Ostatni sejm Rzeczypospolitej/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.

Przed bocznym ołtarzem odprawiało się nabożeństwo.
Kościół był pełen złocistych strug słońca, kadzielnych dymów i przejmujących brzmień organów. Msza bowiem była grana, lecz bez śpiewów i wystawy. Gruby przeor odprawiał ją trochę na pytel, śpieszył się czegoś a ilekroć odwracał się na kościół, oczy mu ciekawie latały koło dwóch schylonych postaci, ledwie dojrzanych w ławkach i na pozór wielce zagłębionych w medytacyach. Zaś niekiedy, przy jakiemś Dominus, lub odwracając karty mszału, spozierał ukradkiem i podejrzliwie w twarze pobożnych.
Niewiele się tego dzisiaj zebrało; jakieś bufiaste jejmoście w kornetach rozczapierzały się w ławkach, niby indyczki, to mieszczki w strojnych czółkach i czarnych chustkach pobrzękiwały różańcami, a wreszcie parę krupnych bab, wpatrzonych załzawionemi oczyma w księdza, szeptało półgłosem pacierze.
Kilku kontuszowych starców, jakoby dla ornamentu, klęczało przed ołtarzem, nieco kapot za nimi, a w głębi pod filarami tuliły się oberwane świtki, lipowe łapcie i pospólstwo. A gdy jakowyś dziadyga, postukując kulami, parł się naprzód, podtykając pod nosy klęczących żebraczą miseczkę, przeor zmarszczył groźnie czoło i dziw go nie sklął. Niecierpliwiły go też swarliwe, chociaż ściszone, rozmowy mnichów, którzy wraz z chłopiętami, przybranemi po bernardyńsku, stroili wielki ołtarz w kwiaty i dywany. Zdał się być cały w gorączce czekania i daremnych nasłuchiwań.
— Nie — szeptał Jasiński, pochylony nad rozłożonym modlitewnikiem. — Mówił mi Tęgoborski, sekretarz sejmowy, jako dzisiejsza sesya będzie salwowana na jutro. Muszą pierwej wygotować plenipotencyę dla delegacyi, mającej traktować z Buchholtzem. A przytem Sievers leży w łóżku po wczorajszych fetowaniach. Inni też radzi odpoczną.
Zaręba, wsparty łokciami o ławkę i z twarzą ukrytą w dłoniach, słuchał chciwie.
— Dostałem pilną pocztę z Wilna i muszę zaraz wyjechać. Powrócę za parę dni.
Zabrzęczały jazgotliwie dzwonki, rozległy się przeciągłe westchnienia, i wszyscy pochylili się ku ziemi. Rozpoczęło się podniesienie.
Jasiński przyklęknął, podsuwając równocześnie Zarębie jakiś szary sekstern.
— »Wyjątki z dzieł chińskiego filozofa Good« — zaszeptał ledwie dosłyszalnie.
Dopiero gdy ścichły rzegoty dzwonień, a organy ciągnęły dalej swoją przejmującą modlitwę, Jasiński, przysunąwszy się jeszcze bliżej, zaszeptał:
— To nasz konspiracyjny katechizm. W aneksach znajdziesz klucz do jego zrozumienia i plan rozkwaterowań wojsk rosyjskich w okolicach Grodna. Naucz się ich na pamięć i zniszcz. Szpiegunów pełno na każdym kroku, niewiadomo już komu zawierzyć. Miej się więc na baczności. Zelantów unikaj, bo za nimi chodzą czujne oczy. Krzywousty Skarżyński pod dobrotliwą strażą, ruszyć się nie może bez anioła stróża. Rób szaławiłę, pustaka i z takimi tylko przestawaj. Nim podasz suplikę, złóż czołobitność Moszyńskiemu; był in titulo wice-komendantem kadetów i tyle lat nas objadał, to może ci nie odmówi swojej protekcyi.
— Rozumiałem, że trzeba pierwej uderzyć do Ożarowskiego, ale on pono wyjechał do Petersburga.
— Bajęda! Nie było go wczoraj na balu, ale siedzi w Grodnie. Wyjechał hetman Kossakowski. Uprzedzam jednak, że Ożarowski chętnie mydli obietnicami, ale spełnia je tylko na rozkaz żony lub Sieversa.
— Jakiż skutek wzięły zabiegi Haumana?
— Plasuje się u Działyńskiego z pułkownikowskim awansem. Parę dni temu na sejmie sam król wnosił za nim gorliwą instancyę, a Gosławski, sandomierski, wobec całej izby sławił jego wierność ojczyźnie i męstwo.
— Widziałem, jak sobie poczynał pod Zastawiem. Byłem wraz z moją bateryą przy pułku Malczewskiego, którego on wtenczas był podpułkownikiem. Widziałem go i pod Zieleńcami.
— Przeszedłeś całą kampanię?
Zaręba odwinął klapę, z pod której błysnął krzyż Virtuti Militari, i rzekł:
— Dostałem go pod Dubienką wraz z porucznikostwem.
— Nie świeć nim! — żachnął się gniewnie Jasiński. — Czy nie wiesz, jako generalność wzbroniła noszenia odznak, zdobytych w tej wojnie?
— Mniemałem, że takich sancitów nikt nie posłucha.
— Pewnie, gdyby imperatorowa nie nakazała siłą zrywać z każdego, który się z tem ośmieli pokazać. Wielu już srodze odpokutowało.
Zaręba z ciężkiem sercem krzyż odpiął i schował do kieszeni.
— Nie masz zwracać na siebie uwagi — dodał z naciskiem. — Tak, Haumanowi się udało, uda się może jeszcze paru, mającym protekcyę, ale pozostaną setki z rozpuszczonych brygad, którzy nie chcą służyć wrogowi, a Rzeczypospolitej nie mogą. Tych nam potrzeba przyciągnąć!
— Jestem pewny, że na głos Naczelnika stawią się wszyscy, którzy pozostali wierni ojczyźnie. Gorzej z gemeinami: tysiące się ich włóczy o żebranym chlebie.
— Jakież są względem nich zamierzenia?
— Mam zbierać, co się da, i wyprawiać do pułku Wodzickiego i za kordon cesarski a reszta rozkwateruje się po dworach i w Warszawie. Tutaj polecono mi zrobić punkt zborny, bo w takiem zbiegowisku snadniej ukrywać robotę i komunikować się z drugimi.
— Ale się spiesz z zaciągami. Za Niemnem, pod Tyzenhauzowską karczmą co dnia warczą bębny, gorzałka się leje i werbownicy jawnie uprawiają swój proceder. Wczoraj nawet widziałem, jak ze sto chłopa pędzili kozacy do swojego obozu. Aż straszno było patrzeć. Mówiono mi, że werbują i dla króla pruskiego. Grodno stało się jarmarkiem mięsa żołnierskiego; kupuje, kto chce, i wywozi, niby tuczne barany.
— Kto werbuje w zabranych województwach?
— Kopeć i Wyszkowski. Wkrótce ich tu zobaczysz. Komunikacye z nimi zna Grosmani w Wilnie. Masz kogo sposobnego do werbowania?
— Przyjechał kapitan Kaczanowski. Właśnie śpi na mojej kwaterze.
— Znam go. Tęgi zabijaka i frant na cztery nogi kuty. Koloryzuje i maści nie gorzej księcia Panie Kochanku. Tylko culagi udzielaj mu skąpe, bo z niego srogi gracz i hulaka.
— Zalecono, bym mu dawał pod cyfrą i na każdą głowę i konia z osobna.
— On i dyabła wyprowadzi w pole. Prawdziwy Mirowszczyk, hultaj, obwieś, kostera i szczera dusza żołnierska. Pozdrów go odemnie. Ale, nie poznałeś na balu księcia Cycyanowa?
— Pierwszy raz słyszę o takim.
— Asystował wciąż pięknej szambelanowej.
— Nizki, dziobaty i jakby z zapleśniałemi oczyma. Pamiętam.
— Musisz się z nim zapoznać. On prawie domowy szambelanowej.
— Nigdy moja noga u niej nie postoi! — wybuchnął zawzięcie.
— To jest konieczne dla sprawy! — posłyszał surowy głos.
Rozpacz błysnęła mu w oczach, ale po chwili rzekł mężnie:
— Słucham rozkazu.
— Programat działania dostaniesz później. Mniemam, iż z pomocą szambelanowej wejdziesz z nim nawet w bliższą komitywę. To twoja kuzynka?
— I dawna narzeczona — wyrzucił jakby kawał krwi zapiekłej z bólu.
Jasiński zrozumiał jego ciężką sytuacyę, lecz nie ustąpił.
— Tem snadniej przyjdziesz z nią do porozumienia. Dobrześ u niej zakonotowany. Słyszałem wczoraj, jak się żaliła na ciebie przed Woyną.
— Czy Woyna z nami? — spróbował przerwać dokuczliwą materyę.
— Jeszcze nie. Wymiarkuj go i pociągnij. To człowiek wielce zdatny.
— Do puszczania konceptów i szmermeli! — odburknął złośliwie.
— Dla nas i taka broń nie do pogardzenia. Kąśliwy język dalej sięga, niźli kula. Czas mi już odejść. O jakim zmierzchu wśliznę się na twoją kwaterę, to pogadamy obszerniej. Tu niebezpiecznie!
Spojrzał zezem w bok na jakiegoś asana w czarnej kapocie, który jakby strzygł uszyma.
— Jedziesz prosto z Paryża? — zaszeptał jeszcze ciszej.
