Zwodne światło/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Zwodne światło
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anatol Krzyżanowski
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.

— Przepraszam, panie Heldar — pytał mr. Beeton, właściciel chambres garnies, w których ociemniały mieszkał dalej, — przepraszam, chciałbym jednak wiedzieć, czy w umowie naszej żadna nie zajdzie zmiana?
— Żadna! — brzmiała odpowiedź twarda i szorstka, jak rozpacz, wstrząsająca od dwóch dni Ryszardem.
— Nie powinienbym wtrącać się do nieswoich rzeczy, wiem o tem; sam przecież powtarzam ludziom: „Niech każdy pilnuje swego nosa, a najlepiej na tem wyjdzie;“ mr. Torpenhow wszakże dał mi do zrozumienia przed wyjazdem, że pan nie będzie prawdopodobnie mieszkał u mnie dłużej. Wspominał coś o założeniu własnego domu, o lepszej opiece, jak gdybym to ja nie był najlepszą dla lokatorów moich opieką.
— Torpenhow miał pewno na myśli zakład obłąkanych. Nie myślę jednak trudzić pana tak zaraz odwiezieniem mnie do waryatów. Proszę, każ przynieść śniadanie i zostaw mnie w świętym spokoju.
— Przepraszam, jeżeli pana obraziłem; nie chciałem powiedzieć nic złego. Pragnę zawsze zadowolić wszystkich mych gości, a szczególniej tych, których los ciężkim jest, jak pański, mr. Heldar.
Odszedł nareszcie — odszedł, pozostawiając Dick’a samym wśród ciszy śmiertelnej, niezakłócanej już hałasem, dochodzącym z mieszkania Torpenhow’a.
Dla Ryszarda zaczęło się istnienie, równe śmierci za życia, w jego zaś przekonaniu stokroć od śmierci gorsze.
Ciężko jest bowiem żyć wśród ciemnicy, która nie pozwala nam dnia od nocy rozróżnić; ciężko być w chwili takiej samotnym i opuszczonym, iść ze znużenia, z nudów, spać o południu, zrywać się o zmroku, w przekonaniu, iż słońce weszło już nad światem. Z początku Heldar, wstawszy z łóżka, snuł się jak cień po korytarzach, dopóki głośne chrapanie w którym z przyległych pokojów nie przekonało go, że wszyscy śpią jeszcze. Pewny teraz dopiero, iż dzień nie nadszedł dotąd, wracał do łóżka z uczuciem głuchego buntu i zniechęcenia.
Z czasem przyuczył się leżeć, dopóki hałas w domu lub głos pana Beeton nie objaśniły go, że dla innych ludzi światło rozbłysło na ziemi. Wstawanie zresztą nie było ani rzeczą miłą, ani łatwą. Drobne przybory ubrania, jak kołnierzyki i krawaty, chowały się przed nim złośliwie, szukanie ich zaś równało się procesowi ciągłego rozbijania się o stoły, krzesła i kuferki. Gdy niedola ta zakończoną została, Heldar stał bezradny, nie wiedząc, co ma dalej czynić z sobą. Wolno mu tylko było usiąść bezczynnie i myśleć, myśleć, myśleć... Wieki przedzielały śniadanie od obiadu, obiad od wieczerzy; wbrew zaś najgorętszym, najszczerszem pragnieniom, Bóg ani pamięci, ani życia odebrać mu nie chciał.
Przeciwnie, pamięć się zaostrzała, a myśli, jak szakale, szarpały umysł i serce, nie dając jednej chwili spoczynku, jednej sekundy wytchnienia. Wiodły za sobą obraz Maisie, wspomnienie dawnego powodzenia, podróży po morzu i lądzie, dumy słusznej z prac własnych, sławy, jaką go witano u wstępu do rodzinnego kraju; myśli te wreszcie wskazywały stopnie, po których szedłby wyżej, coraz wyżej, gdyby mu oczy nie wypowiedziały posłuszeństwa.
Gdy wreszcie umysł wyczerpany przestawał wzbijać się ku niedoścignionym szczytom, duszą Heldar’a wstrząsała bojaźń straszna, niewytłómaczona, jak widmo stojąca często przy nim. Upiorem tym, krew ścinającym w żyłach, była obawa śmierci głodowej lub ognia w domu, pożaru, który, wybuchając nagle, pochłonąłby go żywcem, obezwładnionego ślepotą, zapomnianego przez wszystkich. I gdy zmora taka opanowała go, Dick siedział długie godziny, walcząc z samym sobą; zimne krople potu pokrywały mu czoło, dłonie zaciskały się konwulsyjnie o poręcz fotelu, dopóki godzina obiadowa, sprowadzając do osamotnionego jego mieszkania posługaczkę z talerzami, nie rozproszyła nareszcie tych gorączkowych widziadeł.
Parę razy mr. Beeton, idąc na targ, zabierał z sobą Heldara. Miało mu to służyć za przechadzkę, a stanowiło istną męczarnię dla nieszczęśliwego. Podczas bowiem, gdy tamten wybierał ryby, targował musztardę lub tapiokę, wielki artysta, którego poetycznej naturze obce i wstrętne były szczegóły podobne, musiał stać na uboczu, i przestępując z nogi na nogę, przysłuchiwać się trywialnym targom lub rozmowom. Gorzej działo się jeszcze, gdy cny restaurator spotkał kogo ze swych znajomych. Gawędzie bowiem i plotkom nie było końca; ślepiec zaś stał znów na uboczu, starając się tylko trzymać spuszczone powieki, aby nikt nie domyślił się niedoli jego i upokorzenia.
Powierzchowność Heldar’a smutnej jednocześnie uległa zmianie. Najpierw zaprzestał się golić, później zaś, później... niewidomi tak jedzą nieporządnie, a sukien jego nikt nie myślał czyścić... Bo i po co? On sam nie mógł tego dojrzeć; a że go żywa dusza nie odwiedzała, zaniedbania więc podobnego nikomu nie przychodziło na myśl skarcić.
Zresztą życie ociemniałego a samotnego człowieka, nie jest przecież pozbawionem przeróżnych rozrywek. Heldar, jako artysta, mógł udawać, że rysuje palcem w powietrzu; mógł przestawiać książki na półce, szykując je wedle wielkości; mógł wyjmować szczypcami zimne węgle z kominka, układać je z boku pod rachunkiem i znów przenosić do kominka; mógł wreszcie rozmawiać z kotem, skoro mu psa zabrali. Ale cóż, natura ludzka jest wymagającą; pomimo takiej rozmaitości zajęć, dzień wydawał mu się niekiedy długim, męcząco, śmiertelnie długim...
Mr. Beeton spostrzegł to nareszcie.
— No — mówił raz, — Bóg ciężkie ci zesłał życie, sir, ciężkie życie!... Co też pan myślisz robić dalej?
— Czy chodzi o opłatę za moje utrzymanie? Wszak złożyłem ją z góry?
— Cóż znowu! Na myśl mi to nawet nie przyszło! Wiem, mr. Heldar, że jesteś uczciwym człowiekiem i nie chciałbyś krzywdzić biedaków. Dlatego też właśnie żal mi pana. Mówiłem nawet do żony, że ktoś w starszym wieku, ktoś średnich lat nawet, mniejby mnie wzruszał, ale taki młody dżentelman!... Nie, to zbyt bolesne...
