Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MELCHJOR.

Nie mam ochoty śmiać się z siebie.

MAURYCY.

...Żywych niema czego żałować. Przyznam się, że sam o tem nie myślałem. A teraz jest mi to niepojętem, jak można być tak naiwnym. Teraz widzę oszustwo tak jasno, że mi go ani chmureczka nie zaciemnia. — Jakże możesz jeszcze zwlekać Melchjorze? Podaj mi rękę! Za chwilę staniesz wysoko ponad sobą. — Twoje życie jest grzechem zaniedbania...

MELCHJOR.

Czy możecie zapomnieć?

MAURYCY.

My możemy wszystko. Podaj mi rękę! Możemy żałować młodzieży, że pielęgnuje swą tęsknotę za idealizmem i starych, że im ze stoickiej równowagi serce pęka. Widzimy, jak monarcha drży przed pieśnią uliczną, a lazzarone przed dźwiękiem trąby ostatecznej. Ignorujemy maskę komedjantów i widzimy, jak poeta nakłada w ciemnościach maskę. Widzimy zadowolonego żebraka, spracowanego i obciążonego kapi-