— Zbaczałem tylko na Lipsk i Drezno.
— Zali rewolucya tak straszna, jak o niej piszą?
— Jak odwet, zemsta i zbrodnia. Ale zarazem jak konieczność.
— I mniemasz... — przerwał, obserwując te strzygące uszy.
— Że i w Polsce topór winien mieć nielada pracę.
— Zdasz mi potem obszerną relacyę. — Powstał, zabierając się do wyjścia. — Ale zjawi się u ciebie ktoś, pokaże znak, to mu zawierz. Świadom naszych poczt i komunikacyi z komendami. Nie przepomnij o Cycyanowie!
Zaręba siedział, ogłuszony jeszcze tym dziwnym nakazem.
— Rozkaz — słuchać trzeba! — zadecydował wreszcie prosto i po żołniersku. Poczuł naraz głęboką ulgę, pod którą krzewiła się cicha, tajona radość. — To ten, o którym plotkowały owe damy! Prawie jej domowy! Czuły konfident! — rozmyślał, ale już z czołem zmarszczonem i żądłem w sercu. — I każą mi z nim zawrzeć znajomość? A dobrze! Będę rad z przyjacielstwa! Może się mu czem przysłużę! A dobrze! — snuł z jakimś jeszcze ciemnym zamysłem zemsty.
I w tych przeróżnych medytacyach ani spostrzegł, jak się msza skończyła. Ocknął się dopiero, gdy ścichły organy i powstał rumor ustawianych krzeseł przed wielkim ołtarzem. Słychać było powozy, zajeżdżające przed kruchtę i szum jedwabiów po kościele. Liberya, odpędzając cisnące się pospólstwo, nakrywała kobierczykami ławki, to niosła poduszki, szale i książki do nabożeństwa. Jakieś wystrojone damy i panowie zajmowali miejsca w prezbiteryum, na krzesłach, ustawionych w półkole, niby na teatrum. Migotały lornetki, częstowano się tabaką i cukierkami, zapach perfum roznosił się, niby z trybularzy. Jakiś czarniawy, piękny mnich wdzięczył się białymi zębami, podsuwając damom kropielnicę i pobrzękując skarboną. Robił się asambl, pełen francuskich szczebiotów i dyskretnych uśmieszków, miarkowanych wachlarzami. Przycichło nieco, gdy biskup Skarszewski wyszedł ze mszą, ale nie ustały brzęczeć lotne słówka, ni przygasły wyzywające spojrzenia podczernionych oczów. Liberya, stłoczona przy wielkich drzwiach, również sobie folgowała, strojąc nieprzystojne żarty z dziadów, zalegających kruchtę, a tak kpinkując pomiędzy sobą, że często gęsto jakieś grube słowo sięgało aż do socyety i ołtarza.
Zaręba, wybrawszy stosowną porę, wysunął się z ławki i poszedł przez klasztor, ale już w pierwszym korytarzu czyhał na niego przeor i prawie gwałtem zaciągnął do swojej celi.
— Tylko na minutkę, na jeden paciorek, aniele mój złoty! — wołał, obejmując go wpół. — Siadajże waszmość! Józef, daj fotel! No i cóżeście uradzili?
Ale Zaręba nie mógł odrzec ni słowa, gdyż w ogromnej, sklepionej celi powstał niesłychany wrzask, pisk i trzepoty. Zerwały się całe stada kanarków, kosów, zięb i skowronków, jęły fruwać nad przeorem i ze szczebiotem radosnym przysiadały mu na głowie, ramionach i gdzie się mogły czepić.
— Cicho, hołoto! Cicho! — krzyczał, opędzając się czerwoną chustką, czem wywołał jeszcze większe wrzaski. — Co ja mam z tem tałałajstwem! Mnoży się, że niech Bóg broni! — narzekał, wycierając spoconą, tłustą twarz. — Cicho mi, hultaje! Zrób-no z niemi porządek! — zwrócił się do pucołowatego braciszka.
Rozległo się złowrogie krakanie tak udane, aż Zaręba się obejrzał, a ptaki jakby się zapadły pod ziemię.
— To im dał bobu! — zaśmiał się przeor, opadając w głęboki fotel przed dymiącą misą, pełną piwnej polewki, gęsto zabielanej. — A możebyś wraszmość napił się kawy? A może tak po żołniersku, kieliszek i wędlinki? Bardzo proszę, aniele mój złoty! Z łaski Boskiej mamy jakie takie zapasiki. Józef, skocz-no do kredencerza, cymbale jeden, w mig... Wprawdzie to dzisiaj piątek...
— Bóg zapłać, ale towarzysze czekają na mnie ze śniadaniem.
— Jeszcze chrapią, aż się rozlega — wtrącił mniszek, chowając twarz za przeora.
— Imć Hłaskę znam oddawna. Poczciwie mu patrzy z oczu, ale to niemały zbereźnik i łasy na cnotę, niby kot na szperkę. Nie widzi mi się...
— Przyjaciel Prozora i człowiek duszą całą oddany ojczyźnie...
— Prawda, że to bije od niego jakowąś senatorską dostojnością. Prawda. Może wam czego potrzeba na kwaterze? Każę wydać, byście nie wyrzekali na Bernardynów, jako was przywiedli do głodu. Hm! konfident pana Oboźnego! — mruczał, głośno pochlipując z misy i zezował na kosa, który wskoczył na stół i czając się, rychtował dziób ku kawałkom sera, pływającego w polewce.
— I kiedyż ma się zacząć?... A obwieś jeden! — wrzasnął na ptaka, uciekającego ze serem w dziobie. Pogroził mu łyżką.
— O tem wie tylko Rada — odparł cicho Zaręba, spoglądając nieufnie na braciszka, cmokającego ku pochowanym ptakom.
— Czegóż trzeszczysz oczy, niby kot na gorącym popiele? — huknął na niego przeor. — Przynieś wody dla ptaszków! — A gdy braciszek wyszedł, rzekł:
— To mój wiernik. Chociaż przezpieczniej o takich zamysłach nie mówić i przy najpewniejszych. Nie będę waszmości brał na spytki. Moja służba ojczyźnie w tem, aby słuchać i robić, co mi rozkażą. Chcę ci teraz, aniele mój złoty, dać człowieka, który, wedle mojego rozumienia, może się przydać. Na oko nic szczególnego, zwykły Bernardyn, ale człowiek po prostu czyste złoto. Głowa otwarta, zna języki, na żołnierce też się rozumie. A ochotny i zdatny do wszystkiego. Prawda, lubi czasem pociągać z gąsiorka, lecz przy tem cale nie leniwy do pracy, ni do służby Bożej.
— Czy aby dobry do sekretu?
— Głowę stawię za niego.
— Kiedy tak, rad się z nim zapoznam.
— Józef!... Prawdziwa perła!... Gdzież ten cymbał? Józef!
Wpadł wylękniony mniszek i pokornie stanął za krzesłem przeorskiem.
— Gdzieżeś się wałęsał? Poproś ojca Serafina.
Braciszek, wychodząc, dmuchał swawolnie w klatki, poustawiane pod ścianą na długich stołach. Podniósł się wrzask niemały i pisk.
— Skaranie Boskie z temi lactansami! Psie figle im tylko w głowie, a do służby i brewiarza nawet kijem nie napędzisz — wyrzekł przeor i usypawszy na stole długą grobelkę ziarna i okruchów chleba, zagwizdał przeciągle.
Ptaki cicho spłynęły na brzegi stołu, ważąc się na skrzydłach i trzepocząc.
— Nie rusz! Czekać! Baczność! — zawołał, odsuwając się nieco.
Ptaszki cisnęły się w szeregi, wszystkie dzioby podniosły się jakby do ataku.
— Naprzód! krokiem! krokiem! Stój! Cel! Pal! — grzmiała komenda, na którą stado rzuciło się na ziarno w karnym ordynku i jęło zawzięcie młócić.
Przeor aż się trząsł od śmiechu, wycierał spoconą twarz i obchodząc stół, głaskał po skrzydełkach, całował niektóre i pieścił, nie przestając ani na chwilę burczeć, strofować i grozić chusteczką.
— Zwolna, bratkowie, zwolna! Jadło nie ucieknie! A to zatkasz się, chamie jeden, i co? Znowu będę cię lekował! Panie Kosowski, nie tratuj drugich, bo weźmiesz po skórze! A cóż to, panno Skowrońska? Mama cię wybiła, żeś taka osowiała? Czekajże, dam ci osobno! Zgodnie, mili bratkowie! Pani Ziębowa dobrodziejka niech robronami nie zamiata! Cymbale jeden!... — huknął znowu na kosa. — Zjadłeś mi ser, to drugich nie obżeraj! Boże, jakie to hultajstwo łakome, niezgodne, chciwe! Niczem człowieczkowie! Aniele mój złoty! — zwrócił się do Zaręby — a nie dworuj sobie ze mnie.
— Dziw mnie tylko zbiera nad egzercerunkiem tej ptasiej hołoty. Nielada to była praca!... Wracając do ojca Serafina, czyby nie można z niego zrobić kwestarza?
— Choćby dzisiaj, aniele mój złoty!
— Ale żeby mógł swobodnie wędrować po całym kraju...
— Przedni zamysł! W sam raz dla niego taka robota. O permisyę postaram się u prowincyała, zaś tymczasem bierz go waszmość, jak swojego. Jeno przypominam, jako to niezwyczajny brus Bernardyński.
