, lecz nie mógł objąć rozumem wszystkiego i kładł to na karb swego nizkiego wykształcenia.
Był żonaty, i dzieci miał czworo, lecz troje umarło za lat dziecinnych jeszcze, pozostał jeden syn, imieniem Juljusz.
Tego Juljusza otoczył Juwenaljusz całą swą miłością i wszystkiemi troskami swemi. Szczególnie zaś chciał Juwenaljusz, żeby nie dręczył się on temi zwątpieniami o życiu, które go samego niepokoiły. Kiedy Juljusz skończył 15 lat, oddał go ojciec na naukę do zamieszkałego w ich mieście filozofa, przyjmującego do siebie młodzież na naukę. Ojciec oddał go do filozofa razem z kolegą jego, Pamfilem, synem zmarłego wyzwoleńca swego. Młodzieńcy byli rówieśnikami, obydwaj piękni i przyjaciele.
Młodzieńcy uczyli się pilnie, obydwaj mieli charakter dobry. Juljusz przykładał się więcej do nauki poezyi i matematyki, Pamfil — zaś do nauki filozofji. Na rok przed ukończeniem nauki, Pamfil, przyszedłszy do szkoły, oznajmił nauczycielowi, że matka jego, wdowa, przenosi się do miasta Dafne i że on musi opuścić naukę. Żałował nauczyciel utraty ucznia, przynoszącego mu zaszczyt, żałował i Juwenaljusz, lecz najwięcej ze wszystkich żałował Juljusz. Na wszystkie prośby i tłomaczenia, żeby pozostał dalej, i w dalszym ciągu prowadził naukę, Pamfil był nieubłagany i podziękowawszy przyjaciołom za miłość ich ku niemu i troski o niego rozstał się z nimi.
Upłynęły dwa lata. Juljusz ukończył nauki i przez cały ten czas ani razu nie spotkał przyjaciela swego.
Razu pewnego spotkał go na ulicy, zaprosił go do siebie do domu i zaczął się dopytywać o to, jak i gdzie on mieszka. Pamfil opowiedział mu, że mieszka z matką wciąż Dafne.
— Mieszkamy, — mówił: nie sami, lecz z nami jest wielu przyjaciół, z którymi wszystko mamy wspólne.
— Jakto wspólne? spytał Juljusz.
— Tak, że nikt z nas nic nie uważa za swoje.
— Dlaczego wy to robicie?
— Jesteśmy chrześcianami, rzekł Pamfil.
— Czyżby?... wykrzyknął Juljusz, a mnie przecież mówili, że chrześcianie zabijają dzieci i jedzą je? Czyż i ty przyjmujesz w tem udział.
— Przyjdź i zobacz, — odrzekł Pamfil: nie robiemy nic szczególnego, żyjemy po prostu, starając się nie robić nic złego.
— Lecz jakżeż można żyć, nic nie uważając za swoje?
— Żywimy się. Jeżeli oddajemy braciom naszą pracę, to oni oddają nam swoją.
— A jeżeli bracia biorą pracę waszą, a nie oddają jej, wtedy jakżesz?
— Takich niema, — rzekł Pamfil: tacy ludzie lubią żyć w zbytkach i nie przyjdą do nas, życie nasze proste i nie zbytkowne.
— Alboż to mało jest leniwców, którzy będą bardzo zadowoleni z tego, jeżeli będą ich darmo żywić.
— Są i tacy, i my chętnie przyjmujemy ich. Niedawno przyszedł jeden taki, zbiegły niewolnik; z początku prawda, lenił się i żył źle, lecz prędko zmienił swe życie i teraz został dobrym bratem.
— No, a jeżeliby on się nie poprawił?
— Są i tacy. Starzec Cyryli mówi, że z takimi to właśnie postępować należy jak z najdroższymi braćmi i jeszcze więcej ich kochać.
— Czyż można kochać łotrów?
— Nie wolno nie kochać człowieka!
— Lecz jakżeż wy możecie dawać wszystkim to, o co oni proszą? spytał Juljusz. Jeżeli by ojciec mój dawał wszystkim, kto go o coś prosi, wkrótce nic by mu nie zostało.
— Nie wiem — odrzekł Pamfil — nam pozostaje na wypadek potrzeby. I jeżeli zdarza się, że niema co jeść, lub niema się czem przykryć, to my prosimy o to drugich i oni nam dają. Lecz rzadko się to zdarza. Mnie tylko raz zdarzyło się położyć się spać bez kolacji, a i to dlatego, że zmęczyłem się bardzo i nie chciałem iść do brata poprosić.
— Nie wiem, jak wy robicie, rzekł Juljusz: tylko, jak ojciec mówi, jeżeli swego nie strzedz, a jeszcze jeżeli dawać wszystkim, kto tylko poprosi, to sam z głodu umrzesz.
— My nie umieramy. Przyjdź, popatrz. Żyjemy i nie tylko że nie uczuwamy potrzeby, lecz nawet mamy wiele rzeczy niepotrzebnych.
— Więc jakżeż to tak?
— A oto dlaczego. Wyznajemy my wszyscy jedną wiarę, lecz stopień wykonania u wszystkich jest różny: u jednego jest większy, u drugiego mniejszy. Jeden wydoskonalił się już w dobrem życiu, drugi dopiero zaczyna je. A przed nami wszystkiemi stoi Chrystus z życiem Swojem, i my wszyscy staramy się naśladować Go, i w tem jednem widzimy nasze dobro. Jedni z nas, jak starzec Cyryli i żona jego Pelagja, stoją na czele nas, inni z tyłu, trzeci jeszcze bardziej z tyłu, lecz wszyscy idą jedną drogą. Przodujący są już blizko do nauki Chrystusa — wyrzeczenia się siebie — i zgubili swą duszę, ażeby zdobyć ją. Tym już nic nie trzeba, ci siebie nie żałują, i wszystko, do ostatka, według przykazań Chrystusa, oddają proszącym. Drudzy są słabszymi, tacy, którzy nie mogą oddać wszystkiego, słabną i jeszcze żałują sami siebie, słabną bez zwykłego odzienia i pokarmu, i nie wszystko oddają. Są jeszcze słabsi — ci, którzy dopiero co nie dawno wstąpili na drogę; ci żyją jeszcze po staremu, zatrzymują wiele dla siebie i oddają tylko to, co im zbywa. I ci to ostatni przychodzą z pomocą tym na przodzie. Oprócz tego wszyscy my związani jesteśmy pokrewieństwem z poganami. Jeden ma ojca poganina, który ma majątek i daje synowi. Syn daje proszącym, lecz ojciec znów daje. Inny ma matkę pogankę, ta żałuje syna i pomaga mu. Trzeci ma dzieci pogan, a matka jest chrześcijanką, i dzieci zaopatrują matkę, dają jej i proszą, żeby nie rozdawała, a ona z miłości dla nich przyjmuje, i mimo to rozdaje innym. Czwarty ma żonę — pogankę. Piąta męża poganina. Tak jest wszystko poplątane, i stojący na przodzie, radzi by oddać ostatnie, lecz nie mogą. Tem też i podtrzymują się słabsi w wierze, i dzięki temu zbiera się wiele rzeczy nad miarę.
Na to Juljusz rzekł:
— Lecz jeżeli tak, to wy, znaczy się, odstępujecie od nauki Chrystusa i tylko przybieracie pozę. A jeżeli wy nie oddajecie wszystkiego, to i niema między nami a wami różnicy. Mojem zdaniem, jeżeli być już chrześcianinem, to wypełnić wszystko, oddać wszystko i pozostać żebrakiem.
— I to najlepsze ze wszystkiego, — rzekł Pamfil — i zrób tak.
— Tak, zrobię, kiedy zobaczę, co wy robicie!
— My nic pokazywać nie chcemy. I tobie nie radzę iść do nas i wychodzić ze swego trybu życia dla pokazu; czynimy to, co robimy, nie dla oczu jednak, a dla wiary naszej.
— Co to znaczy — dla wiary naszej?
— A dla wiary znaczy to, że — zbawienie od złego świata, od śmierci, — tylko spoczywa w życiu według nauki Chrystusa. I nam jest wszystko jedno, co powiedzą o nas ludzie. My robimy wszystko nie dla ludzi, a dla tego, że tylko w tem widzimy życie i dobro.
— Nie wolno nie żyć dla siebie, — rzekł Juljusz: Bogowie sami włożyli na nas to, że my kochamy siebie więcej od innych i szukamy dla siebie przyjemności. I wy toż samo robicie. Ty sam mówisz, że między waszymi są ludzie, którzy siebie żałują. Będą oni coraz więcej i więcej robić sobie przyjemności i coraz więcej będą porzucać wiarę waszą i będą robić to samo co i my.
— Nie, — odrzekł Pamfil: nasi idą inną drogą i nigdy nie słabną, lecz coraz większej nabierają mocy: jak ogień nigdy nie zgaśnie, kiedy do niego drew się dokłada. Na tem też polega wiara nasza.
— Nie rozumiem, na czem też ona polega.
— Wiara nasza opiera się na tem, że my rozumiemy życie tak, jak objaśnił nam je Chrystus.
— Jak to?
— Chrystus rzekł taką przypowieść: „Żyli robotnicy winnicy w cudzym ogrodzie i płacić powinni dziesięcinę gospodarzowi“. To my, ludzie, żyjemy na świecie i powinniśmy płacić dziesięcinę, wykonywać wolę Jego... „A ludzie ci według pojęć świata pomyśleli, że ogród do nich należy, że nie mają co płacić za niego, a tylko to, ażeby korzystać z owoców jego. Przysłał do ludzi tych gospodarz wysłańca, ażeby otrzymać dziesięcinę, a oni wygnali go. Przysłał gospodarz swego syna po dziesięcinę, a oni zabili go, myśląc, że potem nikt im przeszkadzać nie będzie.“ Oto jest ta wiara świata, według której żyją wszyscy ludzie na świecie, nieuznający tego, że życie dane jest tylko dlatego, ażeby służyć Bogu. Chrystus zaś nauczył nas tego, że wiara świata w to, że człowiekowi lepiej będzie jeżeli wygna z ogrodu wysłańca, syna gospodarza, i nie da dziesięciny, że ta wiara fałszywa, gdyż nie minie nas: albo dać dziesięcinę, albo zostać wygnanymi z ogrodu. Nauczył On nas tego, że wszystkie przyjemności, które my nazywamy przyjemnościami: jedzenie, picie, zabawy, nie mogą być przyjemnościami, jeżeli na nich polega życie, że są one przyjemnościami tylko wtedy, kiedy szukamy czego innego, — spełnienia woli Boga, że tylko wtedy te przyjemności, jako nagroda prawdziwa, następują po spełnieniu woli Boga. Chcieć brać przyjemności bez trudu spełnienia woli Bożej, odrywać jedne przyjemności bez trudu, — to wszystko jedno, co rozrywać źdźbła kwiatów i rozsadzać je bez korzeni. My wierzymy w to i dlatego nie możemy szukać oszukaństwa zamiast prawdy. Wiara nasza polega na tem, że dobro życia nie w przyjemnościach jego, a w wykonaniu woli Boga bez myśli o przyjemnościach i nadziei ich, i my tak żyjemy, i czem dłużej żyjemy, tem bardziej widzimy, że przyjemności i dobro, jak koło za hołoblami, idą w ślad za wypełnieniem woli Boga. Nauczyciel nasz rzekł:
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i ja uspokoję was. Weźcie brzemię moje na siebie i nauczcie się ode Mnie, gdyż Jam cichy i pokorny sercem, i znajdziecie spokój dla dusz waszych, gdyż brzemię Moje dobre i lekkie jest.“
Tak mówił Pamfil. Juljusz słuchał, i serce jego wzruszało się, lecz nie było wyraźnem dla niego co mówił Pamfil; wydawało mu się, że Pamfil oszukuje go; patrzał wtedy w dobre oczy przyjaciela swego i przypomniał sobie dobroć jego, i zdawało mu się, że Pamfil sam oszukuje siebie. Pamfil zapraszał Juljusza, ażeby przyjechał do nich, zobaczyć ich życie, i jeżeli mu się ono spodoba, pozostał z nimi.
I Juljusz obiecał, lecz nie pojechał do Pamfila i, wciągnięty w wir życia swego, zapomniał o nim.