— A tak — przyznał Ryszard, myśląc o czem innem. Ubolewania te bowiem nie czyniły już na nim żadnego wrażenia.
— I dlatego też — ciągnął mr. Beeton, zabierając się wciąż do wyjścia — przyszło nam na myśl, że możeby głośne czytanie zrobiło ci przyjemność, sir. Mój synek, Alf, przychodziłby wieczorem rozerwać pana trochę wiadomościami z gazet. Prześlicznie czyta, wyjątkowo pięknie jak na dziewięcioletnie dziecko.
— Bardzo będę za przysługę tę wdzięczny, z warunkiem jednak, iż pozwolisz pan, abym chłopcu płacił.
— Nie myśleliśmy wcale o tem; zresztą pozostawiam rzecz tę do twego uznania, mr. Heldar. Co prawda, malec wart nagrody choćby za sam śpiew. Ach, jak on śpiewa!
— I owszem, posłucham chętnie. Niechże więc przyjdzie dziś wieczorem.
Alf nie należał do najrozkoszniejszych dzieci, — papa jednak, dumny z jego świadectw szkolnych i ze śpiewu, zmusił ociemniałego do wysłuchania paru piosenek, nuconych cienkim, dziecinnym głosikiem — i, promieniejący radością, pozostawił chłopca z telegramami zagranicznymi w ręku.
W dziesięć minut później Alf stanął na progu rodzicielskiego mieszkania.
— Powiedział, że ma już tego dosyć, że nie jest w stanie słuchać dłużej — tłómaczył naiwnie.
— Jakto, więc ty dla niego źle jeszcze czytasz? — pytała oburzona mrs. Beeton.
— Ale gdzież tam! — Mówił, że czytam ślicznie, że nigdy w życiu nie słyszał podobnie pięknego czytania i że dlatego właśnie szkoda mego głosu na te głupie gazety.
— Pewnie dowiedział się z nich, że przegrał na giełdzie — wtrącił praktyczny papa Beeton.
— Nie! Polecił czytać o wojnie, taki długi kawał, gęsto zadrukowany, wiersz przy wierszu i trudne nazwiska przytem. Ledwo zacząłem, jak się bili, a on mi dał pół korony i kazał iść precz. Dodał tylko, że jak będzie miał znów co do przeczytania, to mnie zawoła.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze; włóż pół korony do skarbonki, zaraz przy mnie. Szkoda tylko, że cię nie zatrzymał dłużej; byłby może zasmakował w gazetach i częstszy dawał zarobek.
Ograniczony umysł Alfa nie był w stanie zrozumieć, że te czytane przez niego słowa, słowa gorącej, pełnej zapału korespondencyi Torpenhow’a, zbudziły szatana niepokoju w sercu Heldar’a. Czuł on proch w powietrzu, słyszał nie głosik dziecinny, lecz pomruk wielbłądów pod Suakim’em, klątwy biwakujących żołnierzy, widział ogniska ich i dym, ścielący się po bezmiernym obszarze pustyni.
Złudzenie to strasznem było. W nocy też błagał Boga, aby mu raczył pamięć i rozum odebrać. Na dowód, iż godnym był łaski tej najwyższej, przypominał, że przecież nie targnął się dotąd na swe życie, chociaż z łatwościąby mu to przyszło. Modlitwa nie została wysłuchaną; Dick zaś rozumiał dobrze, że jeżeli nie roztrzaskał sobie czaszki dotąd, to nie w imię jakiejkolwiek zasady, lecz po prostu dlatego, iż samobójstwo wydawało mu się w podobnych warunkach tchórzostwem, śmieszną zniewagą, wyrządzoną własnemu charakterowi.
— Ciekawa rzecz, jak to długo potrwa — mówił, zwracając się do kota, który zajął miejsce Binkie’go. — Sto funtów, odebrane z banku przez Torpenhow’a, wystarczy mi na rok życia; ponieważ zaś mam tam jeszcze około trzech tysięcy, przy dzisiejszym więc trybie kapitał ten może mi zapewnić byt na lat trzydzieści. Po upływie ich pozostanie już tylko renta dziedziczna stu dwudziestu funtów, powiększona przez czas ten procentem składanym. Policzmy tylko: od lat dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu mężczyzna jest w kwiecie młodości; w czterdziestym piątym roku zabiera się do polityki; gdy kończy żywot w pięćdziesiątym piątym, mówią, że umarł stosunkowo wcześnie jeszcze. W sześćdziesiątym piątym chyli się ku starości; siedmdziesiąt pięć lat... ba, i to rzecz możliwa. Wielkie piekła! Słuchaj, kocie, więc ja mam żyć pięćdziesiąt lat jeszcze, w wiecznej ciemnicy, odosobnieniu, ślepocie! Więc ty zdechniesz, i Beeton zdechnie, i Torp umrze, i Mais... i wszyscy powymierają, a ja jeden będę się męczył, jak potępieniec, wśród wiecznej, wiecznej nocy, wśród czarnych jej otchłani? Czy wiesz, zbiera mnie litość nad samym sobą, nad własnem osamotnieniem; byłoby mi lżej, gdyby mnie pożałował ktokolwiek. Ale nikt, nikt... Nawet obłęd nie przychodzi, choć ból wciąż głowę rozsadza. Gdyby Torp powrócił, albo... Kto wie, a może jabym mógł do nich pojechać?...
W miejsce kota, który uciekł, znudzony długim monologiem, ukazał się w tej chwili Alf na progu.
— Przynoszę list do pana — objaśnił. — Może chcesz, sir, to ci go przeczytam.
— Pokaż go wpierw.
Głos Heldar’a zadrżał; ręka, wyciągnięta po pismo, trzęsła się nerwowo. Czuł, iż łudzi się nieprawdopodobieństwem, a jednak... gdyby to był list od Maisie... Znał tak dobrze papier, używany przez nią, iż jedno dotknięcie koperty wykazało mu płonność podobnej nadziei. Byłże to zawód? Nie; istnieją rozczarowania, po których sroższe przyjść już nie mogą; istnieją krzywdy, których nic później wynagrodzić nie zdoła...
— Czytaj — polecił ociemniały, a chłopiec, przejęty ważnością zadania, wygłosił według wszelkich reguł szkółki elementarnej:
„Mogłam ci ofiarować miłość, mogłam dać wierność, o jakiej nie marzyłeś nawet. Dla mnie nie istniałoby twe kalectwo, nie pytałabym, jakim jesteś. A jednak odtrąciłeś to wszystko, rzuciłeś skarb taki na cztery wiatry, dla chimery, dla niczego. Jesteś zbyt młody — oto jedyne w oczach mych dla ciebie usprawiedliwienie.“
— Koniec już; niema nic więcej — zapewniał chłopiec, podając papier, który Ryszard bez namysłu w ogień rzucił.
— I cóż było w tym liście? — pytała mrs. Beeton syna.
— Nie wiem. To widać jakaś odezwa, przestrzegająca, aby nie świstać na cztery wiatry, gdy się jest młodym.
— Co to być może? — myślał Dick tymczasem. — Boże święty! czyżby się ludzie znęcali nade mną żartami? Nikomu nic nie zawiniłem i nie znam nawet człowieka, któremuby na drwinach ze mnie mogło zależeć. Miłość i wierność... co za pokusa! Czyżbym je naprawdę stracił z własnej winy?
