Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hłasko, do usług! — poprawił, czerwieniejąc z irytacyi.
— Przygłuchym nieco, daruj, a może waszmość posłuje? nie dosłyszałem.
— Nie miał mnie kto wypromować — odparł wyzywająco. — Nie każdy ma za protekcyę dukaty i bagnety, mości pośle wołyński! — ciął niepowstrzymanie, wpijając się w niego wzgardliwymi oczyma.
Zaręba poprostu struchlał i spuścił dłoń na głownię szabli.
— Niceś waszmość na tem nie stracił — zaśmiał się, cale nie zbity z tropu. — Zabiegów i turbacyi co niemiara, a profit żaden, he! he! Gorąco, jakby mnie dyabli excytowali. A możebyśmy na drugą nogę, hę! A potem po śledziku i po dzwonku szczupaczka z szafranem? Kredencerz, chodźże tu, gamoniu!
— Waści patron daje liche obiady, skoro tutaj musisz dojadać.
— Liche nie liche, jeno dyablo nudne! — wyznawał się cynicznie. — Zjem byle co, ale w kompanii, mam bowiem principia mądre, jak pacierz: nie wybredzać w piciu ni w socyecie! Dla mnie każdy człowiek boskie stworzenie, a trunek dar jego he! he! I nigdy mnie takowe maximy nie zawiedły!
Tak milczeli zawzięcie, że podniecony jął prawić coraz krotochwilniej.
— Postawią szampańskie, piję i owszem, bo czyni miłe mrowienia po języku; dadzą węgra, ciągnę expedite, jak Bóg przykazał; znajdzie się reńskie lub burgońskie, nie pytam, kto je płaci, byle jeno antał był