Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Że nikt się nie kwapił z posługą, zwrócił się prosto do nich:
— Pozwolą mi waszmościowie przysiąść? — I nie czekając odpowiedzi, zwalił swoje olbrzymie cielsko na stołek. — Już mi kulasy w brzuch właziły, he! he!
Hłasko patrzał w niego z nieukrywaną abominacyą.
— Podhorski Adam, wołyński — rzekł, wyciągając spoconą łapę, pokrytą rudym włosem.
Radzi nie radzi wymienili swoje nazwiska.
— Zaręba, herbu własnego. Czekajże waść, toś widzę z Wielkopolski! A może i z Podlasia. Te, capie jeden, dawaj więcej butelek. A ojcu jest Onufry?
— To mój stryj.
— Proszę, jak to góra z górą się nie zejdzie, he! he!
— A gęba z wiechciem zawsze — uzupełnił szydliwie Hłasko.
— Można i tak. A tośmy z nim byli razem w Barskiej, he! he! dobre parę latek temu. Pod chorągwią Częstochowskiej he! he! — rechotał, aż Hłasko, nie mogąc ukryć animozyi, odwrócił oczy na stancyę. — I zawsze był raptus i wielce skory do szabli i gorzałeczki. Panną go przezywali, że to zgoła, he! he!... Zabijaka też był srogi, więcej on napsuł wrażego mięsa, niźli niejedna chorągiew, samowtór ze swoim Kubusiem chadzał na te łowy. Jakże się miewa?
— Zdrowy, dziękuję waszmość panu.
— Taki upał, że chyba się napijemy? — A waszmość jakiego zdania, panie Huśko?