— Skądże się wywodzi? Może z łyczków?
— Dużoby o tem mówić! Polecę zajrzeć do kościoła, bo biskup pewnie już kończy mszę. In saecula saeculorum. Amen! — rzucił machinalnie na skrzyp otwieranych drzwi. — A otóż i ojciec Serafin!... A teraz, baczność! Na gniazda, bratkowie! Marsz! — zakomenderował, powiewając chustką i w mig skrzydlate bractwo rozleciało się po klatkach. — Józef, a to szelmostwo zapstrzyło stół, że niech Bóg broni!
— Kto chowa ptaki z pisku, ten ma łajno w zysku — szepnął Serafin.
— Aniele mój złoty, każdy błazen swoim strojem! — odparł markotnie przeor.
Zaręba patrzał ciekawie na spokorniałą twarz mnicha i po wyjściu przeora, przystąpił do niego z wyciągniętą ręką.
— Ksiądz przeor wielce mi ojca polecał.
— Wiem już, o co chodzi. Dawno łaknę pociągnąć świeżego powietrza! Ochotnie pójdę pod komendę — mówił prędko, podnosząc na niego niebieskie, bystre oczy.
Był straszliwie chudy i mógł mieć lat pięćdziesiąt albo trzydzieści. Chodził przygarbiony i habit wisiał na nim, jakby na szaragach; głowę miał krótką, kwadratową, poszytą żółtym, szczecinowatym włosem, czoło wyniosłe i dziwnie białe, nochal drapieżnie zakrzywiony, usta od ucha do ucha, dolną szczękę wystającą i twarz gęsto upstrzoną cynamonowymi piegami.
— Niech ojciec zajrzy do mnie na kwaterę, to pogadamy.
Na odpowiedź mnich pokazał pierścień i szepnął tajne słowa.
— Jakżem rad, bracie i towarzyszu! — wyrzekł Zaręba, ściskając go serdecznie.
— Imć Sołtan był moim ojcem chrzestnym...
— Czy przeor wie o tem?
— Nie zdawałem mu relacyi, bo szkoda balsamu do kapusty, a różanego olejku na buty — rzucił z przekąsem.
— Poczciwy to człowiek i wielce oddany sprawie.
— Kto czyj chleb je, tego pieśnią śpiewa. Odprowadzę waszmość pana.
— Jakowyś casus, że ojciec nogą zamiata?
— To po dybkach słodkie suweniry! — zaśmiał się, błyskając zębami.
Zaręba spojrzał z niedowierzaniem.
— Opowie się o tem kiedyś — mruknął, wyprowadzając go na korytarz.
Szli jakiś czas w milczeniu. Zaręba obzierał go z ciekawością.
— Więc czekam na ojca dzisiaj z wieczerzą, będzie nam składniej.
— Dziękuję za bedłek, mam doma dość rydzów. Przyjdę, kiedy mi wypadnie pora.
Pociągnął nosem i zawrócił do reflektarza na śniadanie.
— Jakiś cudaczny człowiek — szepnął Sewer za nim i powróciwszy do rozmyślań nad poleceniem Jasińskiego, wziął się na lewo, do klasztornego sadu, rozłożonego na skraju wzgórza, gwałtownie opadającego ku Niemnowi.
Dzień był gorący i upał już doskwierał, chociaż dopiero dochodziła dziewiąta; niebo wisiało bez jednej chmurki, niepokalany błękit mienił się atłasową płachtą, jaskółki szalały z przeszywającym świergotem.
Z rozkoszą zanurzył się w cień, sad bowiem był stary i rozłożysty, nad blademi trawami szarzały rzędy chropawych, spękanych pni, ostro świeciły żółte zatoki mleczów i grały olśniewające płaty słońca. Pod konarami wiał chłód i leżała rozedrgana cisza; dalekie brzmienia organów spływały w słodką melodyę pszczół i owadów, brzęczących nieustannie. A niekiedy wznosiły się od Niemna przeciągłe wołania flisów lub jakieś kłótliwe, gniewne głosy.
Sygnaturka też raz po raz dawała znać, co się dzieje w kościele, zaś kiedy niekiedy radosne i ogromne głosy dzwonów płynęły od miasta z taką mocą, że wróble bractwa z niemałym wrzaskiem podrywały się z wisien i uciekały na dachy.
Zaręba, po chwilowem błądzeniu wśród ścieżyn zarośniętych, natrafił wreszcie na szeroką drogę, biegnącą grzbietem wzgórza do klasztornych zabudowań. Klasztor dotykał jej szczytami, ulica była wysypana żółtym piaskiem i obsadzona poczwórnym płotkiem bukszpanów nizko przyciętych, z pomiędzy których obficie wytryskiwały kwiaty: georginie zwieszały ciężkie, kolczaste i różnobarwne głowy, wdzięczyły się strojne malwy, pachniały róże i lewkonie, maki wybuchały śnieżnymi kwiatami, a nizko krzewiły się jakby z lękiem nasturcye i nagietki. Przygięte, rosochate drzewa kładły przesłonecznione cienie na żwiry ulicy, zaś tu i ówdzie ciężarne gałęzie, obwalone zrumienionemi jabłkami, grodziły drogę, jakby wyciągnięte ręce, lub źrałe wiśnie i nęciły usta i oczy, ale Zaręba, ślepy na wszystko układał w sobie scenę pierwszego spotkania. Już sobie imaginował, jak będzie wobec Izy chłodnym, powściągliwym i nieustępnym. Tak, nic ponad powinną grzeczność! I ani jednego potrącenia przeszłości. Niech to już będzie pogrzebione w pamięci! — zapowiadał surowo. Przychodziły jednak chwile, w których klął Jasińskiego, lub w których, jak Piłat, umywał ręce walając wszystką winę na niego. — Nigdybym do niej, nie przystąpił, nigdy! — narzekał. I tak szarpał się czas jakiś, przemierzając ulicę z końca w koniec, gdy się natknął na jakiegoś mnicha, który niewiadomo skąd się wziął i szedł wolniutko, macając kijkiem drogę. Zdał się być prawiecznym, tchnęło od niego grobem, oczy miał pokryte bielmem i twarz omszoną, niby trup. Przystawał co parę kroków, tykał suchymi palcami kwiaty i uśmiechając się zapadniętą jamą ust, wlókł się wskróś przepychu słońca i przyrody, niby zbłąkane, rdzawe widmo. Snadź był głuchy, bo na pozdrowienie nie odpowiedział, przystając dopiero w miejscu, gdzie w przerwie między drzewami roztaczał się ogromny widok.
— Bardzo cudnie! — zamamlał, pociągając nosem. — Bardzo cudnie! Chwałaż ci, Panie na wysokościach! — I rozglądał się po świecie jeszcze niegdyś zapamiętanym, niby po śnie wiecznie żywym i jednako miłowanym.
Jakoż istotnie było cudnie. Niemen błyskał w dole modro-srebrzystą wstęgą i wił się wśród brzegów wyniosłych. A za nim, trochę z prawa, strzelały wieże i mury Franciszkanów, otoczone wieńcem sadów i szarych, nizkich domostw. Szeroka smuga piaszczystej drogi dźwigała się od Niemna na wzgórza, wymijała klasztor, wlekła się kręto wśród spłowiałych pól, wiosek pochowanych w kępach drzew i ginęła w ścianie borów, czerniejących na horyzoncie. Widok był niezmiernie rozległy. Gdzieniegdzie poruszali się ludzie, zajęci sprzętem zboża, snuły się kopiaste wozy, złociały sterty i słupy kurzawy wisiały nad drogami.
Zaręba przejrzał uważnie cały widomy kraj i nagle skierował lunetę na zarośla, położone na prawo od klasztoru, a tuż nad stromym brzegiem, gdzie bieliły się liczne namioty i grały w słońcu cielska armat.
Sześć sztuk, cała baterya, na podsypie i wyrychtowana prosto na zamek. Pewnie dwunastofuntówki: mogliby go znieść do czysta! Za namiotami szańczyki. I widety kozackie nad wodą. Brzegi dobrze obsadzone. To nie żarty! — dumał, chowając lunetę. — Nie czas myśleć o amorach — szepnął surowo, biegnąc do mieszkania.
Kwaterował w zabudowaniach klasztornych, oddzielonych od sadu potężnym murem, w domu, zwróconym frontem na uliczkę, prowadzącą ku rynkowi. Zajmował w nim dwie ciasne izdebki, przedzielone sienią i jakąś kletkę od podwórza, w której gnieździł się Kacper wraz z kuchnią.
Cały dom, długi, wielce nieforemny i pełen zakamarków, był straszliwą ruderą, przegniłą od wilgoci, odartą z tynków, z powybijanemi szybami i z dachem niby rzeszoto. Przykazano mu w nim zamieszkać, gdyż dom leżał na uboczu i łacniej się było z niego wymknąć do Niemna.
— Cóż, śpią jeszcze? — pytał Kacpra, otwierającego mu drzwi.
— Nie było rozkazu, tom nie budził — wyprężył się po żołniersku.
— Czem przyjechali?
— Pocztą. Na przekładane i prosto z Warszawy.
— To im się należy wypoczynek. Trzeba mi się przybrać. A! — zawołał z uznaniem, spostrzegłszy na łóżku już przygotowaną bieliznę i garderobę. Tualetowy sepet stał otwarty na stole pod oknem, a Kacper brał się do rozrabiania mydła i wecował brzytwy.
— Cóż tam słychać? — rzucił, spiesznie się rozdziewając.
