Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ja jestem jej mordercą. — Ja jestem jej mordercą! — Mnie pozostaje rozpacz. — Mnie nie wolno płakać. — Precz stąd. — Precz!

MAURYCY STIEFEL.
(z głową pod pachą, potyka się przez groby)

Chwilę, Melchjorze! Sposobność nie nadarzy się tak prędko. Nie przeczuwasz, co jest związane z godziną i miejscem.

MELCHJOR.

Skąd przychodzisz?

MAURYCY.

Stamtąd — z pod muru. Tyś mój krzyż przewrócił. Leżę pod murem. — Podaj mi rękę, Melchjorze...

MELCHJOR.

Tyś nie Maurycy Stiefel.

MAURYCY.

Podaj mi rękę. Jestem pewien, że mi podziękujesz. Tak łatwo nie będzie ci nigdy! Wyjątkowo szczęśliwe spotkanie. Umyślnie po to przyszedłem...

MELCHJOR.

Czyż ty nie śpisz?