Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MAURYCY.

Nie tem, co wy nazywacie snem. — Siedzimy na wieżach, na wysokich dachach — gdzie chcemy...

MELCHJOR.

Nie macie spokoju?

MAURYCY.

To tak dla przyjemności. — Ocieramy się o majowe drzewa, o samotne leśne kaplice. Przelatujemy ponad ludowemi zgromadzeniami, ponad ogrodami, miejscami zabaw. — W mieszkalnych domach siedzimy w kominie lub za firanką łóżka. — Podaj mi rękę. Nie utrzymujemy ze sobą stosunków, ale wiemy co się dzieje na świecie. Wiemy, że głupstwem jest wszystko, co ludzie robią i do czego dążą i śmiejemy się z tego.

MELCHJOR.

Cóż to pomoże?

MAURYCY.

Na co ma pomódz? — nas nic już nie dosięgnie, ani złe ani dobre. Stoimy wysoko, wysoko, ponad tem, co ziemskie. — Każdy sam dla siebie. Nie utrzymujemy ze sobą