Na próżno jednak zapuszczał się w przeszłość; nie mógł bowiem uprzytomnić sobie, gdzie i kiedy zasłużył na dar podobny z rąk kobiety.
Pomimo tego, list ów, dotykając jednej z najboleśniejszych stron jego życia, wytrącił go z równowagi na dni parę. Dziś nie tylko już serce zbolałe, lecz dusza i ciało jego zdawały się upadać pod brzemieniem ciemnicy, a zrozpaczone, w braku światła fizycznego, rwały się ku idealnemu, jasnemu punktowi uczucia, który jeden tylko mógłby złamane życie to podtrzymać. Walka zaś, walka ponowna z samym sobą, była tak ciężką, iż czoło jego zimnym oblewała potem, a ręce kurczyła i zaciskała spazmem nerwowym.
Po strasznej utarczce, po buncie podobnym, trwającym dni całe, następowały chwile snu, w których marzył, że widzi napowrót, że jest takim jak inni człowiekiem. Przebudzenie wszakże przywoływało go do rzeczywistości, rozpoczynając na nowo wszystkie przypuszczenia, wszystkie kombinacye, dotyczące Maisie i odrobiny uczucia, jaką mogła mu przecież była okazać.
Na szczęście, mr. Beeton zjawił się wreszcie, proponując zwykłą przechadzkę. Chciał go nawet zaprowadzić do ogrodu, lecz Heldar, pamiętny, jak go nie dawno zostawiono tam na łaskę i niełaskę losu, jak wreszcie litościwy jakiś przechodzień oddał go w opiekę policyanta, a ten odesłał dopiero doróżką do domu, Dick, pamiętny wycierpianego wówczas upokorzenia, oparł się projektowi.
— Chodźmy ulicami, położonemi wzdłuż rzeki — prosił. — Tak lubię słyszeć szum wody.
Doszli właśnie do mostu Blackfriar, gdy nagłe, skręcając ulicą Waterloo, mr. Beeton zawołał:
— O, po tamtej stronie ulicy idzie, jeżeli się nie mylę, ta sama dziewczyna, która przychodziła pozować panu do obrazu. Oho, jużto ja mam sławne oczy! W dziesięć lat poznam każdego! Nazwisk zato nie pamiętam; chyba, że lokator się nie wypłaca, wtedy...
— Zatrzymaj ją pan — prosił Dick, przerywając potok jego wymowy. — Zatrzymaj. Nazywa się Bessie Broke. Powiedz, że chcę się z nią widzieć koniecznie; prędko, prędko!
Mr. Beeton przebiegł ulicę tuż przed dyszlem omnibusu i zawołał na modelkę, która, poznawszy go, miała zamiar uciec na razie. Ręka jednak restauratora spoczęła już na jej ramieniu.
— Czy to panna pozowałaś do obrazu mr. Heldar’owi? — pytał. — Tak, to ty, poznałem cię zaraz. Chodź; czeka on na tamtej stronie ulicy i pragnie pomówić z tobą.
— Po co? — zapytała z niepokojem, w myśli jej bowiem stanęła pewna niegodziwa operacya, dokonana na świeżo ukończonej „Melancholii.“
— Alboż ja wiem? Prosił mnie o to, a że świata bożego nie widzi...
— Spił się tak?
— Gdzież tam, oślepł! Ociemniał zupełnie. O, patrz panna, stoi po tamtej stronie.
Pobiegłszy oczami w kierunku wskazywanym przez Beeton’a, ujrzała przygarbioną postać męską, opartą o poręcz mostu. Długa, zaniedbana broda spadała na spłowiały kolorowy fular, zawiązany na wierzchu brudnego paltota. Człowiek podobny nie był już niebezpiecznym, nie potrzebowała go się lękać — mogła przecież uciec w każdej chwili.
Uspokojona rozumowaniem tem, Bessie zbliżyła się do dawnego malarza, którego rysy wyraz radości rozpromienił. Tak już dawno nie słyszał głosu kobiety, tak dawno żadna nie przemówiła do niego!...
— Dzień dobry, mr. Heldar! — zaczęła Bessie, nie mogąc zapanować nad zdziwieniem, wywołanem zmianą, zaszłą w Ryszardzie.
Mr. Beeton stał z miną ambasadora, który ważnego dokonał dzieła.
— Jak się masz, Bessie! Na Jowisza! cieszę się, że cię widzę, to jest... że cię słyszeć mogę. Niedobra jesteś; dostawszy pieniądze, nie przyszłaś już ani razu zajrzeć do nas. Chociaż, co prawda, nie miałaś do tego powodu. Czy idziesz w tej chwili za pilnym interesem?
— Nie; wyszłam przejść się trochę.
— Jakto, więc znów dawny sposób życia? — zapytał Heldar głosem stłumionym.
— Broń Boże! — w głosie Bessie duma zadrgała. — Złożyłam kaucyę i dostałam miejsce bufetowej, z mieszkaniem i utrzymaniem, w bardzo dobrej bawaryi, gdzie mnie przyzwoicie traktują. Jestem teraz porządną dziewczyną.
Mr. Beeton, widząc, iż zanosi się na dłuższą gawędkę, odwrócił się i bez słówka usprawiedliwienia czmychnął po cichu. Bessie patrzyła na manewr ten z pewnym niepokojem; dopóki jednak Heldar nie mówił o zniszczonym obrazie, dopóty była panią położenia.
— Ciężka to praca uwijać się z kuflami — ciągnęła tymczasem, — tem cięższa, że kupili maszynę, która znaczy sama każdą szklankę piwa, zaczerpniętą w zbiorniku; wieczorem więc nie można przy rachunku pomylić się o jednego pensa. Czy jest w tem sens, żeby ludzie stosowali się do jakiegoś piwomierza?
— Panie Beeton! — zawołał Dick, zwracając się do nieobecnego.
— Oho, uciekł!
— Poszedł! W takim razie będę cię musiał prosić, abyś mię odprowadziła do domu. Wynagrodzę cię, rzecz prosta, za subiekcyę i czas stracony. Wszak wiesz...
Zwrócił po raz pierwszy na nią swe piękne niegdyś, a dziś niewidome oczy.
— Jeżeli nie masz czasu — dodał z wahaniem, — to może poproszę policyanta...
— Ależ nie, odprowadzę pana najchętniej. Jestem na służbie od siódmej do czwartej tylko. Reszta czasu do mnie należy.
Odwrócił się, lecz, popchnięty przez jakiegoś człowieka, zaklął głośno. Bessie ujęła go pod ramię i przez czas jakiś zręcznie a w milczeniu przez tłum się przesuwała.
— Gdzież jest pan Torpenhow? — zapytała wreszcie.
— Pojechał z powrotem na pustynię.
— W którym to kierunku?
Dick wskazał na prawo:
— Ot tam, na wschód od ujścia rzeki, potem na zachód, na południe i znów na wschód, precz za krańcami Europy. Daleko, bardzo daleko.
Słowa te, niewiele objaśniwszy dziewczynę, w zadumę ją jednak wprawiły. Milczała już przez resztę drogi.
— Bessie, napijemy się na twoją cześć herbaty z waflami — zawołał Dick radośnie, znalazłszy się pod dachem. — Nie uwierzysz, jak mnie powrót twój cieszy. Powiedz, dlaczego zniknęłaś wtenczas tak nagle?
