Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mogę z postem i mogę z mięsem, byle jeno z burgońską podlewą.
— A mnie daj wasze kuropatwy. Nie hołduję przesądom — zdecydował Zaręba.
— A nie przepomnij o śledziu i gorzałce — upominał Kaczanowski.
Gospodarz sprawił się szybko, lecz, gdy zabrali się do jedzenia, nie przestawał im brzęczeć nad uszami.
— Sos do szczupaka z przepisu kuchmistrza jego wielmożności angielskiego.
— Właśnie cuchnie żabim skrzekiem — próbował osadzić go kapitan.
— A kuropatwy podlaskie! Pachną, jak trybularz, nacierane imbierem.
— To zjedzże asan dyabła w szafranie, a nie przeszkadzaj! — zgromił go impetycznie Hłasko i zwrócił się do Kaczanowskiego, który jadł za trzech i pił za dziesięciu.
— Miarkuj się waszmość, przy takim upale jeszcze cię w drodze szlag trafi.
Kaczanowski roześmiał się na przestrogę, wypił, co było, do dna i skoczył do głównej izby, gdzie dojrzał jakowychś znajomych.
— Za pół godziny będzie się już znał ze wszystkimi.
— Taki łatwy do komitywy? Szczęśliwe usposobienie.
— Przekonasz się waszmość, jakie przyniesie nowiny. On każdemu z pod serca wydrze choćby zaprzysiężony sekret. Szaławiła to niby, paliwoda, zbereźnik