Przebudzenie się wiosny/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frank Wedekind
Tytuł Przebudzenie się wiosny
Podtytuł tragedja dziecięca
Data wydania 1907
Wydawnictwo Drukarnia H. Oberfelda
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Frühlings Erwachen
Podtytuł oryginalny eine Kindertragödie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Akt III.


SCENA PIERWSZA.


(Sala sesjonalna. Na ścianach portrety Pestalozzi’ego i J. J. Rousseau’a. Dokoła zielonego stołu, nad którym pali się kilka gazowych płomieni, siedzą profesorowie: Affenszmalc, Knypeldyk, Hungergurt, Knochenbruch, Zungenszlag i Fliegentod. Na pierwszem miejscu, na podwyższeniu, siedzi rektor Zonenstich. Pedel Habebald na małym stoliku przy drzwiach).


ZONENSTICH.

Czy który z panów miałby jeszcze coś do nadmienienia? — — Panowie, jesteśmy zmuszeni wnieść do ministerjum oświaty prośbę o relegowanie naszego występnego ucznia a to z następujących najpoważniejszych powodów. Po pierwsze, jesteśmy zmuszeni zrobić to, jako ofiarę za nieszczęście, które się niedawno przytrafiło. Po drugie, aby zakład nasz na przyszłość od podobnych wypadków uchronić. Po trzecie, trzeba ukarać naszego występnego ucznia za wpływ demoralizujący, jaki na swych kolegów wywiera i wpływ ten raz na zawsze usunąć. Wreszcie z powodu najważniejszego, że musimy nasz zakład zabezpieczyć przed epidemją samobójstw, która obecnie wybuchnęła w kilku gimnazjach i do dziś opiera się wszelkim usiłowaniom, aby jej kres położyć.

KNYPELDYK.

Nie mogę się powstrzymać od wyrażenia przekonania, że najwyższy już czas otworzyć okno.

ZUNGENSZLAG.

Pa... panuje tu a... a...tmosfera jak w podziemnych kata... katakumbach, jak w salach a... aktowych świętej pamięci Weclarskiej i... i... i..zby są... są... są... sądowej.

ZONENSTICH.
Habebald!
HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Otworzyć okno! Mamy Bogu dzięki dość powietrza na dworze. — Czy który z panów ma jeszcze co do nadmienienia?

FLIEGENTOD.

Jeśli szanowni koledzy chcą otworzyć okno, nie mogę mieć nic przeciwko temu, ale chciałbym prosić, aby je otworzono nie wprost za memi plecami.

ZONENSTICH.

Habebald!

HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Otworzyć drugie okno! — — Czy który z panów ma jeszcze co do nadmienienia?

HUNGERGURT.
Nie mając zamiaru stawać tu w sprzeczności, chciałbym przypomnieć fakt, że drugie okno od jesieni jest już zamurowane.
ZONENSTICH.

Habebald!

HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Zostaw to drugie okno. — Panowie, widzę się zmuszonym poddać wniosek pod głosowanie. Wzywam panów, będących za otwarciem okna, aby ze swych miejsc powstali. (Liczy) — Raz, dwa, trzy. — Raz, dwa, trzy. — Habebald!

HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Zostaw i to okno zamkniętem! — Ja z mej strony uważam, że powietrze nie pozostawia tu nic do życzenia! — — Czy który z panów miałby jeszcze co do nadmienienia. — — Panowie! — W razie, gdybyśmy wniosku o relegację naszego występnego ucznia do ministerjum nie wnieśli, ministerjum oświaty uczyni nas odpowiedzialnymi za nieszczęście, które się wydarzyło. Gimnazja, nawiedzone przez epidemję samobójczą, o ile liczba ofiar dosięgła 25 procent, zostały przez ministerjum oświaty zasuspendowane. Obowiązkiem naszym, jako stróżów i opiekunów naszego zakładu jest uchronić go od takiego ciosu. Głęboko jesteśmy zasmuceni, panowie, że zalet bezspornych naszego ucznia nie możemy uważać za okoliczność łagodzącą. Pobłażliwe postępowanie, któreby się dało usprawiedliwić względem naszego występnego ucznia, nie dałoby się usprawiedliwić względem naszego zakładu, którego byt w fatalny sposób zostałby zagrożonym. Jesteśmy zmuszeni osądzić winowajcę, aby nas niewinnie nie osądzono. — Habebald!

HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Wprowadzić go!

(Habebald odchodzi).


ZUNGENSZLAG.
Wobec tego, że po... po... po...wietrze w sferach miarodajnych uważane jest za nie pozostawiające nic do życzenia, stawiam wniosek, aby podczas le... letnich wakacji jeszcze i drugie okno zamu... mu... mu... mu... mu... mu... rować.
FLIEGENTOD.

Jeżeli naszemu kochanemu koledze Zungenszlagowi lokal nasz wydaje się zamało wentylowanym, wnoszę projekt, aby naszemu kochanemu koledze Zungenszlagowi umieścić w głowie wentylator.

ZUNGENSZLAG.

Te... te... go już za wiele. Gru... grubijaństw nie będę znosił. — Jestem jeszcze przy zdro... zdro... zdrowych zmysłach!..

ZONENSTICH.

Zmuszony jestem prosić kolegów Fliegentoda i Zungenszlaga o spokój. Nasz występny uczeń, zdaje się, jest właśnie na schodach.

(Habebald otwiera drzwi, poczem Melchjor blady, ale spokojny staje przed zgromadzeniem.)


ZONENSITCH.

Proszę bliżej, do stołu. Rentjer Stiefel dowiedziawszy się o bezbożnym występku syna swego Maurycego, przeszukiwał rzeczy pozostałe po nim, w nadziei, że odkryje przyczynę haniebnego samobójstwa. Przeczucia go nie omyliły, znalazł bowiem rękopis, który jakkolwiek nie wyjaśnia powodu ohydnego przestępstwa, daje nam jednak dokładny obraz moralnego rozkładu nieboszczyka. Mówię tu o traktacie na 20 stronicach z rysunkami wielkości naturalnej, zatytułowanym: „Spółkowanie“. Traktat ten, przepełniony najbezwstydniejszem plugastwem, mógłby stanowić odpowiednio sprośną lekturę dla najbardziej wszetecznego rozpustnika.

MELCHJOR.

Ja...

ZONENSTICH.

Pan masz być cicho! — Po doręczeniu nam owego rękopisu przez rentjera Stiefla, obiecaliśmy zrozpaczonemu ojcu za wszelką cenę odnaleźć autora. W tym celu porównywaliśmy ów rękopis z pismem kolegów samobójcy i znaleźliśmy, według jednobrzmiącego orzeczenia ciała nauczycielskiego i specjalnej ekspertyzy naszego szanownego kolegi kaligrafa, wiele znaczące podobieństwo do pańskiego pisma.

MELCHJOR.
Ja....
ZONENSTICH.

Pan masz być cicho. Pomimo przygnębiającego faktu stwierdzenia podobieństwa przez niezachwiane w swej powadze autorytety, uważamy tymczasowo za stosowne powstrzymać się od dalszych kroków, aby przedewszystkiem wysłuchać winnego w sprawie ciążącego na nim przestępstwa przeciw moralności w związku z wynikłem z tego samobójstwem.

MELCHJOR.

Ja...

ZONENSTICH.