II

Ojciec Juljusza był bardzo bogaty, kochał jedynego syna, szczycił się nim i nie żałował dla niego pieniędzy. Życie Juljusza przechodziło tak, jak przechodzi życie bogatych młodych ludzi: na próżnowaniu, zbytkach i rozpustnych rozrywkach, które pozostają zawsze jedne i te same: wino, gra i rozpustne kobiety.
Lecz przyjemności, którym oddawał się Juljusz, co raz więcej i więcej wymagały pieniędzy, i zaczęło ich jemu brakować. Razu pewnego poprosił ojca o większą sumę, niż ta, którą mu ojciec zwykle dawał. Ojciec dał, lecz zrobił mu wymówkę. Syn, czując się winnym, i nie chcąc przyznać się do swojej winy, rozzłościł się, nawymyślał ojcu, jak zawsze irytują się ci, którzy wiedzą o swej winie i nie chcą przyznać się do niej. Wzięte od ojca pieniądze rozeszły się bardzo prędko, i, oprócz tego, jednocześnie zdarzyło się Juljuszowi z pijanym kolegą wmięszać się do bójki i zabić człowieka. Rządca miasta dowiedział się o tem i chciał wziąść Juljusza do aresztu, lecz ojciec wystarał mu się o przebaczenie. W tym że czasie Juljusz, z powodu swych hulanek, potrzebował jeszcze więcej pieniędzy. Pożyczył je u kolegi i obiecał mu oddać je. Oprócz tego, kochanka jego żądała od niego prezentu; podobał jej się naszyjnik perłowy, i wiedział, że jeżeli nie wykona jej prośby, rzuci go i połączy się z bogaczem, który już oddawna starał się odbić ją Juljuszowi. Juljusz przyszedł do matki i powiedział jej, że koniecznie mu są potrzebne pieniądze, że jeżeli nie dostanie ich tyle, ile mu potrzeba, to zabije się.
— O to, że znajdował się w takiej sytuacji, winił nie siebie, a ojca. Mówił:
„Ojciec nauczył mnie życia pełnego przepychu, a potem zaczął żałować mi pieniędzy. Jeżeliby dał mi z początku, bez żadnych wymówek, to, co mi dał potem, urządziłbym sobie życie, i nie czułbym potrzeby; lecz że on mi dawał zawsze niedostatecznie, zmuszony byłem zwracać się do lichwiarzy, i oni wysysali ze mnie wszystko: i dla życia, właściwego dla mnie, jako dla bogatego młodzieńca, nic mi nie pozostawało, i wstyd mi było kolegów, a ojciec nie chciał tego zrozumieć. Zapomniał, że sam był młody. Doprowadził mnie do tego położenia, i teraz, jeżeli nie da mi tego, o co proszę, zabiję się.“
Matka, która pieściła syna, poszła do ojca. Ojciec zawołał syna i począł robić wymówki i jemu i matce. Syn ostro odpowiedział ojcu. Ojciec uderzył go. Syn schwytał za ręce ojca, ojciec zawołał niewolników, i kazał związać syna i zamknąć go.
Pozostawszy sam, Juljusz przeklinał ojca i życie swoje. Śmierć jego lub ojca przedstawiała mu się jako jedyne wyjście z tej sytuacji, w jakiej się znalazł.
Matka Juljusza cierpiała jeszcze więcej od niego. Nie roztrząsała ona, kto był winien w całej tej sprawie. Żałowała tylko kochanego dziecięcia. Poszła do męża, błagając go o przebaczenie. Mąż nie chciał jej słuchać, zaczął robić wymówki jej o to, że rozpieściła syna; ona znów robiła wymówki jemu i skończyło się na tem, że mąż pobił żonę. Lecz matka za nic uważała swe pobicie, przyszła do syna, przekonywała go, żeby prosił ojca o przebaczenie, i upokorzył się przed nim. Za to obiecała synowi, w tajemnicy przed ojcem, dać te pieniądze, które mu były potrzebne. Syn zgodził się, i wtedy matka poszła do męża swego i poprosiła go o przebaczenie synowi. Ojciec długo wymawiał żonie i synowi, lecz nareszcie zdecydował że przebaczy synowi, tylko pod tym warunkiem, żeby porzucił swe życie rozpustne, i ożenił się z córką bogatego kupca, którą ojciec chciał wydać za syna.
— Otrzyma odemnie pieniądze i posag żony, — rzekł ojciec: i wtedy niech zacznie życie normalne. Jeżeli obieca mi wykonać wolę moją, przebaczę mu. Teraz zaś nic mu nie dam i przy pierwszem przewinieniu oddam w ręce rządcy.
Juljusz na wszystko się zgodził i został wypuszczony. Obiecał ożenić się i porzucić swe złe życie, lecz nie zamierzał tego zrobić. I życie w domu dla niego stało się piekłem: ojciec nie mówił z nim, kłócił się z matką z powodu niego, matka płakała.
Na drugi dzień matka zawezwała go do swoich pokoi i w tajemnicy doręczyła mu kosztowny kamień, który zabrała mężowi.
— Idź, sprzedaj go, nie tu, a w innem mieście, i zrób to co potrzeba, a ja potrafię ukryć tą zgubę do czasu, a jeżeli się wykryje to winę zwalę na jednego z niewolników.
Słowa matki wzruszyły serce Juljusza. Przeraził się tego, co ona zrobiła, i, nie wziąwszy drogocennego klejnotu, poszedł precz z domu.
Sam nie wiedział gdzie i poco on idzie. Szedł naprzód, wciąż naprzód, precz z miasta, czując konieczność pozostania samemu i obmyślenia wszystkiego tego, co z nim zaszło i co go czekało. Idąc wciąż naprzód i naprzód, wyszedł z miasta i wszedł do gaju, poświęconego bogini Djanie. Wszedłszy w to miejsce osamotnione, zaczął rozmyślać. Pierwszą myślą, która mu przyszła do głowy, było zwrócić się z prośbą o pomoc do bogini. Lecz nie wierzył już w bogów swoich i dlatego wiedział, że od nich niema co spodziewać się pomocy. A kiedy nie od nich, to od kogo? Samemu obmyślać swoje położenie wydawało mu się zbyt dziwnem. W duszy jego panował chaos i mrok. Lecz nie miał nic do roboty. Trzeba było zwrócić, się do swego sumienia, przed niem zaczął wytrząsać swe życie i swe czyny. I to i drugie wydawało mu się złem i przedewszystkiem głupiem.
Z jakiego powodu dręczył on tak siebie? Z jakiego powodu gubił tak swe młode lata? Szczęścia było niewiele, a smutku i nieszczęścia wiele. Najgłówniejszem jednak było to, że czuł się tak samotnym. Przedtem była kochająca matka, był ojciec, byli nawet przyjaciele, — teraz nie miał nikogo. Nikt go nie kochał! Dla wszystkich był ciężarem! Wszystkim umiał stanąć na drodze życiowej: dla matki był przyczyną nieporozumienia z ojcem, dla ojca był marnotrawcem bogactwa, zebranego ciężką pracą całego życia dla przyjaciół był niebezpiecznym, nieprzyjemnym współzawodnikiem. Dla nich wszystkich powinno być pożądanem, żeby on umarł.
Roztrząsając swe życie, wspomniał o Pamfilu i o ostatniem widzeniu się z nim, i o tem jak Pamfil wzywał go do siebie, do chrześéjan. I przyszło mu do głowy nie powracać do domu, a wprost udać się do chrześéjan i pozostać z nimi.
Lecz czyż położenie jego jest tak rozpaczliwe? pomyślał, i znów zaczął przypominać sobie wszystko, co z nim zaszło i znów przeraziło go to, że wydało mu się, iż nikt go nie kocha i że on nie kocha nikogo. Matka, ojciec, przyjaciele nie kochali go, powinni byli pragnąć śmierci jego; lecz czy i on sam kochał kogo? Przyjaciół? Czuł, że nikogo nie kocha. Wszyscy oni byli współzawodnikami, wszyscy byli bez litości dla niego teraz, kiedy wpadł w nieszczęście.
„Ojciec“? spytał siebie, i przerażenie go ogarnęło, kiedy przy tem pytaniu zajrzał w serce swoje. Nie tylko nie kochał, lecz nawet i nienawidził go za pęta, za obelgi. Nienawidził i oprócz tego widział wyraźnie, że dla jego, Juljusza, szczęścia potrzebną jest śmierć ojca.
— Tak?.. spytał siebie Juljusz: i jeżeli bym wiedział, że nikt nigdy nie zobaczy i nie dowie się, — co ja bym zrobił, gdybym mógł jednym ciosem odrazu pozbawić go życia i uwolnić siebie?
I Juljusz odpowiedział sobie:
— Tak, zabiłbym go!
Odpowiedział sobie i przerażenie go zdjęło za samego siebie.
— Matka? Tak, żałuję jej, lecz ja jej nie kocham; wszystko mi jedno, co z nią będzie, potrzebna mi jest tylko jej pomoc... Tak, jam zwierz i zwierz zabity, zaszczuty i tylko tem różnię się od niego, że mogę, własnowolnie, odejść od tego oszukańczego życia; mogę zrobić to, czego nie może zwierz — zabić siebie. Ojca nienawidzę, nikogo nie kocham... ani matki, ani przyjaciół... chyba jednego Pamfila?!
I znów przypomniał sobie jego. Zaczął sobie przypominać ostatnie widzenie i rozmowę z nim, i słowa Pamfila o tem, że zgodnie z ich nauką Chrystus mówił:
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i Ja uspokoję was.“ Czyżby to była prawda?
Zaczął rozmyślać, przypominać łagodną, spokojną i szczęśliwą twarz Pamfila, zapragnął wierzyć temu, co mówił Pamfil.
— Cóż jestem ja w rzeczywistości?.. — rzekł on do siebie: Kto ja jestem?.. Człowiek szukający dobra. Szukałem go w zadowoleniu zmysłów i nie znalazłem. I wszyscy żyjący tak, jak ja, również go nie znajdują. Wszyscy są źli i cierpią. Czyż jest człowiek, który zawsze jest szczęśliwy, dlatego że niczego nie szuka. On mówi, że ich wielu jest takich i że wszyscy zostaną takimi, jeżeli pójdą w ślady tego, co mówi ich Nauczyciel. Cóż, jeżeli to prawda? Prawda, czy nie prawda, — mnie ciągnie do niej, i ja pójdę.
Tak rzekł sobie Juljusz, wyszedł z gaju, postanawiając nie wracać już więcej do domu, i poszedł do tej wioski, w której mieszkali chrześcijanie.



III.

Juljusz szedł raźnie i radośnie, i czem dalej on szedł, czem żywiej wyobrażał sobie życie chrześcjan, przypominając sobie wszystko, co mówił Pamfil, tem większa radość przejmowała duszę jego. Już słońce chyliło się ku zachodowi i on chciał odpocząć, gdy na drodze napotkał człowieka, odpoczywającego i posilającego się. Człowiek ten był w średnim wieku, z rozumną twarzą. Siedział i jadł oliwki i podpłomyk.
Zobaczywszy Juljusza, uśmiechnął się i rzekł:
— Witaj, młodzieńcze! Droga jeszcze daleka. Siądź i odpocznij.
Juljusz podziękował i usiadł.
— Gdzie idziesz? spytał nieznajomy.
— Do chrześcian — rzekł Juljusz i, słowo po słowie, opowiedział nieznajomemu całe swe życie i swą decyzję.
Nieznajomy słuchał uważnie, rozpytywał o szczegóły i sam nie wypowiadał swego zdania; lecz kiedy Juljusz skończył, nieznajomy złożył do torby pozostałe jedzenie, poprawił odzież i rzekł:
— Młodzieńcze, nie wypełniaj swych zamiarów — ty błądzisz. Znam życie, a ty go nie znasz. Znam chrześcian, a ty ich nie znasz. Słuchaj, rozważę całe życie twoje, i myśli twoje, i kiedy usłyszysz je odemnie, przyjmiesz tą decyzję, która wyda ci się więcej odpowiednią. Tyś młody, bogaty, piękny, silny, namiętności kipią w tobie. Chcesz znaleźć cichą przystań, taką, w której by namiętności nie niepokoiły ciebie i ty byś nie cierpiał wskutek ich następstw i tobie się zdaje, że znalazł byś takie schronienie wśród chrześcian. Takiego miejsca niema, drogi młodzieńcze, gdyż to, co niepokoi ciebie, znajduje się nie w Cylicyi, nie w Rzymie a w samym tobie. W ciszy samotności wiejskiej, też same namiętności będą cię dręczyć, lecz tylko sto razy silniej. Oszustwo chrześcian lub omyłka (nie chcę ich sądzić) polega właśnie na tem, że oni nie chcą uznać natury ludzkiej. Doskonałym wykonawcą ich nauki może być tylko starzec, który się pozbył wszystkich namiętności swoich. Człowiek zaś w sile wieku, lub młodzieniec, który jak ty, nie zakosztował życia i nie poznał samego siebie, nie może poddawać się ich prawom, gdyż prawo ma za zasadę nie naturę ludzką, a puste mądrzenie się. Jeżeli pójdziesz do nich, to będziesz cierpieć również na to, na co cierpisz obecnie, lecz tylko w znacznie większym stopniu. Teraz namiętności twoje ciągną cię na fałszywe drogi, lecz ty, omyliwszy się raz w kierunku, możesz się poprawić! teraz ty bądź co bądź masz zadowolenie uwolnionej namiętności, t. j. życie. Lecz wśród nich ty, powstrzymując gwałtem swe zmysły, będziesz błądzić również tak samo, jeszcze gorzej, i, oprócz tego będziesz mieć jeszcze nieustanne cierpienie niezaspokojonych potrzeb człowieka. Puść wodę ze szluzy, a ona będzie poić ziemię i łąki i zwierzęta; lecz zatrzymaj ją — będzie wyrywać ziemię i ociekać błotem! Toż samo i z namiętnościami. Nauka chrześcian polega, oprócz tych wierzeń, któremi oni się pocieszają i o których nie będę ci mówić, — na następujących życiowych zasadach: nie uznają oni gwałtu, nie uznają wojny, sądów, nie uznają prawa własności, nie uznają nauki, sztuki, — wszystkiego tego, co robi życie łatwem i przyjemnem. Wszystko to byłoby dobrem, jeżeliby wszyscy ludzie byli takimi, jakim oni opisują swego Nauczyciela. Lecz przecież tego niema i nie może być. Ludzie są źli i podlegają namiętnościom. Ta gra namiętności, i te starcia, które z nich wynikają, powstrzymują ludzi w tych warunkach życia, w jakich oni żyją. Barbarzyńcy nie znają żadnego skrępowania, i jeden dziki człowiek dla zadowolenia swych zmysłów zniszczyłby cały świat, jeżeliby wszyscy ludzie poddawali się temu tak, jak poddają chrześcianie. Jeżeli bogowie obdarzyli ludzi uczuciem gniewu, nawet nienawiści przeciwko złym, to zrobili to dlatego, że uczucia tego konieczne są dla życia ludzi. Chrześcianie uczą, że uczucia te są złe, i że bez nich ludzie byliby szczęśliwszymi, — nie byłoby zabójstw, kar, wojen. To sprawiedliwe, lecz to podobne jest do tego przypuszczenia, że dla dobra i szczęścia swego ludzie nie powinni się żywić. Rzeczywiście, nie było by chciwości, głodu i wszystkich wynikających z tego klęsk. Lecz mimo to jednak przypuszczenie to nie zmieniłoby natury człowieka. I jeżeliby dwa trzy dziesiątki ludzi, uwierzywszy temu i rzeczywiście, nie przyjmując pożywienia, umarły z głodu, to nie zmieniłoby natury ludzkiej. Również to samo jest i z innemi namiętnościami człowieka: niezadowolenie, gniew, zemsta, a nawet miłość dla kobiety, zbytku, świetności i potęgi właściwe są i bogom, i dlatego też i są niezmiennemi właściwościami człowieka. Zniszczyć odżywianie się człowieka, zniszczy się i człowiek; również tak samo gdyby zniszczyć właściwe człowiekowi namiętności, — zniszczy się i ludzkość. Toż samo i o własności, którą jakoby odrzucają chrześcianie. Popatrz wokoło siebie; każda winnica, każde zagrodzenie, każdy dom, każda oślica — wszystko to wykonane i przyswojone przez ludzi tylko przy warunkach prawa własności. Odrzuć prawo własności, — i ani jedna winnica nie będzie przekopaną, ani jedno zwierzę nie będzie wychowane ani ułożone. Chrześcianie twierdzą, że oni nie mają własności, lecz korzystają z owoców jej. Oni mówią, że wszystko u nich jest wspólne, i wszystko używa się razem. Lecz to, co oni używają, otrzymali od ludzi, posiadających jakąś własność. Oni tylko oszukują ludzi w najlepszym wypadku, oszukują siebie samych. Ty mówisz, oni sami pracują, ażeby się wyżywić, lecz to, co oni zapracują nie wyżywiło by ich, jeżeliby oni nie korzystali z tego, co wyprodukowali ludzie, uznający prawo własności. Jeżeliby nawet oni mogli się wyżywić, to mogli by tylko podtrzymywać swe życie, i już w środowisku ich nie było by miejsca ani dla nauki, ani dla sztuki. Oni też i nie uznają korzyści nauk i sztuk. I nie mogą oni postępować inaczej. Cała ich nauka prowadzi do tego tylko, ażeby wrócić ich do pierwotnego stanu, do dzikości, do stanu zwierzęcego. Oni nie mogą służyć ludzkości naukami i sztuką i, nie umiejąc ich odrzucają je, nie mogąc im służyć temi spssobami, które stanowią wyjątkową właściwość człowieka i zbliżają go do bogów. Oni nie będą posiadać ani świątyń, ani posągów, ani teatrów, ani muzeów. Oni mówią, że to im niepotrzebne. Najłatwiejszy sposób nie wstydzenia się swego poziomu umysłowego — to pogardzać wyżynami, co oni też i robią. Są bezbożnikami. Nie znają bogów i mięszania się w ich sprawy ludzkie. Dla nich istnieje tylko Ojciec ich Nauczyciela, którego oni nazywają i swoim Ojcem, i Sam Nauczyciel, według ich pojęć, rozjaśniający im wszystkie tajemnice życia. Nauka ich — marne oszukaństwo! Zrozum jedno, — nauka nasza mówi: świat opiera się na bogach, bogowie opiekują się ludźmi. Ludzie zaś, dlatego, ażeby żyć dobrze, powinni czcić bogów i sami szukać i myśleć, — i dlatego kierują życiem naszem: z jednej strony wola bogów, z drugiej połączona mądrość całej ludzkości. My żyjemy, myślemy i szukamy, i dlatego dążymy do prawdy. Oni zaś nie mają ani bogów, ani ich woli, ani mądrości ludzkości, a tylko jedno — ślepą wiarę w swego Ukrzyżowanego Nauczyciela, i we wszystko to, co On im powiedział. Zważ za tem, który kierownik jest poważniejszy: wola bogów i połączona wolna działalność mądrości ludzkiej, lub też przymusowa ślepa wiara w słowa jednego człowieka?
Juljusz był zdumiony tem, co powiedział mu nieznajomy, i w szczególności ostatniemi słowami jego.
Zamiar jego pójścia do chrześcjan został nietylko że zachwiany, lecz teraz wydawało mu się nawet dziwnem, jak mógł pod wpływem swych zmartwień zdecydować się na takie szaleństwo. Lecz pozostawała mu jeszcze kwestja, co robić teraz, i jak wyjść z tych kłopotliwych okoliczności, w jakich się znajdował, i opowiedział swe położenie, prosił nieznajomego o radę.
— O tem samem właśnie chciałem mówić teraz, — ciągnął dalej nieznajomy: Co masz robić?... Droga twoja, o ile tylko dostępna jest dla mnie mądrość ludzka, jest niewyraźną. Wszystkie twoje kłopoty wynikają z właściwych ludziom namiętności. Namiętność porwała cię, zaprowadziła tak daleko, żeś ucierpiał. Takie są zwykle nauki życia. Lekcje te winny być użyte dla twojej korzyści. Tyś poznał wiele, i wiesz, gdzie jest gorzko, a gdzie jest słodko; nie możesz więc już dalej powtarzać tych omyłek. Korzystaj ze swego doświadczenia. To, co najwięcej cię martwi, to twoja nienawiść dla ojca. Nienawiść ta wynikła z twego położenia, wybierz inne, i ona zginie, lub, przynajmniej, nie będzie tak bolesną. Wszystkie nieszczęścia wynikły wskutek nieprawidłowości twej sytuacji. Tyś oddawał się rozrywkom młodości; to naturalne, i dlatego i dobrze. I było to dobre, dopóki było właściwe wiekowi. Lecz czas ten minął, tyś z siłami męża oddał się rozrywkom młodości, — i zrobiło się źle. Tyś w tym wieku, kiedy należy zostać mężem, obywatelem i służyć ojczyźnie, pracować dla jej dobra. Ojciec proponuje ci, byś się ożenił. Rada jego mądra. Przeżyłeś jeden okres życia — młodość i wstąpiłeś w drugi. Wszystkie twe niepokoje są oznakami stanu przejściowego. Przyznaj, że czas młodości minął, i, śmiało odrzuciwszy wszystko, co było jej właściwe i niewłaściwe dla męża, wstąp na nową drogę. Ożeń się, rzuć rozrywki młodości, zajmij się handlem, sprawami publicznemi, naukami i sztuką i ty, oprócz tego, że pogodzisz się z ojcem, i przyjaciółmi, znajdziesz spokój i szczęście. Głównie, co ciebie niepokoiło, to nienaturalność twego położenia. Zmężniałeś i czas już zawrzeć ci małżeństwo i zostać mężem. I dlatego główna rada moja: wypełń wolę ojca — ożeń się. Jeżeli pociąga cię ku sobie samotność, którą myślałeś znaleźć u chrześcjan, jeżeli masz skłonność do filozofji, a nie do życia czynnego, to możesz z korzyścią oddać się tej działalności tylko potem, gdy poznasz życie w prawdziwem jego znaczeniu. A poznasz je tylko jako samodzielny obywatel i głowa rodziny. Jeżeli zaś i potem będziesz czuć pociąg do samotności, oddaj się mu, wtedy to będzie prawdziwy pociąg, a nie wybuch niezadowolenia, jak jest obecnie. Wtedy — idź.
Ostatnie słowa więcej od wszystkiego przekonały Juljusza. Podziękował nieznajomemu i wrócił do domu.
Matka przyjęła go z radością. Ojciec również, dowiedziawszy się o zamiarze jego poddania się woli jego i ożenienia się z tą dziewicą, którą mu wybrał, pogodził się z synem.