— Bułanka okulała. Kazałem ją zaraz z wieczora przekuć. Nie pomogło. Na szczęście, zajrzał rano do stajni jakiś Bernardyn, kazał jej pęciny obwalić maścią; powiada, że do jutra nie będzie znaku.
— Opatrzyć bryki. W zielonej coś chrobotały szprychy. Nie uważałeś?
— Rozeschnięte koła. Już miękną w stawie.
— Cóż tam więcej? — Zarzucił na siebie pudermantel i zasiadł przed sepetem.
— Maciuś znowu się spił.
— Już zdążył? Z kimże sobie wygodził?
— O zmierzchu kręcili się tu jacyś, niby to się przepytując o kogoś, a ryje ich węszyły na wszystkie strony...
— Może jakoweś szpieguny?
— Jeden powiadał się handlarzem koni, przybrany był z waszecia — szeptał, sprawnie namydlając twarz pańską — drugi patrzał na żołnierza. Przepędziłem ich, ale Maciuś się z nimi zwąchał i poszli pod Bernardyńską wiechę. Spił się, jak nieboskie stworzenie.
— Na drugi raz weźmie pięćdziesiąt odlewanych i powędruje do domu. Jeszcze co kiedy po pijanemu naplecie niepotrzebnego.
— Niema strachu. On jest takiej natury, że jak sobie podchmieli, to już ani mrumru, a tylko cięgiem się śmieje! — powiadał, goląc sprawnie, niby cyrulik.
— Dobre chłopisko i wielka szkoda, że taki dusikufel.
Kacper, sprawiwszy się z pańskiem obliczem, przeodział Sewera w jedwabny, wiśniowej barwy chałat, suto przetykany złotem i podbity żółtą materyą, uprzątnął stół i podawszy ranną kawę, stanął z boku, wpatrzony w niego wiernemi, oddanemi oczyma. Chłopak był rosły i urodziwy, zielona kurta artyleryjska, tylko bez obszlegów, obciskała jego muskularną figurę.
— Długo tu będziemy popasali? — spytał nieśmiało, podsuwając garnuszek.
— Dokąd-że ci to już pilno?
— Tak dawno nie widziałem swoich! — westchnął, szczypiąc przycięte wąsy.
— Tęskno ci, widzę, do ekonomskich batów.
— Któżby śmiał mnie poniewierać? Żołnierz jestem, mam przecież krzyż od samego księcia! — Wyprostował się, duma zagrała mu w siwych oczach.
— Już pisałem do ojca, by ci dał wolność, ale z tem będą jeszcze kłopoty.
— Juści, starszy pan lubi robić na sprzeciw, twardy! Mogę się nawet okupić: nie przepiłem tego, co mi panowie oficyerowie nadawali pod Zieleńcami.
— Ani się waż z tem wyznać przed ojcem! Ja w tem, żebyś był wolny.
Kacper schylił się do jego ręki, ale Zaręba nie pozwolił się pocałować.
— Nie opuszczę cię w każdej potrzebie, bądź pewien.
— Ale pan porucznik pozwoli zapytać, czy w ostatnim liście z domu nie stało czego o mojej matce lub o pannie Dosi?
— Tum cię czekał! Ho! ho! panny Dosi ci się zachciewa! Wysoko sięgasz!
Kacper, srodze zawstydzony, bąknął coś ni w pięć, ni w dziesięć.
— Nie zamiataj, jak liszka, bo i tak znać tropy! — zaśmiał się Zaręba, nabijając lulkę. — Już dosyć dawno nie miałem wiadomości z domu.
— Mógłbym skoczyć zasięgnąć języka — szepnął, podając ogień. — Wyrachowałem czas: za tydzień byłbym z nawrotem.
Ze drżeniem czekał odpowiedzi.
— Nie przyjechaliśmy tu balować. Zresztą mam dla ciebie ważną robotę.
— Słucham pana porucznika!
Sprężył się, chociaż żałość nim zatargała.
— Gdzieś za Niemnem jest karczma, w której naszych gemeinów z rozpuszczonych brygad łowią, jak barany. Karczma zwie się Tyzenhauzowska. Przewiedz się, czy dużo jest takich w Grodnie, gdzie się zbierają i dokąd ich werbownicy pędzą? Nie żałuj traktamentów.
— Kiepski barszcz bez rury! Udam, jako sam chcę przystać do Rosyan.
— Fortel grzeczny, tylko niech cię naprawdę nie capną i nie popędzą...
— Zje dyabła psia mać, jak mnie w pole wyprowadzi.
— I weź się do tego zaraz!
Wysoka kanarkowa karyolka, zaprzężona w angielskie dryblasy, zaturkotała pod oknami. Kacper wypadł przed dom i wrócił z biletem.
— Nowakowski! Ależ proś! proś! — wołał Sewer, oglądając ironicznie bilet, na którym w otoku czerwonych ornamentów czerniało nazwisko i trzy wiersze tytułów.
Po chwili wpadł wystrojony jegomość w szpiczastym kapeluszu i w szpiczastym, rudym fraku, pobrzękując pieczątkami i dewizkami, na łóżko rzucił kapelusz, laskę na stół, rękawiczki pod piec, rozłożył ręce i sam się rzucił w objęcia Zaręby.
— Jakże się masz? Ledwiem cię odszukał! Co się z tobą stało na balu?
— Nudziłem się, jak pies na teatrum i wcześniej wyszedłem.
— Nie zrobiłem tego i żałuję. Woyna obłupił mnie do ostatniego dukata. Dziwnie i wyjątkowo sprzyjała mu fortuna.
Taki szczególny uśmiech zaigrał mu na szpiczastej twarzy, że Zaręba poczuł chęć wyrzucenia go za drzwi, ale tylko zauważył rubasznie:
— Nie graj Wojtek, nie przegrasz... obertelka.
— To pewnie nie wiesz nowiny, o jakiej w tej chwili mówi całe Grodno?
Zaręba, chociaż nie głodny nowin, spojrzał pytająco.
— Szambelanowa rozeszła się ze swoim ami!
— Z Cycyanowem?
Ledwie zdołał zapanować nad wrażeniem.
— Tak. Zrobił jej jakąś brutalną scenę, za co piękna pani podobno uderzyła go w twarz wachlarzem. Było przy tem wiele osób.
— Pogodzą się — szepnął, pragnąc się więcej dowiedzieć.
— Niewiadomo. Dla niego nie jest to zbyt wielka obraza, lecz pani lubi zmieniać przyjaciół, a że jest impetyczna i rozkapryszona, załatwia od ręki. W każdym razie otworzył się chwilowy vacat. Królewski to kąsek!
— Tylko dziegciem nieco przejęty — zauważył zgryźliwie Sewer.
Nowakowski się zaśmiał i odpędziwszy woniejącą chusteczką muchy, brzęczące mu nad głową, zrobił ważną minę i powiadał tajemniczo:
— Bal był zgoła nieudany. Za wiele powstało komeraży i mętu. Całe miasto aż się trzęsło od plotek. Bajędy rosną do rozmiarów skandalów.
— Cóż się takiego stało? Ja nic nie zauważyłem — wyrzekł zdziwiony.
— Naturalnie — szepnął z pobłażliwością. — Przedewszystkiem Buchholtz odjechał zagniewany prosto od stołu, z nikim się nie żegnając.
— I o cóż się rozsierdziła ta pludracka Mość?
— Nie wniesiono zdrowia jego króla. I w tem miał słuszność. Sam doradzałem, ale marszałek przewidywał, jako przy powszechnej animozyi do Prusaków mógłby kto nieprzystojnie zaprotestować. I wyszła przykra kabała!
— Mała szkoda, krótki żal — bawił się jego napuszoną powagą.
— Ale imaginuj sobie, co może z tego wyniknąć!
— Nowa nota pruska do Króla Jegomości. Można wytrzymać!
— Łacno z wszystkiego czynić krotochwilę! Ja zaś powiadam, że kto nie ma mocy, temu nie wolno zamierzać się nawet palcem — rzucił sentencyonalnie, — przewiduję, iż po tem stosunki jeszcze bardziej się zaostrzą.
— I Prusy za taki dyshonor ukradną nam o jedno województwo więcej.
— Jakąś satysfakcyę z nas wezmą, to pewna — podniósł głos, jakoby na sejmie. — W takiem położeniu nie judzić nam wrogów, ale zniewalać ich sobie życzliwością i zabiegami!
Tu trzasnął palcem w złotą tabakierkę, zażył z namaszczeniem i skrzywił się do kichnięcia.
— Nie rozumiem się w tej materyi, mów mi lepiej o balowych komerażach.
— A dobrze! — spojrzał na niego z politowaniem. — Otóż potem hrabia Ankwicz tak się pogryzł z Kossakowskim, że skakali sobie do oczu. Biskup napewno dzisiaj pojedzie ze skargą do Sieversa.
— A cóż na to ambasador?
Był szczerze zdziwiony.
Nowakowski zbył wyniosłym uśmieszkiem tę prostaczą nieświadomość.
— Nie przerywaj... Potem pani Platerowa pokazała plecy generałowej Duninowej, pani Narbutowa hrabinę Camelli nazwała awanturnicą. Słyszało wiele osób. A zadzierżysta jejmościanka Dziekońska zwymyślała na pełnej sali jakiegoś oficyerka, który w tańcu coś nieprzystojnego zmajstrował. I jakby tego było jeszcze za mało, piękna Luhlli straciła ogromnej ceny sznur pereł i wśród takich okoliczności, że znowu się to musi oprzeć o Sieversa. Wątpliwe jednak, czy je odzyska.