Pan masz na dokładnie sformułowane pytania w porządku przezemnie wskazanym, odpowiadać prostem i skromnem „tak“ lub „nie“. — Habebald!

HABEBALD.

Słucham pana rektora!

ZONENSTICH.

Akta! — — Wzywam trzymającego pióro kolegę Fliegentoda do możliwie wiernego protokułowania. (do Melchjora) Czy znasz pan ten rękopis?

MELCHJOR.
Tak.
ZONENSTICH.

Czy znasz pan treść tego rękopisu?

MELCHJOR.

Tak.

ZONENSTICH.

Czy to pański rękopis?

MELCHJOR.

Tak.

ZONENSTICH.

Czy ten plugawy rękopis został przez pana zredagowanym?

MELCHJOR.

Tak. — Proszę mi wskazać, panie rektorze, co w nim jest plugawego?

ZONENSTICH.

Masz pan na dokładnie sformułowane przezemnie pytania odpowiadać prostem i skromnem „tak“ lub „nie“.

MELCHJOR.

Nie opisywałem ani mniej, ani więcej, jak tylko dobrze panu znane, rzeczywiste fakty.

ZONENSTICH.
Bezwstydnik!!
MELCHJOR.

Wzywam pana, abyś mi pan wskazał w tym rękopisie wykroczenie przeciw moralności.

ZONENSTICH.

Czy pan sobie wyobraża, że będę tu przed panem grał rolę błazna? Habebald!..

MELCHJOR.

Ja...

ZONENSTICH.

Pan masz tak mało szacunku dla godności zebranego ciała nauczycielskiego jak i dla wrodzonej człowiekowi wstydliwości i poczucia moralnego porządku świata.

HABEBALD.

Słucham pana rektora!

MELCHJOR.

Ja...

ZONENSTICH.

Wzywam kolegę Fliegentoda do zamknięcia protokułu.

MELCHJOR.

Ja...

ZONENSTICH.
Pan masz się spokojnie zachowywać! Habebald!
HABEBALD.

Słucham pana rektora.

ZONENSTICH.

Wyprowadzić go!

SCENA DRUGA.


(Cmentarz w deszcz ulewny. Nad grobem stoi pastor Kahlbauch z rozpiętym parasolem w ręku. Na prawo rentjer Stiefel, przyjaciel tegoż Ziegenmelker i wuj Probst. Z lewej rektor Zonenstich z profesorem Knochenbruchem. Uczniowie zamykają koło. W oddaleniu przed nawpół zapadłym pomnikiem Marta i Ilza).


PASTOR KAHLBAUCH.

... Albowiem kto odpycha łaskę, którą ojciec przedwieczny zrodzonym w grzechu ofiarował, umiera śmiercią duchową!
Ale kto dobrowolnie wyparłszy się Boga, złemu służył — umrze śmiercią cielesną. — Kto zaś krzyż, przez Pana jako pokutę za grzechy nałożony, bluźnierczo od siebie odrzucił, zaprawdę, powiadam wam, ten umrze śmiercią wieczną.

(Rzuca ziemię na trumnę)
My zaś, którzy nadal odbywamy wędrówkę po tej drodze ciernistej, chwalmy Pana Przedwiecznego i łaskawego i dziękujmy mu za jego niezgłębioną łaskę. Gdyż zaiste jako ten umarł potrójną śmiercią, tak sprawiedliwego Pan zachowa dla wiecznego życia. Amen.
RENTJER STIEFEL.
(głosem przerywanym od łkań, rzuca łopatę ziemi w grób)

To nie był mój chłopak. To nie był mój chłopak. Ten chłopak nie podobał mi się od małego.

REKTOR ZONENSTICH.
(rzuca garść ziemi)

Samobójstwo, największe wykroczenie przeciw moralnemu porządkowi świata, jest największym dowodem moralnego porządku świata, gdyż samobójca oszczędza światu wydanie wyroku i zatwierdza przepisy jego.

PROFESOR KNOCHENBRUCH.
(rzuca garść ziemi na trumnę)
Zhulany — zbłocony — zwszeteczniały i złajdaczony!
WUJ PROBST.
(rzuca garść ziemi)

Mojej własnej matce nie uwierzyłbym, że dziecko może tak nikczemnie postąpić z rodzicami.

PRZYJACIEL ZIGENMELKER.
(rzuca garść ziemi)

Tak postąpić z ojcem, który od lat dwudziestu o niczem nie myśli, jak tylko o szczęściu swego dziecka.

PASTOR KAHLBAUCH.
(ściskając rentjera Stiefla za rękę)

Wiemy, że tym, którzy kochają Boga, wszystko idzie na dobre 1. Korynt. 12—15. Pomyśl pan o nieutulonej w żalu matce i postaraj się wynagrodzić jej stratę podwójną miłością.

REKTOR ZONENSTICH.
(ściskając rękę rentjera Stiefla)

Prawdopodobnie i tak by nie dostał promocji.

PROFESOR KNOCHENBRUCH.
(ściska rękę rentjera Stiefla)
A gdyby nawet dostał promocję, na przyszły rok byłby napewno przepadł.
WUJ PROBST.
(ściska rękę rentjera Stiefla)

Teraz masz przedewszystkiem obowiązek myśleć o sobie. Jesteś ojcem rodziny...

PRZYJACIEL ZIGENMELKER.
(ściska rękę rentjera Stiefla)

Wierzaj mi! — Psie powietrze, przejmuje dreszczem! — Trzeba się napić koniecznie gorącego grogu.

RENTJER STIEFEL.
(wycierając nos)

To nie mój chłopak... to nie mój chłopak.

(Rentjer Stiefel, prowadzony przez pastora, rektora, profesora, wuja P. i przyjaciela odch. Deszcz ustaje.)


JAŚ RILOW.
(rzuca garść ziemi)

Wieczny Ci spokój uczciwa duszo! — Pozdrów odemnie moje świętej pamięci narzeczone i poleć mnie najpokorniej łasce boskiej — ty biedny warjacie! — Jeszcze ci z powodu twej anielskiej naiwności posadzą stracha na grobie.

JERZY.
Czy znaleziono rewolwer?
ROBERT.

Nie ma co go szukać!

ERNEST.

Czyś ty go widział Robercie?

ROBERT.

Przeklęty szwindel! Któż go widział? — Kto?

OTTON.

Otóż to właśnie. Nakryli go chustką.

JERZY.

Czy język był wywieszony?

ROBERT.

Oczy wyszły na wierzch! — Dlatego nakryto go chustką.

OTTON.

Straszne!

JAŚ RILOW.

Czy wiesz napewno, że on się powiesił?

ERNEST.

Mówię, że on już niema wcale głowy.

OTTON.
Głupstwo! — Gadanie!
ROBERT.

Przecież ja miałem sznur w ręku! — Nie widziałem jeszcze nigdy powieszonego, któregoby nie nakryto.

JERZY.

Już gorzej skończyć nie mógł.

JAŚ RILOW.

Tam do djabła, powieszenie ma być bardzo przyjemne!

OTTON.

Właściwie, winien mi jeszcze 5 marek. Założyliśmy się. Przysiągł, że się nie zetnie.

JAŚ RILOW.

Ty jesteś winien, że go niema. Tyś go nazwał pyszałkiem!

OTTON.

Tra la la, ja też muszę dukać po nocach. Żeby się nauczył greckiej literatury, nie potrzebowałby się wieszać!

