Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie postradasz, ty denerwujące zwątpienie we wszystko. — Bywaj pan zdrów.

MELCHJOR.

Żegnaj Maurycy! Dziękuję ci serdecznie, żeś mi się jeszcze ukazał. Ileż swobodnych, jasnych dni przeżyliśmy ze sobą przez tych lat czternaście! Przyrzekam ci, Maurycy, niech się co chce stanie, choćbym się w nadchodzących latach dziesięć razy miał zmienić, choćbym wzniósł się w górę, lub upadł, ciebie nie zapomnę nigdy.

MAURYCY.

Dziękuję, dziękuję ci, kochany.

MELCHJOR.

...A kiedyś, gdy będę starym człowiekiem z siwemi włosami, może staniesz mi się ty właśnie bliższym, aniżeli wszyscy współcześni.

MAURYCY.

Dziękuję ci. — Szczęśliwej drogi, moi panowie. Nie zatrzymujcie się dłużej.

ZAMASKOWANY PAN.

Chodź dziecko! (bierze Melchjora pod rękę i oddala się z nim).