Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sumiennie i z namysłem postępowałam z Melchjorem od pierwszego dnia, bo widziałam jego nadzwyczajną wrażliwość. Czy możemy odpowiadać za przypadek!? Jutro może ci dachówka spaść na głowę, a potem przyjdzie twój przyjaciel — twój ojciec i miast leczyć twoje rany, przydepcze cię nogą! — Nie dam mego dziecka w oczach mych zamordować. Na to jestem matką. — To niepojęte! To nie do wiary! Cóż on takiego napisał u Boga? Czyż to nie olśniewający dowód jego niewinności, jego głupoty, jego dziecinnej czystości, że może coś podobnego pisać! Trzeba nie mieć pojęcia o ludziach — trzeba być zupełnie bezdusznym biurokratą, albo uosobieniem głupoty, aby dopatrywać się w tem moralnej korupcji! — Mów co chcesz. Jeżeli oddasz Melchjora do zakładu poprawczego, rozejdziemy się! A potem zobaczymy czy nie znajdę w świecie pomocy i sposobów, aby dziecko moje od zguby uratować.

PAN GABOR.

Będziesz musiała się na to zdecydować — jeśli nie dziś to jutro. Będę u twego boku, a gdy stracisz odwagę, nie cofnę się przed żadną ofiarą, aby ulżyć twemu sercu.