ERNEST.

Czyś napisał ćwiczenie, Ottonie?

OTTON.
Dopiero mam wstęp.
ERNEST.

Nie wiem doprawdy co pisać.

JERZY.

Czy nie byłeś, jak Affenszmalc dyktował nam plan?..

JAŚ RILOW.

Zesztukuję sobie coś z Demokryta.

ERNEST.

Zobaczę, może znajdę co w encyklopedji.

OTTON.

Czy masz już na jutro Wirgiljusza? —

(Uczniowie odchodzą. — Marta i llza podchodzą do grobu).


ILZA.

Prędzej, prędzej! — Nadchodzą grabarze.

MARTA.

Może lepiej zaczekać, Ilzo?

ILZA.

Po co! — Przyniesiem świeże. Wciąż świeże i świeże! — Dość ich rośnie.

MARTA.

Masz słuszność Ilzo.

(Rzuca w grób wianek bluszczu, Ilza otwiera fartuch i rzuca deszcz anemonów na trumnę.)

MARTA.

Wykopię nasze róże. Baty i tak dostanę! — Tu będą rosły.

ILZA.

Będę je podlewać ile razy przejdę. Przyniosę niezapominajek z nad strumyka i lilje przyniosę z domu.

MARTA.

Ach to będzie wspaniale, wspaniale!

ILZA.

Już byłam za mostem, gdy usłyszałam strzał.

MARTA.

Biedaczek!

ILZA.

I ja znam powód Marto!

MARTA.

Czy on ci powiedział?

ILZA.

Parallelepiped! — Ale nie mów nikomu.

MARTA.

Oto moja ręka.

ILZA.
Oto tu jest rewolwer.
MARTA.

Dlatego go nie znaleźli!

ILZA.

Wyjęłam mu z ręki, gdym przechodziła rano.

MARTA.

Daruj mi go Ilzo! — Proszę cię daruj mi go!

ILZA.

Nie, ja go schowam na pamiątkę.

MARTA.

Czy to prawda Ilzo, że go pochowali bez głowy?

ILZA.

Musiał nabić rewolwer wodą! — Dziewanny były krwią zbryzgane. Mózg rozprysnął się po gałęziach wierzb.

SCENA TRZECIA.

(Pani i Pan Gabor).

PANI GABOR.

...Potrzeba im było kozła ofiarnego. Musieli zrzucić z siebie coraz głośniejsze zarzuty. A dziecko moje miało nieszczęście, że im się we właściwej chwili nasunęło przed oczy, i teraz mam ja, własna matka pomódz jego katom w dokończeniu dzieła? — Niech mnie Bóg uchowa!

PAN GABOR.

— Przez czternaście lat w milczeniu przyglądałem się twej mądrej metodzie wychowania. Sprzeciwiała się moim poglądom. Zawsze żyłem w tem przekonaniu, że dziecko nie jest zabawką, że dziecko ma prawo, abyśmy je traktowali najpoważniej. Ale powiedziałem sobie, jeżeli rozum i wdzięk matki mogą zastąpić poważne zasady ojca, to można im przed poważnemi zasadami dać pierwszeństwo. — — Nie robię ci wyrzutów Fanny. Ale nie przeszkadzaj mi, gdy chcę nasz wspólny błąd naprawić.

PANI GABOR.

Będę ci przeszkadzać póki ostatnia kropla krwi gorącej w żyłach moich krążyć będzie. W zakładzie poprawczym zginie moje dziecko. Bardzo być może, że w takim zakładzie przestępca się poprawia. Tego nie wiem. Dobry zaś człowiek musi się w nim stać przestępcą, jak musi zginąć roślina, której odbierzesz słońce i powietrze. Ja sobie nic nie wyrzucam. Do dziś dnia dziękuję Bogu, że mi wskazał właściwą drogę do wyrobienia w mem dziecku prawego charakteru i szlachetnego sposobu myślenia. Cóż on zrobił tak strasznego? Nie dlatego, abym go miała uniewinniać — ale nie jest on winien, że go wygnali ze szkoły! A choćby to było jego winą, odpokutował już za to. Może ty lepiej wiesz odemnie. Może teoretycznie masz za sobą słuszność. Ale ja nie mogę pozwolić, aby mi zabili jedyne dziecko.

PAN GABOR.

To nie od nas zależy, Fanny. — Zaryzykowaliśmy nasze szczęście. Kto osłabnie — pozostaje w tyle. Wreszcie nie jest to najgorszem jeszcze, jeżeli nieuchronna konieczność nadchodzi dość wcześnie. Niech nas Bóg uchroni. Naszym obowiązkiem jest błąd naprawić dopóki jeszcze można. — Że go wydalili ze szkoły, to nie jego wina. Gdyby go ze szkoły nie wydalili, także nie byłoby jego winą. Jesteś za dobroduszną. Widzisz igraszkę tam, gdzie chodzi o zasadnicze spaczenie charakteru. Wy, kobiety, nie jesteście zdolne o tem sądzić. Kto może to napisać, co Melchjor pisze, ten musi być zepsutym do gruntu, do rdzenia pacierzowego. Natura choćby nawpół zdrowa, nie zniży się do czegoś podobnego. Nikt z nas nie jest świętym, każdy z nas zbacza z prostej drogi. Jego rękopis przeszedł wszelkie granice. Jego rękopis nie dowodzi przypadkowego zbłądzenia, świadczy on o naturalnej skłonności, jest jasno wypowiedzianą myślą jego, ciążeniem do niemoralności przez upodobanie. Jego rękopis jest dowodem tej wyjątkowej duchowej korupcji, którą my prawnicy oznaczamy wyrażeniem: „obłęd moralny“. Czy się da coś w tym stanie zmienić nie śmiem przesądzać. Jeżeli chcemy zachować iskrę nadziei, a przedewszystkiem, jako rodzice, czyste sumienie, czas wielki, abyśmy się stanowczo i poważnie zabrali do dzieła. — Nie sprzeczajmy się dłużej Fanny. Czuję, jak ci jest ciężko. Ja wiem, że go ubóstwiasz, bo on odpowiada twojej genjalnej naturze. Przemóż się raz przecie względem syna.

PANI GABOR.

Boże! dodaj mi sił w tej walce! — Trzeba być mężczyzną, aby tak mówić! Trzeba być mężczyzną, aby się tak dać oślepić martwej literze! Trzeba być mężczyzną, aby tak oślepnąć i nie widzieć tego, co się samo w oczy rzuca! — Sumiennie i z namysłem postępowałam z Melchjorem od pierwszego dnia, bo widziałam jego nadzwyczajną wrażliwość. Czy możemy odpowiadać za przypadek!? Jutro może ci dachówka spaść na głowę, a potem przyjdzie twój przyjaciel — twój ojciec i miast leczyć twoje rany, przydepcze cię nogą! — Nie dam mego dziecka w oczach mych zamordować. Na to jestem matką. — To niepojęte! To nie do wiary! Cóż on takiego napisał u Boga? Czyż to nie olśniewający dowód jego niewinności, jego głupoty, jego dziecinnej czystości, że może coś podobnego pisać! Trzeba nie mieć pojęcia o ludziach — trzeba być zupełnie bezdusznym biurokratą, albo uosobieniem głupoty, aby dopatrywać się w tem moralnej korupcji! — Mów co chcesz. Jeżeli oddasz Melchjora do zakładu poprawczego, rozejdziemy się! A potem zobaczymy czy nie znajdę w świecie pomocy i sposobów, aby dziecko moje od zguby uratować.