— Odnajdą się gdzieś nad Wołgą i wśród jakichś rodzinnych pamiątek!
— I srebro stołowe pokradziono z altan! Cukiernik, który je był, wypożyczywszy, zwiózł z Warszawy, zakłada grube pretensye do marszałka. Zaś w końcu popite hultajstwo z Bośniakami porznęło srodze kozaków, z czego powstał niemały tumult. Summa summarum: bigos, animozye, żale i obrazy powszechne!
— Nie miała baba kłopotu — wyprawiła bal! — śmiał się Zaręba.
— Były wyższe racye i marszałek musiał to zrobić, nie szczędząc ekspensów.
— Różnie mówiono, kto je ponosi...
— Niegodziwe obmowy! Kogo one szczędzą? — westchnął boleśnie. — Doszło do tego, że tacy, jak Skarżyński, Mikorski i drudzy ich kamraci, już publicznie szkalują nawet dygnitarzów o branie jurgieltów. Kłamstwa, wyssane z zawiści! Na szczęście, złożono do laski projekt ukrócenia tej swawoli.
— Mało to już kneblów ogłosiła generalność!
— Wszystko za mało! Nie masz pojęcia, ile krąży po rękach paszkwilów, pisanych gazetek, jadowitych wierszyków i zniesławiających świstków. A wszystko szerzy nienawiść, kłamstwa, wzgardę i nieufność do tych nieszczęśników, pragnących ratowania ojczyzny. To Kołłątajowskie szmermele!
— Czy być może? — zawołał z dobrze udanem zdziwieniem.
— Wiem. co mówię. Przejęto już niejedną ekspedycyę tych nikczemnych karteluszków. Ksiądz podkanclerzy, jak i czasu bywszego sejmu, każdą bronią wojuje tych, którzy stoją na zawadzie jego ambicyi...
— Poczciwych chyba nie dosięga? — wtrącił dobrodusznie.
— A któż poczciwy dla tych wściekłych jakobińskich wilków!
Nie było co odrzec, więc po chwili jął mu prawić dusery.
— Zawszem cię miał za zdatnego, ale teraz mówisz, jak prawdziwy statysta.
— Bom nie zalegał pola i zawszem się sposobił do większego! — szepnął z dumą, wspinającą się na palce. — Kto ma głowę na karku i pomaluśku a z rozwagą się przepycha, temu i do dostojeństw niedaleka droga.
Chełpliwie, a jakby od niechcenia jął się zwierzać ze swoich stosunków i znaczenia. Zaręba słuchał, napół wierząc i w jakiemś miejscu mu przerwał:
— Cóż porabia ojcaszek? Jest jeszcze u hetmanowej?
— Teraz już siedzi na swoim kawale ziemi — odpowiedział nie skonfundowany pytaniem. — Ale z tobą, widzę, jakoś kuso! — zmienił przedmiot rozmowy, rozglądając się po izbie.
— Po żołniersku! Szablą nie dobiję się kluczów!
— A pan miecznik po dawnemu mieszka z rąk nie popuszcza?
— Zgadłeś! — potwierdził i jął rozpowiadać o swoich nadziejach na odzyskanie utraconej szarży.
— Będzie ciężko! Redukcya wojsk jakby już postanowiona, więc na każdy vacat w pozostających pułkach wisi po stu aspirantów.
— To zła moja sprawa!
— Projekt złożony do laski, lada dzień będzie deliberowany i znajdzie większość. — Naraz zniżył głos: — Petersburg go popiera i żąda przyjęcia jeszcze przed traktowaniem z Prusami. A i wyższa racya nakazuje zrobić to czemprędzej dla powszechnej przezpieczności. Już i tak dochodzą słuchy, że poniektóre brygady zamyślają o konfederacyi. O to właśnie chodzi, żeby do takowych zamysłów nie dopuścić — wykładał z głębokiem namaszczeniem.
— Gdybyś mi jednak nie odmówił protekcyi! — prosił, puszczając mimo uszu.
— Dla przyjaciela i syna mojego dobrodzieja zrobię, co mogę, chociaż, czy moje zabiegi wezmą skutek, nie ręczę. A nie chciałbyś jakiego urzędu? Teraz delegacye będą potrzebowały człowieka zdatnego do pióra; dałoby się coś porękawicznego Boscampowi, no i za resztę odpowiadam. Pozycja nie do pogardzenia, bo strony nie będą skąpiły ni rublów, ni talarów...
— Nie zdałbym się na nic, bo umiem tylko pieczętować łby i to armatniemi kulami — żartował przystrajając się w żołnierską rubaszność.
— A nie poszukałbyś fortuny w służbie Imperatorowej?
Zaręba utonął nagle w kłębach dymu i odparł po dłuższej pauzie:
— Nie znam po tamtej stronie ni żywej duszy.
— Ja w tem, że jak nic weźmiesz kapitańską szlifę. Mógłbyś kwaterować w kordonie, a po jakimś czasie przejść do służby cywilnej, gdzie i łacniej dochrapać się orderu i jakiej królewszczyzny. Mają ich dosyć do rozdania. Już mi niejeden dziękował za dobrą radę.
— Jakże! służyć obcemu i może naprzeciw ojczyźnie? — wyjąkał, ledwie hamując gniew.
— Powiadają: pan, jako chce, a chudzina jak musi. Nigdy nie przyjdzie, by się ta potencya przeciwko nam obróciła; żyjemy w aliansie, a daj Boże, oddamy się całkiem pod jej protekcyę. Poznam cię z Rautenfeldem lub z Kastalińskim. Wyrozumiesz ich i postanowisz. Ja ci radzę po przyjacielsku: ratuj się, póki jeszcze pora! A że niewiadomo, co komu pisane, to możesz trafić i w kawalergardy. W Petersburgu zawsze są w niemałej cenie dorodni oficyerowie! — mrugnął czerwonemi oczkami i zaśmiał się cynicznie. — Fortuna kołem się toczy, a kto w porę za szprychy złapie, tego wyniesie. Ja coś wiem o tem!
Znowu się zaśmiał.
Zaręba cierpiał prawdziwe męki, wstrzymując się od plunięcia w twarz temu rajfurowi, ale na szczęście wszedł Hłasko z Kaczanowskim, więc porwał się ich prezentować.
— Nowakowski! Ależ my się znamy, jak łyse kobyły! — huknął Kaczanowski.
— Tak, w istocie, przypominam sobie waćpana gdzieś ze świata — bąkał lodowato, spiesznie zbierając kapelusz, laskę i rękawiczki. Trzymał go przy tem oczyma na taki dystans, że kapitan zapomniał języka. — Ad videndum, mości panowie! Bardzo żałuję! — pożegnał ich łaskawie.
Zaręba wyprowadził go przed dom.
— Mieszkam w pałacu hetmana Rzewuskiego; przychodź do nas na obiady: poznasz ciekawą i wesołą kompanię. A względem twoich zamysłów, to sam ci napiszę suplikę. Ale, dawno znasz Kaczanowskiego?
— Poznałem go dzisiejszej nocy.
— Trzymaj się od niego zdaleka, to łgarz i oczajdusza — ostrzegał z naciskiem, wdrapując się na karyolkę. Wziął lejce od sztywnego żokiejsa w czerwonym fraku, cmoknął na konie, kiwnął głową i pojechał, kolebiąc się na wybojach.
— A to mnie cymbał splantował! — wyrzekał Kaczanowski — szarpiąc wąsy ze srogiej konfuzyi. — A wynosi się taka kauzyperda, niby ważna persona. Przecież pamiętam, jak przy lubelskiem trybunale węszył za każdym dukatem, niczem wyżeł za kuropatwami. A teraz z wysoka, po jaśniepańsku i ledwie sobie raczy przypominać poczciwego człowieka! Ha! ha! to pęknę ze śmiechu!
Ale się nie śmiał, tak go dławiła bezradna wściekłość.
— Bo i wysforował się na nielada personę — wtrącił spokojnie Hłasko, wysoki, poważny szlachcic, w granatowym kontuszu krojem wojskowym i tak samo, jak Kaczanowski, z feldcechem przy prostej, czarnej szabli, co przy stroju cywilnym oznaczało oficyera. — Ma on przytem cale zaszarganą reputacyę. Kossakowski wypromował go na posła i zażywa do swoich widoków. Zdatny do wszystkiego i ma takie reguły, że zarówno lubi rubla, jak i talary. Czy waszmość z nim w przyjaźni? — zwrócił się do Zaręby.
— Znam go od dziecka. Był pewien czas wraz ze mną u kadetów, ojciec mój łożył na niego. Potem umieścił go przy boku hetmana Branickiego, zaś po jego śmierci zginął mi całkiem z oczu.
— Taki nie przepadnie, wyciągną go dyabli z każdej opresyi. Znałem go w swoim czasie w Lublinie; czepiał się wtedy poły sędziego Koźmiana, lecz pono i na swoją rękę szachrował. Nie musiał mnie zapomnieć, bo razu pewnej wesołej okazyi z panem Granowskim, spławiliśmy go w Bystrzycy.
— Krwawy despekt, zwłaszcza jeśli tęgo łyknął żabiego wina.
— Ledwie mu Goltz zmacał pulsy! Chciał się potem rąbać z całą kompanią, skończyło się jednak na pijatyce i nowym figlu. Miał się on do pewnej...
