Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


talistę. Obserwujemy zakochanych i widzimy, jak się przed sobą rumienią, domyślając się, że są oszukanymi oszustami. Widzimy rodziców, wydających na świat dzieci, aby módz do nich zawołać: Jacyście szczęśliwi, że macie takich rodziców! — i widzimy, jak dzieci robią toż samo. Znamy niewinność w jej samotnych cierpieniach miłosnych, dziewkę uliczną, podsłuchującą lektury Szylera... Widzimy jak Bóg i djabeł nawzajem się jeden przed drugim blamują i mamy niewzruszone przekonanie, że obaj są pijani... Co to za spokój i zadowolenie, Melchjorze! — Podaj mi tylko mały palec. — Możesz osiwieć zanim znajdziesz tak odpowiednią chwilę!

MELCHJOR.

— Jeżeli zgodzę się, Maurycy, to stanie się to z pogardy dla samego siebie. — Co mi dodawało odwagi, leży w grobie. Nie sądzę się już zdolnym do szlachetnych wzruszeń — i nie spostrzegam nic, nic, coby mi stanęło na drodze do upadku. — Jestem najgodniejszą potępienia istotą na świecie...

MAURYCY.

Czemuż więc zwlekasz...?

(Zamaskowany pan wchodzi)