Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spory, a mała kompania. Zaś pragnie jaki asan ukontentować mnie miodem, czy zaprawną gorzałeczką, przysiadam czule i pastwię się nad szelmami, choćby blaszaną kwartą, he! he! — gadał, obiegając ich bystremi oczyma, ale widząc, jako siedzą jakby na niemieckiem kazaniu, mruknął gniewnie: — Waszmoście, widzę, nie bardzo mi radzi.
— Cóż znowu, tylko że każdy ma swojego mola.
— A cóż waści tak dolega, hę? — pytał dobrodusznie, dolewając kieliszki.
— Obmierzłe towarzystwo! — rąbnął bez pardonu, niby policzek.
Podhorski zerwał się i, macając ręką za szablą, syczał, jak przydeptana gadzina:
— Zdasz mi sprawę, chłystku jeden, ja cię znajdę, popamiętasz.
Podniósł się również Hłasko i przysuwając pobladłą twarz do jego twarzy, bił w niego niby sztychem, raz po razie i na wylot.
— Poszukaj, pruski jurgieltniku, znajdziesz kije, to cię nie minie.
Oniemiał na to grubas i stanął z otwartemi ustami, posiniały z gniewu, ale po chwili dopił kieliszka, zabrał swoją butelkę i odszedł bez słowa.
Na szczęście nikt jakoś nie zwrócił uwagi na to zajście, tylko Zaręba, gdy nieco ochłonął, rzekł dosyć surowo:
— Na tem mogłaby ucierpieć sprawa!
— Moja wina, kiedy nie mogłem już ścierpieć!