IV.

W trzy miesiące potem odbył się uroczysty obrzęd zaślubin z piękną Olimpją, i Juljusz, zmieniwszy swój tryb życia, zaczął prowadzić oddzielny dom wraz z żoną, i sam prowadził część przedsiębiorstwa handlowego, którą oddał mu ojciec.
Razu pewnego pojechał on w interesie swego domu handlowego do w pobliżu leżącego miasta i tam, siedząc u kupca, zobaczył przechodzącego obok sklepu Pamfila z nieznaną mu dziewicą. Obydwoje szli z ciężkimi koszami winogron, które sprzedawali. Juljusz, poznawszy przyjaciela, wyszedł do niego i prosił go ażeby wszedł do sklepu, ażeby z nim porozmawiać. Dziewica, zobaczywszy pragnienie Pamfila pójścia z przyjacielem i wahanie jego co do tego, czy pozostawić ją samą, rzekła mu, że nie jest jej potrzebnym, i że sama posiedzi z winogronami, czekając na nabywców. Pamfil podziękował jej i poszedł z Juljuszem do sklepu. Juljusz poprosił swego znajomego kupca o pozwolenie wejścia z przyjacielem do jego pokoju, i otrzymawszy je, oddalił się z Pamfilem do tylnych pokoi.
Przyjaciele rozpytywali jeden drugiego o warunki swego życia. Życie Pamfila nie zmieniło się od tego czasu, jak widzieli się ostatnim razem: żył w dalszym ciągu w gminie chrześcijańskiej, nie był żonaty i zapewniał swego przyjaciela, że życie jego z każdym rokiem, dniem i godziną staje się coraz bardziej radosnem.
Juljusz opowiedział przyjacielowi wszystko, co z nim się działo, i jak już był na drodze do chrześcian, kiedy spotkanie z nieznajomym wyjaśniło mu błędy chrześcian, główny obowiązek jego — ożenić się, i jak poszedł za tą radą i ożenił się.
— No cóż, szczęśliwy jesteś teraz? spytał Pamfil: czy znalazłeś w małżeństwie to, co obiecał ci nieznajomy?
— Szczęśliwy? rzekł Juljusz: Co to znaczy jest „szczęśliwy“? Jeżeli pod słowem tem rozumieć zupełne zaspokojenie swych pragnień, to, rozumie się, jestem nieszczęśliwy. Prowadzę swój interes handlowy dotąd z powodzeniem, ludzie zaczynają szanować mnie, i w tem i w drugiem znajduję pewne zadowolenie. Choć widzę wielu ludzi, którzy są bogatsi i na wyższych stanowiskach odemnie, przewiduję możność zrównania się z nimi, a nawet i przewyższenia ich. Ta strona życia mego jest zupełna, lecz małżeństwo, powiem poprostu, nie zadawalnia mnie. Powiem więcej: czuję, że to samo małżeństwo, które miało dać mi radość, nie dało mi jej, i że to szczęście, jakie uczuwałem z początku, uciekało, zmniejszając się stopniowo, i nareszcie znikło i na tem miejscu, gdzie była radość, dzięki małżeństwu, wyrósł smutek. Żona moja jest piękna, rozumna, uczona i dobra. W pierwszych chwilach byłem bardzo szczęśliwy. Lecz teraz, — ty nie wiesz tego, nie posiadając żony, — zjawiają się u nas przyczyny sporu dlatego, że albo ona szuka mych pieszczot, kiedym ja obojętny dla niej, to znów naodwrót. Oprócz tego dla miłości potrzebna jest nowość. Kobieta, mniej pociągająca od mojej żony, więcej mnie pociąga w pierwszych chwilach, lecz potem staje się dla mnie jeszcze mniej pociągającą, niż moja żona; już wypróbowałem to. Nie, nie znalazłem zadowolenia w małżeństwie. Tak, przyjacielu, — zakończył Juljusz, — mają słuszność filozofowie: życie nie daje tego, czego pragnie dusza. Wypróbowałem to teraz w małżeństwie. Lecz to, że życie nie daje tego dobra, którego pragnie dusza, nie dowodzi tego, ażeby i wasze oszukaństwo mogło dać je, dodał, uśmiechając się.
— W czemżesz ty widzisz u nas oszukaństwo? spytał Pamfil.
— Oszukaństwo wasze polega na tem, że wy dlatego, ażeby uwolnić człowieka od kłopotów, związanych ze sprawami życia, odsuwacie wszystkie sprawy życiowe — samo życie, ażeby uwolnić się od rozczarowań, odrzucacie oczarowanie, to jest — samo małżeństwo.
— My nie odrzucamy małżeństwa, — rzekł Pamfil.
— Jeżeli nie małżeństwo, to odrzucacie miłość.
— Przeciwnie, my wszystko odrzucamy, oprócz miłości. Ona służy u nas za pierwszą zasadę wszystkiego.
— Nie rozumiem ciebie, — rzekł Juljusz: o ile słyszałem od innych i od ciebie, i dlatego, żeś nie żonaty jeszcze teraz, pomimo to, że jesteśmy rówieśnikami, wnioskuję ze wszystkiego, że u was niema małżeństwa. Wasi w dalszym ciągu kontynuują życie małżeńskie, ustanowione przedtem, lecz nowych związków nie zawierają. Wy nie troszczycie się o przedłużenie rodu ludzkiego. I jeżeli byście byli sami, ród ludzki dawno by istnieć przestał, mówił Juljusz, powtarzając to, co już wiele razy słyszał.
— To niesłusznie, — rzekł Pamfil: prawda, że nie stawimy sobie za cel przedłużenie rodu ludzkiego i nie tak troszczymy się o to, jak wielokrotnie słyszałem o tem od waszych mędrców. My przypuszczamy, że Ojciec nasz pomyślał już o tem; celem naszym jest tylko, żeby żyć zgodnie z Jego wolą. Jeżeli w woli Jego znajduje się przedłużenie rodu ludzkiego, to on przedłuży się, jeżeli nie, to skończy się; to nie nasza rzecz, nie nasza troska; naszą troską jest żyć zgodnie z Jego wolą. Wola zaś Jego wyrażona jest w nauce jego i w naszych wskazaniach, gdzie powiedziano, że mąż niech pouczy się z żoną, i będą nie dwa, a jedno ciało. Małżeństwo u nas nie tylko nie jest wzbronione, lecz pochwala się przez naszych starców nauczycieli. Różnica naszego małżeństwa z waszem polega na tem że nasza religja uczy nas, że wszelkie pożądliwe spojrzenie na kobietę jest grzechem, i dlatego my i nasze kobiety zamiast tego, ażeby ozdabiać się i wywoływać pożądanie, staramy oddalać je od siebie na tyle, ażeby uczucie miłości między nami, jak między braćmi i siostrami, było silniejszem od uczucia pożądania do jednej kobiety, które wy nazywacie miłością.
— Lecz wy nie możecie, mimo to, zdusić uczucia do piękności, — rzekł Juljusz: jestem przekonany, naprzykład, że ta piękna dziewica, z którą przyniosłeś winogrona, pomimo jej stroju, ukrywającego jej wdzięki, wywołuje w tobie uczucie miłości do kobiety.
— Nie wiem jeszcze, — rzekł Pamfil, rumieniąc się: nie myślałem o jej piękności. Tyś pierwszy mi to powiedział. Dla mnie jest ona tylko siostrą. Lecz ciągnę dalej to, co chciałem powiedzieć ci o różnicy między naszem, a waszem małżeństwem. Różnica wynika już z tego, że u was pożądanie, pod nazwą piękności, miłości i służby bogini Wenerze, podtrzymuje się, wywołuje się w ludziach. U nas zaś przeciwnie: pożądanie uważa się nie za złe (Bóg nie robił zła), lecz za dobre, które bywa złem, kiedy bywa nie na swojem miejscu, — uwiedzeniem, jak my to nazywamy. I wszelkiemi środkami staramy się unikać tego; i oto dlatego nie jestem żonaty dotychczas, choć, bardzo być może, ożenię się jutro.
— Lecz co to zdecyduje?
— Wola Boga.
— Jak ją poznasz?
— Jeżeli nigdy nie szukać jej wskazówek, nigdy jej nie zobaczysz; jeżeli zaś ciągle szukać wskazówek, stają się one wyraźnemi, jak wyraźnemi dla was są wróżby z ofiar i ptaków. I jak wy macie mędrców swoich, którzy tłomaczą wam rolę bogów zgodnie z mądrością swoją z wnętrzności ofiar i z lotu ptaków, tak samo i my mamy mędrców, którzy wyjaśniają nam wolę Ojca według nauki Chrystusa, zgodnie z uczuciem serca swego i myśli innych ludzi i, co najgłówniejsze, według miłości do nich.
— Lecz wszystko to jest bardzo nieokreślone, — odrzekł Juljusz: co wskaże ci naprzykład, kiedy i z kim powinieneś się ożenić? Kiedy nadszedł czas ożenienia się dla mnie, miałem do wyboru trzy dziewice; te trzy dziewice zostały wybrane z pośród innych, gdyż były piękne, bogate, i ojciec mój zgadzał się na małżeństwo moje z każdą z nich. Z tych trzech zaś wybrałem swoją Olimpję, gdyż była piękniejszą, daleko więcej pociągającą od innych; to zrozumiałe. Lecz co będzie kierować tobą w wyborze?
— Na to, ażeby ci odpowiedzieć, — rzekł Pamfil: muszę powiedzieć ci przedewszystkiem to, że gdy według naszej nauki wszyscy ludzie są równi i przed nami i według stanowiska swego i właściwości ciała i duszy, i dlatego wybór nasz (jeżeli użyć to niezrozumiałe dla nas słowo) nie może być tuczem ograniczony. Żoną chrześcianina i mężem chrześcianki może być każdy człowiek ze wszystkich mężczyzn i kobiet świata.
— Wobec tego jeszcze trudniej jest się zdecydować, — rzekł Juljusz.
— Powiem ci to, co powiedział mi nasz starzec o różnicy, która istnieje między małżeństwem chrześcianina, a poganina. Poganin, jak ty, wybiera żonę, która jego zdaniem dostarczy mu, osobiście jemu, najwięcej rozkoszy. Przy tem oczy błądzą i trudno zdecydować, zwłaszcza, że rozkosz jeszcze daleko. Lecz dla chrześcianina niema wyboru dla siebie, lub prędzej wybór dla swojej osobistej rozkoszy, zajmuje nie pierwsze, a drugorzędne miejsce. Dla chrześcianina kwestja polega na tem, ażeby ożenieniem swojem nie naruszyć woli Boga.
— Lecz w jakiż sposób może być naruszona wola Boża przy małżeństwie?
— Ja mógłbym zapomnieć Iljadę, której się razem z tobą uczyłem, lecz tobie, żyjącemu wśród mędrców i poetów, nie wolno jej zapomnieć. Cóż jest cała Iljada? To powieść o naruszeniu woli Boga w stosunku do małżeństwa. I Menelaus, i Parys, i Helena, i Achilles, i Agamemnon, i Chryzcida, — wszystko to opis tych strasznych klęsk, wypływających dla ludzi i teraz się dziejących, dzięki temu naruszeniu woli Boga.
— Lecz na czemżeż polega to naruszenie?
— A na tem właśnie, że człowiek kocha w kobiecie swą rozkosz z powodu zbliżenia się do niej, a nie człowieka, podobnego do siebie, i dlatego zawiera małżeństwo li tylko dla swojej rozkoszy. Małżeństwo chrześciańskie możebne jest tylko wtedy, kiedy człowiek ma miłość do ludzi i kiedy przedmiot miłości cielesnej już przedtem jest przedmiotem miłości braterskiej człowieka do człowieka. Jak rozumnie i trwale można budować dom tylko wtedy, kiedy jest fundament, obraz malować, kiedy przygotowane to, na czem go można malować, tak — miłość cielesna tylko wtedy jest prawna, rozumna i trwała, kiedy w fundamencie leży szacunek, miłość człowieka do człowieka. Na tej zasadzie tylko może powstać rozumne chrześcijańskie życie rodzinne.
— Lecz mimo to nie widzę, dlaczego takie, jak ty mówisz, małżeństwo chrześcijańskie, rzekł Juljusz: wyłącza tą miłość do kobiety, jaką uczuwał Paris?
— Nie mówię, ażeby małżeństwo chrześcijańskie nie dopuszczało wyjątkowej miłości dla kobiety; przeciwnie, tylko wtedy jest ona rozumna i święta; lecz wyjątkowa miłość dla kobiety może wybuchnąć tylko wtedy, kiedy nie naruszoną została przedtem istniejąca miłość dla wszystkich ludzi. Wyjątkowa zaś miłość dla kobiety, którą opiewają poeci, uznana sama z siebie za dobrą, bez tego, ażeby opierała się na miłości ku ludziom, niema prawa nazywać się miłością. To jest pożądanie zwierzęce, i bardzo często przechodzi w nienawiść. Najlepszym przykładem tego, jak ta, tak nazywana miłość, jeżeli nie jest oparta na braterskiej miłości ku wszystkim ludziom, staje się zwierzęcą, — to wypadki gwałtu nad tąż samą kobietą, którą jakoby kocha ten, kto, gwałcąc, zmusza ją do cierpienia i gubi ją. W gwałcie wyraźnem jest, że niema miłości w człowieku, jeżeli męczy tą którą kocha. Lecz w niechrześcijańskiem małżeństwie często jest gwałt, kiedy ten, kto żeni się z dziewczyną, nie kochającą go lub kochającą innego, zmusza ją do cierpienia, i nie żałuje jej, ażeby tylko zadowolnić swą miłość.
— Przypuśćmy, że to tak, rzekł Juljusz: lecz jeżeli dziewczyna kocha go, to i niema niesprawiedliwości, i nie widzę różnicy między chrześcijańskiem, a pogańskiem małżeństwem.
— Nie znam szczegółów twego małżeństwa, — odrzekł Pamfil: lecz wiem, że wszelkie małżeństwo, mające za podstawę samo dobro osobiste, nie może nie być przyczyną nieporozumienia, również, jak i proste przyjęcie pokarmu nie może obejść się między zwierzętami, a ludźmi, mało różniącymi się od zwierząt, bez kłótni i bójki. Każdy chce otrzymać słodki kąsek, że zaś tych słodkich kąsków dla wszystkich brakuje, ztąd wynika kłótnia. Jeżeli i niema widocznego sporu, to jest utajony. Słaby chce otrzymać słodki kąsek, lecz wie on, że silny nie da mu go; choć wie już o niemożebności odebrania go wprost u silnego, z utajoną zazdrosną nienawiścią patrzy na silnego, i korzysta z pierwszej okazji, ażeby go mu odebrać. Toż samo jest i z małżeństwem pogańskiem, lecz tylko dwa razy gorzej, dlatego że przedmiotem zazdrości jest człowiek, tak że nienawiść rodzi się i między małżonkami.
— Lecz jakżeż zrobić, ażeby pobierający się nie kochali nikogo innego oprócz siebie? Zawsze znajdzie się człowiek, lub dziewczyna, która kocha tego lub innego. I wtedy według was, małżeństwo jest niemożebne. I dlatego też widzę, że słusznem jest to, co mówią o was, że wcale się nie żenicie. Dlatego i ty nie jesteś żonaty, i prawdopodobnie, nie ożenisz się. Jakżeż może być to, ażeby człowiek ożenił się z jedną kobietą, nigdy wcześniej nie zakosztowawszy uczucia miłości do siebie ze strony kobiety, lub dziewczyna doszła do wieku dojrzałego, nie wzbudziwszy ku sobie uczucia mężczyzny. Jakżeż powinna postąpić Helena?
— Starzec Cyryl mówi o tem tak: w pogańskim świecie ludzie, nie myśląc o miłości do braci, nie kształcąc tego uczucia, myślą o jednem — o wzbudzeniu w sobie miłości namiętnej dla kobiety i rozwijają w sobie tą namiętność, I dlatego w ich świecie każda Helena lub do niej podobna wzbudza miłość wielu. Współzawodnicy biją się jeden z drugim, jak zwierzęta, ażeby zdobyć samicę. I w większym lub mniejszym stopniu małżeństwo ich jest gwałtem. W naszej gminie my nie tylko że nie myślimy o osobistej rozkoszy piękności, lecz unikamy wszelkich pokus, prowadzących do tego, i wzniesionych w świecie pogańskim na godność i za przedmiot ubóstwienia. My, przeciwnie, myślemy o tych obowiązkach szacunku i miłości do bliźniego, który mamy bez różnicy dla wszystkich ludzi, dla największej piękności, i dla największego potwora. My rozwijamy wszelkiemi siłami to uczucie, i dlatego w nas uczucie miłości dla ludzi bierze górę nad pokusą piękności i zwycięża ją i niszczy różnice wynikające z powodu stosunków płciowych. Chrześcianin żeni się tylko wtedy, kiedy wie, że połączenie jego z kobietą nie sprawiło nikomu smutku.
— Lecz czyż to możebne?... odrzekł Juljusz: czyż można panować nad swemi namiętnościami.
— Nie można, kiedy da się im wolność, lecz nie dawać się im przebudzać i podnosić, możemy. Weź naprzykład stosunek ojca do córki, matki do synów, braci do sióstr. Matka dla syna, córka dla ojca, siostra dla brata, żeby nie wiem jak byli piękni, — nie są przedmiotem osobistej przyjemności, a miłości i uczucia nie przebudzają się. Obudziłyby się one wtedy, kiedy ojciec dowiedziałby się, że ta, którą uważał za córkę swoją, nie jest jego córką, lub dla syna matką, lub dla brata siostrą, lecz i wtedy uczucie to byłoby bardzo słabe i pokorne, i we władzy człowieka byłoby zapanować nad niem. Uczucie pożądania byłoby słabe, gdyż jako fundament jego położono by uczucie miłości do matki, do córki, do siostry. Dlaczegóż ty nie chcesz uwierzyć, że w człowieku może być rozwinięte i wzmocnione takie uczucie do wszystkich kobiet, jak matek, sióstr, córek, i że na podstawie tego uczucia może wyrosnąć uczucie miłości małżeńskiej? Jak brat tylko wtedy, kiedy dowiedział się, że ta, którą uważał za siostrę, nie jest siostrą, poznał wtedy przebudzenie się w sobie uczucia miłości jak do kobiety, tak samo i chrześcianina, kiedy czuje, że miłość jego nie zasmuca nikogo, pozwala uczuciu temu budzić się w jego duszy.
— No, a jeżeli dwóch mężczyzn pokocha jedną dziewczynę?...
— Wtedy jeden składa w ofierze szczęście swoje, dla szczęścia drugiego.
— Lecz gdy ona kocha jednego z nich?
— Wtedy uczucie swe składa w ofierze ten, którego ona mniej kocha, dla jej szczęścia.
— No, a jeżeli ona kocha obydwóch, i obydwaj ofiarują siebie, to ona za nikogo nie wyjdzie?..
— Nie, wtedy starsi rozsądzą sprawę i poradzą tak, ażeby było największe szczęście dla wszystkich, przy największej miłości.
— Lecz przecież tak się nie robi, a nie robi się dlatego, że to jest przeciwne naturze ludzkiej.
— Przeciwne naturze ludzkiej? Jakiej naturze ludzkiej? Człowiek, prócz tego, że jest zwierzęciem, jest jeszcze człowiekiem; i prawda, że taki stosunek do kobiety niezgodny jest ze zwierzęcą naturą człowieka, lecz zgodnym jest z jego rozumną naturą. I kiedy używa rozumu dla służenia swej zwierzęcej naturze, robi gorzej od zwierzęcia, dochodzi do gwałtu, do kazirodztwa, — to, do czego nie dochodzi ani jedno zwierzę. Lecz kiedy użyje swą rozumną naturę na opanowanie zwierzęcia, kiedy zwierzęca natura służy rozumowi, wtedy tylko osięga on to dobro, które go zadawalnia.