— Myślałam, że nie jestem już potrzebna.
— No, tak, wtedy, ale później?... Dobrze, że cię przynajmniej odnalazłem.
Dziewczyna teraz dopiero rozejrzała się po pracowni.
— Cóż tu za nieład! Cóż tu za nieporządek! — wołała. — Ależ oni parę miesięcy nie sprzątali wcale!
— E, nie; dopiero od kilku tygodni nie oczyszczają pokoju. Cóż chcesz, kto tam ma dbać o to?
— Ten, kto za to pieniądze bierze. Przecież im pan płacisz. Złodzieje! Tyle kurzu! Stalugi całe pokryte pyłem.
— Nie używam ich teraz.
— Obrazy, podłoga, nawet ubranie na panu, wszystko brudne. No, rozmówiłabym ja się tu z nimi!
— W takim razie zadzwoń o herbatę — prosił Dick, cofając się instynktownie i szukając rękami zwykłego swego krzesła.
Ruch ten wzruszył dziewczynę, a zarazem dał jej pojąć całą doniosłość przewagi, jaką może pozyskać nad nim.
— Czy dawno pozostawiają tak pana?
— Nie rozumiem.
— W takim stanie opuszczenia?
— Zaniewidziałem tego samego dnia, któregoś ty odeszła; zaraz po ukończeniu obrazu; nie zdążyłem obejrzeć go nawet...
— Powiadam więc panu, iż od tej pory Beeton i jego godna małżonka oszukiwali cię najohydniej.
Kobieta może nienawidzieć mężczyznę, a jeszcze nie pozwoli, aby go w jej oczach wyzyskiwano. Co innego człowiek kochany przez nią; o tego sprawy mniej się troszczy, bo on sam da sobie radę; ów nielubiany jednak skończonym jest idyotą, sumienie więc nakazuje wziąć go w opiekę.
Bessie też uwijała się po pokoju, zaglądając do każdego kącika i kręcąc ze zgorszeniem głową. Ryszard przysłuchiwał się z rozkoszą szelestowi jej sukni; po ciszy gnębiącej, otaczającej go od dawna, stuk koreczków jej głęboką sprawiał mu przyjemność.
— Herbaty i wafli gorących! — zadysponowała krótko, gdy po drugiem dzwonieniu zapytano nareszcie, czego żąda. — Tylko, proszę, nie w tym brudnym imbryku, który podawaliście tu dawniej. Postaraj się o inny, porządniejszy, i zasyp dwie łyżeczki.
Posługaczka odeszła zgorszona, a Dick zaśmiał się z uciechy. Wkrótce jednak uwijanie się Bessie podniosło takie tumany kurzu, iż zaczął kaszlać mimowoli.
— Co ty robisz? — zapytał.
— Próbuję doprowadzić pokój do porządku. Ależ to wygląda jak rudera, nie jak ludzkie mieszkanie. Że też pan pozwoliłeś na takie niegodziwe niedbalstwo!
— Czyż mogę zaradzić czemukolwiek? Nie widzę przecież, co się koło mnie dzieje. I owszem, pościeraj trochę; będę ci wdzięczny.
Bessie okurzała właśnie obrazy z zaciekłym rozmachem, gdy na progu stanęła mrs. Beeton. Dowiedziawszy się od męża, kto jest na górze, i posłyszawszy następnie dyspozycję co do herbaty, przychodziła zepchnąć do właściwego stanowiska tę czelną istotę, która śmiała żądać nieodrutowanego imbryka.
— Czy wafle gotowe? — powitało ją pytanie Bessie, ścierającej ciągle kurz. Dzięki pieniądzom Dick’a, nie była ona już dziś wyrzutkiem społeczeństwa, włóczęgą uliczną. Złożyła kaucyę, pracowała uczciwie na kawałek chleba i ubierała się jak porządna dziewczyna; wzmocniona zaś świadomością trzech tych faktów, nie łatwo dała się onieśmielać.
Stanąwszy też nawprost siebie, obie kobiety mierzyły się czas jakiś oczami. Groty, strzelające z ich spojrzeń, byłyby swego czasu zachwyciły Heldar’a. Położenie zarysowało się jasno od razu; Bessie zwyciężyła. Mrs. Beeton powróciła też szybko do kuchni, aby zrobić owe wafle, piorunując równocześnie na męża za sprowadzanie pod dach jej podejrzanych modelek, pędziwiatrów i t. d.
— Co nam to szkodzi? — tłómaczył. — Alf, czego tu siedzisz? Wynoś się bawić na ulicę! Widzisz, Lizo, nie trzeba się malarzowi sprzeciwiać; dobry, choć do rany przyłóż; po co go więc drażnić drobiazgami i doprowadzać do wybuchu, przy którym spostrzegłby może, żeśmy powynosili mnóstwo drobiazgów z jego pokoju. Ślepemu takie rzeczy niepotrzebne; prawda, ale jednak, gdyby to przyszło przed sądy, mogłaby brzydka być sprawa... Moja wina, że tę dziewczynę zawołałem; lecz cóż chcesz... żal mi go: wiesz, że jestem uczuciowym człowiekiem.
— Zbyt uczuciowym! — mruknęła godna połowica, wyrzucając odgrzane wafle na talerz, a myśląc równocześnie o kilku przystojnych posługaczkach, które zmuszoną była oddalić ze względu na za wielką „uczuciowość“ swego męża.
— Co nam do tego, jak on się zabawia, byle płacił regularnie a dobrze — ciągnął cny mr. Beeton. — Ja potrafię postępować z młodymi dżentelmenami, ty umiesz smacznie dla nich gotować i nieźle nam się z tem dzieje. O resztę nie dbajmy. Zanieś teraz, Lizo, herbatę i, proszę cię, nie zaczynaj mi żadnych historyi z dziewczyną. Życie tego biedaka i tak jest dosyć smutne, a przytem klnie, jak licho jakie, gdy się rozzłości.
— No, imbryk choć trochę porządniejszy — przyznała Bessie, zasiadając do herbaty. — Dziękuję, mrs. Beeton; nie potrzebuje pani czekać dłużej.
— Nie miałam wcale podobnego zamiaru — brzmiała szorstka odpowiedź.
Bessie nie rzuciła ani słowa. Wiedziała, iż prawdziwe panie pokonują często wrogów milczeniem; gdy zaś pozyskało się stanowisko bufetowej w pierwszorzędnej piwiarni, łatwo już przedzierzgnąć się w ciągu kilku minut w skórę wielkiej damy.
Przejęta ważnością nowego tego stanowiska, spojrzała na siedzącego naprzeciw Heldar’a i nagle bardzo niemiłego doznała wrażenia. Surdut jego był brudny, zakurzony, tłustemi plamami pokryty. Czoło w głębokie poorało się brózdy, usta zwisały niechętnie pod długim wąsem; w brodzie i na skroniach, wśród włosów źle utrzymanych, zwichrzonych, siwe przebłyskiwały promienie. Położenie człowieka, młodego i pięknego przed kilku jeszcze miesiącami, wzruszyło ją na razie, a później tryumfem przejęło. Oto ten, który szydził z niej zawsze i poniewierał nią wzgardliwie, złamany dziś, zgnębiony, zdeptany, był w mocy jej nieledwie.