PAN GABOR.

Będziesz musiała się na to zdecydować — jeśli nie dziś to jutro. Będę u twego boku, a gdy stracisz odwagę, nie cofnę się przed żadną ofiarą, aby ulżyć twemu sercu. Widzę przyszłość szarą, pełną chmur — jeszcze tego brakowałoby, abym i ciebie stracił.

PANI GABOR.

Ja go już więcej nie ujrzę, już go więcej nie ujrzę. On nie znosi pospolitości. On nie zniesie brudu. On złamie przymus, straszny przykład ma przed oczami!
A jeśli go ujrzę — Boże, Boże — to wiośniane, radosne serce — jego śmiech wesoły, wszystko, wszystko, — jego dziecinne zdecydowanie do walki za piękno i dobro — o, ta zorza poranna jasna i czysta, którą pielęgnowałam w jego duszy jak moje najwyższe dobro... Mnie ukarz jeśli złe wymaga pokuty. Mnie ukarz. Moją jest wina. Ale zdejm twą straszliwą rękę z dziecka.

PAN GABOR.

On popełnił występek.

PANI GABOR.

On nie popełnił występku.

PAN GABOR.

On popełnił występek. — — Dałbym wszystko za to aby ci tego oszczędzić. — Dziś zrana przyszła do mnie kobieta, z tym listem w ręku — listem do jej piętnastoletniej córki. Z głupiej ciekawości otworzyła go; dziewczynki nie było w domu. — W tym liście pisze Melchjor do piętnastoletniego dziecka, że mu jego postępek nie daje spokoju, że zgrzeszył wobec niej etc. etc., bierze naturalnie skutki na siebie. Ona nie powinna się martwić, choćby poczuła następstwa. On właśnie myśli o pomocy dla niej, wydalenie ze szkoły ułatwi mu to. Pierwotny błąd, może jeszcze doprowadzić ich do szczęścia — i temu podobne głupie gadanie.

PANI GABOR.

To niemożliwe!

PAN GABOR.

List jest sfałszowany. To oszustwo. Chcą udowodnić, że znana w całem mieście jego relegacja była potrzebną. Jeszcze z chłopcem nie mówiłem — ale spójrz na to pismo, na ten sposób pisania.

PANI GABOR.

Niesłychany, bezwstydny kawał.

PAN GABOR.
Tego się obawiam.
PANI GABOR.

Nie, nie — nigdy.

PAN GABOR.

Tem lepiej dla nas. — Kobieta pytała mnie łamiąc ręce, co ma czynić. Powiedziałem jej żeby nie pozwalała swej piętnastoletniej córce łazić po górkach z sianem. List zostawiła mi na szczęście. — Jeżeli poszlemy Melchjora do innego gimnazjum, gdzie nie będzie miał nawet i rodzicielskiego nadzoru, to będziemy mieli w trzy tygodnie to samo — nową relegację — jego wiośniane serce łatwo się do tego przyzwyczai. — Powiedz mi Fanny, gdzie mam umieścić tego chłopca.

PANI GABOR.

— W zakładzie poprawczym.

PAN GABOR.

W zakładzie...?

PANI GABOR.

...poprawczym.

PAN GABOR.

Znajdzie tam przedewszystkiem czego mu niesłusznie w domu oszczędzano, żelazną dyscyplinę, zasady i przymus moralny, któremu będzie musiał podlegać bezwarunkowo. — Zresztą zakład poprawczy nie jest strasznem miejscem, jak to sobie wyobrażasz. Główną wagę kładą w tym zakładzie na rozwój chrześcijańskiego sposobu myślenia i odczuwania. Tam się chłopiec nauczy wreszcie dobre przekładać nad interesujące, a w postępowaniu liczyć się nie z wrodzonym popędem ale z prawem. — — Przed pół godziną otrzymałem od brata mego depeszę, potwierdzającą słowa tej kobiety. Melchjor zwierzył mu się i prosił go o 200 marek któreby mu ułatwiły ucieczkę do Anglji.

PANI GABOR.

(nakrywa twarz)
Miłosierny Boże!

SCENA CZWARTA.


(Zakład poprawczy. —- Korytarz. — Dithelm, Reinbold, Ruprecht, Helmut, Gaston i Melchjor.)


DITHELM.

Oto dwadzieścia fenigów!

REINBOLD.
Cóż to będzie z tego?
DITHELM.

Położę pieniądz na podłodze. Wy staniecie dokoła. Kto weń trafi — wygra go.

RUPRECHT.

Nie grasz z nami Melchjorze?

MELCHJOR.

Nie, dziękuję.

GASTON.

On już nie może. On jest tu dla odpoczynku.

MELCHJOR.
(do siebie)

To nierozsądnie z mojej strony, że się trzymam zdala. Wszyscy mnie mają na oczach. — Muszę trzymać z nimi — albo wszystko djabła warte. — Więzienie robi z nich samobójców. Skręcę kark — dobrze! Jeśli ujdę, także dobrze! Mogę tylko wygrać. — Ruprecht będzie moim przyjacielem, on mi może udzielić wskazówek. — On ma najnieszczęśliwszą fizjognomję w całym zakładzie.

RUPRECHT.

Wygrałem!

HELMUT.
Jeszcze moja kolej!
GASTON.

Może pojutrze!

HELMUT.

Zaraz! — Teraz! O Boże, Boże.

WSZYSCY.

Summa — summa cum laude.

RUPRECHT.

(biorąc pieniądz)
Ślicznie dziękuję!

HELMUT.

Dawaj, psie!

RUPRECHT.

Ty świnio!

HELMUT.

Ty obwiesiu!

RUPRECHT.
(policzkuje go)

Oto masz! (ucieka).

HELMUT.

(goniąc go)
Ja go zabiję!

INNI.

(biegnąc z nim)

Huzia, weź go! Huzia! Huzia! Huzia.
MELCHJOR.
(sam, zwrócony do okna)

— Tędy przechodzi piorunochron. — Trzeba owinąć go chustką. — Gdy o niej wspomnę, krew mi uderza do głowy, a myśl o Maurycym ciąży mi na sercu ołowiem. — Pójdę do redakcji. Płaćcie mi od setki, będę kolportował, — szkicował nowiny, — pisał — artykuły lokalne, — etyczne, — psychofizyczne... tak łatwo się nie umiera z głodu. Tania kuchnia, kawiarnia. Dom ma sześćdziesiąt stóp wysokości, a sztukaterja kruszy się... Ona mnie nienawidzi — ona mnie nienawidzi, bo ją pozbawiłem swobody. — Cokolwiekbądź uczynię, zostanie to zgwałceniem. — Mogę mieć tylko nadzieję, z biegiem lat, powoli... Za osiem dni przypada nów. Jutro posmaruję zawiasy. Do soboty muszę koniecznie wiedzieć kto ma klucz. W niedzielę wieczorem, podczas nabożeństwa, atak kataleptyczny — daj Boże, aby tylko nikt nie zachorował! — Cały plan mam jasno przed oczami. Przez gzyms okna uda się z łatwością — jeden sus — jeden ruch — ale trzeba owinąć chustką. — — Oto nadchodzi wielki inkwizytor. (Odchodzi na lewo).

