Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bogu, że mi wskazał właściwą drogę do wyrobienia w mem dziecku prawego charakteru i szlachetnego sposobu myślenia. Cóż on zrobił tak strasznego? Nie dlatego, abym go miała uniewinniać — ale nie jest on winien, że go wygnali ze szkoły! A choćby to było jego winą, odpokutował już za to. Może ty lepiej wiesz odemnie. Może teoretycznie masz za sobą słuszność. Ale ja nie mogę pozwolić, aby mi zabili jedyne dziecko.

PAN GABOR.

To nie od nas zależy, Fanny. — Zaryzykowaliśmy nasze szczęście. Kto osłabnie — pozostaje w tyle. Wreszcie nie jest to najgorszem jeszcze, jeżeli nieuchronna konieczność nadchodzi dość wcześnie. Niech nas Bóg uchroni. Naszym obowiązkiem jest błąd naprawić dopóki jeszcze można. — Że go wydalili ze szkoły, to nie jego wina. Gdyby go ze szkoły nie wydalili, także nie byłoby jego winą. Jesteś za dobroduszną. Widzisz igraszkę tam, gdzie chodzi o zasadnicze spaczenie charakteru. Wy, kobiety, nie jesteście zdolne o tem sądzić. Kto może to napisać, co Melchjor pisze, ten musi być zepsutym do gruntu, do rdzenia pacierzowego. Natura choćby nawpół zdrowa, nie zniży się do