— Och! — mówił Heldar tymczasem — gdybyś ty wiedziała, jak mi przyjemnie czuć koło siebie żywą istotę! Bessie, mów co do mnie, opowiadaj mi o twych zajęciach, o powodzeniu, jakiego doznajesz pewno w bawaryi.
— Mniejsza o mnie; zerwałam z dawnem życiem, to dosyć. Powiedz mi pan lepiej, dlaczego tak nagle wzrok utraciłeś i czemu nikt z twojej rodziny nie weźmie cię w opiekę?
Szorstki ton jej głosu nie raził już Heldar’a; wystarczało mu, że może mówić z kimkolwiek.
— Zaniewidziałem wskutek rany, otrzymanej w głowę. Co zaś do opieki, ba! któżby tam dbał o mnie? Zresztą mr. Beeton zupełnie mi wystarcza.
— Przecież, będąc zdrowym, musiałeś pan mieć rozmaitych znajomych, przyjaciół?
— Wolę ich nie widzieć.
— I dlatego zapewne zapuściłeś brodę? Każ się pan ogolić, bo ci z nią nie do twarzy.
— Wielkie nieba! Sądzisz więc, mała, że mnie takie drobiazgi obchodzą?
— Powinieneś pan dbać o siebie. Proszę zrzucić ten zarost szkaradny, zanim tu przyjdę drugi raz. Wszak mogę powrócić, nieprawdaż?
— Będę ci serdecznie wdzięczny, Bessie; wiem, że dokuczałem ci nieraz dawniej, że cię gniewałem rozmyślnie.
— Doprowadzałeś mię pan do ostatniej złości.
— Żałuję dziś tego i przepraszam cię. Jeżeli masz trochę serca, przychodź do mnie częściej. Jestem osamotniony na świecie; Bóg jeden widzi, jak bardzo osamotniony! Prócz ciebie i Beeton’a, żywa dusza nie przestąpiła jeszcze tych progów.
— O, ten Beeton szczególniej i jego żona wiele sobie z panem zadają kłopotu. Znać to na każdym kroku. Obdzierają cię, nic w zamian nie robiąc; dosyć rzucić tu okiem, aby odgadnąć, jak rzeczy stoją. Dobrze więc, powrócę, będę nawet często przychodzić, ale każ się pan ogolić i przebrać w inne rzeczy. Nie podobna patrzeć na ciebie w tym surducie.
— I owszem, mam przecież kilka garniturów.
— Wiem o tem. Powiedz pan Beeton’owi, aby ci wydostał nowe ubranie; już ja potrafię utrzymać je w porządku. Można być ślepym jak kret, a przecież nie potrzeba wyglądać na włóczęgę.
— Więc ja wyglądam jak włóczęga?
— Och, zrobiłam przykrość panu! Przepraszam!
I współczuciem kierowana pochwyciła serdecznie obie jego ręce. Była to pierwsza kobieta, która cieplejszem przemówiła słowem, która zajmowała się jego niedolą. Dick wzruszony pochylił się, chcąc ją pocałować, dziewczyna jednak powstała natychmiast.
— Trzeba się wpierw przebrać i wyglądać przyzwoicie, a potem dopiero myśleć o czułościach — rzuciła. — Ogolenie się i świeże suknie to nic strasznego.
Słyszał, jak naciągała rękawiczki, lecz, onieśmielony, nie próbował odezwać się nawet. Bessie zaszła tymczasem na palcach za jego fotel i nagle pocałowała go serdecznie w szyję, poczem, szybka jak strzała, uciekła z takim samym pośpiechem z pokoju, jak wówczas, po zniszczeniu „Melancholii.“
— No — myślała, biegnąc po schodach, — czy też mr. Heldar przypuszczał kiedy, że mu moje pocałunki zdołają sprawić przyjemność? Phi, jak się ogoli i ubierze, będzie jeszcze przystojny człowiek... Ależ ten łotr Beeton go urządził! Jestem pewna, że pokradł wszystko, że chodzi nawet w jego bieliźnie. Już ja to doprowadzę do porządku; trzeba tylko wpierw sprawdzić, na ile Heldar’a liczyć można... Kto wie, czyby to nie okazało się zyskowniejsze nad bawaryę? Zostałabym wielką panią, nie potrzebowałabym nic robić, a przytem w innej dzielnicy ktoby tam wiedział! Myśleliby, że jestem jego żoną...
Dick nie był jej wdzięcznym wcale za ów pożegnalny pocałunek. Palił on go i piekł przez noc całą, lecz przez noc całą również filtrował w żyły jego przekonanie, iż brzytwa i nowy garnitur są nieodzowną w życiu koniecznością. Zgodziwszy się raz na to, inaczej już nazajutrz wyglądał. Wyświeżony, czysty, podniósł nawet do góry głowę, rozpacznie dotąd na piersi opuszczoną, i poczuł, iż życie nie przestało go zajmować. A całego cudu dokonał pocałunek kobiety, dokonał zaś dlatego jedynie, iż w innych warunkach mogła go złożyć Maisie, że utrwaliłaby go później pieszczot tysiącem...
— Zastanówmy się tylko — tłómaczył sobie po śniadaniu: — dziewczyna ta przecież nie dba o mnie, kierowała nią jedynie chęć zysku, żądza pieniędzy, tak, pieniędzy... A zatem, skoro opieka i towarzystwo są do sprzedania, zapłacę, ile zechce, i kupię je sobie. Nie mam nikogo na świecie, ktoby się zatroszczył o mnie; jeżeli więc ten wytwór ulicy i rynsztoka podejmie się w zamian za złoto nie opuszczać mnie wśród ciemni i samotności, niech bierze złoto; nie pożałuję jej pewno sukien, ani świecidełek, byle w zamian siedziała tu i mówiła do mnie, bylem czuł żywą duszę obok siebie.
I pocierając świeżo ogolony podbródek, niepokoił się już tylko myślą, że może Bessie nie wróci.
— Maisie, zobaczywszy mnie raz, nie pokazała się przecież więcej. No, ale Maisie miała racyę; praca pochłaniała ją, sława była ideałem, ku któremu dążyła zawsze. Tymczasem ta... cóż ją w życiu zajmuje, prócz kufli od piwa? Chyba, że znalazła sobie jakiego adonisa. Tfu! być oszukiwanym dla posługacza z szynku. Jakże ja nizko spadłem!...
Głos wewnętrzny szeptał mu równocześnie:
— Strzeż się! Sprawa ta dobije cię, przyniesie ci więcej bólu, niż wszystkie poprzednie. Dziewczyna będzie ci wspomnieniem tego, co być mogło, a nigdy się nie stanie, złudzeniem, zmorą, męką Tantala. Ona cię do obłędu doprowadzi.
— Wiem i czuję to — wolał, zaciskając pięści. — Czy jednak biedny ślepiec ma nic już nie wymagać od życia? Czy jedzenie trzy razy na dzień i brudny surdut to jedyne rzeczy, dla niego dostępne? Och, niechby przyszła prędzej!
I przyszła w południe. Spełniła jego życzenie, bo nie miała na razie nikogo innego, bo pociągała ją nadzieja dużych zysków materyalnych.
— O, nie poznałabym pana! — zawołała z wyraźną w głosie pochwałą. — Wyglądasz znów na wytwornego i dbającego o siebie dżentelmana.
— Może więc zmiana ta przyniesie mi nowy pocałunek? — zapytał, rumieniąc się nieco.