(Dr. Prokrustes ze ślusarzem nadch. z prawej.)
DR. PROKRUSTES.

— — Okna są wprawdzie na trzeciem piętrze, a na dole posadzono pokrzywy. Ale cóż znaczą pokrzywy dla tych wynaturzonych. — Zeszłej zimy uciekł nam jeden przez otwór w dachu i mieliśmy tyle kłopotu z przyprowadzeniem, przywiezieniem i osadzeniem...

SLUSARZ.

Czy pan życzy kratę z żelaza kutego?

DR. PROKRUSTES.

Z kutego, a ponieważ nie może być wpuszczona, proszę zanitować.

SCENA PIĄTA.


(Sypialnia. — Pani Bergman, Ina Müller i doktór medycyny von Brausepulver. — Wendla w łóżku.)


DR. VON BRAUSEPULVER.

Ile lat ma pani właściwie?

WENDLA.

Czternaście i pół.

DR. VON BRAUSEPULVER.

Od piętnastu lat polecam pigułki Blaudego i w wielkiej liczbie wypadków zauważyłem wspaniałe rezultaty. Przekładam je ponad tran i wody żelaziste. Proszę zacząć od trzech do czterech pigułek dziennie i powiększać dozę tak szybko, jak organizm zniesie. Pannie Elfrydzie baronównie von Witzleben zaordynowałem, aby co trzeci dzień brała o jednę pigułkę więcej. Baronówna nie zrozumiała mnie i codziennie brała o trzy pigułki więcej. W niespełna trzy tygodnie mogła już baronówna udać się z matką na kurację do Pirmontu. — Zwalniam panią od męczących spacerów i nadprogramowych potraw. Za to przyrzecz mi drogie dziecko, że będziesz używać ruchu i nie krępując się, żądać jedzenia, jak ci tylko powróci apetyt. Wówczas prędko minie bicie serca — i bóle głowy, dreszcze, zawroty głowy — i owe straszne zaburzenia w trawieniu. Panna Elfryda baronówna Witzleben w osiem dni po rozpoczęciu kuracji zjadała już całe pieczone kurczątko z młodymi kartoflami na śniadanie.

PANI BERGMAN.

Czy mogę panu doktorowi służyć szklaneczką wina?

DR. VON BRAUSEPULVER.

Dziękuję pani, kochana pani Bergman, mój powóz czeka. Niechże pani nie bierze tego do serca. Za parę tygodni nasza kochana mała pacjentka będzie znów wesołą i rzeźką, jak gazela. Niech się pani uspokoi. Do widzenia pani Bergman. Do widzenia, drogie dziecko. Do widzenia paniom. Do widzenia.

(Pani Bergman wyprowadza go do drzwi).


INA.
(przy oknie).

— Oto znowu wasz platan przybiera pstre kolory. — Czy widzisz to z łóżka? — krótko trwa ten widok wspaniały. — Muszę już iść. Mąż czeka na mnie przed pocztą, a jeszcze przedtem muszę wstąpić do krawcowej. Muki dostanie pierwsze majteczki, a Karolowi mam sprawić nowe trykotowe ubranie na zimę.

WENDLA.
Czasem, tak mi jest dobrze — ogarnia, mnie radość i jasność słoneczna. Nie wiedziałam, że komuś może być tak dobrze! Chciałabym wyjść, w świetle księżyca, chodzić po łąkach, zrywać pierwiosnki nad brzegiem rzeki, a potem siąść na brzegu i marzyć... A potem przychodzi ból zębów, i myślę, że nazajutrz muszę umrzeć, robi mi się gorąco i zimno, przed oczami mi ciemno, wpadają potwory. — — Ile razy się obudzę, widzę, że matka płacze. O, jak to mnie boli, nie umiem ci powiedzieć Ino!
INA.

— Może ci poprawić poduszkę?

PANI BERGMAN.
(wraca).

On sądzi, że wymioty ustaną i wówczas będziesz mogła wstać. Ja także myślę, że lepiej, żebyś niedługo wstała Wendlo.

INA.

Jak tu następnym razem przyjdę, może już będziesz skakać po całym domu. — Bądź zdrowa mamo. Muszę dziś jeszcze koniecznie pójść do krawcowej. Niech cię Bóg ma w opiece kochana Wendlo. (całuje ją) Prędkiej, prędkiej poprawy!

WENDLA.

Bądź zdrowa Ino. — Przynieś mi pierwiosnki gdy przyjdziesz. Adieu. Pozdrów twych chłopców odemnie.

(Ina odchodzi).
WENDLA.

Cóż on ci jeszcze powiedział, matko?

PANI BERGMAN.
Nic nie mówił. — Powiedział, że panna von Witzleben bywała też bliską omdlenia. To się często zdarza przy blednicy.
WENDLA.

Czy on ci powiedział mamo, że ja mam blednicę?

PANI BERGMAN.

Masz pić mleko i jeść mięso i jarzyny jak ci powróci apetyt.

WENDLA.

O mamo, mamo mnie się zdaje, że ja nie mam blednicy...

PANI BERGMAN.

Masz blednicę, dziecko. Uspokój się Wendlo, uspokój się, masz blednicę.

WENDLA.

Nie, matko, nie. Ja wiem dobrze. Ja to czuję. Ja nie mam blednicy. Ja mam wodną puchlinę...

PANI BERGMAN.

Ty masz blednicę. On powiedział przecież, że masz blednicę. Uspokój się, dziewczyno. Wkrótce będzie ci lepiej.

WENDLA.
Nie będzie mi lepiej. Ja mam wodną puchlinę. Ja muszę umierać matko. — O matko, ja muszę umierać!
PANI BERGMAN.

Nie umrzesz, dziecko! Nie umrzesz... Miłosierny Boże, ty nie umrzesz!

WENDLA.

A więc czego płaczesz tak rozpaczliwie?

PANI BERGMAN.

Nie umrzesz, dziecko! Nie masz wodnej puchliny. Będziesz miała dziecko, dziewczyno! Będziesz miała dziecko! — O czemuś mi coś podobnego zrobiła!

WENDLA.

— Ja ci nic nie zrobiłam —

PANI BERGMAN.

O nie zapieraj się Wendlo! — Ja wiem wszystko. Patrz, ja bym się nie ośmieliła powiedzieć ci słowa. — Wendlo, moja Wendlo. —

WENDLA.

Ależ to niemożliwe, mamo. Przecież nie jestem mężatką!..

PANI BERGMAN.
Wielki, wszechmocny Boże, — otóż to właśnie, że nie jesteś mężatką! To jest właśnie to straszne! — Wendlo, Wendlo, Wendlo coś ty zrobiła!..
WENDLA.

Ja już nic nie wiem, Bóg świadkiem. Leżeliśmy na sianie... Nikogo na świecie, prócz ciebie, mamo, nie kochałam.

PANI BERGMAN.

Moja ty pieszczotko...

WENDLA.

O mamo, czemuś ty mi wszystkiego nie powiedziała!

PANI BERGMAN.

Dziecko, dziecko, poco sobie nawzajem robić wyrzuty! Panuj nad sobą! Nie rozpaczaj, moje dziecko! Czternastoletniej dziewczynie to powiedzieć! Widzisz, prędzej bym się spodziewała, że słońce zagaśnie. Nie postąpiłam z tobą inaczej, jak moja dobra, kochana matka postępowała zemną. O miejmy ufność w Bogu, Wendlo; wierzmy w jego miłosierdzie i róbmy co do nas należy! Widzisz, jeszcze nic się nie stało dziecko. A jeśli nie będziemy małoduszni, to nas i dobry Bóg nie opuści. — Bądź odważną, Wendlo, bądź odważną!..
Czego, czego tak drżysz?