V

— Lecz powiedz mi o sobie osobiście, — rzekł Juljusz: widzę ciebie z tą pięknością, ty, jak widać, żyjesz z nią i słuchasz jej, czyż ty pragniesz zostać jej mężem?
— Nie myślałem o tem, — rzekł Pamfil; to córka chrześciańskiej wdowy. Służę im tak samo, jako im służą inni. Spytałeś mnie: czy kocham ją tak, ażeby połączyć się z nią? Kwestja to ciężka dla mnie. Lecz odpowiem ci poprostu! Myśl ta przychodziła mi, lecz jest młodzieniec, który ją kocha, i dlatego nie śmiem jeszcze myśleć o tem. Młodzieniec ten chrześcianin i kocha nas obydwoje, i nie mogę dokonać czynu, który by go zasmucił. Żyję, nie myśląc o tem. Szukam jednego: wypełnić prawo miłości względem ludzi — to jedyne dla zbawienia. Ożenię się wtedy, kiedy zobaczę, że tak należy.
— Lecz dla matki nie może być obojętnem zdobycie dobrego pracowitego zięcia. Będzie pragnąć ciebie, a nie innego.
— Nie, dla niej jest obojętne, gdyż wie ona, że, oprócz mnie, wszyscy nasi gotowi są służyć jej, jak i każdemu innemu, i ja nie mniej, nie więcej służyć jej będę, jeżeli będę lub nie będę jej zięciem. Jeżeli zaś z tego wyniknie małżeństwo moje z jej córką, przyjmę to z radością, jak przyjmę i małżeństwo jej z innym.
— Tak nie może być! krzyknął Juljusz: oto to i jest straszne u was, że sami oszukujecie siebie. I tem wy oszukujecie innych. Prawdę powiedział mi o was ten nieznajomy. Słuchając ciebie, mimowoli poddaję się piękności tego życia, które opisujesz mnie lecz, rozmyślając, widzę, że wszystko to oszustwo, prowadzące do dzikości, grubości życia, zbliżającego się do zwierzęcego.
— W czemżeż ty widzisz tą dzikość?..
— A w tem, że podtrzymując sami życie swe pracą, nie macie czasu i możności zajmować się nauką i sztuką. Ty sam oto w oberwanem odzieniu, z grubemi rękoma i nogami, towarzyszka twoja, która mogła by być boginią piękności, podobną jest do niewolnicy. Niema u was ani pieśni Apollina, ani świątyń, ani poezji, ani zabaw, — niczego, co dali bogowie, dla przyozdobienia życia ludzkiego. Pracować, pracować jak niewolnicy lub jak woły, ażeby tylko spożywać proste pokarmy, — czyż to nie dobrowolne i bezbożne wyrzeczenie się woli i natury ludzkiej?
— Znów natura ludzka! rzekł Pamfil: lecz na czem polega ta natura? Na tem, ażeby męczyć pracą nad siły niewolników, zabijać braci swoich i brać ich do niewoli, z kobiet robić przedmiot zabawy? Wszystko to konieczne jest dla tej piękności życia, którą ty uważasz za właściwą naturze człowieka. Czy w tem jest natura jego, czy w tem, ażeby żyć w miłości i zgodzie ze wszystkimi, czując siebie członkiem jednego wszechświatowego bractwa? Ty również bardzo się mylisz, jeżeli myślisz, że my nie uznajemy nauki i sztuki. Cenimy wysoko wszystkie zdolności, któremi obdarzona jest natura ludzka. Lecz na wszystkie zdolności, właściwe człowiekowi, patrzymy jak na środek do osiągnięcia jednego i tegoż celu, któremu poświęcamy całe życie nasze, a właśnie — wypełnieniu woli Bożej. W nauce i sztuce widzimy nie zabawę, służącą tylko do rozerwania próżnujących ludzi! my żądamy od nauki i sztuki tegoż, co od wszystkich zajęć ludzkich, ażeby w nich urzeczywistniała się taż sama działalność miłości do Boga i bliźniego, któremi przeniknięte są wszystkie czyny chrześcianina. My uznajemy za rzeczywiste nauki tylko takie, które pomagają nam żyć lepiej i sztukę poważamy tylko wtedy, kiedy oczyszcza nasze pomysły, wznosi duszę, wzmacnia siły nasze, konieczne dla pracowitego, pełnego miłości życia. Takich wiadomości, my, w miarę możności, nie zaniedbujemy rozwijać w sobie i w dzieciach naszych i takiej sztuce chętnie oddajemy się w wolnym czasie. Czytamy i uczymy się nauk, pozostawionych przez mędrców, żyjących przed nami: śpiewamy wiersze i obrazy nasze krzepią nasz duch i pocieszają nas w chwilach smutku. Dlatego też nie możemy pochwalić tych zastosowań, jakie wy robicie z nauki i sztuki. Wasi uczeni używają swą zdolność wyobrażeń na wymyślenie nowych sposobów zrobienia źle ludziom: udoskonalają system wojowania, t. j. zabójstwo; wynajdują nowe sposoby zarobku, t. j, wzbogacenia jednych kosztem drugich. Sztuka wasza służy do budowy i ozdoby świątyń na cześć bogów, w których najbardziej inteligentni z pośród was już nie wierzą, lecz wiarę w których podtrzymujecie w innych, licząc na to, że takiem oszukaństwem lepiej jeszcze utrzymacie ich pod władzą swoją. Posągi wznosicie na cześć najbardziej silnych i okrutnych z pośród waszych tyranów, których nikt nie szanuje, lecz których wszyscy się boją. W teatrach waszych dają przedstawienia, wychwalające występną miłość. Muzyka służy dla zabawy swych bogaczy, objadających się i upijających na swych wspaniałych ucztach. Malarstwo służy do wyobrażenia w domach rozpusty takich obrazów, na które nie może bez zarumienienia spojrzeć człowiek trzeźwy, lub nie oszołomiony zwierzęcą namiętnością. Nie, nie na to dane są człowiekowi te wyższe zdolności, które odróżniają go od zwierząt! Nie wolno robić z nich zabawy dla naszego ciała. Poświęcając życie swe całe na wypełnienie woli Bożej, my tem bardziej używamy na tąż samą służbę i wyższe zdolności nasze.
— Tak, — rzekł Juljusz; — wszystko by to było prześliczne, jeżeli by życie w takich warunkach było możliwe; lecz żyć tak nie można. Wy sami oszukujecie siebie. Wy nie uznajecie naszych obron. A jeżeli by nie było legjonów rzymskich, czyżbyście mogli żyć tak spokojnie? Korzystacie z obrony, nie uznając jej. Nawet niektórzy z was, sam mówiłeś, bronili siebie. Nie uznajecie własności, a korzystacie z niej; nasi zaś moją ją i dają wam. Ty sam nie dasz darmo winogron, a sprzedasz je i będziesz kupować. Wszystko to oszukaństwo. Jeżelibyście robili to, co mówicie, wtedy takby było, a w ten sposób wy i innych i siebie oszukujecie!
Juljusz rozgorączkował się i wypowiedział wszystko, co miał na duszy. Pamfil milczał, oczekując. Kiedy Juljusz skończył, Pamfil rzekł:
— Napróżno myślisz, że, nie uznając waszych obron, korzystamy z nich. Dobro nasze — w tem, że nie potrzebujemy obrony, i tego nikt nam odebrać nie może. Jeżeli zaś przez ręce nasze przechodzą przedmioty, przedstawiające w oczach waszych własność, to my nie uważamy ich za swoje i oddajemy je tym, komu potrzebne są one do wyżywienia. Sprzedajemy winogrona, życzącym sobie kupić je, nie dla własnego zysku, jedynie dlatego, ażeby zdobywać dla potrzebujących koniecznie do życia. Jeżeliby kto bądź zapragnął odebrać nam te winogrona, oddalibyśmy mu je bez oporu. Z tego samego powodu obawiamy się i najścia barbarzyńców. Jeżeliby zaczęli oni odbierać nam dzieła pracy naszej, oddalibyśmy im je bez oporu: jeżeliby zażądali żebyśmy pracowali na nich, my i to wypełnimy z radością i oni nie tylko za nic, ale i niekorzystne byłoby zabijać nas lub męczyć. Barbarzyńcy prędko zrozumieliby i pokochali nas, i od nich mniej byśmy cierpieli niż od otaczających nas teraz i prześladujących nas ludzi oświeconych. Oskarżenia twe przeciwko nam polegają na tem, że my nie osiągamy w zupełności tego, do czego dążymy, nawet że my nie uznajemy gwałtu własności i jednocześnie korzystamy z tego. Jeżeli jesteśmy oszustami, to niema co mówić z nami i my nie zasługujemy ani na gniew, ani na obelgi, a tylko na jedną pogardę. I pogardę tą chętnie przyjmujemy, gdyż jedna z zasad naszych, to uznanie swej nicości. Lecz jeżeli my szczerze dążymy do tego, co wyznajemy, to wtedy oskarżenia twoje nas o oszustwo byłyby niesprawiedliwemi. Jeżeli dążymy, jak dążę ja i moi bracia, do tego, ażeby wypełnić prawa naszego Nauczyciela, to przecież dążymy do tego nie dla celów zewnętrznych, — bogactwa i zaszczytów: wszystkiego tego przecież my nie uznajemy, lecz dla czego innego. My, również jak i wy, szukamy dobra, różnica tylko polega w tem, że i my i wy w różnem widzimy dobro. Wy wierzycie, że dobro polega na bogactwie i zaszczytach. Wiara nasza wskazuje nam, że dobro nasze nie w gwałcie, a w pokorze, nie w bogactwie, a w oddaniu wszystkiego. I my, jak rośliny do światła, nie możemy nie dążyć tam, gdzie widzimy nasze dobro! My nie wypełniamy wszystkiego, czego pragniemy, dla dobra naszego: to prawda. Lecz czyż to może być inaczej? Ty dążysz do tego, ażeby mieć najpiękniejszą żonę, ażeby mieć największy majątek. — czyż ty lub kto bądź osiągnął to? Jeżeli strzelec nie trafia w cel, to czyż dlatego, że wiele razy nie trafiał w niego, przestanie strzelać? Toż samo i z nami. Dobro nasze, według nauki Chrystusa, polega na miłości. My szukamy naszego dobra, lecz daleko nie w zupełności i różnie: każdy po swojemu osięga je.
— Tak, lecz dlaczego nie wierzycie wy całej mądrości ludzkiej; odwróciliście się od niej, a wierzycie w jednego ukrzyżowanego Nauczyciela waszego? Niewolnictwo wasze, pokora przed Nim — oto co mnie odpycha.
— Zdów się mylisz, i myli się ten, kto myśli, że my, wyznając naszą naukę, mamy naszą wiarę dlatego, że tak nam kazał Człowiek, któremu wierzymy. Przeciwnie, ci, którzy całą duszą szukają poznania prawdy, połączenia się z Ojcem, ci, którzy szukają dobra, — ci mimowoli przychodzą do tej drogi, po której szedł Chrystus, i dlatego mimowoli stają po za Nim, widzą Go przed sobą! Wszyscy kochający Boga zejdą się na tej drodze i ty również. On Syn Boży i pośrednik między Bogiem, a ludźmi nie dlatego, że nam kto bądź powiedział to, i my w to ślepo wierzymy, lecz dlatego, że wszyscy ci, którzy szukają Boga, znajdują Syna Jego przed sobą i mimowoli tylko przez Niego rozumieją, widzą i poznają Boga. Juljusz nie odpowiadał i długo siedział milcząc.
— Szczęśliwy jesteś? spytał.
— Nic nie pragnę lepszego. Lecz mało tego, przeważnie uczuwam jakieś zdumienie, świadomość jakiejś niesprawiedliwości: dlaczego właśnie jestem tak wielce szczęśliwy — rzeki Pamfil z uśmiechem.
— Tak, rzekł Juljusz: być może, i ja byłbym szczęśliwszym, gdybym nie był wtedy spotkał nieznajomego i doszedł do was.
— A jeżeli myślisz tak, to cóż ci przeszkadza?
— A żona?
— Mówisz, że skłania się ona do chrześcianizmu, i pójdzie za tobą?
— Tak, lecz zaczęte już jest inne życie; jak rozbić je! Zaczęte, trzeba je dożywać, — rzekł Juljusz, wyobrażając sobie niezadowolenie ojca, matki, przyjaciół, a głównie — wszystkie te wysiłki, które trzeba użyć, ażeby dokonać ten przewrót.
W tym czasie, do drzwi sklepu podeszła dziewczyna, przyjaciółka Pamfila, z młodzieńcem. Pamfil wyszedł do nich, i młodzieniec przy Juljuszu opowiedział, że wysłany został przez Cyryla celem kupna skóry. Winogrona były już sprzedane, a pszenica kupiona. Pamfil zaproponował młodzieńcowi, ażeby poszedł z Magdaleną do domu z pszenicą, a sam miał kupić i przynieść skórę.
— Tobie będzie lżej, — rzekł.
— Nie, Magdalenie lepiej iść z tobą, rzekł młodzieniec i odszedł.
Juljusz przeprowadził Pamfila do sklepu znajomego kupca; Pamfil nasypał pszenicę w worki, i włożywszy mniejszą znacznie część Magdalenie, zarzucił swój ciężar na plecy, pożegnał się z Juljuszem i obok dziewicy poszedł z miasta. Na skręcie ulicy Pamfil obejrzał się, i uśmiechnięty, kiwnął głową Juljuszowi, i tak, jeszcze radośniej uśmiechnięty, rzekł coś Magdalenie i zniknęli mu z oczu.
— Tak, lepiej bym zrobił, jeżelibym wtedy poszedł do nich, — pomyślał Juljusz.
I w wyobraźni jego zmieniając się, powstawały dwa obrazy — to silnego Pamfila z wysoką, silną dziewicą, niosącego na głowie kosze, i ich dobre, jasne oblicza, to swoje ognisko domowe, z którego wyszedł rano i do którego wróci, to rozpieszczona, piękna, lecz trochę już zobojętniała i nudząca się wiecznie żona jego, w strojach i klejnotach, leżąca na dywanach i poduszkach.
Lecz Juljusz nie miałczasu rozmyślać: podeszli koledzy-kupcy i zaczęło się zwykle zajęcie, zakończone obiadem z trunkami i nocą z żonami....