— Kto wie... byle nie w tej chwili. Teraz zastanówmy się lepiej, w czem panu użyteczną być mogę. Ten Beeton wyzyskuje cię niecnie. Jestem pewna, że odkąd nikt rachunków jego nie przegląda, musi je podwójną kredką podawać. Nieprawdaż?
— Zapewne. Najlepiejby też było, gdybyś zechciała pozostać tutaj i prowadzić dom dla mnie.
— Tu? W tem mieszkaniu? Za nic na świecie! Pan wiesz sam, że zbyt dobrze nas tu znają.
— Moglibyśmy przeprowadzić się gdzieindziej. To już od ciebie zależy; zdecyduj się tylko.
— I owszem; co do opieki, nic nie mam przeciwko temu. Bardzo chętnie zajęłabym się panem; pracować jednak na nas oboje to trochę ciężko.
Pokusa zbyt silną była, przymówka zbyt wyraźną.
— Wszak wiesz, gdzie chowałem książeczki bankowe? Podaj je więc i rozpatrz sama.
— Czy są, jak zawsze, pod pudełkiem z tytuniem? Ach!
— Co się stało?
— Och! Cztery tysiące dwieście dziesięć funtów szterlingów, dziewięć szylingów i jeden pens! Boże święty!
— Mogę ci tego pensa podarować. Wszak dosyć będzie za rok pracy? Zresztą, niech tam! dodam ci jeszcze do niego sto dwadzieścia funtów stałej pensyi. Czy cię to zadowolni?
Piękne suknie, pozory wielkiej pani i prawo do próżniactwa z chimery zamieniały się nagle w rzeczywistość. Bessie potrzebowała tylko wyciągnąć po nie rękę. Wpierw jednak chciała dać dowód, iż troskliwością swą i gospodarnością zasłuży na względy podobne.
— Pamiętaj pan jednak — podsunęła, — iż musiałbyś się przeprowadzić. Pociągnie to kłopot za sobą. Gdyby bowiem przyszło do przenoszenia rzeczy, przekonalibyśmy się, jak sądzę, że ich tu wiele braknie. Beeton pokradł masę drobnostek, pokoje bowiem były dawniej więcej zapełnione, niż dzisiaj.
— Mniejsza o nie; kiedy wziął, niechże je trzyma. Jedyny przedmiot, który zabrać stąd pragnę i do którego nadzwyczajną przywiązuję wartość, to ów obraz, przy pomocy twej malowany. Pamiętasz, jak to, pozując do niego, złościłaś się nieraz na mnie? Aby ci chwil tych nie przypominać, gotów jestem wyprowadzić się, gdzie tylko zechcesz. Obraz jednak zabierzemy z sobą.
— O, dobrze! — wyjąkała zmieszana.
— Ukryjemy się przed światem, skoro przed samym sobą ukryć się nie mogę. Ładnych sukien też ci nie pożałuję; a że je lubisz, więc pocałuj mię w zamian. Bogi święte! żebyś ty, Bess, wiedziała, jak to miło po tylu tygodniach samotności poczuć pieszczotę kobiety!
Przyjemność tę jednak zatruła myśl, której obawiał się tak bardzo. Bo gdyby to ramiona jego obejmowały kibić Maisie, gdyby ją ośmielił się pocałować w ten sposób, gdyby mu ona pieszczotą za pieszczotę odpłaciła, gdyby...
Przycisnął mocniej dziewczynę, aby nie krzyknąć z bólu, jaki go smagał w tej chwili; ona zaś, sądząc, iż uścisk ten jest dowodem afektu, rozmyślała, czy nie najlepiej przyznać się do zniszczenia „Melancholii.“ Skoro tak pragnął ciągłej jej obecności, równie więc drobny wypadek mógł go co najwyżej rozgniewać trochę. Zresztą, co za sposobność do pokazania mu swej przewagi; niech jej się lęka nawet; stosunek taki bardzo dobrze wpływa na dalsze wspólne pożycie.
Wysunęła się z jego ramion i zaśmiała nerwowo.
— Phi, ja na pańskiem miejscu nie tak bardzo troszczyłabym się o ten obraz.
— Dobrze, żeś przypomniała; poszukaj go zaraz, moja Bess. Znajdziesz łatwo, bo znasz przecież płótno to doskonale.
— Znam, ale...
— Ale co? Sądzę, żeś dosyć sprytna, aby je zawieźć do handlarza, zajmującego się temi rzeczami, i sprzedać według moich wskazówek. Kobieta umie nawet lepiej targować się, niż my, mężczyźni. Z obrazu tego powinniśmy otrzymać na... na nowe nasze gospodarstwo od ośmiuset do dziewięciuset funtów. Mogłem go już zbyć dawno; najwpierw jednak nie chciałem sprowadzać tu nikogo, powtóre zaś trudno mi było rozstać się z pracą, która pochłonęła część mego życia. Dziś jednakże, gdy trzeba myśleć o przeprowadzce i urządzeniu się, pieniądze te bardzo w porę przyjdą. Wszak prawda, Bess?
W miarę słów Heldara zaczęła dopiero pojmować doniosłość swego czynu, zaczęła żałować go głęboko; znała przecież wartość pieniędzy. Nie, to nie podobna! ociemniały musiał pracę swą przeceniać. Mężczyźni zwykli miewać niedorzecznie wysokie wyobrażenie o własnej robocie; rzecz to przecież wiadoma. Przybrała więc minę pokojówki, która przyznaje się dobrowolnie do stłuczenia twej fajki.
— Ha, trudno; powiem prawdę. Widzi pan, taka byłam wtedy zła, że mr. Torpenhow odjechał...
— Co prawda, miałaś trochę racyi gniewać się na mnie...
— No, więc też... I tak pewno mr. Torpenhow powiedział panu?
— Co miał powiedzieć? Bogi święte! zamiast się jąkać, chodź lepiej i pocałuj mię raz jeszcze.
Sprawdzał nie po raz pierwszy, dzięki własnemu doświadczeniu, że pocałunek jest trucizną, która nienasycone budzi pragnienie. Im więcej jej dostaniesz, tem częściej trzeba później dawkę powtarzać. Bessie jednak nie kazała się prosić tym razem; uściskała go, szepcząc równocześnie prawie:
— Nie gniewaj się, ale tak byłam zła wtenczas, że obraz ów cały zatarłam ścierką i terpentyną.
— Co? coś ty powiedziała?
Palce jego chwyciły dłoń dziewczyny z mocą kleszczy żelaznych.
— Wyskrobałam wszystko nożem i zatarłam terpentyną. Cóż?... myślałam, że namalujesz napowrót, i koniec. Pewno i tak naprawił pan przed oślepnięciem? Och, proszę puścić rękę, bo mnie boli!
— Czy nic nie zostało z obrazu?
— Jakto nic? Przecież jest płótno. A, pan się pyta o malowanie? Wszystko wyskrobałam, ot tak, przez figle. Co? chcesz mnie uderzyć?
— Bić cię? Nie; po co?