— Możebyśmy dali spokój anegdotom — zauważył łagodnie Hłasko.
— Ale i to prawda, jako tutaj nic zapowiedniego w nozdrzach nie wierci.
— Zgapiłem się ze szczętem, darujcie waszmościowie. Kacper!
— Tylko uprzedzam, że od kaffy cierpię, jak po rodzonej matce, czekulada czyni mnie furioso, a w herbacie zwykłem moczyć koniom nogi.
— Znajdzie się i coś kojącego na humory waszmości.
— A jabym wam coś poradził. Znam tu niedaleko zasobnego kupca, który, chociaż przy świętym piątku, niezgorzej nas pożywi. Ma przednie pieczątki. Nie dowierzam ja porucznikowskiej kuchni. Daruj mi waszmość, ale u mnie po staremu: nim zawierzysz gębie, połóż na zębie — prawił Hłasko, obciągając pas na srodze zapadłym brzuchu.
— Byle prędko, dużo a smacznie, to i ja nie wybredzam! — żartował Kaczanowski, wybiegając nagle, a gdy powrócił, przystąpił z ważną twarzą do Kacpra.
— Gdzie prowadzi przejście między stajniami z podwórza?
— Do rzeki. Ścieżka stroma, lecz koń przejdzie — sprężył się po żołniersku.
— A uliczka przed domem? — indagował rozkazująco.
— Na lewo do miasta, zaś na prawo w pola i cyrkuluje do Horodnicy.
— Basta! Zmykaj, bracie! — zwrócił się do Zaręby. — Rekognoskuję, zali mamy zapewniony odwrót. Rezolutny chłopak, ale czy pewny?
— Jak własna dusza. Mój to brat mleczny i towarzysz nieodstępny, przytem żołnierz przedni; w obronie harmat wziął rany i nagrodzon krzyżem.
— Tak mężnie stawał? Proszę, że to w chamie taka kawalerska fantazya.
— Sam książę go aplauzował. Święcie godzien nobilitacyi.
— Skoro własną krwią wypisał sobie indygenat, Stany muszą potwierdzić.
— Wkrótce każdy będzie szlachcicem z województwa Chłopskiego z ziemi Chamskiej i herbu pieczona rzepa na złamanym patyku — mruknął Hłasko.
— W obronie ojczyzny wszyscy mają prawo do równych zasług.
— Nie neguję, ale tak spada w cenie klejnot szlachecki, że niezadługo będą go dawali każdemu, któren się chociaż wywiedzie z pocałowania królewskiego konia w ogon — burczał zagniewany.
Kaczanowski się roześmiał, ale Zaręba skoczył zaperzony i jął zapalczywie i prędko mówić:
— Waszmość jest przeciwny zrównaniu stanów i sprawiedliwości?
— Nie, jeno w praktyce wolałbym się nie doczekać owych rajów powszechnych.
— I o cóż to mamy podnosić insurekcyę? Wszak o wolność, równość i braterstwo!
— To jakobińska maxima! Nasze polskie hasło, to całość, wolność i niepodległość. I za to dam się porąbać na sztuki, dam ostatnią kroplę krwi, oddam nawet zbawienie duszy! — Aż przybladł ze wzruszenia.
Zaręba, nie chcąc prowadzić kłótni, ścichnął i zaczął się przebierać, ale przy okręcaniu muślinami szyi nie wytrzymał i rzucił półgłosem:
— Wszak o jedno nam chodzi: o szczęście powszechności.
— O całość, wolność i niepodległość! — wpierał Hłasko, przysapując z alteracyi.
— Niech mu będzie Wojtek! — buchnął rubasznie Kaczanowski. — Ależ to przecudna szatka! — zdumiał się, spostrzegając barwisty chałat i nie bacząc na zgorszone oczy Hłaski, przyodział się w niego i jął czynić wielce ucieszne dygi a przegięcia. — I sułtankę temby znęcił. Musi siła kosztować?
— Coś z piętnaście tysięcy franków — objaśniał skwapliwie.
— Srogi ekspens! Cała fortuna! — Ściągnął go ze siebie z szacunkiem.
— Ale w asygnatach, bo na złoto wypadłoby ze trzy dukaty. Kupiłem w Paryżu od ulicznego marszanda. Pono prawdziwa chińska materya.
— Niechybnie zagrabiona po jakimś zgilotynowanym nieszczęśniku.
— Jestem już gotów. Waszmość obiecał nas poprowadzić.
— Pójdźmy, powiodę was krótszą drogą i nie tak na oczach — odrzekł Hłasko i ruszył przodem. Kaczanowski szedł na ostatku, myszkując swoim zwyczajem bystremi oczyma tu i owdzie. Ciągnęli ku Farze, wązką, boczną uliczką, zrzadka obstawioną małemi chałupkami, a pełną sadów i parkanów.
Całe stada dzieci gziły się w tumanach kurzawy, rozczapierzone kwoki taplały się w piasku, a gdzieniegdzie srodze brzuchate maciory pojękiwały w chudych cieniach okapów. Upał doskwierał niemiłosiernie.
— Będziemy mieli znojną drogę — zauważył Hłasko.
— Jakto, wyjeżdżacie waszmościowie?
— Zaraz po południu. Musimy być w Zelwie na czwartego, tam walny jarmark na konie! Zastaniemy całą watahę ludzi z różnych stron i musimy się nimi rozporządzić. Są tam już nagotowane niezgorsze magazyny, nie licząc koni obiecanych przez księcia Sapiehę, generała artyleryi litewskiej.
— To idźcież wolno, ja tylko skoczę wydać dyspozycyę względem koni.
— Rzniemy pocztą, już zamówiona! — powstrzymał Kaczanowski. — Nawet przezpieczniej, można bowiem swobodnie hulać po stacyach. wiązać znajomości, przepytywać od niechcenia i swoje pilnie robić. Trakt pocztowy to niby list niezalakowany: wyda wszystko, trzeba go tylko umieć przeczytać.
— Za tydzień będziemy z powrotem. Co waszmość znowu wyprawia? — zwrócił się do Kaczanowskiego, który nagle przywarł twarzą do jakiegoś parkanu.
— Cicho! Spaniałe kokoszki! Zobaczcież sami! — szeptał rozogniony, wydzierając z płotu kawał deski.
Zajrzeli przez szparę skwapliwie i oniemieli w podziwie. Nieco w głębi stał biały dom, prawie nakryty zwisłemi gałęziami ogromnych brzóz. Na stopniach ganeczku, opiętego kwiatami, siedział jakiś stary jegomość z lulką w zębach, a przed nim spacerowała cudnej urody kobieta. Złotawe, przejrzyste szaty ukazywały ją prawie nagą; czarne włosy miała przetykane perłami, twarz ściągłą i śniadą, wargi czerwone, oczy wielkie, strome piersi a figurę wielce foremną. Poruszała się leniwie, robiąc biodrami, jak w tańcu. Kilka służebnych czy towarzyszek, zarówno ledwie osłoniętych w barwiste mgły, kręciło się tu i owdzie między rabatami pełnymi róż. Słychać było pojedyncze słowa i chichoty. Cały obraz burzył krew i bił do głowy.
— Cipuchny! Cip! cip! cip! — wabił z cicha Kaczanowski, przebierając nogami.
— Milczże waszmość! To hetman Ożarowski! Dałby nam bobu za to wypatrzenie! Chodźmy, lepiej się nie nastawiać wilczej paszczęce — szeptał Hłasko.
Odeszli ociężale, tylko Kaczanowski powracał raz po raz i cmokał.
— Delicye! Rarytasy! Niech mnie kule biją, jeśli nie spenetruję tego raju!
— Wara od hetmańskiego kurnika! Muszą tam być zastawy na szkodników. Dawno mi o tej pańskiej zabawie rozpowiadano pod sekretem, oczywiście nie wierzyłem, a teraz sposobny traf nam wygodził. Pierwsza, to Greczynka, powinowata czy nawet siostra Wittowej, aktualnej Szczęsnego kochanicy.
— Cudniejszej w życiu nie widziałem — wzdychał Kaczanowski.
— Przypomina z urody hrabinę Camelli — wtrącił Zaręba.
— Kudy kuchta do patyny! Nawet podobnej być nie może! Wenus prawdziwa! Psiakrew, że takie przednie antypasty zawsze są dla starych grzybów!
— Każ sobie waszmość puścić krew, to odciąga — śmiał się Hłasko.
— A te drugie muszą być służebne — zauważył Zaręba.
— Powiadali, jako je trzyma dla swoich konfidentów.
— Zaprzysiągłbym takiemu wieczną przyjaźń! — gruchnął ogniście Kaczanowski.
— Zaproponuj mu waszmość, może cię przypuści do szwagrostwa.
— Obejdę się bez jego protekcyi. Słowo kawalerskie, ale ja mu ten ul podbierę.
— Byle cię przy tej sprawie nie pokąsały pszczoły.
— Może i pokąsają, ale kto drugi spuchnie.
— Ożarowskiemu rogi nie dziwne, a waść mu nową biedę szykuje — podrwiwał Hłasko.
— Na co ja zaginam parol, tego dotrzymuję! — zawołał, tocząc wyzywająco oczyma, na co Hłasko powiedział z prześmiechem przyjacielskim.
— Radzę waści przystawić sobie na karku pijawki, bo nic tak skutecznie nie odciąga humorów. Siedzi tu niedaleko Kreybich, aptekarz.
— Zobaczycie. Słowo się rzekło. Zobaczycie!
