Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielki handel win Dałkowskiego i z brukowanej, szerokiej bramy weszli do sklepionej, ogromnej izby.
Gwarno tam było, jak na jarmarku i prawie ciemno od dymów. Przy długich stołach pod ścianami zabawiano się kieliszkami, prowadząc przytem głośne dyskursy. Za ladą sklepową, zastawioną cynowemi naczyniami i farfurem, królowała opasła jejmość z twarzą jak księżyc w pełni, a z piersiami niby bochny; koralowe zausznice zwisały jej aż na grube ramiona; robiła pończochę, licząc półgłosem oczka, lecz jej bystre spojrzenia latały chyżej, niźli druty i raz po raz cienki głosik poganiał chłopców usługujących i męża, który w zielonym fartuchu i czarnej mycce na głowie, chudy, malusieńki, pokorny, witał wchodzących, kłaniał się, prowadzał na miejsce, jak z nut recytował dania i wrzeszczał do kuchni przez okienko.
Hłasko zażądał osobnej stancyi, ale musieli się kontentować tylko stołem osobnym, jaki się znalazł w jednej z izdebek od podwórza.
— Świeża Nawaga! Szczupak z szafranem! Lin w kapuście! Pierogi leniwe! — recytował, obmacując ich przytem chytremi oczyma.
— Patrzcie, piątek już i tutaj zdążył zajechać — skarżył się z krotochwilną żałością Kaczanowski.
— Bo i piątek za młodu smakował w prażonej kiełbasie — wtrącił gospodarz, kłaniając się do ziemi.
— Staryś aspan i trzymają ci się jeszcze głupie koncepty — obruszył się Hłasko. — Daj mi postny obiad, nie luter jestem.