WENDLA.
Ktoś puka.
PANI BERGMAN.

Nic nie słyszałam, drogie serce.

(Idzie do drzwi i otwiera).


WENDLA.

Ach, ja słyszałam wyraźnie. — — Kto tam jest?

PANI BERGMAN.

— Nikt — — Schmidtowa z Ogrodowej ulicy. — Przychodzicie w samą porę, matko Schmidt.

SCENA SZÓSTA.


(Winobrańcy w winnicy. — Na zachodzie słońce zachodzi za wierzchołki gór. Z doliny głośny dźwięk dzwonków. Jaś Rilow i Ernest Rebel przewracają się w trawie na szczycie winnicy).


ERNEST.

Spracowałem się.

JAŚ.

Nie smućmy się! — Szkoda każdej chwili.

ERNEST.
Dziś już nie można jeść więcej, a jutro będą pod tłocznią.
JAŚ.

Zmęczenie jest dla mnie równie nieznośnem, jak głód.

ERNEST.

Ach nie mogę już więcej.

JAŚ.

Jeszcze to błyszczące grono!

ERNEST.

Nie mam już sił.

JAŚ.

Gdy nachylę grono, będzie się nam kołysać od ust do ust. Nie potrzebujemy go dotykać. Objemy jagody i puścimy szypułki z powrotem.

ERNEST.

Ledwie się człowiek zdecyduje, i patrz, już znowu powracają utracone siły.

JAŚ.

Do tego ten płonący firmament — i dzwony wieczorne — nie wiele więcej obiecują sobie od przyszłości.

ERNEST.

Ja siebie już czasem widzę, jako czcigodnego proboszcza — z milutką gosposią. Będę miał bogatą bibljotekę i urzędy i szacunek wszystkich sfer. Sześć dni będę miał do namysłu, a siódmego otworzę usta. Na spacerze uczniowie i uczennice witać mnie będą z szacunkiem, a po powrocie do domu zastanę pachnącą kawę i ciasto, a z ogrodu dziewczyna przyniesie jabłka. — Czy możesz sobie wyobrazić coś ładniejszego.

JAŚ.

Wyobrażam sobie: wpół przymknięte rzęsy, wpół otwarte wargi i tureckie draperje. — Nie wierzę w patos. Widzisz, nasi starzy pokazują nam poważne twarze, aby osłonić swoje głupstwa. Pomiędzy sobą nazywają się nawzajem baranami, jak i my. Ja to znam. — Gdy zostanę miljonerem, postawię Panu Bogu pomnik. Wyobraź sobie przyszłość, jako miskę mleka z cukrem i cynamonem. Jeden wywraca ją i wyje, inny miesza wszystko i poci się. Czemu nie wypić? Albo, czy sądzisz, że tego się nie można nauczyć.

ERNEST.

— Pijmy więc!

JAŚ.
Co zostanie, zdziobią kury. — Ja już się wykręciłem z niejednego potrzasku...
ERNEST.

Pijmy Jasiu! — Czego się śmiejesz?

JAŚ.

Czy już znowu zaczynasz?

ERNEST.

Jeden musi zacząć.

JAŚ.

Gdy za lat trzydzieści wspomnimy ten wieczór, wyda nam się on być może niewymownie pięknym!

ERNEST.

O jak się teraz wszystko samo z siebie robi.

JAŚ.

A więc czemu nie!

ERNEST.

Jeżeli wówczas będziemy samotni — może i zapłaczemy.

JAŚ.

Nie smućmy się.

(całuje go w usta)
ERNEST.
(całuje go)
Wyszedłem z domu, aby z tobą pogadać i zaraz wrócić.
JAŚ.

Oczekiwałem cię. — Cnota nieźle ubiera, ale tylko imponujące figury.

ERNEST.

Na nas wisi ona jeszcze niezgrabnie. — Nie uspokoiłbym się, gdybym ciebie tu nie spotkał. — Kocham cię Jasiu, jak jeszcze nikogo nie kochałem na świecie...

JAŚ.

Nie smućmy się! — Gdy za lat trzydzieści wspomnimy, może będziemy drwili! — a teraz wszystko takie piękne! Góry płoną, winne grona chylą się nam do ust, a wiatr wieczorny ociera się o skały jak rozigrany kotek...

SCENA SIÓDMA.


(Jasna noc listopadowa. U drzew i krzaków szeleszczą zeschłe liście. Postrzępione chmury przepływają pod księżycem. Melchjor przechodzi przez mur kościelny).


MELCHJOR.
(zeskakując z muru)

Tu mnie nie znajdzie ta sfora. — Podczas gdy oni odwiedzają domy rozpusty, mogę odetchnąć i powiedzieć sobie jak daleko zaszedłem...
Ubranie w strzępach, kieszenie puste, wobec najniewinniejszych nie jestem bezpieczny. — Cały dzień muszę się starać, aby iść dalej lasem...
Przewróciłem krzyż. — Kwiatki dziś dopiero zmarzły! — Naokoło goła ziemia. W królestwie zmarłych!
Przez otwór w dachu uciec było łatwo, ale ta droga! — Na to nie byłem przygotowany...
Zawisłem nad przepaścią — wszystko zginęło, zapadło się. — O czemu raczej tam nie pozostałem!
Czemu ona za mnie! — Czemu nie winowajca! — Niepojęta ostrożność! — Byłbym kamienie tłukł i głód cierpiał!
Co mnie jeszcze przy życiu utrzymuje? Zbrodnia następuje po zbrodni. Oddany jestem bagnu. Nie dość sił, aby skończyć...
Nie byłem złym! — Nie byłem złym! — Nie byłem złym.
Z taką zazdrością jeszcze żaden śmiertelnik nie błądził między grobami.
O gdyby zmysły postradać — jeszcze tej nocy!
Muszę tam poszukać, pomiędzy ostatnimi grobami. — Wiatr gwiżdże na każdym kamieniu z innego tonu, — przygnębiająca symfonja! — Zbutwiałe wianki rozrywają się i kołyszą w kawałkach na długich nitkach dokoła marmurowych krzyży — las strachów na ptaki. Strach na ptaki na każdym grobie, jeden bardziej przerażający od drugiego, wysoki, — djabli przed nim uciekają. Złote litery mają blask zimny... Wierzba płacząca jęczy i przesuwa olbrzymie palce po napisie...
— Modlący się aniołek — tablica. — Chmura rzuca cień. — Jak to spieszy i wyje! Niby pochód wojska gna na zachodzie. — Ani jednej gwiazdy na niebie.
Barwinek dokoła ogródka? — Barwinek?
— Dziewczyno...

TU SPOCZYWA
W BOGU


WENDLA BERGMAN
urodzona 5 Maja 1878
zmarła na blednicę
dnia 27 Października 1892 r.


∗             ∗

BŁOGOSŁAWIENI CZYSTEGO SERCA.