I tak przekomarzając się, skręcili w miasto.
Ulice z powodu spiekoty i przypołudniowej godziny były prawie puste i jakby się gotowały w słońcu. Tu i owdzie w chudych cieniach domków wylegiwało się pospólstwo lub przemykał jakiś żyd w białych pończochach, pokłapując patynkami. Na rogach ważniejszych ulic i przejść stały zbrojne warty, zaś niekiedy przeciągały patrole kozackie, podnosząc tumany kurzawy.
— To przyjaciele, nie rób sobie waszmość apetytu — zaśmiał się Hłasko.
— Już znam smak alianckiego mięsa — odparł Zaręba, przyglądając się żołnierzom wilczym wzrokiem. — Ale chłopy rosłe, dobrane i moderunek mają prosto z igły.
— A najdziwniejsze, że wszystko płacą gotowym groszem — powiedział Kaczanowski.
— Tutaj, pod bokiem króla, stanów, obcych ambasadorów i na srogi przykaz z góry. Pojedź-no jednak waszmość za kordon, a napatrzysz się takim wiolencyom i uciemiężeniom, że ci włosy powstaną na głowie. Widziałem koło Kamieńca całe okolice, gdzie nawet zielone zboża były stratowane i wypasione, gdzie nie najdzie całej chałupy ni człowieka nie pokrzywdzonego na zdrowiu i majątku. Lud to dziwnie zajadły i łapczywy na cudze, zaś najgorsze, iż często niszczy nie z potrzeby, a jeno z jakowejś niezrozumiałej żądzy pastwienia się nad wszystkiem. Ale Prusacy bodaj jeszcze gorsi.
— Rzeczpospolita niby gliniany garnek między walącemi się ścianami.
— Przetrzyma, mości Kaczanowski. Nie zmogą jej nawet moce piekielne.
— I w takich ciężkich opresyach jeszcze nigdy nie bywała.
— Dawno te jegry tak paradują po ulicach? — zwrócił się Zaręba do Hłaski.
— Od rozpoczęcia sejmu. Asystują przecież posiedzeniom, strzegą sejmujące stany od złych przypadków. Mirowscy i gwardya litewska pełnią służbę tylko przy królu i kancelaryach, a i to bez bagnetów i ostrych nabojów — targnął gniewnie wąsy i zacisnął dłoń na głowni pałasza. — A niańczą nas po swojemu, niewoląc pieszczotami do uległości. Siedemnastego lipca, kiedy to brano na deliberacye projekt aliansowego traktatu, a czemu się całą duszą sprzeciwiała garść poczciwych, widziałem, jak zataczano harmaty i rychtowano je na zamek, jak kanoniery stawały z zapalonymi lontami, jak Rautenfeld rozpierał się przy królu a jegry nastawionymi bagnetami wyciskali arbitrów z izby! Na własne oczy widziałem.
— Można się było napić hańby i wściekłości na całe życie — szepnął Zaręba.
— Starczy tego na wieki i dla całych pokoleń! A teraz sza, mości panowie.
Stanęli przed piętrową kamienicą, w której był wielki handel win Dałkowskiego i z brukowanej, szerokiej bramy weszli do sklepionej, ogromnej izby.
Gwarno tam było, jak na jarmarku i prawie ciemno od dymów. Przy długich stołach pod ścianami zabawiano się kieliszkami, prowadząc przytem głośne dyskursy. Za ladą sklepową, zastawioną cynowemi naczyniami i farfurem, królowała opasła jejmość z twarzą jak księżyc w pełni, a z piersiami niby bochny; koralowe zausznice zwisały jej aż na grube ramiona; robiła pończochę, licząc półgłosem oczka, lecz jej bystre spojrzenia latały chyżej, niźli druty i raz po raz cienki głosik poganiał chłopców usługujących i męża, który w zielonym fartuchu i czarnej mycce na głowie, chudy, malusieńki, pokorny, witał wchodzących, kłaniał się, prowadzał na miejsce, jak z nut recytował dania i wrzeszczał do kuchni przez okienko.
Hłasko zażądał osobnej stancyi, ale musieli się kontentować tylko stołem osobnym, jaki się znalazł w jednej z izdebek od podwórza.
— Świeża Nawaga! Szczupak z szafranem! Lin w kapuście! Pierogi leniwe! — recytował, obmacując ich przytem chytremi oczyma.
— Patrzcie, piątek już i tutaj zdążył zajechać — skarżył się z krotochwilną żałością Kaczanowski.
— Bo i piątek za młodu smakował w prażonej kiełbasie — wtrącił gospodarz, kłaniając się do ziemi.
— Staryś aspan i trzymają ci się jeszcze głupie koncepty — obruszył się Hłasko. — Daj mi postny obiad, nie luter jestem.
— Mogę z postem i mogę z mięsem, byle jeno z burgońską podlewą.
— A mnie daj wasze kuropatwy. Nie hołduję przesądom — zdecydował Zaręba.
— A nie przepomnij o śledziu i gorzałce — upominał Kaczanowski.
Gospodarz sprawił się szybko, lecz, gdy zabrali się do jedzenia, nie przestawał im brzęczeć nad uszami.
— Sos do szczupaka z przepisu kuchmistrza jego wielmożności angielskiego.
— Właśnie cuchnie żabim skrzekiem — próbował osadzić go kapitan.
— A kuropatwy podlaskie! Pachną, jak trybularz, nacierane imbierem.
— To zjedzże asan dyabła w szafranie, a nie przeszkadzaj! — zgromił go impetycznie Hłasko i zwrócił się do Kaczanowskiego, który jadł za trzech i pił za dziesięciu.
— Miarkuj się waszmość, przy takim upale jeszcze cię w drodze szlag trafi.
Kaczanowski roześmiał się na przestrogę, wypił, co było, do dna i skoczył do głównej izby, gdzie dojrzał jakowychś znajomych.
— Za pół godziny będzie się już znał ze wszystkimi.
— Taki łatwy do komitywy? Szczęśliwe usposobienie.
— Przekonasz się waszmość, jakie przyniesie nowiny. On każdemu z pod serca wydrze choćby zaprzysiężony sekret. Szaławiła to niby, paliwoda, zbereźnik a zarazem wielce przezorny człowiek. Szczerze go estymuję.
— Jasiński go chwalił, ale nie bez pewnych restrykcyi.
— Co wart, spytaj się waszmość Działyńskiego — zaszeptał Hłasko, pochylając się nad stołem. — Na Onufrejskim jarmarku w Berdyczowie, w przeciągu tygodnia, wsypał do naszej kasy przeszło pięć tysięcy dukatów. Tak kaptował kpinami, śmiechem i kieliszkiem, że jeszcze go szlachta na rękach nosiła. Zaś nie miał kto gotowych pieniędzy, musiał dawać in natura. Cały magazyn się zebrał skór, płótna, ołowiu, nie licząc sporego tabunu koni. Szef nie może się go nachwalić. I do kobiet również ma szczęście...
— Ale pono i koloryzować potrafi.
— I jak, sam nieraz nie mogę wyjść z podziwienia. Ciekawym, jaką on sztukę wytnie Ożarowskiemu?
— Wywietrzeje mu ten kurnik z głowy. I czy to pora na takie kabały!
— Dał słowo i jestem pewny, że coś zmajstruje, nie brak mu fortelów.
Zaręba odpowiadał coraz krócej, zajęty przeglądaniem ludzi, bowiem przez wywarte drzwi widniał cały szereg izb zapełnionych. Paru posłów sejmowych siedziało opodal, zatopionych w cichej rozmowie.
Nazwał ich Hłasko, dodając wzgardliwie:
— Tacy, którzy zawsze głosują z większością...
— Marais! W Paryżu podobnego zowią »bagnem« — objaśnił, nalewając kieliszki.
— A cóż na sejmie?
— Jedno i toż samo: rozbiór kapłona — obejrzał się na czerwone kontusze posłów — już mu obcięli nogi, odrąbali skrzydła, wygryźli piersi, że pozostał tylko kuperek, ale smakoszom wciąż mało, wyciągają pazury po resztę...
— Znarowili się na łatwe. Dalej nie pójdzie im tak gładko.
— A któż im wzbroni? Zobacz waszmość, co się wyprawia w ogarniętych województwach: bale, asamble, składkowe festy dla gubernatorów i dziękczynne adresy. Przecież w Żytomierzu, po przysiędze nowej pani, szlachta balowała cały tydzień! W Poznaniu Mollendorf aż musiał się zaborgować na jadło i napitki, tyle bowiem zjechało składać homagium! Indziej również to samo. A tutaj w Grodnie na sejmie sprzedają już ojczyznę en détail, na funty i żywej wagi. Żeby nie ta ostatnia wiara w nasze zamysły, tobym sobie w łeb strzelił — szeptał ponuro.
Zaręba milczał, ogarnięty ciężkim smutkiem, którego nie mogło rozpędzić nawet wino; zaglądali sobie w oczy niekiedy, głęboko aż do dna dusz zatroskanych i pili kieliszek za kieliszkiem, jakby na zapomnienie.
Dokoła brzęczały szkła, wrzały podochocone głosy i szły już takie zapalczywe dyskursy, aż trzęsły się ściany. Wszystkie bowiem stancye wypełniły się po brzegi a wciąż przybywali nowi goście.