VI

Upłynęło lat dziesięć. Juljusz nie spotkał już więcej Pamfila, i widzenie z nim powoli wyszło z pamięci jego, i zagładziły się wrażenia o nim i o życiu chrześcijańskiem.
Życie Juljusza szło zwykłym trybem. W tym czasie umarł ojciec jego i on musiał zająć się całym interesem handlowym. A interes to był skomplikowany: byli zwykli nabywcy, byli sprzedawcy w Afryce, byli subjekci, były długi, które trzeba było odebrać i które trzeba było zapłacić. Juljusz mimowoli wciągnął się w interesa i oddał im cały swój czas. Oprócz tego zjawiły się nowe troski: został obrany na urząd publiczny. I to nowe zajęcie, łaskoczące mile jego ambicję, było dla niego łakomem. Oprócz interesów handlowych, zajął się i społecznemi i, posiadając rozum i wymowę, zaczął się wysuwać między innymi, tak że mógł osięgnąć wysokie stanowisko społeczne. W przeciągu tych dziesięciu lat w życiu rodzinnem również zaszła znaczna zmiana. Urodziło się mu troje dzieci, i to właśnie oddaliło od niego żonę. Po pierwsze żona jego straciła większą część swej piękności i świeżości, po wtóre mniej troszczyła się o męża. Cała jej czułość i pieszczoty były skoncentrowane na dzieciach. Chociaż dzieci były oddane, zwyczajem pogan, mamkom i niańkom, często Juljusz zastawał je u matki, lub nie znajdował jej w jej pokojach, a u dzieci. A dzieci, przeważnie były ciężarem dla Juljusza, dostarczając mu więcej nieprzyjemności, niż radości.
Zajęty i handlowemi i publicznemi sprawami, Juljusz, porzucił swe dawne życie hulaszcze, lecz potrzebny mu był, jak przypuszczał, wytworny odpoczynek po pracy i nie znajdował go u żony, tembardziej, że żona jego przez cały ten czas coraz bardziej dochodziła do porozumienia ze swą niewolnicą — chrześcijanką, coraz więcej i więcej dawała się porwać nowej nauce i odrzucała w swem życiu wszystko zewnętrzne, pogańskie, co stanowiło przedmiot zachwytu dla Juljusza. Nie znajdując w żonie tego, czego szukał Juljusz połączył się z kobietą lekkiego prowadzenia i z nią spędzał te wszystkie wolne chwile, jakie mu pozostawały od zajęć.
Jeżeliby spytano Juljusza, czy był szczęśliwy lub nieszczęśliwy w te lata życia swego, nie mógłby odpowiedzieć.
Był tak zajęty! Od jednego interesu i przyjemności przechodził on do drugiego interesu lub przyjemności, lecz ani jeden interes nie był taki, ażeby był z niego zadowolony, ażeby pragnął prowadzić go dalej. Każdy interes był taki, że gdy tylko mógł się uwolnić od niego, tem było lepiej dla niego, i ani jedna przyjemność nie była taką, która nie byłaby czem bądź zatrutą, do której nie dołączyłaby się nuda przesytu.
Tak żył Juljusz, kiedy zdarzył się mu wypadek, który o mało co nie zmienił całego trybu jego życia. Na igrzyskach olimpijskich uczestniczył w gonitwach, przeprowadziwszy pomyślnie swój rydwan do końca, naraz zetknął się z drugim, prześcigając go. Koło złamało się, on upadł i złamał sobie żebra dwa i rękę. Uszkodzenia były ciężkie, lecz nie groźne dla życia. Juljusza odniesiono do domu i musiał leżeć trzy miesiące.
Przez te trzy miesiące, wśród ciężkich cierpień fizycznych, zaczęła pracować myśl jego, i miał on czas obmyśleć swe życie, patrząc na nie jak na życie człowieka obcego. I przedstawiło mu się ono w ponurem świetle, tembardziej, że w tym czasie zaszły trzy nieprzyjemne wypadki, które go bardzo zmartwiły. Pierwszy był ten, że niewolnik, zaufany sługa ojca jego, otrzymawszy w Afryce drogie kamienie, uciekł z niemi i spowodował przez to wielką stratę i rozstrój w interesach Juljusza. Drugie było to, że nałożnica Juljusza porzuciła go i wybrała sobie nowego opiekuna. Trzecie i najnieprzyjemniejsze dla Juljusza było to, że podczas choroby jego były wybory na stanowisko rządcy miasta, które on spodziewał się zająć, i miejsce to zajął jego współzawodnik. Wszystko to, wydawało się Juljuszowi, wynikło z tego, że rydwan jego o grubość palca tylko skręcił na lewo.
Leżąc sam w łóżku, mimowoli zaczął myśleć o tem, od jakich marnych wypadków zawisło szczęście jego, i myśli te naprowadziły go na inne, i na wspomnienia o dawnych nieszczęściach jego: o próbie jego pójścia do chrześcian, i o Pamfilu, którego nie widział już lat dziesięć. Wspomnienia te wzmacniały się jeszcze rozmowami z żoną, która teraz często była z nim podczas choroby i opowiadała mu to wszystko, co wiedziała o chrześcijaństwie od swej niewolnicy. Niewolnica ta należała czas pewien do tej gminy, co Pamfil, i znała go. Juljusz zapragnął widzieć tą niewolnicę, i kiedy przyszła ona do łoża jego, szczegółowo rozpytał się ją o wszystko, a w szczególności o Pamfila.
— Pamfil, — opowiadała niewolnica: był jednym z najlepszych braci i był kochany i szanowany przez wszystkich. Był żonaty z tą samą Magdaleną, którą przed dziesięciu laty widział Juljusz. Mieli już kilkoro dzieci. Tak, ten człowiek, który nie wierzy w to, że Bóg stworzył ludzi dla ich dobra, — zakończyła niewolnica — powinien iść zobaczyć ich życie.
Juljusz odesłał niewolnicę i pozostał sam, myśląc o tem, co słyszał. Zazdrość go brała, gdy porównywał życie swoje i Pamfila, i chciał nie myśleć o tem.
Ażeby rozerwać się, wziął ten grecki rękopis, który mu żona położyła, i zaczął czytać. W rękopisie przeczytał, co następuje.
„Są dwie drogi: jedna — życia i jedna — śmierci. Droga życia składa się z następującego: po-pierwsze powinieneś kochać Boga, który cię stworzył; po wtóre bliźniego twego, jak siebie samego, i wszystko to, czego nie pragniesz by tobie się stało, nie czyń i ty innemu. Nauka zaś, zawierająca się w tych słowach, jest następująca: błogosławcie przeklinających was, módlcie się za wrogów swoich i za tych co was prześladują, gdyż jakież to jest dziękczynne, gdy kochacie kochających was. Czyż nie robią tego i poganie? Wy zaś kochajcie nienawidzących was, i nie będziecie mieć wrogów. Oddalajcie się od cielesnych i światowych pożądań. Jeżeli kto uderzy cię w prawy policzek, nadstaw mu drugi — i będziesz doskonały. Jeżeli ktobądź zmusi cię, ażebyś szedł z nim milę jedną, idź z nim dwie, jeżeli kto bądź wziął ci coś twego, nie żądaj z powrotem, gdyż tego nie możesz; jeżeli kto bierze ci twoją odzież zwierzchnią, oddaj mu i koszulę. Każdemu proszącemu cię o cośkolwiek daj i nie żądaj z powrotem, gdyż Ojciec pragnie, ażeby wszystkim dane było z Jego wspaniałych darów. Szczęśliwy dający bliźnieniu swemu!“
„Duszo moja! Unikajmy wszelkiego zła i podobnego do niego. Nie bądź gniewny, gdyż gniew wiedzie do zabójstwa; ani zazdrosny, ani swarliwy, ani zapalczywy, gdyż z tego wszystkiego wynika zabójstwo.
„Duszo moja! Nie bądź pożądliwym, gdyż pożądliwość doprowadza do rozpusty; nie bądź kłamliwy, bowiem kłamstwo do złodziejstwa doprowadza; ani zuchwałym, ani źle myślącym, gdyż z tego wszystkiego pochodzi obraza Boga. Lecz bądź pokorny, gdyż pokorni ziemię posiędą. Bądź wytrzymały i łaskawy, i spokojny, i dobry, i zawsze drżyj przy słowach, które słyszysz. Nie wynoś się i nie dawaj duszy swej zuchwalstwu. I niech nie przylgnie dusza twoja do dumnych, lecz przestawaj ze sprawiedliwymi i pokornymi. Wszystko, co stanie się z tobą, przyjmuj jako dobro, wiedząc, że bez Boga nic nie bywa...
„Duszo moja! Nie czyń rozdziału, spierających się zaś gódź. Nie wyciągaj rąk do przyjęcia i nie ściskaj ich przy oddawaniu. Nie wahaj się dawać i, oddając, nie skarż się, gdyż nie dowiesz się, kto jest dobrym dłużnikiem. Nie odwracaj się od potrzebujących, lecz we wszystkiem miej wspólność z bratem twoim i nic nie nazywaj swojem własnem, gdyż jeżeli jesteście wspólnikami w rzeczach wiecznych, to tembardziej w rzeczach doczesnych. Od maleńkości ucz dzieci twoje bojaźni Bożej. W gniewie swojem nie rozkazuj niewolnikom swoim lub niewolnicy, ażeby oni nie przestali obawiać się Boga, istniejącego nad wami obydwoma, gdyż On nie przychodzi używać, sądząc po twarzach, lecz On przyzywa tych, kogo przygotował Duch“...
„A droga śmierci jest następująca: przedewszystkiem jest zła i pełna przekleństw, tu jest zabójstwo, cudzołóstwo, pożądanie, rozpusta, złodziejstwo, bałwochwalstwo, czarownictwo, trucicielstwo, grabież, krzywoprzysięstwo, obłuda, dwulicowość, podstęp, duma, nienawiść, wyniosłość, chciwość, przekleństwo, zawiść, zuchwalstwo, wywyższanie się, pycha, tu gubiciele dobrych, nienawidzących prawdy, miłośnicy kłamstwa, nie uznający sprawiedliwości, nie przychylający się ku dobremu, ani do sprawiedliwego sądu, uważni nie na dobre, a na złe, od których daleką jest łagodność i cierpliwość, tu są lubiący troski życiowe, goniący się za otrzymaniem swej części, nie mający współczucia dla bliźnich, nie pracujący za zapracowanych, nie znający Stwórcy swego, dzieciobójcy, zatrważający obraz Boży, odwracający się od potrzebujących, uciskający przyciśnionych, obrońcy bogatych, niesumienni sędziowie biednych, grzesznicy we wszystkiem! Strzeżcie się, dzieci, wszystkich takich ludzi“...
Daleko jeszcze przed ukończeniem czytania rękopisu, stało się z Juljuszem to, co dzieje się z ludźmi, ze szczerem pożądaniem prawdy czytającymi książki, t. j. cudze myśli, zdarzyło się to, że wstąpił on w związek duchowy z tymi, kto mu je podawał. Czytał, naprzód odgadując to, co będzie, i nie tylko zgadzał się z myślami książki, lecz jakby sam wypowiadał te myśli.
Zdarzyło się z nim to zwykłe, przez wielu nie dostrzegalne, to najbardziej tajemnicze i najważniejsze zjawisko w życiu, polegające na tem, że tak nazywany żywy człowiek, staje się żywym, kiedy wstępuje w związek, łączy się w jedno z tak nazywanymi umarłymi i żyje z niemi jednem życiem.
Dusza Juljusza połączyła się z tym, kto pisał i podawał te myśli, i po tym związku obejrzał się na siebie, na życie swoje.
I sam on i całe życie jego wydawało mu się jedną przerażającą omyłką. On nie żył, a tylko gubił w sobie wszelkiemi troskami o życie i pokusami możebność prawdziwego życia.
— Nie chcę gubić życia, chcę żyć, iść drogą życia!.. rzekł sobie.
Przypomniał wszystko, co mówił mu Pamfil przy poprzednich rozmowach i wszystko to teraz wydało mu się tak wyraźnem i nieulegającem wątpliwości, że zdziwił się temu, jak mógł uwierzyć wtedy nieznajomemu i nie wykonać swego zamiaru — iść do chrześcian. Przypomniał również to, co powiedział mu nieznajomy:
— Idź wtedy, gdy wypróbujesz życie.
— Lecz oto wypróbowałem życie i nic nie znalazłem w niem!
Przypomniał również i słowa Pamfila o tem, że kiedy by nie przyszedł do nich, zawsze radzi będą przyjąć go życzliwie.
— Nie, dosyć błądzić i cierpieć — rzekł sobie: rzucę wszystko i pójdę do nich żyć tak, jak powiedziano tu.
Wypowiedział myśl swoją żonie i była ona zachwycona zamiarem jego. Rzecz szła tylko oto, jak przeprowadzić jego wykonanie, jak postąpić z dziećmi? Czy zabrać je z sobą, czy pozostawić u babki? Jak je wziąść? Jak po delikatnem wychowaniu odrazu poddać je wszystkim trudom surowego życia? Niewolnica proponowała iść z niemi. Lecz matka obawiała się o dzieci i mówiła, że lepiej będzie pozostawić je u babki i iść samym. I tak zgodzili się obydwoje.
Wszystko było zdecydowane, tylko choroba Juljusza powstrzymywała wykonanie.