A ja jestem jej mordercą. — Ja jestem jej mordercą! — Mnie pozostaje rozpacz. — Mnie nie wolno płakać. — Precz stąd. — Precz!
MAURYCY STIEFEL.
(z głową pod pachą, potyka się przez groby)

Chwilę, Melchjorze! Sposobność nie nadarzy się tak prędko. Nie przeczuwasz, co jest związane z godziną i miejscem.

MELCHJOR.

Skąd przychodzisz?

MAURYCY.

Stamtąd — z pod muru. Tyś mój krzyż przewrócił. Leżę pod murem. — Podaj mi rękę, Melchjorze...

MELCHJOR.

Tyś nie Maurycy Stiefel.

MAURYCY.

Podaj mi rękę. Jestem pewien, że mi podziękujesz. Tak łatwo nie będzie ci nigdy! Wyjątkowo szczęśliwe spotkanie. Umyślnie po to przyszedłem...

MELCHJOR.
Czyż ty nie śpisz?
MAURYCY.

Nie tem, co wy nazywacie snem. — Siedzimy na wieżach, na wysokich dachach — gdzie chcemy...

MELCHJOR.

Nie macie spokoju?

MAURYCY.

To tak dla przyjemności. — Ocieramy się o majowe drzewa, o samotne leśne kaplice. Przelatujemy ponad ludowemi zgromadzeniami, ponad ogrodami, miejscami zabaw. — W mieszkalnych domach siedzimy w kominie lub za firanką łóżka. — Podaj mi rękę. Nie utrzymujemy ze sobą stosunków, ale wiemy co się dzieje na świecie. Wiemy, że głupstwem jest wszystko, co ludzie robią i do czego dążą i śmiejemy się z tego.

MELCHJOR.

Cóż to pomoże?

MAURYCY.

Na co ma pomódz? — nas nic już nie dosięgnie, ani złe ani dobre. Stoimy wysoko, wysoko, ponad tem, co ziemskie. — Każdy sam dla siebie. Nie utrzymujemy ze sobą stosunków, bo to nas nudzi. Żaden z nas niema nic takiego, coby mógł stracić. Ponad rozpacz i szczęście jesteśmy jednakowo bezmiernie wzniesieni. Jesteśmy z siebie zadowoleni, — oto wszystko! — Żyjącymi pogardzamy niewypowiedzianie, zaledwie że mamy dla nich litość. Bawią nas swoimi czynami, bo jako żyjący, właściwie, nie są godni litości. Uśmiechamy się wobec ich tragedji — i robimy uwagi. — Podaj mi rękę! Gdy mi podasz rękę, zaśmiewać się będziesz z uczucia, z którem mi rękę podajesz...

MELCHJOR.

Czy ty się nie brzydzisz?

MAURYCY.
Na to stoimy za wysoko. Uśmiechamy się! — Podczas mego pogrzebu byłem w orszaku żałobnym. Bardzo się dobrze bawiłem. To jest wzniosłe Melchjorze! Wyłem jak nikt i przysuwałem się do muru, aby za boki się trzymać od śmiechu. Nasza nieporównana wzniosłość jest właściwie jedynym punktem widzenia, pod którym da się to błocko znieść... I ze mnie śmiano się, dopóki się nie wzniosłem.
MELCHJOR.

Nie mam ochoty śmiać się z siebie.

MAURYCY.

...Żywych niema czego żałować. Przyznam się, że sam o tem nie myślałem. A teraz jest mi to niepojętem, jak można być tak naiwnym. Teraz widzę oszustwo tak jasno, że mi go ani chmureczka nie zaciemnia. — Jakże możesz jeszcze zwlekać Melchjorze? Podaj mi rękę! Za chwilę staniesz wysoko ponad sobą. — Twoje życie jest grzechem zaniedbania...

MELCHJOR.

Czy możecie zapomnieć?

MAURYCY.

My możemy wszystko. Podaj mi rękę! Możemy żałować młodzieży, że pielęgnuje swą tęsknotę za idealizmem i starych, że im ze stoickiej równowagi serce pęka. Widzimy, jak monarcha drży przed pieśnią uliczną, a lazzarone przed dźwiękiem trąby ostatecznej. Ignorujemy maskę komedjantów i widzimy, jak poeta nakłada w ciemnościach maskę. Widzimy zadowolonego żebraka, spracowanego i obciążonego kapitalistę. Obserwujemy zakochanych i widzimy, jak się przed sobą rumienią, domyślając się, że są oszukanymi oszustami. Widzimy rodziców, wydających na świat dzieci, aby módz do nich zawołać: Jacyście szczęśliwi, że macie takich rodziców! — i widzimy, jak dzieci robią toż samo. Znamy niewinność w jej samotnych cierpieniach miłosnych, dziewkę uliczną, podsłuchującą lektury Szylera... Widzimy jak Bóg i djabeł nawzajem się jeden przed drugim blamują i mamy niewzruszone przekonanie, że obaj są pijani... Co to za spokój i zadowolenie, Melchjorze! — Podaj mi tylko mały palec. — Możesz osiwieć zanim znajdziesz tak odpowiednią chwilę!

MELCHJOR.

— Jeżeli zgodzę się, Maurycy, to stanie się to z pogardy dla samego siebie. — Co mi dodawało odwagi, leży w grobie. Nie sądzę się już zdolnym do szlachetnych wzruszeń — i nie spostrzegam nic, nic, coby mi stanęło na drodze do upadku. — Jestem najgodniejszą potępienia istotą na świecie...

MAURYCY.

Czemuż więc zwlekasz...?

(Zamaskowany pan wchodzi)

ZAMASKOWANY PAN.
(do Melchjora)

Drżysz przecież z głodu. Nie jesteś zdolnym sądzić. (do Maurycego) Idź pan sobie.

MELCHJOR.

Kto pan jesteś?

ZAMASKOWANY PAN.

To się okaże, (do Maurycego) Zmykaj pan! — Co masz tu do roboty! — Dlaczego nie masz głowy na karku?

MAURYCY.

Zastrzeliłem się.

ZAMASKOWANY PAN.

To zostań tam, gdzie należy. Jużeś przecież przeminął! Nie naprzykrzaj nam się swoim grobowym zaduchem. Niepojęte — przyjrzyj się pan swoim palcom. Tam do djabła, już się kruszą!

MAURYCY.

Proszę niech mnie pan nie odpędza...

MELCHJOR.
Kto pan jesteś mój panie?
MAURYCY.

Niech mnie pan nie odsyła! Proszę pana. Pozwól mi pan przyjąć udział w rozmowie; nie będę panu oponował — Tam, pod ziemią, jest tak wstrętnie.

ZAMASKOWANY PAN.

Czemuż przechwalasz się wzniosłością? — Przecież wiesz, że to jest humbug — kwaśne winogrona! Czemu tak płynnie kłamiesz — ty upiorze!... Jeżeli to dla pana jest tak wielkiem dobrodziejstwem, to zostań sobie. Ale strzeż się pan zmyślań dla przechwałki — i odsuń swoją trupią rękę.

MELCHJOR.

Czy mi pan nareszcie powiesz kim jesteś?

ZAMASKOWANY PAN.

Nie. — Proponuję ci, abyś mi zaufał. Przedewszystkiem, dbałbym o twoje utrzymanie.

MELCHJOR.

Czy pan jesteś moim ojcem?

ZAMASKOWANY PAN.
Czy nie byłbyś poznał swego ojca po głosie?
MELCHJOR.

Nie.

ZAMASKOWANY PAN.

