Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ubranie w strzępach, kieszenie puste, wobec najniewinniejszych nie jestem bezpieczny. — Cały dzień muszę się starać, aby iść dalej lasem...
Przewróciłem krzyż. — Kwiatki dziś dopiero zmarzły! — Naokoło goła ziemia. W królestwie zmarłych!
Przez otwór w dachu uciec było łatwo, ale ta droga! — Na to nie byłem przygotowany...
Zawisłem nad przepaścią — wszystko zginęło, zapadło się. — O czemu raczej tam nie pozostałem!
Czemu ona za mnie! — Czemu nie winowajca! — Niepojęta ostrożność! — Byłbym kamienie tłukł i głód cierpiał!
Co mnie jeszcze przy życiu utrzymuje? Zbrodnia następuje po zbrodni. Oddany jestem bagnu. Nie dość sił, aby skończyć...
Nie byłem złym! — Nie byłem złym! — Nie byłem złym.
Z taką zazdrością jeszcze żaden śmiertelnik nie błądził między grobami.
O gdyby zmysły postradać — jeszcze tej nocy!
Muszę tam poszukać, pomiędzy ostatnimi grobami. — Wiatr gwiżdże na każdym kamieniu z innego tonu, — przygnębiająca