Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale takiemu szui pluń w twarz, to powie, że deszcz pada, szkoda śliny. Spaceruje jakby nigdy nic.
Istotnie Podhorski szwendał się po stancyach, pogadując z tym i innym i przepijając z każdym, który chciał.
— Gdyby miał posłuch u Sieversa, to dzisiaj w nocy byłbym już w drodze do Kaługi. Głupia sprawa, nigdy sobie tego nie daruję — trapił się szczerze.
Jakiś tyczkowaty Niemiec w żółtym fraku i ogromnej peruce, który się już od pewnego czasu kręcił wśród ciżby, zaproponował wycięcie ich siluetek.
— A wycinaj, pludro — zgodził się Zaręba — nigdy nie miałem swego konterfektu.
— Zrób i mój. Wylepiał mnie z wosku jeden Francuz, ale nie utrafił.
Niemiec wziął miejsce, aby mieć ich profile pod światło i ułożywszy na deseczce niebieskawy papier, jął nożykiem wycinać wprawnie i z taką szybkością, iż w niespełna kwadrans sylwety były gotowe i cale utrafione.
— Na mnie czas. Już po trzeciej, a musimy wyjechać o czwartej.
Wyszli bocznemi drzwiami w podwórze, zapełnione powozami i służbą.
— Kaczanowskiemu będzie ciężko opuszczać wesołą kompanię.
— Stawi się na porę, nie chybi ani minuty, choćby był pijany, co mu się rzadko zdarza. Zatem do widzenia za jakiś tydzień!
Zaręba kupił w kramie wiadomość stancyi przy-