I nie puszczając dłoni jej z żelaznego uścisku, stał, jakby pod wrażeniem doznanego ciosu, z oczami w ziemię utkwionemi. Przez tyle tygodni starał się nie myśleć o „Melancholii,“ usiłował zapomnieć, iż stanowiła ona część przeszłości, na zawsze dla niego zamarłej. Z powrotem jednak Bessie, z nowymi projektami życia, obraz ów ukochany wyłonił się nagle z ciemności i w żywszych tylko barwach stanął napowrót przed nim. Wszak dzięki jemu mógł zakosztować raz jeszcze upojenia sławy i tryumfu, mógł zdobyć garść pieniędzy, którymi przykułby do siebie dziewczynę tę, by w towarzystwie jej zapomnieć snadniej o Maisie. Tymczasem szaleństwo występnej posługaczki niszczyło wszystko od razu, niweczyło nawet nadzieję, by obecność potwora tego była mu kiedy ulgą i rozrywką.
Najstraszniejszym szczegółem zbrodni, przez Bessie popełnionej, wydała mu się świadomość śmieszności, jaką się okrył w oczach Maisie. Kobieta przebaczy mężczyźnie zniszczenie pracy całego swego życia, jeżeli on w zamian miłość jej swą przyniesie. Mężczyzna łatwiej daruje złamanie miłości, życie całe trwającej, niż zniweczenie dzieła rąk swych lub umysłu.
Dick Heldar zaśmiał się z cicha.
— Bessie — mówił, — sprawa ta jest przestrogą, z nieba mi zesłaną, a zarazem słuszną karą z góry za to, co uczynić chciałem. Na Jowisza! teraz rozumiem, dlaczego Maisie uciekła wtedy! Trudno jej się dziwić, że wzięła mnie za obłąkanego. Więc cały obraz zniszczyłaś, zatarłaś? I powiedz mi, co cię popchnęło do tego?
— Byłam zła; ale teraz... teraz już gniew mój minął i nawet dziś żal mi szczerze...
— Ha, ciekawa rzecz! Chociaż moja to tylko wina...
— Że co?
— Że taki kawał błota, jak ty, mógł wpłynąć na bieg mego losu, na kierunek życia.
Mówił do siebie poniekąd. Bessie jednak, obrażona, spróbowała wyrwać rękę z więżących ją kleszczy.
— Nie masz pan prawa nazywać mię kawałem błota! Zniszczyłam obraz przez nienawiść dla ciebie; jeżeli też żałuję dziś mego czynu, to dlatego jedynie, że jesteś, że jesteś...
— Ślepy; wiem o tem. Mów śmiało, niema jak poczucie taktu w drobnych rzeczach.
Bessie zaczęła płakać. Nie podobał jej się żelazny uścisk jego dłoni; gniewało ją, że zemstą swą śmiech tylko wywołała; przerażał wreszcie wyraz twarzy ociemniałego.
— Otrzyj łzy — mówił, ujmując ją napowrót w ramiona. — Zrobiłaś, co ci się słusznem wydawało.
— To niech pan nie mówi, że jestem kawał błota, niech się pan nie gniewa.
— Ależ ja się wcale nie gniewam; przeciwnie, pozwól mi tylko myśli zebrać.
Bessie przytuliła się do niego, a ruch ten, przywodząc mu na myśl Maisie, zabolał go tak, jak boli rozpalone żelazo, przyłożone do rany niezagojonej.
Nie wolno mężczyźnie łączyć się bezkarnie z obcą i obojętną sobie kobietą. Okrutne wrażenie związków takich znają ci wszyscy, którzy w ramionach żon swych rozpamiętują jedyną a prawdziwą miłość całego życia. Odrzuciwszy ją niegdyś lekkomyślnie, lub odtrąceni przez nią, zachowują na zawsze wspomnienie, które później, w chwilach pozornego upojenia nawet, srogą staje się katuszą.
Myśli te utrwalały się z siłą najwyższego argumentu w duszy Heldar’a.
— Chociaż ty tego nie rozumiesz, Bess — mówił, podnosząc głowę, — Bóg jednak strasznym lecz sprawiedliwym jest sędzią, sędzią, który przemawiając do nas, nie gardzi bronią satyry. Zostałem słusznie ukarany; dobrze mi tak, bardzo dobrze! Torp jeden zdołałby mię zrozumieć; ale, prawda, wszak jago wybawiłem z rąk twoich. Niechżeż to zostanie policzone na moją korzyść tam, w górze.
— Puść mię pan! — wołała Bess z gniewem. — Puść mię!
— Poczekaj i na to przyjdzie kolej; wpierw jednak powiedz mi, czy chodziłaś kiedy do szkółki niedzielnej?
— Nie chodziłam. Puść mię, powtarzam. Nic chcę, abyś się naśmiewał ze mnie.
— Cóż za myśl! Szydzę z siebie samego tylko. Więc nie byłaś w szkółce? Nie znasz zatem słów: „Wybawiał innych, siebie jednak nie mógł ocalić,“ a mnie to właśnie przyszło na myśl wraz ze wspomnieniem Torpenhow’a.
Oswobodził rękę jej, lecz równocześnie tak zagradzał drzwi, że uciec nie mogła.
— No, patrzcie państwo! — ciągnął — ile to jedna marna istota zdoła złego narobić!
— Żałuję, bardzo żałuję, żem obraz zepsuła.
— A ja wcale nie żałuję. Wdzięczny ci nawet jestem. Powiedz tylko, o czem mówiliśmy przedtem?
— O przeprowadzeniu się i... i o pieniądzach. Mieliśmy mieszkać razem, ja i pan.
— Prawda. Dobrze, przeprowadzimy się, to jest ja sam zmienię lokal.
— A cóż ze mną się stanie?
— Dostaniesz jednorazowo pięćdziesiąt funtów za to, że obraz zepsułaś.
— Jakto?... więc... więc pan nie chce?...
— Nie, moja droga, to już skończyło się. Pomyśl... zyskałaś i tak sporą sumkę, za którą będziesz miała kilka ładnych sukien.
— Mówiłeś przecież, że sobie beze mnie nie dasz rady.
— Tak, to było przedtem, ale teraz lepiej się już czuję. Dziękuję ci za troskliwość. Daj mi kapelusz.
— A jeżeli nie zechcę?
— To Beeton poda, a ty stracisz pięćdziesiąt funtów. Oto wszystko. Przynieś lepiej.
Bessie zaklęła z wściekłości. Litowała się nad tym człowiekiem szczerze, całowała go szczerzej jeszcze, bo był nawet przystojny, a najszczerzej pragnęła się zająć nim i jego czterema tysiącami funtów, które ktoś przecież wydać będzie musiał. I naraz, przez zbytnią babską gadatliwość, straciła wszystko: pieniądze, ładne suknie, stanowisko nawet, bo branoby ją prawie za prawdziwą lady.
— Zapal mi fajkę. Straciłem gust do tytuniu, ale to nic; spróbuję palić dla zebrania myśli. Co za dzień mamy dzisiaj, Bessie?
— Wtorek.
— A w czwartek odchodzą statki. Jaki ja byłem dotąd osieł, jaki osieł! Dwadzieścia dwa funty za przejazd, dziesięć na nadzwyczajne wydatki; staniemy u pani Binat, po starej znajomości. Więc trzydzieści dwa funty i sto na koszta pobytu. To się Torp zdumi, zobaczywszy mnie nagle!...
— Czego ty płaczesz, Bess? Przecież to nie twoja wina. Otrzyj lepiej oczy, głupiutkie stworzenie, i chodź ze mną na miasto. Zabierzemy książeczki bankowe z sobą. Czekaj chwilę. Cztery tysiące funtów, umieszczone na cztery procent, bo to najbezpieczniej, przyniesie 160 rocznie; gdy dodam 120 dawnej mojej renty, otrzymamy 280 funtów. Ależ to zapewni jednej kobiecie zbytkowne nawet życie. Bess, idziemy do banku!