VII

W takim stanie ducha Juljusz usnął. Rano powiedziano mu, że przejeżdżający znakomity lekarz pragnie go widzieć, obiecując prędko wyleczyć go. Juljusz z radością przyjął lekarza. Lekarzem zaś był nikt inny, tylko ten sam nieznajomy, którego spotkał Juljusz, gdy szedł do chrześcjan. Obejrzawszy rany jego, lekarz przepisał zażycie pewnych ziół dla podtrzymania sił.
— Czy będę w stanie pracować ręką? spytał Juljusz.
— O, tak! rydwanem kierować, pisać — tak.
— Lecz ciężko pracować, kopać?..
— Nie myślałem o tem, — rzekł lekarz: gdyż to nie może być potrzebne, dzięki stanowisku twemu.
— Przeciwnie, to właśnie jest mi potrzebne, — rzekł Juljusz, i opowiedział lekarzowi, że od czasu, gdy widział go, poszedł za jego radą, wypróbował życie; lecz życie nie dało mu tego, co obiecywało, a przeciwnie, rozczarowało, i że teraz chce wykonać swój zamiar, o którym mówił wtedy...
— Tak, widać puścili oni w ruch całe swe oszukaństwo i tem zachwycili cię tak, że ty z twojem stanowiskiem, z tem i obowiązkami, które leżą na tobie, szczególnie w stosunku do dzieci, nie widzisz mimo to ich błędów.
— Przeczytaj to, — rzekł tylko Juljusz, dając mu rękopis, który czytał.
Lekarz wziął rękopis, spojrzał na niego.
— Znam to, — rzekł: znam to oszustwo i dziwię się temu, że taki uczony jak ty człowiek, może wpaść w taką pułapkę.
— Nie rozumiem ciebie. W czemżeż tu jest pułapka?
— Cała rzecz w życiu, i oto oni, ci sofiści i buntownicy, przeciwko ludziom i bogom, proponują szczęśliwą drogę życia, przy której wszyscy ludzie byliby szczęśliwymi: nie byłoby ani wojen, ani egzekucji, ani ubóstwa, ani rozpusty, ani kłótni, ani nienawiści i oni twierdzą, że taki stan ludzi będzie wtedy, kiedy ludzie wypełniać będą przykazania Chrystusa: nie kłócić się, nie oddawać rozpuście, nie przysięgać, nie gwałcić, nie buntować jednego narodu przeciwko drugiemu. Lecz oni oszukują tem, że cel przyjmują za środek. Cel jest w tem, ażeby nie kłócić się, nie przysięgać, nie oddawać rozpuście i t. d, i ten cel osiąga się tylko przy pomocy życia publicznego. A to oni uczą prawie toż samo, co rzekłby nauczyciel strzelania, powiedziawszy: w cel trafisz wtedy, kiedy strzała twoja będzie lecić w prostej linji do celu. Lecz jak zrobić, ażeby ona leciała prostą linją, — tu w tem kwestja. I zadanie to osiąga się przy strzelaniu tem, że cięciwa naciągnięta, łuk giętki, strzała prosta. Toż samo i z życiem ludzi. Najlepsze życie ludzkie, — takie, przy którem nie trzeba się kłócić, oddawać rozpuście, zabijać, — osięga się tem, żeby była cięciwa — rządcy, giętkość łuku — siła władzy i prosta strzała — sprawiedliwość praw. Lecz mało tego, — ciągnął lekarz: przypuścimy, bezsensowne niemożebne, przypuścimy, że zasady nauki chrześcijańskiej mogą być wpojone wszystkim ludziom przy pomocy przyjęcia jakichciś kropli, i że naraz wszyscy indzie wypełniać będą naukę Chrystusa, kochać Boga i bliźniego, i wypełniać przykazania. Przypuśćmy to, i mimo to droga życia według i a nauki nie wytrzyma krytyki. Życia nie będzie i życie ustanie. Teraz żyjący przeżyją jakoś, lecz dzieci ich nie wyżyją lub wyżyje jedno na dziesięć. Według nauki ich wszystkie dzieci powinny być równe każdej matce i ojcu, — swoje i cudze. Jakżeż wystrzegą się te dzieci, kiedy zobaczymy, że cała namiętność, cała miłość do tych dzieci, która włożona jest na matki, ledwie chroni dzieci od zguby: cóż będzie, kiedy namiętność ta przejdzie w współczucie, jednakowe dla wszystkich dzieci? Jakże wziąść i wychować dziecko? Kto będzie siedzieć noce przy chorych, śmierdzących dzieciach, oprócz matki? Natura uczyniła zbroją dziecka miłość matki; zdejmują ją nie zastępując niczem! Kto wyuczy syna, kto wniknie w duszę jego, jak nie ojciec? Kto uchroni go przed niebezpieczeństwem? Wszystko to oddala się! Oddala się życie całe t. j. przedłużenie rodu ludzkiego.
— I to słusznie, — rzekł Juljusz, porwany wymową lekarza.
— Nie, mój przyjacielu, pozostaw brednie i żyj rozważnie, szczególnie teraz, kiedy na tobie spoczywają tak wielkie, ważne i konieczne obowiązki. Wypełnienie ich rzecz honoru. Dożyłeś do drugiego okresu zwątpień, lecz idź dalej — i zwątpień mieć nie będziesz. Pierwszy i niczem nie zachwiany twój obowiązek — wychować dzieci, które ty zlekceważyłeś; obowiązkiem twoim w stosunku do nich jest to, ażeby uczynić z nich godnych synów ojczyzny. Istniejący ustrój państwowy dał tobie wszystko, co posiadasz, i tyś powinien i sam służyć jemu i dać mu godne sługi w dzieciach swoich; tem samem dasz dobro i dzieciom. Drugi twój obowiązek — to służenie społeczeństwu. Zasmuciło cię i zmartwiło twe niepowodzenie, — to wypadek czasowy. Bez wysiłku i walki nic nie bywa. I zadość tryumfu tylko wtedy jest wielką, kiedy zwycięstwo trudne było. Zacznij życie z poczuciem obowiązku, i odpadną wnet wszystkie twe zwątpienia. Przyszły one na ciebie wskutek twego chorobliwego stanu. Wypełnij swe obowiązki w stosunku do państwa swą służbą dla niego, i przygotów dzieci do tej służby. Postaw ich na nogi, ażeby mogli zastąpić ciebie, i wtedy spokojnie oddawaj się temu życiu, które cię pociąga, a do czasu tego nie masz na to prawa; tak i jeżeli byś się oddal, to nic byś nie znalazł, oprócz cierpienia.



VIII.

Czy zioła lecznicze, czy rady mądrego lekarza podziałały tak na Juljusza, że bardzo prędko wzmocnił się na siłach, i myśli jego o życiu chrześciańskiem wydały mu się bredniami.
Lekarz, spędziwszy dni kilka, wyjechał. Juljusz wkrótce potem wstał i, korzystając z rad jego, zaczął nowe życie. Przyjął nauczycieli do dzieci i sam pilnował ich nauki. Czas swój zaś spędzał przy sprawach publicznych i bardzo prędko zdobył w mieście wielkie znaczenie.
Tak przeżył Juljusz rok i ani razu przez ten czas nie wspomniał o chrześcianach. Lecz po roku naznaczony został w ich mieście sąd nad chrześcianami.
Do Cylicji przyjechał wysłaniec imperatora rzymskiego celem zdławienia nauki chrześciańskiej. Juljusz słyszał o środkach przedsiębranych przeciwko chrześcianom, i przypuszczając, że to nie dotyczy gminy chrześcianskiej, w której żył Pamfil, nie myślał o nim. Lecz razu pewnego, kiedy szedł placem do miejsca swego urzędowania, do niego podszedł starszy już, biednie ubrany człowiek, którego on nie poznał zrazu; był to Pamfil. Szedł do Juljusza, prowadząc za rękę dziecko.
— Witaj, przyjacielu; rzekł do niego Pamfil: mam do ciebie wielką prośbę, lecz nie wiem, czy zechcesz w czasie obecnych prześladowań chrześcian uznawać mnie za swego przyjaciela, i nie obawiasz się utracić stanowisko swoje przez stosunki ze mną.
— Nikogo się nie boję, — odrzekł Juljusz: i na dowód, proszę cię, chodź ze mną do mnie. Przepuszczę nawet interes swój na placu dlatego, ażeby pomówić z tobą i być ci pożytecznym. Chodź ze mną. Czyje to dziecko?
— To mój syn.
— Zresztą mógłbym się nie pytać. Poznaję oblicze twoje w nim. Poznaję i twoje oczy błękitne i mogę nie pytać, kto jest żoną twoją: to ta piękność, którą przed kilku laty widziałem z tobą.
— Zgadłeś, — odrzekł Pamfil: wkrótce potem, gdy widziałem się z tobą, została żoną moją.
Przyjaciele doszli do domu Juljusza. Juljusz wywołał żonę i oddał jej chłopca, a sam przeprowadził Pamfila do swego wspaniale urządzonego pokoju.
— Tu możesz wszystko mówić: nikt nie usłyszy nas! rzekł Juljusz.
— Nie obawiam się tego, ażeby mnie usłyszano, — odrzekł Pamfil: nawet prośba moja jest nie o to, ażeby tych chrześcian, których aresztowali, nie sądzili i nie stracili, a tylko o to, ażeby pozwolili im wobec całej ludności wyznać swą wiarę.
I Pamfil opowiedział mu o tem, że chrześcianie, aresztowani przez władze, z więzienia dali znać o położeniu swem do gminy. Starzec Cyryli, wiedząc o stosunkach Pamfila z Juljuszem, polecił mu iść prosić za chrześcianami. Nie prosili oni o łaskę. Uważali za obowiązek swój świadczenie o prawdzie nauki Chrystusa. Mogli świadczyć to długiem osiemdziesięcioletniem życiem lub również świadczyć męczeństwem swojem. To i drugie było im obojętne, i śmierć cielesna, nieunikniona dla nich, była jednakowo nie straszną i radośnie witaną teraz czy za pięćdziesiąt lat; lecz oni pragnęli, ażeby życie ich służyło na dobro ludziom, i dla tego posłali Pamfila, ażeby starał się o to, ażeby sąd i egzekucja odbyły się wobec wszystkiego ludu.
Juljusz zdumiał się prośbie Pamfila, lecz obiecał zrobić wszystko, co tylko będzie w jego mocy.
— Obiecałem ci swoje wstawiennictwo, rzekł Juljusz; lecz obiecałem je tylko dla przyjaźni naszej i tego szczególnego dobrego uczucia łagodności, jakie ty zawsze wywołujesz we mnie; lecz muszę przyznać ci się, że naukę waszą uważam za szaloną i szkodliwą. Mogę sądzić o tem z tego, że sam bardzo niedawno, w chwili rozczarowania i choroby, w chwili upadku ducha, podzielałem znów poglądy wasze i znów omało co nie rzuciłem wszystkiego i nie poszedłem do was. Wiem, w ozem tkwi wasz błąd, gdyż przeszedłem przez niego, — na miłości dla siebie, na słabości ducha i na chorobliwem osłabieniu; to wiara kobiet, a nie mężów.
— Lecz dlaczego?..
— A dlatego, że wy przez dumę, zamiast tego, ażeby pracą swą przyjmować udział w pracach państwowych i w miarę zasług wznosić się pracami swemi wyżej i wyżej w szacunku ludzi, wy odrazu, dzięki swej dumie, uznajecie wszystkich ludzi za równych dlatego, ażeby nikogo nie uważać za wyższego od siebie, a uważać siebie za równych cesarzowi. Wy sami tak myślicie i uczycie innych, ażeby tak myśleli. I dla słabych i leniwych pokusa to wielka. Zamiast pracy, każdy niewolnik odrazu uważa się za równego cesarzowi. Jeżeliby ludzie posłuchali się was, społeczeństwo rozpadłoby się, i my wrócilibyśmy do czasów pierwotnej dzikości. Wy w państwie głosicie rozpad państwa. Lecz sama egzystencja, wasza uwarunkowana jest przez państwo. Żeby tego nie było, i was by nie było. Wy wszyscy bylibyście niewolnikami scytów lub barbarzyńców, pierwszych, którzyby dowiedzieli się o waszej egzystencji. Wy — jak wrzód, rujnujący ciało, lecz mogący ukazać się i żywić tylko ciałem. I żywe ciało walczy z nim i zdławią go! To samo robimy my i z wami, i nie możemy nie robić. I, nie zważając na obietnicę moją pomódz tobie w wykonaniu waszego pragnienia, patrzę na naukę waszą jak na coś bardzo szkodliwego i nizkiego: nizkiego — dlatego, że uważam, że gryźć tą pierś, która cię karmi, nieuczciwie i niesprawiedliwie! Korzystać z dobrodziejstw ustroju państwowego i, nie przyjmując udziału w tym ustroju, którym się on trzyma, burzyć go.
— W słowach twoich, — rzekł Pamfil, — byłoby wiele słuszności, jeżelibyśmy, rzeczywiście, tak żyli, jak ty myślisz. Lecz ty nie znasz naszego życia i wytworzyłeś sobie błędne wyobrażenie o niem. Wam, z waszemi pojęciami o zbytku, trudno jest wyobrazić sobie, jak mało potrzeba człowiekowi do tego, ażeby egzystować bez niedostatku. Człowiek zbudowany jest tak, że przy zdrowiu może on swemi rękoma zapracować znacznie więcej, niż potrzeba mu do życia. Żyjąc zaś razem, jesteśmy w stanie pracą wspólnie wykarmić bez wysiłku i nasze dzieci, i starców, i chorych, i słabych. Ty twierdzisz, że my chrześcijanie, wzbudzamy w niewolniku pragnienie zostania cesarzem; przeciwnie, i słowem i czynem my wyznajemy jedno: cierpliwe poddanie się i pracę, pracę jaknajgorszą, — pracę wyrobnika. My nie wiemy i nie rozumiemy nic o sprawach państwowych; wiemy jedno, i wiemy to bezwątpienia, że dobro nasze tylko jest tam, gdzie dobro innych ludzi, i my szukamy tego dobra; dobro zaś wszystkich ludzi w ich zjednoczeniu się.
— Lecz powiedz mi, Pamfilu, dlaczego ludzie odnoszą się do was tak wrogo, prześladują was, męczą i zabijają? Dlaczego z waszej nauki miłości wynika kłótnia?
— Przyczyna tego nie jest w nas samych, a poza nami. My stawiamy wyżej nad wszystko prawo Boże, kierujące rozumem naszym i sumieniem. My możemy wypełniać tylko te prawa państwowe, które nie są przeciwne Boskim: cesarzowi — cesarskie, a Bogu — Boskie. I oto za to ludzie prześladują nas. Położyć kres takiej nienawiści przeciwko nam, pochodzącej nie od nas, nie mamy możności, gdyż nie możemy przestać rozumieć tą prawdę, którąśmy zrozumieli, nie możemy zacząć żyć wbrew naszemu sumieniu i rozumowi naszemu. O tejżeż samej nienawiści, jaką nasza wiara wywołuje wśród innych przeciwko nam, Mistrz nasz rzekł: „Nie myślcie, żem Ja przyszedł przynieść pokój na ziemię; nie pokój przyszedłem Ja przynieść, lecz miecz.“
Chrystus wypróbował na sobie tą nienawiść, i nas, uczniów Swoich, nie raz o niej uprzedzał: „Mnie — mówił On, — świat nienawidzi, dlatego, że sprawy jego są złe. Jeżeli byście byli dla światu, to świat kochał by was; że zaś jesteście nie dla światu, lecz Ja zbawiłem was od światu, dlatego nienawidzi was świat. Nadszedł czas, kiedy każdy, zabijający was, myśleć będzie, że w ten sposób służy Bogu.“ Lecz, jak i Chrystus, my nie obawiamy się zabijających ciało i dlatego nie mogących nic więcej zrobić. „Sąd nad nami polega na tem, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie więcej pokochali ciemność, aniżeli światłość, dlatego że sprawy ich były złe.“ Lecz oburzać się niema czego, gdyż prawda bierze górę. Owce słyszą głos pasterza i idą za nim, gdyż znają głos jego. I nie ginie stado Chrystusowe, a rośnie, pociągając do siebie coraz to nowe owce ze wszystkich stron ziemi, gdyż: „Duch dyszy, gdzie chce, i głos jego słyszysz, choć nie wiesz, skąd przychodzi i gdzie odchodzi.“
— Tak, — przerwał mu Juljusz, — lecz czy wielu jest szczerych miedzy wami? Często was oskarżają tylko o to, że wy przybieracie tylko pozę, że jesteście męczennikami i szczęśliwi giniecie za prawdę, lecz prawda nie po waszej jest stronie. Wyście — dumni szaleńcy, burzący wszystkie podstawy życia społecznego.
Pamfil nic nie odpowiadał i ze smutkiem patrzał na Juljusza.



IX.