Mieszały się ze sobą w tłoku, jak groch z kapustą, wojewódzkie kontusze, fraki, czamary, granatowe kurty wojskowym krojem, płócienne kitle, księże sutanny i nawet tu i owdzie, miejskie kapoty pokapane woskiem, zbieranina bowiem była wszelakiego autoramentu, a wszystko jadło, piło i rozprawiało podniesionymi głosami. W końcu zbrakło już stołów i siedzeń, więc się kupili w przejściach, spychani z miejsca na miejsce, bo wciąż ktoś się cisnął i kręcił wśród tłumów: to jakiś kwestarski wyga, pobrzękujący skarboną, to żyd siwy w aksamitnej jarmułce i w atłasowym żupanie, przepasany czerwoną chusteczką, to kredencerze, roznoszący potrawy i napitki, to pielgrzym długowłosy z kijem zakrzywionym, u którego wisiała tykwa, obwiązany medalikami, pocieranymi o grób Pański, sprzedawał pamiątkowe muszelki, łżąc przytem niestworzone baje, to Węgier, zachwalający łamanym językiem swoje pomady, olejki i cybuchy, to wreszcie psy, plączące się pod nogami, zaczynały się gryźć i skomleć, powstawała jakaś kłótnia lub jakiś sierdzisty szlachcic grzmiał pięścią w stół, aż jęczały cynowe misy.
Naraz z głównej izby buchnęły takie ryki śmiechów i tupania, że Hłasko podniósł głowę i szepnął:
— To Kaczanowski zabawia nową kompanię, aż tupią z uciechy... — Urwał i nagle się przechylił, jakby chcąc dać nurka pod stół, gdyż przepychał się ku nim okazały szlachcic z talerzem w ręku i butelką pod pachą. Miał kontusz granatowy z białym, zaplamionym żupanem, brzuch ogromny, potrójny podbródek, sprośnie wywinięte wargi, czerwony nochal, obwisłe policzki, strzępiaste wąsy i małe, rozbiegane bystro oczki. Rozglądał się, wrzeszcząc tubalnym głosem:
— Kredencerz, dawaj choć antał, chamie jeden!
Że nikt się nie kwapił z posługą, zwrócił się prosto do nich:
— Pozwolą mi waszmościowie przysiąść? — I nie czekając odpowiedzi, zwalił swoje olbrzymie cielsko na stołek. — Już mi kulasy w brzuch właziły, he! he!
Hłasko patrzał w niego z nieukrywaną abominacyą.
— Podhorski Adam, wołyński — rzekł, wyciągając spoconą łapę, pokrytą rudym włosem.
Radzi nie radzi wymienili swoje nazwiska.
— Zaręba, herbu własnego. Czekajże waść, toś widzę z Wielkopolski! A może i z Podlasia. Te, capie jeden, dawaj więcej butelek. A ojcu jest Onufry?
— To mój stryj.
— Proszę, jak to góra z górą się nie zejdzie, he! he!
— A gęba z wiechciem zawsze — uzupełnił szydliwie Hłasko.
— Można i tak. A tośmy z nim byli razem w Barskiej, he! he! dobre parę latek temu. Pod chorągwią Częstochowskiej he! he! — rechotał, aż Hłasko, nie mogąc ukryć animozyi, odwrócił oczy na stancyę. — I zawsze był raptus i wielce skory do szabli i gorzałeczki. Panną go przezywali, że to zgoła, he! he!... Zabijaka też był srogi, więcej on napsuł wrażego mięsa, niźli niejedna chorągiew, samowtór ze swoim Kubusiem chadzał na te łowy. Jakże się miewa?
— Zdrowy, dziękuję waszmość panu.
— Taki upał, że chyba się napijemy? — A waszmość jakiego zdania, panie Huśko?
— Hłasko, do usług! — poprawił, czerwieniejąc z irytacyi.
— Przygłuchym nieco, daruj, a może waszmość posłuje? nie dosłyszałem.
— Nie miał mnie kto wypromować — odparł wyzywająco. — Nie każdy ma za protekcyę dukaty i bagnety, mości pośle wołyński! — ciął niepowstrzymanie, wpijając się w niego wzgardliwymi oczyma.
Zaręba poprostu struchlał i spuścił dłoń na głownię szabli.
— Niceś waszmość na tem nie stracił — zaśmiał się, cale nie zbity z tropu. — Zabiegów i turbacyi co niemiara, a profit żaden, he! he! Gorąco, jakby mnie dyabli excytowali. A możebyśmy na drugą nogę, hę! A potem po śledziku i po dzwonku szczupaczka z szafranem? Kredencerz, chodźże tu, gamoniu!
— Waści patron daje liche obiady, skoro tutaj musisz dojadać.
— Liche nie liche, jeno dyablo nudne! — wyznawał się cynicznie. — Zjem byle co, ale w kompanii, mam bowiem principia mądre, jak pacierz: nie wybredzać w piciu ni w socyecie! Dla mnie każdy człowiek boskie stworzenie, a trunek dar jego he! he! I nigdy mnie takowe maximy nie zawiedły!
Tak milczeli zawzięcie, że podniecony jął prawić coraz krotochwilniej.
— Postawią szampańskie, piję i owszem, bo czyni miłe mrowienia po języku; dadzą węgra, ciągnę expedite, jak Bóg przykazał; znajdzie się reńskie lub burgońskie, nie pytam, kto je płaci, byle jeno antał był spory, a mała kompania. Zaś pragnie jaki asan ukontentować mnie miodem, czy zaprawną gorzałeczką, przysiadam czule i pastwię się nad szelmami, choćby blaszaną kwartą, he! he! — gadał, obiegając ich bystremi oczyma, ale widząc, jako siedzą jakby na niemieckiem kazaniu, mruknął gniewnie: — Waszmoście, widzę, nie bardzo mi radzi.
— Cóż znowu, tylko że każdy ma swojego mola.
— A cóż waści tak dolega, hę? — pytał dobrodusznie, dolewając kieliszki.
— Obmierzłe towarzystwo! — rąbnął bez pardonu, niby policzek.
Podhorski zerwał się i, macając ręką za szablą, syczał, jak przydeptana gadzina:
— Zdasz mi sprawę, chłystku jeden, ja cię znajdę, popamiętasz.
Podniósł się również Hłasko i przysuwając pobladłą twarz do jego twarzy, bił w niego niby sztychem, raz po razie i na wylot.
— Poszukaj, pruski jurgieltniku, znajdziesz kije, to cię nie minie.
Oniemiał na to grubas i stanął z otwartemi ustami, posiniały z gniewu, ale po chwili dopił kieliszka, zabrał swoją butelkę i odszedł bez słowa.
Na szczęście nikt jakoś nie zwrócił uwagi na to zajście, tylko Zaręba, gdy nieco ochłonął, rzekł dosyć surowo:
— Na tem mogłaby ucierpieć sprawa!
— Moja wina, kiedy nie mogłem już ścierpieć! Ale takiemu szui pluń w twarz, to powie, że deszcz pada, szkoda śliny. Spaceruje jakby nigdy nic.
Istotnie Podhorski szwendał się po stancyach, pogadując z tym i innym i przepijając z każdym, który chciał.
— Gdyby miał posłuch u Sieversa, to dzisiaj w nocy byłbym już w drodze do Kaługi. Głupia sprawa, nigdy sobie tego nie daruję — trapił się szczerze.
Jakiś tyczkowaty Niemiec w żółtym fraku i ogromnej peruce, który się już od pewnego czasu kręcił wśród ciżby, zaproponował wycięcie ich siluetek.
— A wycinaj, pludro — zgodził się Zaręba — nigdy nie miałem swego konterfektu.
— Zrób i mój. Wylepiał mnie z wosku jeden Francuz, ale nie utrafił.
Niemiec wziął miejsce, aby mieć ich profile pod światło i ułożywszy na deseczce niebieskawy papier, jął nożykiem wycinać wprawnie i z taką szybkością, iż w niespełna kwadrans sylwety były gotowe i cale utrafione.
— Na mnie czas. Już po trzeciej, a musimy wyjechać o czwartej.
Wyszli bocznemi drzwiami w podwórze, zapełnione powozami i służbą.
— Kaczanowskiemu będzie ciężko opuszczać wesołą kompanię.
— Stawi się na porę, nie chybi ani minuty, choćby był pijany, co mu się rzadko zdarza. Zatem do widzenia za jakiś tydzień!
Zaręba kupił w kramie wiadomość stancyi przyjezdnych do Grodna, przebrał się nieco w domu i najętym powozem pojechał składać wizyty różnym ludziom, do których miał polecające listy.
Powrócił dopiero późnym wieczorem tak zgnębiony i zatroskany, że Kacper z lękiem składał relacyę ze swojej wyprawy do Tyzenhauzowskiej karczmy; w miarę jednak opowiadania Zaręba się otrząsł i zdecydował:
— Dobrze, pójdziemy tam której nocy. Ze sto chłopa, powiadasz.
— Może i więcej. Pokryci po dziurach, jak szczury, wielu służy w mieście, a są...
— Cóż więcej? — przerwał mu szorstko, bo chłopak lubił rozgadywać się szeroko.
Wyprostował się, podając mu list.
Szambelanowa w nader uprzejmych słowach zapraszała go do siebie.
— I cóż dalej? — spytał jakoś ciszej, chowając woniejący list do kieszeni.
Jakby w odpowiedzi, ojciec Serafin stanął w progu.
— Dobrze się składa, właśnie będę ojca potrzebował. Są ważne sprawy.
Zasiedli przy stole i rozmawiali do świtu.
Kacper trzymał czujną straż pod domem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.