Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a zarazem wielce przezorny człowiek. Szczerze go estymuję.
— Jasiński go chwalił, ale nie bez pewnych restrykcyi.
— Co wart, spytaj się waszmość Działyńskiego — zaszeptał Hłasko, pochylając się nad stołem. — Na Onufrejskim jarmarku w Berdyczowie, w przeciągu tygodnia, wsypał do naszej kasy przeszło pięć tysięcy dukatów. Tak kaptował kpinami, śmiechem i kieliszkiem, że jeszcze go szlachta na rękach nosiła. Zaś nie miał kto gotowych pieniędzy, musiał dawać in natura. Cały magazyn się zebrał skór, płótna, ołowiu, nie licząc sporego tabunu koni. Szef nie może się go nachwalić. I do kobiet również ma szczęście...
— Ale pono i koloryzować potrafi.
— I jak, sam nieraz nie mogę wyjść z podziwienia. Ciekawym, jaką on sztukę wytnie Ożarowskiemu?
— Wywietrzeje mu ten kurnik z głowy. I czy to pora na takie kabały!
— Dał słowo i jestem pewny, że coś zmajstruje, nie brak mu fortelów.
Zaręba odpowiadał coraz krócej, zajęty przeglądaniem ludzi, bowiem przez wywarte drzwi widniał cały szereg izb zapełnionych. Paru posłów sejmowych siedziało opodal, zatopionych w cichej rozmowie.
Nazwał ich Hłasko, dodając wzgardliwie:
— Tacy, którzy zawsze głosują z większością...
— Marais! W Paryżu podobnego zowią »bagnem« — objaśnił, nalewając kieliszki.
— A cóż na sejmie?