Podczas, gdy Juljusz mówił to, do pokoju wbiegł malutki synek Pamfila i przytulił się do ojca.
Pomimo wszelkich pieszczot żony Juljusza, uciekł od niej i przybiegł do ojca.
Pamfil westchnął, pogłaskał syna i wstał, lecz Juljusz zatrzymał go, prosząc pozostać i porozmawiać jeszcze i zjeść obiad.
— Dziwi mnie, — rzekł Juljusz, — żeś ty ożenił się i masz dzieci. Nie mogę zrozumieć, jakim sposobem, wy, chrześcijanie, możecie wobec braku własności wychowywać dzieci? Jakim sposobem matki wasze mogą żyć spokojnie, wiedząc o niezabezpieczeniu swych dzieci?
— Dlaczegóż nasze dzieci są mniej zabezpieczone od waszych?
— A dlatego, że u was niema niewolników, niema majątku. Żona moja bardzo skłania się do chrześcijaństwa, nawet przez pewien czas myślała rzucić to życie. Chciałem iść z nią razem. Lecz przedewszystkiem przeraziło ją to niezabezpieczenie losu dzieci, ta nędza, która czekała je, i nie mogłem zgodzić się z nią. Było to podczas mojej choroby. Całe życie moje wydało mi się wstrętnem, i chciałem wszystko rzucić. Lecz ten lęk żony, i, z drugiej strony wyjaśnienia lekarza, który mnie leczył, przekonały mnie, że życie chrześcijańskie, tak, jak wy je prowadzicie, dobre jest dla nierodzinnych, lecz że w niem dla ludzi rodzinnych, matek z dziećmi, miejsca niema. Że przy życiu, jak wy je pojmujecie, życie, t. j. ród ludzki, powinien zginąć. I to zupełnie słuszne. Dlatego też zjawienie się twoje z dzieckiem szczególnie mnie ździwiło.
— Nie tylko jedno mam dziecko. W domu pozostało jeszcze niemowlę przy piersi i trzyletnia dziewczynka.
— Objaśnij mi to, jak się to robi? Nie rozumiem. Gotów byłem rzucić wszystko i iść do was. Lecz mam dzieci, i zrozumiałem, że, żeby nie wiem jak dobrze mi było, nie miałem prawa składać w ofierze dzieci, i pozostałem dla nich przy poprzedniem życiu, ażeby wychować je w tych warunkach, w jakich sam wyrosłem i żyłem.
— Dziwne, — rzekł Pamfil, — my rozumujemy zupełnie przeciwnie. My mówimy: jeżeli ludzie dorośli żyją po światowemu, to jeszcze można przebaczyć, gdyż oni są już zepsuci. Lecz dzieci? To straszne! Żyć z nimi w świecie i wystawiać je na pokusę! „Biada światu od pokus, gdyż pokusy przyjść muszą, lecz biada człowiekowi, od którego pokusy pochodzą.“ Tak mówi nasz Mistrz, i dlatego nie celem zaprzeczenia mówię ci to, a dlatego, że tak jest rzeczywiście. Najgłówniejsza konieczność żyć tak, jak my wszyscy żyjemy, wypływa dla nas z tego, że pośród nas są dzieci, te istoty, o których powiedziano: „Jeżeli nie będziecie jako dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.“ Lecz jakżeż może rodzina chrześcijańska nie mieć określonych środków do życia? Środek do życia, według naszej wiary, jest tylko jeden: praca z miłości dla ludzi. Wasz zaś środek jest gwałtem. Może on zginąć, tak jak giną bogactwa; i wtedy pozostaje sama praca, i miłość ludzi. My uważamy, że to, co jest podstawą wszystkiego, tego się i trzymać należy, to i zwiększać trzeba. I kiedy tak jest, to rodzina żyje w szczęściu. Nie, — ciągnął dalej Pamfil, — jeżelibym wątpił w prawdziwość nauki Chrystusa, i jeżelibym wahał się co do wypełnienia jego, to i zwątpienia i wahania moje skończyłyby się natychmiast, gdybym pomyślał o doli dzieci, wychowywanych przez pogan w tych warunkach, w jakich ty wyrosłeś i rosną dzieci twoje. Żebyśmy my, niektórzy z pośród ludzi, nie wiem jak urządzali sobie życie z pałacami, niewolnikami obcych kraj, przywożonemi do nas, życie większości ludzi mimo to pozostanie takiem, jakiem ono powinno być. Zabezpieczeniem tego życia pozostaje zawsze jedna tylko miłość i praca.
My chcemy sami uwolnić siebie i dzieci nasze od tych warunków i przy pomocy gwałtu, nie miłością, zmuszamy ludzi do służenia nam; i, rzecz zdumiewająca, czem więcej jakbyśmy zabezpieczali się tem, tem bardziej pozbawiamy się prawdziwego, naturalnego i pewnego zabezpieczenia — miłości. Toż samo i z innem zabezpieczeniem — pracą. Czem więcej człowiek unika pracy, tem bardziej pozbawia się prawdziwego i uczciwego zabezpieczenia. I te to warunki, w jakich ludzie stawiają dzieci swoje, nazywają oni zabezpieczeniem! Weź twego syna i mego, i poślij ich teraz, ażeby znaleźli drogę, wydali rozporządzenia, wykonali rzecz potrzebną; popatrz, który z nich dwóch lepiej to zrobi: a spróbuj oddać ich na wychowanie, którego z nich dwóch chętniej wezmą? Nie, nie mów tych strasznych słów, że życie chrześcijańskie możebne jest tylko dla bezdzietnych. Przeciwnie, można rzec: życiem pogańskiem żyć mogą tylko bezdzietni. Lecz biada temu, kto powiedzie na pokuszenie jednego z tych maluczkich!
Juljusz milczał.
— Tak, — rzekł, — może ty i masz rację, lecz wychowanie dzieci rozpoczęte, uczą ich najlepsi nauczyciele. Niechaj poznają oni wszystko, co my wiemy. Szkody z tego być nie może. A dla mnie i dla nich czas jest jeszcze. Przyjść mogą do was, kiedy będą w sile wieku, jeżeli tylko uważać to będą za potrzebne. Ja zaś mogę zrobić to, kiedy postawię dzieci na nogi i zostanę wolny.
— Poznajcie prawdę a wolni będziecie, — rzekł Pamfil, — Chrystus daje odrazu zupełną wolność; nauka światowa nigdy jej nie daje. Żegnaj.
I Pamfil odszedł z synem. Sąd odbył się publicznie, i Juljusz widział na nim Pamfila, jak wraz z drugimi chrześcijanami zabierał ciała męczenników.
Widział go, lecz, obawiając się wyższej władzy, nie podszedł do niego i nie zawezwał go do siebie.



X.

Upłynęło jeszcze dwadzieścia lat. Żona Juljusza umarła. Życie jego płynęło w ciągłych troskach działalności publicznej, w pogoni za władzą, która to raz dostawała się do rąk jego, to znów z nich się wymykała. Majątek jego był olbrzymi i jeszcze się zwiększał.
Synowie jego wyrośli, i szczególnie drugi syn prowadzić zaczął rozrzutny tryb życia. On to robił dziury w dnie wiadra, w które zbierał się majątek, i w miarę zwiększania się majątku, zwiększała się i szybkość wypływu z dziur. Zaciął Juljusz toczyć walkę z synami, taką samą, jaką sam prowadził z ojcem: gniew, nienawiść, zazdrość.
W tymżeż czasie nowy namiestnik pozbawił Juljusza swej łaski. Juljusz opuszczony został przez dawnych pochlebców i miał zostać wygnanym. Pojechał wytłomaczyć się do Rzymu. Nie dopuszczono go tam i rozkazano wyjechać.
Przybywszy do domu, zastał syna z rozpustnymi młodzieńcami. W Cylicyi rozeszła się pogłoska, że Juljusz umarł i syn świętował śmierć ojca. Juljusz stracił cierpliwość, uderzył tak syna, że ten padł nawpół martwy, potem udał się do pokoi żony.
Tam znalazł ewangelję i przeczytał, co następuje:
„Przyjdźcie do mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i Ja uspokoję was. Weźcie ciężar Mój na barki swoje, i nauczcie się ode Mnie, gdyż Jam łagodny i pokorny sercem, i znajdziecie spokój dla dusz waszych. Gdyż jarzmo Moje dobre jest i brzemię Moje lekkie.“
— Tak, — pomyślał Juljusz, — dawno już wzywa mnie On. Nie wierzyłem Mu i byłem niepokorny i zły, i jarzmo moje ciężkie było, i brzemię moje złe było.
Długo przesiedział Juljusz z rozwiniętą ewangelją na kolanach, rozmyślając o całem swem życiu minionem, i przypominając sobie to, co w różnym czasie mówił mu Pamfil. Potem Juljusz wstał i udał się do syna. Zastał go na nogach i niewypowiedzianie uradował się z tego, że mu żadnej nie wyrządził krzywdy swem uderzeniem.
Nie mówiąc synowi ani słowa, Juljusz wyszedł na ulicę i udał się w kierunku gminy chrześcijańskiej. Szedł cały dzień i wieczorem zatrzymał się na noc u jednego z włościan. W izbie, do której wszedł, leżał człowiek. Na odgłos kroków człowiek ten wstał. Był to lekarz.
— Nie, teraz już nie przekonasz mnie, — zawołał Juljusz, — po raz trzeci idę tam i wiem, że tylko tam znajdę spokój.
— Gdzie?.. — spytał lekarz.
— U chrześcijan.
— Tak, być może, znajdziesz spokój, lecz nie wypełniłeś obowiązków swoich. Brak ci męztwa; nieszczęścia zwyciężają cię. Nie tak postępują prawdziwi filozofowie. Nieszczęście — to tylko ogień, którym wypróbowywa się złoto. Tyś przeszedł przez płomienie. I teraz ty potrzebny jesteś, i teraz ty uciekasz. Teraz właśnie wypróbuj ty ludzi i siebie. Zdobyłeś prawdziwą mądrość, i ją to użyć powinieneś dla dobra ojczyzny. Coby było z obywatelami, jeżeliby ci, którzy poznali ludzi, namiętności ich i warunki życia, zamiast tego, ażeby nieść swą wiedzę, swe doświadczenie na korzyść ojczyzny, zakopywali je w poszukiwaniu spokoju. Mądrość życiowa, zdobyta przez ciebie w społeczeństwie, i ją to oddać powinieneś temuż społeczeństwu.
— Lecz ja nie mam żadnej mądrości! Cały jestem w błędach! Błędy moje stare są, lecz przez to nie stały się mądrością; jak i woda, żeby tam nie wiem jak była starą i zgniłą, nie stanie się winem.
Tak rzekł Juljusz i, porwawszy swój płaszcz, wyszedł z domu i, nie odpoczywając, poszedł dalej. Pod koniec drugiego dnia przyszedł do chrześcijan.
Przyjęli go z radością, choć nie wiedzieli, że jest on przyjacielem przez wszystkich kochanego i poważanego Pamfila. Przy wspólnym stole Pamfil zobaczył swego przyjaciela i z radością podbiegł do niego i uściskał go.
— Oto przyszedłem, — rzekł Juljusz, — powiedz, co mam robić, a posłucham ciebie.
— Nie troszcz się o to, — rzekł Pamfil, — chodź ze mną.
I Pamfil zaprowadził Juljusza do domu, gdzie zatrzymywali się przyjezdni, i wskazawszy mu łóżko, rzekł:
— Czem możesz przysłużyć się ludziom, sam zobaczysz, kiedy zdołasz przyjrzeć się naszemu życiu; lecz, ażeby wiedzieć, gdzie masz jutro przepędzić swój czas, wskażę ci na jutro robotę. W ogrodach naszych odbywa się zbiór winogron, idź i pomagaj tam. Tam zobaczysz, gdzie jest miejsce dla ciebie.
Rankiem Juljusz poszedł do winnicy. Pierwsza winnica była młoda, obwieszona gronami. Młodzi ludzie zrywali i zbierali je. Wszystkie miejsca były zajęte, i pochodziwszy długo wszędzie, Juljusz nie znalazł dla siebie miejsca. Poszedł dalej, tam łozy winogronowe były już starsze, owoców było mniej, lecz i tam nie miał Juljusz nic do roboty: wszyscy pracowali parami i dla niego nie było miejsca. Poszedł dalej jeszcze i wyszedł do bardzo już starej winnicy. Była cała już pusta. Łozy były popękane, krzywe i, wszystkie puste.
— Takie oto jest moje życie, — rzekł sobie, — jeżelibym przyszedł po raz pierwszy, byłoby ono jak owoce pierwszej winnicy. Jeżeli byłbym przyszedł, kiedy szedłem po raz wióry, byłoby jak owoce drugiej, a teraz oto moje życie: jest ono jak te niepotrzebne, postarzałe łozy, zdatne tylko na ogień.
I przeraził się Juljusz tego, co zrobił, przeraził się tej kary, która czeka go za to, że za nic zgubił całe życie swoje. I zasmucił się Juljusz i mówił:
— Do niczego nie jestem zdatny i nic teraz zrobić nie mogę.
I nie podniósł się z miejsca i płakał dlatego, że stracił to, czego już wrócić nie można. I naraz usłyszał głos starca, głos wzywający go:
— Pracuj, bracie mój, — mówił głos.
Juljusz obejrzał się i zobaczył pochylonego przez lata, białego, jak śnieg, starca, z trudem przesuwającego nogi. Stał przy łozie i zbierał z niej gdzieniegdzie pozostałe słodkie grona. Juljusz podszedł do niego.
— Pracuj drogi bracie! Praca jest przyjemną!
I wskazał mu, jak odszukiwać pozostałe gdzieniegdzie grona. Juljusz poszedł szukać, znalazł kilka, przyniósł i złożył je do koszyka starca. I rzekł mu starzec:
— Popatrz, czemżeż gorsze są te grona od tych, które zbierają w tamtych winnicach. „Chodźcie w światłości, dopóki światłość jest w was — rzekł Mistrz. — Wola Tego co posłał Mnie jest ta, ażeby każdy, widzący Syna i wierzący w Niego, miał żywot wieczny, i Ja wskrzeszę go w ostatni dzień. Gdyż nie posłał Bóg Syna Swojego na świat, ażeby sądzić świat, lecz żeby świat zbawiony został przez Niego. Wierzący w Niego nie będą sądzeni, a niewierzący są już osądzeni, gdyż nie uwierzyli w jednorodnego Syna Bożego. Sąd zaś polega na tem, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie więcej pokochali mrok, aniżeli światłość, gdyż sprawy ich złe były. Gdyż każdy, robiący źle, nienawidzi światłość i nie idzie do niej, ażeby nie ujarzmiły się sprawy jego, gdyż są złe one. A postępujący wedle prawdy, idzie ku światłości, ażeby jawnemi były sprawy jego, gdyż uczynione są one w Bogu.“ Nie smuć się, synu mój! Wszyscy jesteśmy synami Boga i sługami Jego! My wszyscy jedno wojsko Jego! Czyż, myślisz, że oprócz ciebie, niema sług Jego? I cóż, jeżeli byś ty z całej mocy swojej oddał się służbie Jego, czyżbyś ty wszystko zrobił, co Mu jest potrzebne, wszystko to, co należy zrobić ludziom, ażeby przywrócić królestwo Jego? Mówisz, że zrobiłbyś dwa razy, dziesięć, sto razy więcej. Toć jeżeli byś ty w mroku mroków zrobił więcej od wszystkich ludzi, coby to znaczyło w sprawie Bożej? Nic! Sprawa Boża, jak i Bóg, nie ma granic i nie ma końca! Sprawa Boża w tobie. Ty przyjdź do Niego i stań się nie robotnikiem, lecz synem i ty bodziesz uczestnikiem bezgranicznego Boga i spraw Jego. U Boga niema małego i wielkiego, a jest proste i krzywe. Wejdź na prostą drogę życia, i ty będziesz z Bogiem, i sprawa twa stanie się ani małą, ani wielką, a stanie się sprawą Bożą! Wspomnij, że w niebie więcej jest radości z jednego grzesznika, niż ze stu sprawiedliwych. Sprawa świata, wszystko to, coś ty przeżył, pokazało ci tylko grzech twój, tyś też i pokutować zaczął. A jakieś pokutować zaczął, takeś i znalazł drogę prostą, idź po niej z Bogiem i nie myśl o przeszłości, o wielkiem i małem. Przed Bogiem wszyscy żywi są równi! Jeden Bóg i jedno życie!
I uspokoił się Juljusz i zaczął żyć i pracować z całej siły i mocy dla braci swojej, i przeżył tak w szczęściu jeszcze dwadzieścia lat, i nie wiedział jak umarł śmiercią cielesną.



Robotnik Emeljan i pusty bęben.