Podniósłszy stamtąd dwieście dziesięć funtów w gotówce i schowawszy je starannie, Heldar wydał zdumionej Bessie polecenie, aby go prowadziła do biura zaatlantyckiej komunikacyi.
— Proszę o jeden bilet pierwszej klasy i o kajutę, położoną w pobliżu bagaży — rozkazał krótko. — Jaki okręt odchodzi najwpierw?
— Colgong — brzmiała odpowiedź.
— Dziękuję. Racz pan zmienić pieniądze i doliczyć mi resztę, ot tu, na rękę, gdyż oczy niedopisują mi trochę.
Znalazłszy się w swem mieszkaniu, Dick dotknął z zadowoleniem przyniesionych pieniędzy.
— Teraz — mówił — nie dosięgnie mnie już złość człowieka, szatana, lub, co wiele więcej znaczy... złość kobiety. Mam jeszcze trzy rzeczy do załatwienia, ale w tych nie potrzebuję twej pomocy. Przyjdź więc, Bessie, w czwartek dopiero; odprowadzisz mnie od razu na stacyę.
— I co pan masz zamiar zrobić?
— Wyjechać przedewszystkiem. A po cóż zostałbym tu dłużej?
— Nie dasz sobie przecież sam rady.
— O, i owszem; najtrudniej tylko raz zacząć. Dziś widzę, że wszystko potrafię. Odwaga ta zasługuje na nowego całusa z twej strony, Bess. Nie chcesz? Masz racyę. Przyjdź więc pojutrze po obiecane ci pieniądze.
— Może pan mię zwodzi tylko?
— Ha, zobaczysz. Tymczasem, schodząc, przyślij tu Beeton’a.
— Ile są warte moje sprzęty, zawarte w tych pokojach? — zapytał, gdy właściciel chambres garnies stanął na progu.
— Ocenianie ich nie do mnie należy. — Są tu rzeczy ładne, są inne mocno zniszczone.
— Ubezpieczyłem je na dwieście siedmdziesiąt funtów.
— Polisa asekuracyjna niczego nie dowodzi; chociaż nie przeczę...
— Bodajś przepadł z długiemi omówieniami. Rzeczy te musiały być niezłe, skoroś ich tyle pokryjomu nawynosił. Widzisz, że wiem o wszystkiem. A teraz krótko: Ile dajesz za resztę?
— Pięćdziesiąt — rzucił mr. Beeton bez wahania.
— Podwój sumę, albo spalę i połamię wszystko, co do mnie należy, a tu się znajduje.
Podszedł do etażerki, mieszczącej cały stos albumów, i silnem szarpnięciem wyłamał podtrzymujący ją mahoniowy słupek.
— Panie, to grzech! — zawołał przerażony gospodarz.
— Moja własność... wolno mi zniszczyć. A więc sto funtów, albo...
— Dam już sto. Sama naprawa tego słupka będzie mnie kosztowała ze trzy szylingi.
— A! zgadzasz się więc!... Jakżeż ohydnym musisz być oszustem, skoro mogłeś zdwoić cenę od razu!
— Sądzę, iż lokatorzy nie mogą się uskarżać na mnie; pan zaś mniej masz do tego prawa od innych.
— Jutro wypłacisz mi pieniądze, a zarazem dopatrzysz, mr. Beeton, aby osobiste me rzeczy zostały spakowane do walizy. Wyjeżdżam w tych dniach.
— Przepraszam! Mieszkanie nie zostało wymówione na kwartał z góry.
— A więc za kwartał zapłacę. A teraz racz mnie zostawić w spokoju. Nie, wpierw jeszcze przynieś mi, panie Beeton, pióro i arkusz papieru.
Pisanie dla ociemniałego nie jest rzeczą łatwą, szczególniej gdy chce on — jak Dick w tej chwili — skreślić dokument czytelny i wyraźny. Posuwał więc dłoń ruchem niepewnym, kierując rękę prawą według wskazówek lewej:
„Niejasność i zmieniony charakter mego pisma wynikają w niniejszej ostatniej mej woli z tego jedynie powodu, że, jako ociemniały, nie widzę liter i nie mogę prawidłowo piórem kierować.“
— No — rozumował, — tego nie przekręci żaden adwokat. Sądzę, iż wystarcza stwierdzić powyższe zastrzeżenie własnem nazwiskiem; świadkowie byliby tu zbyteczni.
I odmierzywszy palcem przestrzeń jednej linii, pisał poniżej:
„Ostatnia moja wola czyli testament. Ja, Ryszard Heldar, zdrów na ciele i umyśle, czynię wiadomem, że: 1. Żadnych rozporządzeń majątkowych przedtem nie robiłem. 2....“
— Cóż za przeklęte pióro! — przerwał sobie i, zaniepokojony oderwaniem go, ciągnął: — Gdzie ja, u licha, byłem? Chyba na tem miejscu: „2. Wszystko, co posiadam na świecie, włączając w to cztery tysiące funtów i dwa tysiące siedmset dwadzieścia ośm funtów, złożonych...“ Nie, czuję, że jeden wiersz wchodzi na drugi! — zawołał rozpacznie, i podarłszy arkusz, zaczął pisać z wszelkiemi ostrożnościami na drugim; doszedłszy zaś do tego samego punktu, dodał:
„Wszystko, co posiadam na świecie, przekazuję na wyłączną własność...“
Tu następowało nazwisko Maisie i jej adres, oraz wymienienie obu banków, w których zdeponował swe pieniądze.
— Może nie jest to po formie, ale przecież nikt nie będzie miał racyi woli mej się sprzeciwiać. Panie Beeton, znasz mój podpis, proszę więc, zechciej własnoręczność jego poświadczyć. Dziękuję. Wszak raczysz pan pójść jutro ze mną i pomódz mi do złożenia dokumentu tego w ręce właściwej władzy? A teraz każ, proszę cię, rozpalić ogień w piecu i podawać mi nagromadzone tu teki, rysunki, listy, notatniki...
Gdy płomień pochłonął wszystko, Dick zrewidował własnemi rękami ściany i szuflady.
— Nic nie zostało! — mruknął Beeton — piec aż czerwony.
— Doskonale! Straciłeś szkiców za tysiąc funtów co najmniej. Ho, ho! więcej niż za tysiąc! Pamiętam przecież, co tam było.
— Zapewne — przyznał mr. Beeton, aby go nie drażnić, był bowiem przekonany w tej chwili, iż Heldar dostał łagodnego obłędu. Czyżby inaczej pozbywał się mebli za byle co, skoro miały one większą wartość od tych wszystkich płócien, dla których strych najodpowiedniejszem będzie schowaniem? Pozostawało więc tylko złożyć testament w miejscu bezpiecznem. Postanowiwszy zrobić to nazajutrz, Ryszard obszukał raz jeszcze ściany i biurko, a przekonany, iż po przeszłem jego życiu żaden ślad nie został, usiadł przed żelaznym piecykiem, nasłuchując wśród ciszy nocnej syku płomienia, który pochłaniał całą dotychczasową jego działalność, całe istnienie nieomal.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Natalia Korwin-Szymanowska.