Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I o cóż to mamy podnosić insurekcyę? Wszak o wolność, równość i braterstwo!
— To jakobińska maxima! Nasze polskie hasło, to całość, wolność i niepodległość. I za to dam się porąbać na sztuki, dam ostatnią kroplę krwi, oddam nawet zbawienie duszy! — Aż przybladł ze wzruszenia.
Zaręba, nie chcąc prowadzić kłótni, ścichnął i zaczął się przebierać, ale przy okręcaniu muślinami szyi nie wytrzymał i rzucił półgłosem:
— Wszak o jedno nam chodzi: o szczęście powszechności.
— O całość, wolność i niepodległość! — wpierał Hłasko, przysapując z alteracyi.
— Niech mu będzie Wojtek! — buchnął rubasznie Kaczanowski. — Ależ to przecudna szatka! — zdumiał się, spostrzegając barwisty chałat i nie bacząc na zgorszone oczy Hłaski, przyodział się w niego i jął czynić wielce ucieszne dygi a przegięcia. — I sułtankę temby znęcił. Musi siła kosztować?
— Coś z piętnaście tysięcy franków — objaśniał skwapliwie.
— Srogi ekspens! Cała fortuna! — Ściągnął go ze siebie z szacunkiem.
— Ale w asygnatach, bo na złoto wypadłoby ze trzy dukaty. Kupiłem w Paryżu od ulicznego marszanda. Pono prawdziwa chińska materya.
— Niechybnie zagrabiona po jakimś zgilotynowanym nieszczęśniku.
— Jestem już gotów. Waszmość obiecał nas poprowadzić.