Żył niegdyś u pewnego gospodarza robotnik Emeljan. Idzie on raz przez łąkę do roboty, patrzy, skacze przed nim żaba; omało co nie nastąpił na nią. Przeskoczył przez nią Emeljan. Naraz słyszy, woła go ktoś z tyłu. Obejrzał się Emeljan, widzi — stoi piękna dziewczyna i mówi mu:
— Cóż ty, Emeljanie, nie żenisz się?
— Jakżeż się mam, panno droga, ożenić? Cały tu stoję, nie mam nic, nikt za mnie nie pójdzie.
I mówi mu dziewica:
— Weź mnie sobie za żonę.
Podobała się Emeljanowi ta panna.
— Ja, — mówi, — z przyjemnością, lecz gdzie my mieszkać będziemy?
— Jest też, — mówi panna, — o czem myśleć! Tylko jaknajwięcej pracy, a spać mniej — a to wszędzie i ubrani i syci będziemy.
— No cóż, — mówi, — pięknie. Pobierzemy się.
— Gdzie pójdziemy?
— Pójdziemy do miasta.
Poszedł Emeljan z dziewicą do miasta. Zaprowadziła go ona do domku niewielkiego na samym skraju. Pobrali się i żyć zaczęli.
Jechał raz król za miasto. Przejeżdża obole chaty Emeljana, i wyszła żona tegoż popatrzeć na króla. Zobaczył ją król, zdumiał się: „gdzie się taka piękność urodzić mogła?“ Zatrzymał król powóz, zawezwał żonę Emeljana, zaczął ją rozpytywać:
— Kto, — mówi, — jesteś ty?..
— Chłopa Emeljana żona! — odpowiedziała.
— Dlaczegoś ty, — mówi, — taka piękna, za chłopa poszłaś?.. Tyś królową być winna.
— Dziękuję, — rzekła, — za miłościwe słowo. Mnie i za chłopem dobrze.
Porozmawiał z nią król i pojechał dalej. Powrócił do pałacu. Nie może mu wyjść z głowy żona Emeljana. Całą noc nie spał, wciąż myślał, jak by mu ją odebrać. Nie mógł nic wymyśleć, jakby to zrobić. Zawezwał sługi swoje, kazał im wymyśleć. I rzekli słudzy królewscy królowi:
— Weź, — mówią, — Emeljana do siebie do pałacu jako robotnika. My go zamęczymy pracą, żona wtedy zostanie wdową, wtedy ją będziesz mógł wziąć.
Zrobił król tak, posłał po Emeljana, ażeby szedł do niego, do pałacu królewskiego, za stróża, i mieszkał wraz z żoną w pałacu jego.
Przyszli posłowie, powiedzieli to Emeljanowi. Żona mówi mężowi:
— Cóż, — mówi, — idź. W dzień pracuj, a na noc przychodź do mnie.
Poszedł Emeljan. Przychodzi do pałacu, zarządca królewski pyta go:
— Cóżeś ty sam przyszedł, bez żony?..
— Cóż mam, — odpowiada, — prowadzać ją za sobą; ma dom do pilnowania.
Dali Emeljanowi na dworze królewskim taką robotę, żeby jej i dwóch rady nie dało. Zabrał się Emeljan do pracy, nie marząc nawet o jej skończeniu. Patrzy, przed wieczorem jeszcze skończył. Zobaczył zarządca, że skończył, dał mu jej na jutro cztery razy więcej.
Przyszedł Emeljan do domu. A w domu u niego wszystko sprzątnięte, wymiecione, piec rozpalony, wszystko napieczone, nagotowane. Żona siedzi przy stole i szyje, na męża czeka. Przywitała żona męża; podała kolację, nakarmiła, napoiła; zaczęła go się o robotę dopytywać.
— A cóż, — odpowiada, — źle: dają mi robotę nad siły, zamęczą mnie oni pracą.
— A ty, — mówi, — nie myśl o pracy i po za siebie się nie oglądaj, i przed siebie nie patrz czyś wiele zrobił, i czy wiele pozostało. Tylko pracuj.
Ze wszystkiem na czas zdążysz.
Położył się spać Emeljan. Następnego ranka znów poszedł. Zabrał się do pracy, ani razu się nie obejrzał. Patrzy, na wieczór wszystko gotowe, z powrotem na noc przyszedł do domu.
Zaczęli jeszcze i jeszcze dodawać pracy Emeljanowi, i wciąż na termin on ją kończy, chodzi na noc do domu. Upłynął tydzień. Widzą słudzy królewscy, że nie mogą ciężką pracą znużyć chłopa; zaczęli mu dawać wymyślne roboty. I tem nie mogą mu dokuczyć, i ciesielską, i mularską, i blacharską robotę — co mu nie dadzą, — wszystko robi na termin Emeljan, i do żony na noc idzie. Upłynął drugi tydzień. Zawezwał król sługi swoje i mówi:
— Iluż was ja nadarmo chlebem swym karmię? Dwa tygodnie upłynęły, a wciąż nic od was nie widzę. Chcieliście wy Emeljana pracą zamęczyć, a ja codzień z okna widzę, jak on do domu idzie, pieśni sobie śpiewa. Czyście wy kpić sobie ze mnie zamyślili?
Zaczęli słudzy królewscy tłomaczyć się.
— My, — mówią, — wszelkiemi siłami staraliśmy się najpierw zamęczyć go ciężką pracą, lecz niczem go nie weźmie. Każdą robotę jakby miotłą zamiótł i zmęczenia nawet na nim nie znać. Zaczęliśmy mu wymyślne roboty dawać, myśleliśmy, zabraknie mu rozumu; również nie możemy dokuczyć. Zkąd się to bierze! Do wszystkiego dochodzi, wszystko robi. Nie inaczej, że albo on sam, albo żona jego jest czarownicą. On nam samym dokuczył. Chcemy teraz dać mu taką robotę, ażeby nie mógł jej zrobić. Wymyśliliśmy rozkazać mu, ażeby w przeciągu jednego dnia zbudował kościół. Zawezwij ty Emeljana i każ mu w przeciągu dnia jednego naprzeciwko pałacu wystawić kościół. A nie zbuduje go, wtedy można mu za nieposłuszeństwo głowę uciąć.
Posłał król po Emeljana.
— No, — mówi, — masz tu mój rozkaz: wybuduj ty mi nowy kościół na placu, na przeciwko pałacu; ażeby na jutro, na wieczór był gotów. Zbudujesz — nagrodzę cię, a nie zbudujesz — stracić każę.
Wysłuchał Emeljan mowę królewską, zawrócił i poszedł do domu. „No, — myśli, — nadszedł mój koniec teraz.“ Przyszedł do domu do żony i mówi:
— No — pakuj się żono: trzeba nam uciekać, gdzie się da, a to zginiemy z kretesem.
— Cóżeś, — rzecze mu ona, — tak stchórzył, że chcesz uciekać?
— Jakżeż, — mówi, — nie stchórzyć? Kazał mi król jutro, w przeciągu dnia jednego, kościół wymurować. A jak nie zbuduję, grozi że głowę odsiecze. Jedno pozostaje — uciekać póki czas.
Nic zgodziła się żona na te słowa.
— Król, — mówi, — ma żołnierzy wielu, wszędzie złapią. Przed nim nie uciekniesz. A dopóki jest siła słuchać się trzeba.
— Jakżeż słuchać się, kiedy to nad siły?
— 1... głupstwo! Nie martw się, zjedz kolację i kładź się: a rano wstań wcześniej, wszystko zdążysz.
Położył się spać Emeljan. Rano obudziła go żona.
— Idź, — mówi, — prędzej dokończ budowę kościoła, oto masz gwoździe i młotek; tam pozostało ci na jeden dzień roboty.
Udał się Emeljan do miasta, przychodzi, — prawda, nowy kościół na środku placu się wznosi. Trochę tylko niedokończony. Zaczął dorabiać Emeljan, gdzie co potrzeba; pod wieczór wszystko poprawił.
Obudził się król, popatrzył z pałacu, widzi — stoi kościół. Emeljan spaceruje sobie, gdzie niegdzie gwoździe przybija. I niezadowolony jest król z kościoła, gniewa go to, że nie ma za co Emeljana stracić, nie może mu żony odebrać.
Znów wzywa król sługi swoje.
— Wypełnił, — mówi, — i tą robotę Emeljan, niema go za co stracić. Mała dla niego ta robota. Trzeba mu coś mądrzejszego wymyślić. Pomyślcie, a to ja was przed nim stracić każę.
I wymyślili słudzy jego, ażeby rozkazał Emeljanowi zrobić rzekę, ażeby płynęła wokoło pałacu, a po niej okręta. Zawezwał król Emeljana rozkazał mu nową pracę wykonać.
— Jeżeli ty, — mówi, — mogłeś w jedną noc kościół zbudować, to możesz i tą robotę wykonać. Ażeby na jutro wszystko zgodnie z rozkazem moim wykonane było. A nie będzie gotowe, — głowę ci odsiecz każę.
Zasmucił się jeszcze więcej Emeljan, przyszedł do żony ponury.
— Co, — mówi żona, — zasmuciłeś się, czyż coś nowego król ci rozkazał?
Opowiedział jej Emeljan.
— Trzeba, — mówi, — uciekać.
A żona mówi:
— Nie uciekniesz przed żołnierzami, wszędzie złapią. Trzeba się słuchać.
— Lecz jakżeż się słuchać?
— Eh... mężulku, — rzecze, — o nic się nie martw. Zjedz kolację i kładź się spać. A wstań wcześnie, wszystko na czas będzie.
Położył się Emeljan spać. O świcie obudziła go żona.
— Idź, — mówi, — do pałacu, wszystko gotowe. Tylko przy przystani, naprzeciwko pałacu, pozostał mały pagórek; weź łopatę, zrównaj go.
Poszedł Emeljan; przychodzi do miasta; wokoło pałacu rzeka, okręty pływają.
Podszedł Emeljan do przystani naprzeciwko pałacu, widzi — miejsce nierówne, zaczął je równać.
Obudził się król, widzi — rzeka, gdzie jej nie było; po rzece okręty pływają, i Emeljan pagórek łopatą równa. Przeraził się król; i niezadowolony jest z rzeki i z okrętów, i przykro mu, że nie może Emeljana stracić. Myśli sobie: niema takiego zadania, żeby on go nie zrobił. Co teraz robić?
Zawezwał król sługi swoje, zaczął z nimi myśleć.
— Wymyślcie, — mówi, — mi taką robotę, ażeby była nad siły Emeljana. Gdyż to, cośmy mu wymyślili, on wszystko zrobił i nie można mu żony odebrać.
Myśleli, myśleli dworzanie i wymyślili. Przyszli do króla i mówią:
— Trzeba Emeljana zawołać i powiedzieć: idź tam — nie wiedz gdzie, i przynieś to — nie wiedz co. To już nie będzie mógł się wykręcić. Gdzie by on nie poszedł, powiedz, że nie tam poszedł, gdzie trzeba; i co by nie przyniósł, powiedz, że nie to przyniósł co potrzeba. Wtedy będziesz mógł go stracić i żonę mu zabrać.
Uradował się król.
— To, — mówi, — mądrze wymyśliliście.
Posłał król po Emeljana i rzekł mu:
— Idź tam — nie wiedz gdzie, przynieś to — nie wiedz co. A nie przyniesiesz, głowę ci odtrącę.
Przyszedł Emeljan do żony i mówi, co król rzekł.
Zamyśliła się.
— No, — mówi: nad twoją głową wisi miecz, nauczyli króla. Teraz trzeba mądrze działać.
Posiedziała, pomyślała żona i powiedziała mężowi:
— Musisz iść daleko, do naszej babki starej, chłopskiej, matki żołnierskiej, trzeba ją o łaskę prosić. A otrzymasz co od niej, idź prosto do pałacu, i ja tam będę.
— Teraz już z ich rąk się nie wykręcę. Siłą mnie wezmą, lecz tylko nie na długo.
— Jeżeli wszystko zrobisz tak, jak ci babka każe, to prędko mnie uwolnisz.
Wyekwipowała żona męża do drogi, dała mu torebkę i wrzeciono.
— Oto to, — rzekła: jej oddaj. Z tego ona pozna, żeś ty mój mąż.
Pokazała żona mężowi drogę. Poszedł Emeljan, wyszedł za miasto, widzi żołnierze się uczą. Postał, popatrzał Emeljan. Skończyli naukę żołnierze, usiedli na odpoczynek. Podszedł do nich Emeljan i pyta:
— Nie wiecie, bracia, gdzie mam iść tam, — nie wiedz gdzie, i tak przynieść to, — nie wiedz co?..
Wysłuchali go żołnierze i zdumieli się.
— Kto, — mówią, — posłał cię to szukać?..
— Król. — rzecze.
— My sami — mówią, — od rekrutów począwszy, chodzimy tam, — nie wiedz gdzie — i nie możemy dojść, i szukamy tego, — nie wiedz co, i nie możem znaleźć. Nie możem ci dopomódz.
Posiedział z żołnierzami Emeljan, poszedł dalej. Szedł, szedł, przychodzi do lasu. W losie stoi chatka, w izbie stara kobieta siedzi, matka chłopska, żołnierska, kądziel przędzie, sama płacze, palce nie śliną z ust a łzami z oczu zwilża. Zobaczyła staruszka Emeljana, zawołała do niego:
— Pocoś przyszedł?..
Podał jej Emeljan wrzeciono i rzekł, że go żona przysłała. Zaraz złagodniała staruszka, zaczęła go się dopytywać. I począł Emeljan opowiadać jej całe swe życie, jak ożenił się z tą dziewicą, jak przeniósł się do miasta na mieszkanie, jak go do króla na stróża zabrali, jak służył w pałacu, jak kościół zbudował i jak rzekę z okrętami zrobił, i jak mu teraz król kazał iść tam, — nie wiedz gdzie, i przynieś to, — nie wiedz co.
Wysłuchała go staruszka i przestała płakać. Zaczęła sama do siebie mruczeć:
— Nadszedł widać czas. No, dobrze, — mówi: siadaj, synu, jedz.
Podjadł Emeljan, i zaczęła staruszka mu mówić:
— Oto, — mówi: masz kłębek. Potocz go przed sobą, i idź za nim, gdzie się toczyć będzie. Iść będziesz daleko, aż do samego morza. Przyjdziesz nad morze, zobaczysz miasto wielkie. — Wejdź do miasta, proś o nocleg w chacie, która będzie na skraju, tam szukaj to, co ci potrzeba.
— Jakżeż, babko, ja to poznam?..
— A kiedy zobaczysz to, czego się więcej niż ojca i matki słuchają, to właśnie i jest.
Schwyć to i nieś do króla. Przyniesiesz do króla, on ci powie, żeś nie to przyniósł, co trzeba. A ty wtedy powiedz:
„Jeżeli nie to, to rozbić trzeba“, i uderz po tej sztuce, a potem zanieś ją do rzeki, rozbij i rzuć w wodę.
Wtedy i żonę wrócisz, i łzy moje osuszysz“
Pożegnał się z babką Emeljan, poszedł, potoczył kłębek. Toczył — toczył, przyprowadził go kłębek nad brzeg morza. A nad morzem miasto wielkie. Na skraju dom wielki. Wprosił się Emeljan do domu tego na noc. Zgodzili się. Położył się spać. Rano wcześnie się obudził — słyszy — ojciec wstał, budzi syna, posyła drwa rąbać. A syn się nie słucha.
— Wcześnie — mówi, — jeszcze zdążę.
Słyszy, — matka z pieca mówi:
— Idź synku, ojca kości bolą. Czyż on sam ma iść?.. Czas już.
Poruszał tylko ustami syn i znów zasnął. Dopiero co usnął, gdy naraz zagrzmiało coś, zatrzeszczało na ulicy.
Zerwał się syn, ubrał się i wybiegł na ulicę. Zerrwał się i Emeljan, pobiegł za nim zobaczyć, co to tak grzmi i czego się syn więcej niż ojca, matki słucha.
Wybiegł Emeljan, widzi, — chodzi po ulicy człowiek, nosi przed sobą sztuczkę okrągłą, bije w nią pałeczkami.
Ona też i grzmi; jej to się syn posłuchał. Podbiegł Emeljan, zaczął przyglądać się tej sztuce. Widzi: okrągła, jak szpulka, z obydwóch boków skórą obciągnięta, zaczął się dopytywać:
— Jak się ta sztuka nazywa?..
— Bęben, — mówią.
— A cóż on pusty?..
— Pusty, — mówią.
Zdumiał się Emeljan i zaczął prosić, ażeby mu tą sztukę dali. Nie dali mu. Przestał Emeljan prosić, zaczął chodzić za doboszem. Cały dzień chodził i kiedy dobosz położył się spać, porwał mu Emeljan bęben, i uciekł z nim. Biegł, biegł, biegł, przyszedł do domu, do swego miasta. Myślał, że żonę zobaczy, a jej już nie było. Na drugi dzień zabrali ją do króla.
Poszedł Emeljan do pałacu, kazał się zameldować: przyszedł ten, kto chodził tam, — nie wiedz gdzie, przyniósł to, — nie wiedz co. Zawiadomili króla. Kazał król Emeljanowi przyjść jutro. Zaczął prosić Emeljan, ażeby znów zameldowali.
— Ja, — mówi: teraz przyszedłem, przyniosłem co kazano, niech król do mnie wyjdzie, a to ja sam wejdę.
Wyszedł król.
— Gdzieś — mówi: ty był?..
Emeljan rzekł:
— Nie tam.
— A coś przyniósł?..
Chciał pokazać Emeljan, lecz król nawet nie patrzał.
— Nie to, — mówi król.
— A nie to, — mówi: tak rozbić to trzeba, i niech djabli wezmą.
Wyszedł Emeljan z pałacu z bębnem i uderzył w niego.
Gdy uderzył, zebrało się całe wojsko królewskie przy Emeljanie. Oddają mu honory, i rozkazów od niego czekają.
Zaczął wołać król z okna do wojska swego, ażeby nie szło za Emeljanem. Nie słuchają króla, wszyscy idą za Emeljanem. Zobaczył to król, kazał odprowadzić Emeljanowi żonę i zaczął prosić, ażeby oddał mu bęben.
— Nie mogę, — mówi Emeljan: Mnie, — mówi: rozbić go kazano i szczątki do rzeki wrzucić.
Podszedł Emeljan z bębnem do rzeki, a żołnierze pośli za nim. Przebił nad rzeką Emeljan bęben, i rozbiegli się wszyscy żołnierze.
A Emeljan wziął żonę i zaprowadził do siebie, do domu.
I od tego czasu król przestał go niepokoić. I zaczął on żyć sobie śpiewający, dobre — zbierać, a złe — omijać.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.