— Twój ojciec szuka w tej chwili pociechy w silnych ramionach twojej matki. Ja ci świat otwieram. Twoja chwilowa rozpacz wypływa z twego nędznego położenia. Gdy zjesz ciepłą kolację, będziesz z tego drwił.

MELCHJOR.

(do siebie)
To może być tylko jeden z djabłów.

(głośno)

Po tem com zawinił, gorąca kolacja nie może zwrócić mi spokoju!

ZAMASKOWANY PAN.
To zależy od kolacji! Tyle ci tylko mogę powiedzieć, że ta mała byłaby z łatwością urodziła. Była znakomicie zbudowaną. Zginęła jedynie przez środki na poronienie matki Schmidtowej. — — Ja cię wprowadzę między ludzi. Dam ci sposobność rozszerzenia w bajeczny sposób twoich horyzontów. Zapoznam cię bez wyjątku ze wszystkiem, co świat przedstawia interesującego.
MELCHJOR.

Kto pan jesteś? Kto pan jesteś? Nie mogę zaufać człowiekowi, którego nie znam.

ZAMASKOWANY PAN.

Nie poznasz mnie, dopóki mi nie zaufasz.

MELCHJOR.

Sądzi pan?

ZAMASKOWANY PAN.

To fakt. — Zresztą nie masz wyboru.

MELCHJOR.

W każdej chwili mogę rękę podać temu oto memu przyjacielowi.

ZAMASKOWANY PAN.

Twój przyjaciel jest szarlatanem. Nikt się nie śmieje, kto posiada jeszcze choć grosz gotówki. Wzniosły humorysta jest najnędzniejszem, najbardziej godnym litości stworzeniem wszechświata.

MELCHJOR.
Niech sobie humorysta będzie kim chce; pan mi powiedz kim jesteś, albo podaję rękę humoryście.
ZAMASKOWANY PAN.

A więc?

MAURYCY.

On ma słuszność, Melchjorze. Ja brawurowałem. Daj się przez niego uraczyć i zużytkuj go. Chociaż zamaskowany — istnieje on przecie.

MELCHJOR.

Czy pan wierzy w Boga?

ZAMASKOWANY PAN.

To zależy od okoliczności.

MELCHJOR.

Zechce mi pan powiedzieć kto wynalazł proch?

ZAMASKOWANY PAN.

Bertold Szwarc — alias Konstanty Anklicen, mnich franciszkanin, około roku 1330 we Fryburgu.

MAURYCY.

Co bym dał za to, żeby był tego zaniechał.

ZAMASKOWANY PAN.
To byłbyś pan się powiesił!
MELCHJOR.

Co pan myślisz o moralności?

ZAMASKOWANY PAN.

Ty nicponiu, — czy jestem twoim uczniem?

MELCHJOR.

Czy ja wiem kto pan jesteś?

MAURYCY.

Nie kłóćcie się! — Proszę, nie kłóćcie się. Co z tego wyniknie! — Pocóż tu siedzimy razem, dwuch żywych i jeden umarły, o drugiej w nocy na cmentarzu, jeżeli mamy się kłócić, jak pijacy! — Z przyjemnością będę asystował przy zawieraniu układu. — Jeśli się chcecie kłócić, biorę głowę pod pachę i idę.

MELCHJOR.

Z ciebie zawsze ten sam tchórz.

ZAMASKOWANY PAN.
Upiór ma słuszność. Trzeba mieć na uwadze swą godność. — Pod moralnością rozumiem realny wytwór dwóch imaginacyjnych wielkości. Imaginacyjne wielkości są: wola i mus. Wytwór nazywa się moralnością i jego realne istnienie nie da się zaprzeczyć.
MAURYCY.

Czemuś mi pan tego pierwej nie powiedział! — Moja moralność wpędziła mnie do grobu. Dla moich drogich rodziców chwyciłem za morderczą broń. „Czcij ojca twego i matkę twoją, a będą przedłużone dni twoje na ziemi.“ W stosunku do mnie pismo święte strasznie się zblamowało.

ZAMASKOWANY PAN.

Nie rób sobie żadnych iluzji, drogi przyjacielu! Pańscy kochani rodzice taksamoby od tego nie umarli, jak i pan. Ściśle wziąwszy, na zdrowie by im poszło, gdyby się nahałasowali i nakrzyczeli.

MELCHJOR.

Może to i prawda. — Mogę jednak napewno powiedzieć, mój panie, że gdybym poprzednio Maurycemu podał był rękę, jedynie tylko moja moralność byłaby za to odpowiedzialną.

ZAMASKOWANY PAN.

Dlatego też ty nie jesteś Maurycym!

MAURYCY.

Nie sądzę, aby różnica była tak rzeczywistą, żebyś mnie pan przypadkowo nie mógł napotkać wówczas, szanowny panie, gdym z rewolwerem w kieszeni błądził pomiędzy olchami.

ZAMASKOWANY PAN.

Czy pan sobie mnie nie przypominasz? Stałeś pan prawdopodobnie w ostatniej chwili jeszcze pomiędzy życiem a śmiercią. Zresztą, moim zdaniem, nie tu miejsce, aby tak głęboko sięgającą dysputę przedłużać.

MAURYCY.

Zapewne, chłodno się robi, moi panowie! Wprawdzie ubrali mnie w świąteczny garnitur, ale nie dali mi bielizny.

MELCHJOR.

Żegnaj, drogi Maurycy. Dokąd ten człowiek mnie zaprowadzi, nie wiem. Ale zawsze jest on człowiekiem...

MAURYCY.

Nie karz mnie za to, Melchjorze, że chciałem cię zgubić! To było stare przywiązanie. Zgodziłbym się całe życie skarżyć i jęczyć, aby raz z tobą wyjść na spacer.

ZAMASKOWANY PAN.

W rezultacie każdy ma za swoje. — Pan uspokajającą świadomość, że już nic nie postradasz, ty denerwujące zwątpienie we wszystko. — Bywaj pan zdrów.

MELCHJOR.

Żegnaj Maurycy! Dziękuję ci serdecznie, żeś mi się jeszcze ukazał. Ileż swobodnych, jasnych dni przeżyliśmy ze sobą przez tych lat czternaście! Przyrzekam ci, Maurycy, niech się co chce stanie, choćbym się w nadchodzących latach dziesięć razy miał zmienić, choćbym wzniósł się w górę, lub upadł, ciebie nie zapomnę nigdy.

MAURYCY.

Dziękuję, dziękuję ci, kochany.

MELCHJOR.

...A kiedyś, gdy będę starym człowiekiem z siwemi włosami, może staniesz mi się ty właśnie bliższym, aniżeli wszyscy współcześni.

MAURYCY.

Dziękuję ci. — Szczęśliwej drogi, moi panowie. Nie zatrzymujcie się dłużej.

ZAMASKOWANY PAN.
Chodź dziecko! (bierze Melchjora pod rękę i oddala się z nim).
MAURYCY.
(sam)

— Oto siedzę i trzymam mą głowę w ramionach. — — Księżyc zasłania swą twarz, odsłania ją i ani na włos nie wygląda rozumniej... Wrócę więc na swoje miejsce, podniosę krzyż, który mi ten warjat tak bezwzględnie zdeptał, a kiedy wszystko będzie w porządku, położę się na grzbiecie, i uśmiechnę się...


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frank Wedekind i tłumacza: anonimowy.